Samoróżnicujące się społeczeństwo

Z rozmawia ·

Samoróżnicujące się społeczeństwo

Z rozmawia ·

W ostatnich latach znacząco wzrósł odsetek Polaków kończących studia wyższe. O tym, jakie są obecnie związki między wykształceniem a pozycją społeczną rozmawiamy z prof. Henrykiem Domańskim z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

* * *

Mamy do czynienia z niespotykanym dotąd w Polsce wzrostem liczby osób szczycących się wyższym wykształceniem. Coraz częściej słyszy się jednak, że poszczególne dyplomy mają nieraz bardzo różną „wagę”.

Henryk Domański: Opierając się na danych z badań ogólnopolskich, analizowałem, jak pochodzenie społeczne wpływa na lokowanie się ludzi w uczelniach: stacjonarnych i niestacjonarnych, prywatnych i państwowych, takich, w których za naukę trzeba bądź nie trzeba płacić. Można było założyć, że wyższą jakość kształcenia oferują te, na których jest więcej studentów o pochodzeniu inteligenckim, gdyż inteligencja ma aspiracje do lokowania swoich dzieci na lepszych uczelniach. Zgodnie z intuicjami okazało się, że inteligenci częściej lokują swoje dzieci na uczelniach państwowych, na studiach bezpłatnych i stacjonarnych, z czego wniosek, że są to studia wyższej jakości. Wynikałoby stąd, że zróżnicowanie na uczelnie lepsze i gorsze już się dokonało, oraz że nie liczy się już tylko sam dyplom uczelni, ale i jakość tego dyplomu. Tutaj dotykamy pewnej uniwersalnej prawidłowości. Stratyfikacja społeczna funkcjonuje w ten sposób, że jeżeli następuje nasycenie pewnym dobrem w społeczeństwie, np. wyższym wykształceniem, to następuje obniżenie jego wartości, a ludzie zaczynają kreować nowe symbole wyższości społecznej. W omawianym przypadku jest nim jakość wyższej uczelni.

Mechanizm ten jest „gatunkową” cechą rodzaju ludzkiego. W średniowieczu mieszczaństwu i stanom niższym zabraniano nosić się jak szlachta, ale trudno było ten zakaz wyegzekwować. Kiedyś szlachta i arystokracja, a teraz różne elity kreują coraz to nowe symbole wyższości, po tym jak nastąpi nasycenie dotychczasowymi; przykładem jest telefon komórkowy, który na początku lat 90. był dobrem elitarnym, aby stać się obecnie dobrem masowym. Co jakiś czas pewne atrybuty przestają różnicować i wtedy muszą się pojawić nowe, wykreowane przez tych „najlepszych”.

W jakim stopniu gwałtowny wzrost liczby osób kończących studia przyczynił się do zmian w strukturze społeczno-zawodowej społeczeństwa?

H. D.: Ciekawe, że prawie w ogóle się to nie przełożyło na odpowiedni „przyrost” wyższych pozycji zawodowych, kojarzonych z inteligenckością. Inteligencję zwykło się definiować poprzez zajmowaną pozycję zawodową. Są to ludzie, którzy wykonują najbardziej złożone zawody, wymagające na ogół wyższego wykształcenia. Otóż, w zawodach inteligenckich od 20 lat pracuje 10-13% zatrudnionych i odsetek ten nie ulega większym zmianom. To mało; dla porównania, w Szwecji odsetek ten wynosi 26-27%.

W 1982 r. na pozycje inteligentów wchodziło ok. 75-76% ludzi kończących wyższe studia, czyli istniała duża szansa wejścia absolwenta na pozycję zaspokajającą jego aspiracje. Według danych z badań dla 2008 r., ten odsetek wynosi obecnie 35%. W dużym stopniu wyższe wykształcenie utraciło moc alokacyjną, wskutek wzrostu liczby magistrów. Pozostaje pytanie, kiedy zostaną wykreowane nowe pozycje inteligenckie, żeby zaspokoić aspiracje ludzi kończących wyższe uczelnie?

Co robią ludzie, którzy ukończyli wyższe studia i „nie załapali się do inteligencji”?

H. D.: Częściowo idą do biznesu, częściowo jeszcze nie pracują – wśród absolwentów wyższych uczelni występuje bezrobocie, choć jest ono znacznie mniejsze w porównaniu do ludzi z wykształceniem średnim, zasadniczym zawodowym itd. Niektórzy z nich wyjeżdżają za granicę, a jeszcze inni lokują się na pozycjach niższych pracowników umysłowych. Jest to, na ogół, punkt wyjścia do awansu na wyższe pozycje, do zawodów inteligenckich i na stanowiska kierownicze.

Hierarchia społeczna ma w naszym kraju charakter merytokratyczny?

H. D.: Wskaźnikiem merytokracji może być wpływ poziomu wykształcenia, będący pewnym odzwierciedleniem „zasług”, na zarobki, czyli wynagradzanie odpowiednio do „zasług”– im silniejsza jest ta zależność, tym większa merytokracja. Otóż, w Polsce zależność ta przez kilkanaście ostatnich lat stawała się coraz silniejsza. Im wyższe ktoś ma wykształcenie, tym więcej zarabia. W PRL-u ten związek był słaby, w latach 90. znacznie się wzmocnił i rósł do 2005 r. Natomiast mniej więcej od 2005 r., zależność ta uległa osłabieniu. Można by sformułować hipotezę, że zmiana ustrojowa przyczyniła się do wzrostu merytokracji.

Trochę inaczej wygląda to jeśli chodzi o wpływ wykształcenia na pozycję zawodową – żeby mieć odpowiednie zarobki, najpierw należy osiągnąć pewną pozycję. Interesujące jest to, że od początku lat 90. mamy do czynienia ze spadkiem tej zależności, co można tłumaczyć wspomnianą inflacją wyższego wykształcenia. Z danych GUS wynika, że obecnie studiuje prawie połowa każdego rocznika w wieku 19-24; można to uznać za typowy przykład wzrostu podaży „dobra”, jakim jest wyższe wykształcenie, co powinno było skutkować obniżeniem jego ceny, czyli wartości. Oznacza to mniejszą możliwość lokowania absolwentów wyższych uczelni na odpowiednio wysokich pozycjach, których liczba jest ograniczona. Generalnie można powiedzieć, że kapitalizm w Polsce zaczął być merytokratyczny, chociaż tylko częściowo i trudno powiedzieć, jak będzie się to dalej rozwijać. Wyższe wykształcenie będzie miało raczej słabnącą „siłę alokacyjną” i wynagradzającą. Być może jednak później odwróci się to, o ile system wykreuje wysokie pozycje zawodowe, zaspokajające aspiracje i odpowiadające poziomowi edukacji kolejnych roczników. Podobnie wyglądało to w Stanach Zjednoczonych, gdzie takich fal inflacji wyższego wykształcenia było już kilka.

A jak teza o merytokracji ma się do częstych opinii o blokowaniu dostępu do pewnych intratnych zawodów, jak adwokaci czy lekarze?

H. D.: Strategie blokowania awansu stosowane były wszędzie i zawsze. Obecnie polegają one m.in. na kreowaniu barier w postaci dodatkowych egzaminów lub specjalizacji wymaganych, żeby wejść do uprzywilejowanego zawodu. Na przykład, w celu uzasadnienia, że syn adwokata zasługuje bardziej na to, aby zostać adwokatem niż – powiedzmy – syn robotnika, korporacje adwokackie postanawiają, że kandydaci do tego zawodu muszą się wykazać doświadczeniem i kwalifikacjami, które niełatwo uzyskać. Większe prawdopodobieństwo ich uzyskania mają synowie i córki adwokatów. Podobne mechanizmy, niekoniecznie w postaci egzaminów, regulują dostęp do branży profesji medycznych, naukowych itd. Uważam jednocześnie, że tego typu działania mają pewne uzasadnienie i nie muszą się kłócić z merytokracją, bo dla zagwarantowania jakości wykonywania zawodu jakieś weryfikacje być muszą. Dążenie do pewnej elitarności jest potrzebne w każdym zawodzie, chociaż ubocznym skutkiem tworzenia tych barier jest to, że zdolni ludzie nie są dopuszczeni do odpowiednich dla nich stanowisk.

W przypadku adwokatów decydują nie tylko egzaminy, ale też niewielka liczba miejsc i bardzo często – dziedziczenie.

H. D.: Nie przeczę, że dziedziczenie jest częste i należy z tym walczyć, choć z drugiej strony – jeżeli w nowoczesnych demokracjach zachodnich praktyk monopolistycznych nie udało się w pełni wyeliminować, to i w Polsce to się nie powiedzie. Poza tym często dzieci adwokatów są naprawdę najlepsze i nie ma w tym nic dziwnego, skoro obcowały z adwokaturą w domu. Nie zmienia to faktu, że efekt dziedziczenia jest niesprawiedliwy w rozumieniu potocznym i niezgodny z ideałem równości szans – syn robotnika i syn adwokata nie startują z jednakowej pozycji. To, że ten drugi jest „obiektywnie” lepiej przygotowany do zawodu, może być właśnie świadectwem nierówności szans, a nie blokowania kanałów awansu. Jest ona związana z pochodzeniem społecznym i występuje w każdym zawodzie: syn robotnika również ma większe szanse zostania robotnikiem, tylko, że może chciałby zostać lekarzem.

Jak dzisiejsi inteligenci wywiązują się z tradycyjnie przypisywanych im powinności, np. z przekazywania społeczeństwu swojej wiedzy i umiejętności?

H. D.: Wielu ludzi uważa, że o przynależności decydują nie tylko pozycje zawodowe, ale i etos inteligencki, czyli kształtowanie tożsamości narodowej, edukowanie społeczeństwa, aktywność obywatelska, postawy społecznikowskie, kreowanie pozytywnych wzorów zachowań itd. Innymi słowy, nie wystarczy wykonywać zawód związany z wysokimi kwalifikacjami, ale trzeba robić coś więcej. Tymczasem w krajach zachodnich inteligenci nie są ludźmi, którzy koniecznie muszą spełniać warunek służby społeczeństwu – wystarczy porządne wykonywanie zawodu.

Z badań nad młodym pokoleniem inteligencji, a właściwie specjalistów zajmujących wysokie pozycje, wynika, że bardzo chętnie realizowaliby oni tradycyjny etos inteligencki, ale nie jest to – ze względu na brak czasu – możliwe. Wyłoniły się dwa konkurencyjne etosy: profesjonalisty i tradycyjnego inteligenta. Ten pierwszy stwarza silną presję na sukces zawodowy, zarabianie pieniędzy, pokusę ekskluzywności i demonstrowania wysokiej konsumpcji. Postawy te są charakterystyczne dla kategorii „profesjonalistów” w krajach zachodnich. Tyle, że tam nie doszło do utraty państwowości jak w przypadku naszego kraju i etos inteligencki zbliżony do polskiego w ogóle nie zaistniał, bo nie było na niego zapotrzebowania. W sytuacji, gdy Polska odzyskała pełną suwerenność, też się ono skończyło. Obecnie mówi się o odchodzeniu od tradycyjnego etosu inteligenckiego – pod presją mechanizmów rynkowych.

Nie tylko po 1989 r., ale już po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. wielu inteligentów porzuciło pracę dla dobra wspólnego.

H. D.: Nie mam pewności, czy inteligenci kiedykolwiek realizowali etos, o którym mówimy, czy też jest to raczej literacki stereotyp. Oczywiście zawsze byli ludzie, którzy pasowali do tego etosu – jak np. obecnie Janina Ochojska. Teza o odchodzeniu od etosu inteligencji opiera się na niepotwierdzonym założeniu, że był on kiedyś powszechnym zjawiskiem, co nie jest oczywiste.

Jakie strategie przyjmują Polacy podczas walki o swoje miejsce w hierarchii społecznej?

H. D.: Takie, jakie stosowane są w innych krajach. Prawie każdy chce się jakoś wyróżnić, niewielu ludziom nie zależy na prestiżu i uznaniu ze strony innych. Nie wystarczą pieniądze, czasem nie wystarczy władza; chodzi o to, żeby inni o nich wiedzieli, o zademonstrowanie swojej wyższości lub wyjątkowości. Polega to m.in. na nabywaniu ubrań, które mogą zaświadczyć o ekskluzywności, albo samochodów, które są coraz częściej traktowane jak wyznaczniki statusu. Własny samochód staje się nie tylko środkiem komunikacji, ale ponosi samoocenę, gdy np. facet na stacji benzynowej podbiega w pierwszej kolejności, żeby przetrzeć szyby, do Mercedesa, a nie do zwykłej Toyoty.

Wyznacznikiem ekskluzywności staje się także własny dom i mieszkanie w zamkniętym osiedlu. Tego co prawda nie widać, ale poprawia to samopoczucie. Zamieszkiwanie w zamkniętych osiedlach jest przykładem wznoszenia barier społecznych i kreowania symboli wyższości. Ludzie w nich mieszkający chcą mieć na to „monopol” i „nie mieszać się” z osobami o niższej pozycji społecznej, bo takie sąsiedztwo może ich „skazić” niższością.

Czasami w Internecie widuje się obrazki pokazujące, jak mieszkają celebryci, np. znani aktorzy, lub dziennikarze o głośnych nazwiskach, którzy nie mają nic przeciwko temu, by ludzie zobaczyli ich wielkie domy, przypominające pałace – w sytuacji, kiedy wielu z oglądających ma problemy z utrzymaniem rodziny. Jest to interesujący przejaw niefrasobliwości, jakby ci, którzy znajdują upodobanie w ostentacyjnej konsumpcji nie mieli instynktu samozachowawczego, zważywszy, że ci, którzy tych zasobów nie mają, mogą się zdenerwować i np. zmobilizować się do działania na rzecz bardziej wyrównanej redystrybucji bogactwa. Mamy w Polsce partie polityczne i grupy nacisku, które mogłyby wymusić wprowadzenie drastycznie wysokich podatków dla najbogatszych, takich jak np. w Szwecji.

Liberałowie powtarzają za Friedrichem von Hayekiem, że zaprzestanie walki z nierównościami spowoduje, że skorzystają wszyscy, i biedni, i bogaci. Jednak nie biorą pod uwagę tego, że nawet jeżeli biedny skorzysta, to istnieje psychologiczny mechanizm względnej deprywacji, który rodzi napięcia i jest podłożem niechęci do elit.

Rozmawiał Konrad Malec, Warszawa, 20 września 2010 r.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie