Nadchodzą kiepskie czasy

Z rozmawia ·

Nadchodzą kiepskie czasy

Z rozmawia ·

O tym, czy w walce z dziurą budżetową rzeczywiście musimy sięgać do kieszeni najbiedniejszych, rozmawiamy z Franciszkiem Bobrowskim, wiceprzewodniczącym Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

* * *

Jaki dla pracowników będzie przyszły rok?
Franciszek Bobrowski: Kiepski, szczególnie jeśli chodzi o wynagrodzenia, które w projekcie przyszłorocznego budżetu zostały zamrożone. W sferze budżetowej zero wzrostu płac, w gospodarce podwyżki będą niewielkie. Płaca minimalna w przyszłym roku wzrośnie z obecnych 1317 zł do 1386 zł brutto, z czego do ręki pracownika trafi 1048 zł! Na to się nałoży wzrost cen, m.in. podwyżka stawek VAT i uwolnienie cen prądu, za czym pójdą podwyżki cen produktów zależnych od energii. W szczególności uderzy to w najbiedniejszych. Dane GUS już pokazują spadek spożycia przez nich podstawowych produktów, jak mleko, chleb i makaron. Przy czym mówię tutaj o pracujących, bo sytuacja rencistów czy emerytów wygląda jeszcze gorzej. Także cięcia budżetowe generalnie będą dotyczyły najmniej zamożnych, a to znacząca część społeczeństwa. Z danych GUS wynika, że aż 25 mln naszych współobywateli żyje poniżej poziomu minimum socjalnego, z czego 2,5 mln poniżej poziomu ubóstwa. W tej dziedzinie jesteśmy niechlubną czołówką UE.
W projekcie budżetu na 2011 r. brakuje odniesień do poprzedniego roku, musieliśmy samodzielnie szukać informacji, by obraz sytuacji był porównywalny. Oszczędzanie kosztem najbiedniejszych będzie miało postać m.in. cięcia wydatków na wsparcie aktywnego poszukiwania pracy, tymczasem budżet Sejmu wzrośnie o 9%, a wydatki na utrzymanie partii politycznych – o 12%. Wartości przyjęte jako podstawa polityki fiskalnej są często mało wiarygodne. Weźmy chociaż planowane przychody z prywatyzacji, które mają wynieść 15 mld zł. Na ten rok planowano uzyskać z tego źródła 25 mld zł i już wiadomo, że jest to nieosiągalne. Naszym zdaniem niedoszacowana jest stopa bezrobocia, którą przewidziano na poziomie 9,9%. Nie wiem, jak rząd chce to osiągnąć, skoro w obliczu czynionych przez niego oszczędności oraz zaciskania pasa przez przedsiębiorców nastąpi spadek konsumpcji, co zdaniem OPZZ przełoży się na znaczący spadek koniunktury – mówiąc kolokwialnie, gospodarka zaczyna się wolniej kręcić. Rządowe oszczędności są więc oszczędnościami pozornymi.

W powyższym kontekście zupełnie inaczej wygląda sprawa minimalnego wynagrodzenia.
F. B.: Do jego wzrostu OPZZ dąży z uporem maniaka. Proponowaliśmy rządowi, by na przestrzeni 4-5 lat wzrosło ono do 50% średniej krajowej. Teraz jest wielka burza w prasie, że w całej Unii minimum to ma osiągnąć poziom 60% średniej płacy. My mówiliśmy o 50%, choć wiedzieliśmy, jakie standardy obowiązują w „starej Unii” – związkowcy są bowiem odpowiedzialni i nie chcą pracodawców „udusić”, żądając z dnia na dzień zbyt wiele. Postulowaliśmy, by iść spokojnym kursem, co roku podnosząc minimum o dwa punkty procentowe. Tymczasem stoimy w miejscu, bo chociaż nastąpiło porozumienie, to słowa Pana Premiera niewiele ważą. Obiecał ścieżkę dojścia do poziomu 50%, ale rząd jej nie opracował. Mamy do czynienia z dialogiem pozorowanym. Wcześniejsze ekipy często uciekały od dyskusji ze związkowcami, teraz dyskusje są, ale nie przekłada się to na decyzje. Na spotkania z nami przyjeżdżają przedstawiciele rządu bez żadnego upoważnienia i mocy decyzyjnej.
Wiele się mówi, że podwyżka minimum uderzy w pracodawców i zwiększy bezrobocie, ale ustanawiający obecne minimum nie żyją za 1000 zł miesięcznie. Już nie mówię o dużej rodzinie, ale o jednej osobie, która z tych pieniędzy musi zapłacić za czynsz, energię, gaz itd. Co zostaje w kieszeni po dokonaniu wszystkich opłat? Nic!

Rząd ewidentnie nie ma pomysłu na rozwiązanie problemu bezrobocia, poza ciągłym cięciem kosztów ponoszonych przez pracodawców.
F. B.: Oznacza to niestety, że produkujemy ciągle nowych bezrobotnych, umywając ręce od problemu, bo obniżając koszty i tak nie przebijemy krajów azjatyckich. Przykładem na brak rozwiązań jest wypowiedź byłego wiceministra, Jacka Męciny, który stwierdził, że w przypadku wzrostu płac pracodawcy „pójdą w nowe technologie” i ludzi zastąpią maszyny. Cały świat wysoko rozwinięty pracuje na nowych technologiach i jakoś nie ma takich problemów z bezrobociem jak u nas. Problemy dotyczą nie tylko pracujących, np. wskaźnik waloryzacji rent i emerytur jest niski, wskutek niedoszacowania inflacji.

Jakie są alternatywy dla planowanych cięć budżetowych?
F. B.: Jeśli chodzi o podatek dochodowy, to mamy obecnie dwie stawki – trzecia, najwyższa, niestety została zniesiona. To kuriozum: dołożono tym, którzy mają bardzo dużo, zupełnie nie bacząc na solidaryzm społeczny. Od grupy najlepiej zarabiających, stanowiących ok. 10% społeczeństwa, pochodziła połowa wpływów do budżetu. Wcześniej przedsiębiorcy otrzymali wiele ulg. Liczono, że dzięki temu poczynią inwestycje i stworzą nowe miejsca pracy. Niestety, praktyka nie potwierdziła pięknych założeń. Powinniśmy iść w drugą stronę i ustalić granicę dochodów, poniżej której podatek byłby symboliczny, z kolei najlepiej zarabiający powinni płacić więcej niż obecnie.
W celu zrównoważenia budżetu konieczne jest także – zamiast sięgania do kieszeni najmniej zarabiających – powstrzymanie prywatyzacji w niektórych obszarach. Za przykład może posłużyć ENEA, której Skarb Państwa chce się pozbyć. I któż do tej „prywatyzacji” się garnie? Rząd francuski! Energetyka jest u nich własnością państwa, podobnie jak w Niemczech czy Szwecji. Inwestorzy prywatni są dopuszczeni do tego rynku, ale ich udziały nie przekraczają 50%, ponieważ jest to sektor strategiczny i dochodowy. My natomiast chcemy się wyzbyć państwowej własności w tym sektorze. A przecież jeśli mam krowę, to mam mleko, a gdy sprzedam krowę, to mam jedynie pieniądze, które kiedyś wydam, zostając i bez pieniędzy, i bez mleka. Co prawda są eksperci mówiący, że prywatyzacja i uwolnienie cen spowodują konkurencję i ich spadek. Mamy wiele przykładów świadczących, że tak nie będzie, np. na rynku papieru czy cukru w pierwszej fazie ceny rzeczywiście spadły, ale potem poszybowały w górę. To się wiąże jeszcze z czymś innym. Jeżeli wchodzi inwestor zagraniczny, to wszystkie podzespoły nie są już dostarczane przez krajowych kontrahentów. Za przeproszeniem: nawet papier toaletowy płynie z państwa, z którego pochodzi inwestor.
Kolejnym punktem jest szara strefa. Rząd nie stara się jej ograniczać. Tajemnicą poliszynela jest sposób dokonywania wypłat: „coś tam płynie nad stołem, coś tam płynie pod stołem”. A to przecież oznacza, że znaczne środki omijają wspólną kasę. Mało tego, rozmiary szarej strefy powodują, że najdalej za kilkanaście lat będziemy mieli emerytów-nędzarzy. Jeśli przyszłe władze będą chciały im zapewnić godziwe emerytury, będą zmuszone ponosić na ten cel znaczące wydatki.

Jak sprawić, by w portfelach mniej zamożnych Polaków znalazło się więcej pieniędzy, by mogli nakręcać koło gospodarki?
F.B.: Najlepiej – zapewniając im godną płacę, czyli „odmrażając” płace w budżetówce i podnosząc zarobki minimalne. Sektor usług uległ stagnacji, a nawet się kurczy, ponieważ ludzie nie mają pieniędzy, tymczasem w znacznej mierze to on generuje wzrost. Może to nic odkrywczego, ale sektor usług publicznych w krajach rozwiniętych jest bardzo, nomen omen, rozwinięty. Jednocześnie zanika tam przemysł ciężki, a tamtejsze społeczeństwa idą w kierunku społeczeństwa informacyjnego. Patrzmy uważnie na tych, którzy już się czymś poparzyli. Korzystajmy z dobrych wzorców, ale z pominięciem elementów, które parzą. Oczywiście wzory z Zachodu wpasowujmy w lokalny kontekst i wykorzystujmy unikalne możliwości – to, co mamy u siebie. Niestety, wiele już zaprzepaściliśmy. Co np. przez ostatnie 20 lat zrobiliśmy, by produkować zdrową żywność, do czego mieliśmy bodaj najlepsze predyspozycje w Europie? To był kraj mocno rolniczy, czemu nie poszliśmy w tym kierunku? Teraz może już być za późno na odwrócenie trendu, a szkoda, bo wieś to olbrzymia rzesza ludzi, którzy w szybkim tempie zasilają wspomniane 25 mln…

Rozmawiał Konrad Malec, 25 października 2010 r.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie