Nie hamujmy twórców

Z rozmawia ·

Nie hamujmy twórców

Z rozmawia ·

Z nowym rokiem przestają obowiązywać autorskie prawa majątkowe spadkobierców twórców zmarłych 70 lat temu. O znaczeniu tego wydarzenia i wadze domeny publicznej rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem, prezesem Fundacji Nowoczesna Polska.

***

W tym roku do domeny publicznej przechodzą m.in. działa Berenta, Boznańskiej czy Bułhakowa. Oznacza to m.in., że ich dzieła można reprodukować bez płacenia tantiem spadkobiercom. Jakie ma to znaczenie dla obywateli?

Jarosław Lipszyc: To są tylko przykłady kilku najbardziej znanych osób. Do domeny publicznej przechodzą tysiące utworów twórców, o których nigdy nie słyszeliśmy. Autorów fotografii, pocztówek, filmów, nagrań archiwalnych czy nawet zdjęć rodzinnych, na których często bazują historycy. One nie są ważne dla każdego, ale nie pozostają bez znaczenia dla osób, które zajmują się jakimś tematem, np. historią lokalną, usiłujących publikować różne pamiątki związane z miejscem, wydarzeniem, organizacją czy człowiekiem. Dla tych osób są to rzeczy niezwykle istotne.

Często skupiamy się na najbardziej znanych nazwiskach. Rzadziej pamiętamy o tych tysiącach, które również zmarły w 1940 r. – ich dorobek nie trafi na pierwsze strony gazet, ale to dzieła nierzadko bardzo istotne dla miejsc, w których żyli.

Polsce majątkowe prawa autorskie obowiązują przez 70 lat od śmierci autora. Zdarza się, że spadkobiercy nie wyrażają zgody na publikację ważnych utworów. Jakie znaczenie dla polskiej kultury ma tak długi okres obowiązywania materialnych praw autorskich?

J.L.: Ten okres jest wręcz absurdalnie długi, co ma negatywny i niszczący wpływ na rozwój kultury. Wśród „staroci” niewiele jest dzieł mających potencjał komercyjny, natomiast na obecnych regulacjach cierpi cała ta twórczość, która nie będzie się sprzedawać w wielkich nakładach. Bardzo często jest tak, że twórcy, którzy chcieliby wykorzystywać jakieś dzieło, np. wystawić w teatrze, spotykają się z odmową, bo ktoś pilnuje go jak przysłowiowy pies ogrodnika. Tak jest np. w przypadku spadkobierców Jamesa Joyce’a, którzy w sposób bardzo restrykcyjny podchodzą do jego dzieł i nie udzielają zgody na publikowanie jakiegoś tłumaczenia, pomimo że w danym kraju jest uznawane za lepsze i ciekawsze, wnoszące więcej do kultury. Już teraz miłośnicy „Ulissesa” cieszą się na 1 stycznia 2012 r., kiedy działa Joyce’a przejdą do domeny publicznej i restrykcyjna polityka spadkobierców się skończy.

Ale to tylko jeden z aspektów. Wiele utworów nie jest wykorzystywanych, bo byłoby to za drogie. Zostałyby one udostępnione współczesnym odbiorcom, gdyby trafiły do domeny publicznej. Mogłyby być zamieszczone w bibliotekach cyfrowych. Dla takich utworów domena publiczna jest szansą na drugie życie, na nowych odbiorców, komentatorów, na inspirowanie kolejnych pokoleń.

Bardzo często utwory nie są wykorzystywane nie dlatego, że ktoś tego chce, ale ponieważ nie ma pomysłu, co w tej sytuacji zrobić. Według polskich regulacji, posiadacz praw autorskich nie ma prawa się ich zrzec, z przeniesieniem do domeny publicznej.

Mówimy cały czas o majątkowych prawach autorskich, bo osobiste są wieczne. One oczywiście nie są problemem, wręcz przeciwnie, chronią Kochanowskiego, Mickiewicza czy Norwida i mówią tyle, że nikt nie ma prawa podpisać się pod ich utworem i powiedzieć, że to jego dzieło. Chronią prawo do rozpoznania autorstwa czy integralności dzieła, by nikt nie zmieniał „Trenów” Kochanowskiemu. To fundamentalne zasady transmisji kulturowych, których należy się trzymać.

W jaki sposób Fundacja Nowoczesna Polska stara się upowszechnić domenę publiczną?

J.L.: FNP i Koalicja Otwartej Edukacji działają na rzecz ochrony domeny publicznej. Postulujemy, by ci, którzy chcą się zrzec praw autorskich i przenieść dzieło do domeny publicznej, dając możliwość skorzystania z niego innym, mogli to zrobić.

Proponujemy też, by utwory tworzone przez urzędników państwowych w ramach ich pracy, znajdowały się w domenie publicznej. Na przykład jeśli strażacy czy policjanci robią zdjęcia w ramach obowiązków służbowych, to te fotografie powinny trafiać do domeny publicznej. Tak jest np. w USA, więc czemu nie miałoby tak samo być w Polsce? W wielu krajach świata zasoby edukacyjne, które są finansowane ze środków publicznych, zostają opublikowane na zasadach umożliwiających ich dalsze wykorzystanie, w domenie publicznej lub na jednej z wolnych licencji. Wolne licencje są działaniem prawnym, które umożliwia każdemu dalsze wykorzystanie działa. Choć to nie to samo, co domena publiczna, to ich efekt jest podobny – ludzie mają prawo do wykorzystania tych zasobów w dowolny sposób.

Dążymy też do dyskusji nad długością okresu obowiązywania majątkowych praw publicznych. Uważamy, że ten czas jest obecnie zbyt długi. Zgodnie twierdzą to różne środowiska, w tym wielu twórców, zwłaszcza ci, którzy muszą wykorzystywać cudze utwory. Tak długi „okres ochronny” nie służy założonym celom. Jego intencją jest wspieranie rozwoju twórczości, wspieranie mechanizmów, które pozwalają autorom uzyskać wynagrodzenia za wykonaną pracę, jednak 70 lat po śmierci autora takie uzasadnienie nie ma żadnej racji bytu. Konwencja Berneńska mówi o minimum 50 latach. Polska jest jej stroną, więc warto się zastanowić, czy nie powrócić do tego minimum.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 4 stycznia 2011 r.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie