Obniżanie wyższego

Z rozmawia ·

Obniżanie wyższego

Z rozmawia ·

O proponowanych przez rząd zmianach w systemie szkolnictwa wyższego,
sytuacji naukowców i przyszłości nauczania akademickiego rozmawiamy z
dr. inż. Januszem Rakiem, prezesem Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego.

***

W listopadzie mieliśmy pierwszą w dziejach Polski pikietę pracowników akademickich. Kilka dni później protestowali studenci. Co się dzieje ze szkolnictwem wyższym?

Janusz Rak: Głównym celem protestu pracowników nauki było zwrócenie uwagi opinii publicznej na problemy środowiska akademickiego, na istotne zaniedbania ze strony rządu i Sejmu, które nie finansują szkolnictwa wyższego i nauki w wystarczającym stopniu. Czarę goryczy przepełniła przygotowana nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym, która narusza prawa pracownicze oraz stawia nierealne wymagania co do okresu robienia habilitacji. Pewne grupy zawodowe nauczycieli akademickich w szkolnictwie wyższym mają być zatrudniane na czas określony, dopóki nie zdobędą habilitacji. Łączy się to z wieloma utrudnieniami, takimi jak np. brak zdolności kredytowej. Kolejnym problemem, z jakim będą musieli borykać się akademicy, jest to, że mogą zostać zwolnieni z pracy na uczelni nawet po jednej negatywnej ocenie, bez szansy na poprawę swego dorobku naukowego (obecnie do zwolnienia konieczne są dwie). Oceny wystawiają komisje, ale kryteria nie zawsze są jasne, co daje sposobność rozgrywkom o charakterze personalnym. Ocenę negatywną można otrzymać za zbyt małe osiągnięcia naukowe lub dydaktyczne w ciągu roku, które mogą wynikać np. z przygotowywania dużej publikacji książkowej, co jest bardzo czasochłonne.

Co więcej, od kilku lat maleją nakłady na szkolnictwo wyższe. W 2005 r. były one na poziomie 0,99% PKB, a w roku 2010 spadły do 0,88% PKB. Pieniędzy z dotacji stacjonarnej starcza właściwie tylko na wynagrodzenia, ubożeje przez to wyposażenie i obniża się konkurencyjność szkolnictwa publicznego, nie mówiąc już o środkach na badania. Nakłady na badania i rozwój w Polsce stanowią zaledwie 0,64% PKB państwa, podczas gdy w krajach „starej” Unii jest to poziom 1,83%, a do końca 2020 r. ma on wynieść 3% – w ten sposób Unia Europejska pragnie odrobić dystans wobec Stanów Zjednoczonych oraz do gospodarczych potęg Azji Wschodniej. To część wyścigu cywilizacyjnego, w którym Europa nie może zostać w tyle. Obecnie polska nauka i szkolnictwo wyższe znajdują się w ogonie, jeśli chodzi o finansowanie. Skutkuje to relatywnie niskimi płacami oraz obniżeniem się statusu społecznego pracowników uczelni, którzy mają ograniczone możliwości rozwoju. Jest to szczególnie widoczne w naukach technicznych, które wymagają znacznie większej ilości środków na finansowanie badań, wyjazdów, materiałów i sprzętu.

Mówi się także o pogorszeniu statusu zawodowego nauczycieli akademickich.

J. R.: Dopiero niedawno wydano akty wykonawcze do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, uchwalonej pięć lat temu, a już teraz robi się gruntowną zmianę wielu zapisów. Pogorszy to stabilizację zawodową nauczycieli akademickich, szczególnie tych, którzy nie mają wysokiego stopnia naukowego – dotyczy to ograniczenia zatrudniania na podstawie mianowania w zasadzie tylko do grupy profesorów tytularnych. Nie będzie już tak, jak przed wojną, że akademik był urzędnikiem państwowym. Obecnie stajemy się zwykłymi pracownikami o uprawnieniach mocno ograniczonych paragrafami kodeksu pracy.

W krajach Unii Europejskiej nie ma tego typu rozwiązań w zakresie modelu kariery naukowej. Nie znam kraju, w którym byłby przymus robienia habilitacji. Do tej pory zapisy w statutach uczelni były o wiele bardziej elastyczne, co pozwalało pracownikom planować karierę i rozwój w różnym przedziale czasowym. Na uczelniach technicznych dochodzenie do habilitacji zajmowało średnio 15 lat. Natomiast rządowy projekt nowelizacji ustawy obliguje doktorów zatrudnionych na stanowisku adiunkta do zdobycia stopnia naukowego doktora habilitowanego w ciągu ośmiu lat. Ten wymóg ma obowiązywać również w stosunku do adiunktów już pracujących, którzy zostali zatrudnieni na innych zasadach, niż te zawarte w nowelizacji. Oznacza to, że w przypadku tej ustawy prawo działa wstecz, a ci, którzy nie zrealizują swoich planów naukowych w terminie 8 lat lub którym okres ten już upłynął, będą musieli odejść. Jest to naruszenie praw nabytych. Obligatoryjna habilitacja, przy skróceniu okresu jej realizacji do 8 lat, może w perspektywie zagrozić szkolnictwu wyższemu luką kadrową. Bo jeśli zwolni się tych doktorów, którzy nie zrobili habilitacji, to kto będzie kształcił studentów za 7-8 lat?

W szkolnictwie wyższym zmiany ustawowe robi się „w locie”, nie zapewniając gwarancji wzrostu wydatków na badania czy na dydaktykę, by pensje były godziwe i dawały życiową stabilizację. W perspektywie, życie młodych naukowców ma być wypełnione badaniami i dydaktyką, bez pozostawienia im czasu na sprawy prywatne. W innych krajach Unii Europejskiej doktoranci mają samodzielność badawczą, gwarantowaną tzw. Europejską Kartą Naukowca, dzięki czemu mogą skoncentrować się na robieniu konkretnych rzeczy, np. dla gospodarki, a nie na pisaniu kolejnych publikacji i zbieraniu niezbędnych do habilitacji „punkcików”. Przyczyniają się tym samym do rozwoju kraju, a nie wyłącznie do rozbudowywania swojego dorobku, niezbędnego do zdobycia kolejnego szczebla w karierze naukowej.

Przepisy nowelizacji są w wielu miejscach niejasne. Istnieje np. zapis, który stanowi, że można zostać zatrudnionym na stanowisku profesora nie mając habilitacji, jeśli kierowało się zespołami badawczymi za granicą przez minimum 5 lat. Upokarza to rodzimych naukowców, którzy koncentrują się na pracy we własnej uczelni. Z drugiej strony, obciążenie dydaktyczne związane z liczbą studentów wzrosło od lat 90. pięciokrotnie. Kadra, która zaczynała wtedy pracę naukową, musiała przyjąć ciężar tego boomu edukacyjnego na siebie, kosztem np. wyjazdów zagranicznych na staże czy pracy badawczej. A dziś to właśnie im grożą zwolnienia, bo nie zdążyli wypracować stopnia gwarantującego bezpieczny etat. Nauczanie w szkolnictwie wyższym nie daje możliwości zdobywania kolejnych tytułów, co skutkuje z jednej strony taką właśnie niesprawiedliwością wobec tych, którzy spełniają się w przekazywaniu wiedzy i doświadczeń innym, a z drugiej sukcesywnym obniżaniem poziomu dydaktyki. W naukowej karierze liczą się bowiem jedynie publikacje, wydawnictwa i monografie.

To nie pierwsze negatywne zmiany w systemie akademickim, jednak do tej pory akademicy nie wychodzili na ulice.

J. R.: Społeczność akademicka jest przyzwyczajona do debaty, do rzeczowej rozmowy i do tego, że w trakcie wymiany zdań druga strona powinna wysłuchiwać argumentów strony przeciwnej. Stan niezadowolenia i frustracji środowiska, który przełożył się na publiczną formę protestu, wywołała sukcesywnie spadająca od 2006 r. wysokość nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę, liczona udziałem w PKB. Płace nauczycieli akademickich w relacji do średniego wynagrodzenia w gospodarce zaczęły maleć, co poskutkowało poszukiwaniami zarobku poza uczelnią, a to z kolej spowodowało opóźnienia w rozwoju naukowym oraz obniżenie poziomu dydaktyki. Uważam, że nauczyciel akademicki, który chce skutecznie działać i być profesjonalistą w swoim zawodzie, powinien mieć środki na badania, powinien prowadzić dydaktykę oraz funkcjonować w swoim podstawowym miejscu pracy. Mobilność naukowców, rozumiana jako zmiana miejsca zatrudnienia, nie może być obligatoryjna.

Szkolnictwo wyższe powinno przede wszystkim kształcić oraz stwarzać warunki do aplikowania wyników badań nie tylko środowisku naukowemu, ale także studentom i gospodarce. Obecnie zajęć dydaktycznych oraz badań naukowych nie da się – ze względu na niedostatek środków finansowych – prowadzić tak, jak byśmy chcieli, co wpływa drastycznie na jakość kształcenia. Gdy zgłaszaliśmy wnioski o zwiększenie finansowania, spotykały się one z odmową.

Chciałbym podkreślić, że pani minister Barbara Kudrycka najpierw przygotowała projekt reformy szkolnictwa wyższego, a dopiero później, 17 września, powołała forum ekspertów, które ma za zadanie opracować strategię rozwoju tego szkolnictwa. W moim odczuciu, konsultacje prowadzone przez resort na etapie przygotowania nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, były w dużym stopniu pozorowane. Na wysłuchaniu publicznym 9 listopada 2010 r. pojawiło się ponad 100 osób, z czego większość miała zastrzeżenia. Również studenci zgłaszali wątpliwości wobec ministerialnych rozwiązań.

Czy są jakieś zalety planowanej reformy?

J. R.: Niektóre proponowane rozwiązania są rzeczywiście potrzebne, np. Krajowe Ramy Kwalifikacyjne czy nakierowanie na innowacyjność oraz promowanie i wdrażanie nowych technologii w gospodarce. Jednak nasuwa się w tym momencie pytanie, skąd wziąć te technologie, skoro na badania wciąż nie wygospodarowano odpowiedniej ilości środków, a wręcz tnie się nakłady. Studentom zabiera się np. dostęp do studiowania drugiego, nieodpłatnego kierunku studiów, co obniża ich konkurencyjność na rynku pracy.

A co ze studiami odpłatnymi? Badania socjologiczne pokazują, że na studiach dziennych większość studiujących pochodzi z rodzin dość dobrze sytuowanych, natomiast niestacjonarne wybierają mniej zamożni.

J. R.: Osoby z biedniejszych rodzin zmuszone są rozpoczynać pracę zawodową, żeby nie być na utrzymaniu rodziców, gdyż stypendia są bardzo skromne. Nie znam dokładnych rozwiązań co do zmian w ich przyznawaniu, ale wiem, że więcej środków ma być przeznaczanych według kryterium dochodowego na pomoc o charakterze socjalnym, a mniej w charakterze nagrody za wyniki w nauce. Tak czy inaczej, dane statystyczne wskazują, że maleje dostępność stypendiów.

Czy sensowna nie byłaby zatem taka zmiana, która zamiast bezpłatnych dziennych i płatnych niestacjonarnych wprowadzałaby odpłatność zależną od stopnia zamożności?

J. R.: W przypadku kierunków technicznych student nie jest w stanie pokryć pełnych kosztów kształcenia, które wynoszą kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Mówi się, że uczelnie niepubliczne utrzymują się z kształcenia odpłatnego, ale dotyczy to zwykle uczelni wyspecjalizowanych w kierunkach społecznych, ekonomicznych czy humanistycznych, które nie wymagają dużych środków na sprzęt, wyposażenie i aparaturę.

Od kilkunastu lat mamy do czynienia z inflacją nauczania, również na poziomie wyższym.

J. R.: Również mam takie wrażenie. Jakość kształcenia obniża się, a proponowane przez ministerstwo rozwiązania nie będą sprzyjały jej wzrostowi. Ukierunkowanie działań nauczycieli akademickich w stronę zdeprecjonowania znaczenia dydaktyki, nie daje perspektyw rozwoju nauczania na poziomie wyższym. Do tej pory istniało stanowisko docenta, które pani minister chce zlikwidować. Docent był dydaktykiem i to właśnie za dorobek dydaktyczny mógł awansować, również finansowo. Moim zdaniem, na uczelniach na pierwszym miejscu powinna stać dydaktyka, a dopiero później badania. Niewątpliwie należy wymagać rozwoju naukowego, ale istnieje również potrzeba, by wykładowcy mieli lepszy kontakt z przemysłem, z gospodarką, oraz by te elementy wiedzy, które zdobywają jako doświadczenie praktyczne w kontakcie z otoczeniem gospodarczym, mogli przekazywać studentom, przygotowując ich do zawodu. W wyniku błędów popełnionych na etapie prywatyzacji przedsiębiorstw nie ma takich mechanizmów, które by ukierunkowały podmioty gospodarcze na współpracę z uczelniami, bo z reguły kupują one gotowe rozwiązania w macierzystym kraju, skąd pochodzi kapitał właścicielski. W Polsce jest zbyt mało rodzimej myśli technicznej, a przecież w obecnych czasach to na transferze technologii zarabia się najlepiej. Sporadyczne są przypadki sprzedaży opracowań naukowych czy know how. W sektor badań naukowych (B+R) najpierw trzeba zainwestować, by później czerpać profity. W wyniku zaniedbań stajemy się zapleczem usługowym dla Europy, dostarczamy taniej siły roboczej.

Co roku mamy więcej magistrów, ale nie ma dla nich pracy zgodnej z ich kwalifikacjami.

J. R.: Na rynku pracy jest coraz więcej osób mających za wysokie kwalifikacje w stosunku do potrzeb. Poza tym występuje nadmiar kadry w zawodach, dla której nie ma pracy odpowiadającej wyuczonym specjalnościom. Pomijam już to, że wielu wykształconych ludzi wyjeżdża za granicę, bo w kraju nie ma miejsc pracy. Warto też przypomnieć, że spójny system edukacji młodzieży obejmuje zarówno oświatę, jak i szkolnictwo wyższe. Jeszcze za czasów ministra Giertycha nauczyciele w oświacie zmobilizowali się i rozpoczęli akcje protestacyjne, co zaowocowało wzrostem kwoty bazowej dla nauczycieli, która wynosi obecnie ponad 2440 zł, podczas gdy dla pracowników szkolnictwa wyższego zaledwie 1873 zł. Nie można przyzwalać na tak pogłębiające się nierówności. Oświata i szkolnictwo wyższe winny być jednością.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 7 stycznia 2011 r.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie