Przyszłość już była, czyli kapitalizm bez innowacji

·

Przyszłość już była, czyli kapitalizm bez innowacji

·

W latach 60. minionego wieku dwóch naukowców – Arno Penzias i Robert W. Wilson – pracujących na bardzo czułym radioteleskopie spostrzegło dziwny rodzaj szumów radiowych towarzyszących wszystkim odczytom. Początkowo podejrzewali, że odpowiedzialność za to zjawisko spada na bliskie sąsiedztwo radioteleskopu z Nowym Jorkiem, jednak udało im się obalić tę hipotezę. Kolejnym „podejrzanym” były gołębie, a raczej ich odchody, które znaleziono na urządzeniu. Wyczyszczenie odbiornika nic jednak nie dało – szumy nie zniknęły. Jak rzekł Ivan Kaminow, inny wybitny naukowiec: Penzias i Wilson szukali łajna, a znaleźli złoto. Tym złotem, a jednocześnie źródłem niespodziewanych zakłóceń, było mikrofalowe promieniowanie tła, ślad po Wielkim Wybuchu. Odkrycie Penziasa i Wilsona potwierdziło tę teorię powstania wszechświata, dzięki czemu w roku 1978 otrzymali oni nagrodę Nobla.

Naukowcy zatrudnieni byli w Bell Labs. O Bell Labs mówi się, iż były one najwspanialszym instytutem badawczym w dziejach świata. Naukowcy tam pracujący zdobyli siedem nagród Nobla z dziedziny fizyki, a lista wynalazków, które w nim powstały, przyprawia o zawrót głowy. Przede wszystkim był to tranzystor, bez którego nie sposób sobie wyobrazić większości otaczających nas urządzeń elektronicznych. W laboratoriach Bella wymyślono lub wyprodukowano po raz pierwszy: laser, radioastronomię, telefon komórkowy, satelitarny system telekomunikacyjny, krzemowe ogniwo słoneczne umożliwiające zamianę energii słonecznej na elektryczną, światłowód, system operacyjny UNIX, języki programistyczne C i C++ i tak dalej – wymieniać można niemal bez końca.

Z dzisiejszej perspektywy zadziwiające jest to, że Bell Labs należały do całkowicie prywatnej firmy – amerykańskiego monopolisty telefonicznego AT&T. Jak to możliwe, że w ramach prywatnego przedsięwzięcia prowadzono badania nad początkiem wszechświata lub nad falową naturą cząsteczek (kolejna nagroda Nobla)? Pomyślmy nad osiągnięciami Apple, Google czy Microsoftu – nawet gdyby wziąć je wszystkie razem, to i tak nie mogłyby się one równać z jednym tylko wynalazkiem pochodzącym z Bell Labs – z tranzystorem. Gdzie więc leżała przewaga AT&T? Co sprawiło, że w ich ośrodku badawczym powstawały technologie, z których korzystamy po dziś dzień?

Oczywiście odpowiedź na takie pytanie musi być złożona. Wskażę tylko na jeden aspekt AT&T, który umożliwił im finansowanie takiej instytucji jak Bell Labs. Otóż amerykański telekom był do 1982 roku monopolem regulowanym przez państwo – gdy rozbito firmę na wiele różnych spółek, Bell Labs zaczęły powoli tracić na znaczeniu. Na początku XX wieku rynek usług telekomunikacyjnych w USA dzielił się na ogromne AT&T i setki niewielkich firm, które próbowały konkurować z nim na rynkach lokalnych. Taki układ był nieefektywny, gdyż w wielu miejscach kraju infrastruktura była niepotrzebnie dublowana. Z drugiej strony AT&T nie mogło sobie pozwolić na bezpardonowe niszczenie konkurencji, gdyż gdyby uznano firmę za monopolistę, to istniała realna groźba nacjonalizacji, a do tego zarząd korporacji nie chciał dopuścić ze zrozumiałych względów.

Wyjście z patowej sytuacji wymyślił Theodore N. Vail, który zaczął kierować telekomem w 1907 r. Uznał on, że AT&T musi w swoich działaniach być całkowicie transparentne i wprost zakomunikował opinii publicznej i rządowi, że prowadzona przez niego firma powinna stać się monopolem, tyle że – dodawał – tam, gdzie nie ma konkurencji, powinna pojawić się kontrola publiczna. Układ więc był taki: rząd pozwala, żeby AT&T osiągnęło pozycję monopolisty (w tym przypadku mówiono o „naturalnym monopolu”), a firma godzi się na to, że będzie podlegać stałej kontroli organów państwa. Vail czynił również wysiłki, by firma zmieniła strukturę właścicielską. Udziały kompanii miały być atrakcyjne dla „zwykłych obywateli” zainteresowanych długoterminową, pewną inwestycją. Doprowadziło to do sytuacji, że np. w roku 1964 liczba udziałowców telekomunikacyjnego giganta wynosiła ponad 2,3 mln osób, a największy indywidualny inwestor nie posiadał nawet promila akcji spółki (aż 3 spośród wszystkich akcjonariuszy miało mniej niż sto akcji firmy). Mateczka Bell, jak powszechnie nazywali firmę ludzie związani z nią, była rzeczywistym dobrem narodowym.

Pozycja monopolisty pozwalała AT&T na stosowanie praktyk, które mogły uchodzić za nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, lecz były motywowane poczuciem dobra wspólnego. Na przykład ceny połączeń międzymiastowych były celowo zawyżane, aby móc utrzymać niskie opłaty za rozmowy lokalne. Oznaczało to, że klienci biznesowi i bogatsi ludzie, którzy znacznie częściej korzystali z międzymiastowych, dokładali się do rachunków przeciętnego Amerykanina. Jednak najbardziej spektakularna korzyść płynąca z faktu bycia monopolem, to zdolność do długoterminowego planowania. Zarząd AT&T nie myślał w perspektywie wyników kwartalnych czy rocznych. Strategie ustalane były na wiele lat do przodu. To dzięki takiemu podejściu możliwe było funkcjonowanie instytucji w rodzaju Bell Labs.

W laboratoriach Bella w najlepszym okresie zatrudnionych było kilkadziesiąt tysięcy naukowców i inżynierów, którzy cieszyli się olbrzymią wolnością badawczą. Założenie było takie, żeby w jedynym miejscu zgrupować jak najwięcej wybitnych umysłów, które mają poświęcać się temu, co je naprawdę interesuje. Wyniki osiągane przez badaczy nie musiały mieć żadnego praktycznego zastosowania. Gdy Steven Chu – fizyk i przyszły noblista – zaczynał pracę w Bell Labs, usłyszał od swojego szefa: Steve, możesz tutaj robić, co tylko zechcesz, to nawet nie musi być fizyka. Nie rób niczego zbyt szybko. Pierwsze sześć miesięcy spędź na rozmawianiu z innymi pracownikami i na uważnym przyglądaniu się wszystkiemu. Żadnej presji, żadnych konkretnych wymagań co do wyników. Szefowie Bell Labs wiedzieli, że Chu jest wybitnym naukowcem i jeśli da mu się czas i warunki, to może stworzyć coś wielkiego. Nie interesowało ich, co konkretnie stworzy, gdyż celem instytucji nie było po prostu wymyślanie urządzeń, na których można zarobić, ale raczej stawianie i rozwiązywanie problemów naukowych. Dzięki takiemu podejściu możliwy był postęp naukowy, którego efektem był postęp technologiczny.

Należy też wspomnieć, że na mocy porozumienia z rządem z roku 1956 AT&T musiało dzielić się każdą technologią wyprodukowaną w Bell Labs z innymi podmiotami po opłaceniu przez nie relatywnie niewielkiej kwoty. Co więcej, w Bell Labs organizowano warsztaty, które miały szkolić inne firmy, jak wdrażać wynalazki stworzone w laboratoriach – tak między innymi rozpoczęła się historia potęgi japońskiego koncernu Sony.

Fakty te pokazują, iż pozycja monopolisty kontrolowanego przez państwo umożliwiła AT&T spokojny i długofalowy rozwój, który działał na korzyść całego społeczeństwa. Rząd zapewniał firmie takie warunki, że nie musiała się trapić konkurencją, ale wymagał, aby tworzyła ona wartość dodaną w postaci postępu naukowego, lepszej jakości usług, odpowiednich cen połączeń oraz pomocy państwu, gdy znajdowało się w zagrożeniu (AT&T zostało znacjonalizowane na rok przed końcem I wojny światowej, a w czasie II wojny w zasadzie wszystkie moce przerobowe zostały nakierowane na rozwój technologii służących wojsku).

Innowacyjność AT&T miała swoje źródło w tym, że firma w pewnym stopniu została wyłączona z logiki „czystego kapitalizmu”. Oczywiście była ona wciąż podmiotem rynkowym, a nie instytucją publiczną, jednak to nie szybki i zmaksymalizowany zysk był motywem, którym kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Obiegowa mądrość głosi, że współczesny kapitalizm, nieograniczona konkurencja i dążenie do zysku same z siebie przynoszą pozytywne rezultaty dla całych społeczeństw. Konkurujące firmy mają dążyć do wytworzenia najlepszych i najtańszych produktów, gdyż tylko dzięki takiej działalności będą mogły przetrwać swoistą „selekcję naturalną”. Problem z takim podejściem tkwi już na poziomie podstawowych założeń. Jeśli jedynym celem firmy ma być zysk, to będą one tworzyć zysk, a nie innowacje, rozwój technologiczny czy dobrostan społeczeństw. Wartości te mogą oczywiście powstawać przypadkowo w ramach działalności kapitalistycznej, ale są to poboczności, a nie istota. „Czysty kapitalizm” nie zastąpi wielkich instytutów badawczych, gdyż nie są one konieczne do zarabiania pieniędzy. Aby zarabiać pieniądze, wystarczy wytwarzać potrzeby. Jest to o wiele łatwiejsze, tańsze i mniej czasochłonne niż rozwiązywanie problemów naukowych.

Powszechne jest przekonanie, że nigdy wcześniej ludzkość nie była tak innowacyjna jak obecnie. W zasadzie co tydzień media podają, że właśnie odbywa się kolejna rewolucja technologiczna, która poprawi jakość życia. Nowe urządzenia elektroniczne przedstawiane są jako wynalazki na miarę koła czy druku. Nowoczesny smartfon rzeczywiście potrafi więcej niż telefon sprzed 10 lat, jednak czy zmiany, które nastąpiły, naprawdę sprawiają, że ludziom żyje się łatwiej? Czy nie jest raczej tak, że współczesne technologie – jak w starym bon mocie o realsocjalizmie – bohatersko walczą z problemami, które same stworzyły? Z całą pewnością coś takiego jak Facebook wymagało sporej dozy kreatywności, jednak warto zapytać, czy rzeczywiście Facebook dał światu tak wiele, by w ogóle uważać go za przejaw innowacyjności. Jakie problemy, z którymi dotychczas zmagała się ludzkość rozwiązało powstanie iPada? Czy żyjemy dzięki temu dłużej? Przemieszczamy się szybciej? Mniej chorujemy? Nie. iPad, Instagram czy Twitter to zabawki, których siła polega na tym, że kreują w ludziach nawyki, którym ci skłonni są folgować.

Dolina Krzemowa – technologiczne centrum świata – nie skupia się na tworzeniu rozwiązań, które rzeczywiście poprawią jakość życia, lecz wytwarza produkty, które przy niskimi koszcie produkcji przyniosą krociowe zyski inwestorom. Założenie startupu to koszt opłacenia biura i kilku programistów. Ludzie ci w relatywnie krótkim czasie mogą stworzyć usługę, która zostanie sprzedana za setki milionów dolarów. Po co więc prowadzić badania nad lekiem na raka czy alternatywnymi źródłami energii? Koszt takich badań jest ogromny, a prawdopodobieństwo, że firma je prowadząca uzyska szybko taką wartość jak popularna usługa internetowa – niewielkie.

Widać tutaj problem z tezą, że konkurencja w ramach kapitalizmu musi prowadzić do innowacyjności. Pieniądz sam z siebie nie płynie tam, gdzie kryją się wielkie problemy technologiczne, których rozwiązanie mogłoby poprawić dobrobyt społeczeństw. Pieniądz – zgodnie z tą logiką – płynie natomiast tam, gdzie będzie mógł zostać szybko pomnożony. Dostrzegają to nawet kapitaliści z Doliny Krzemowej. Mówię tu przede wszystkim o grupie skupionej wokół Petera Thiela, współzałożyciela PayPala. Thiel w 2005 r. powołał do życia Founders Fund, firmę inwestycyjną, która w założeniu ma inwestować tylko w przedsięwzięcia zmagające się z rzeczywistymi problemami technologicznymi. Założenie to należy traktować z przymrużeniem oka, choćby dlatego, że jedną z głównych inwestycji funduszu jest Facebook. Warto jednak przyjrzeć się manifestowi opublikowanemu na stronach firmy, gdyż w ciekawy sposób definiuje problem pogodzenia współczesnego kapitalizmu z innowacyjnością. Oczywiście należy pamiętać, że tekst ów ma przede wszystkim cele biznesowe, tj. jego autorom chodzi o skłonienie inwestorów do powierzenia pieniędzy Founders Fund.

Manifest, autorstwa Bruce’a Gibneya, nosi chwytliwy tytuł „Co stało się z przyszłością?”, a jego podtytuł brzmi „Chcieliśmy latających samochodów, w zamian mamy 140-znakowe wiadomości”. To porównanie Twittera do marzeń o przyszłości, żywych w latach 60., dość dobrze oddaje przesłanie tekstu.

Gibney rozpoczyna od krytyki współczesnego modelu venture capital (dalej: VC) i kultury startupów, tak bardzo popularnej w Dolinie Krzemowej. VC to sposób inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia, polegający na tym, że inwestor zostaje współwłaścicielem firmy rozpoczynającej dopiero działalność, ale rokującej duże nadzieje na przyszłość. Gibney stwierdza, że do końca XX wieku VC potrafił zarabiać duże pieniądze i jednocześnie był motorem postępu technologicznego, jednak później coś się popsuło. W latach 60. VC pomogło w rozwoju przemysłu półprzewodników (przykładem jest Intel, o którym Gibney mówi, że to jedna z najlepszych inwestycji venture capital w historii), w latach 70. nacisk kładziony był na komputerowy hardware i software, w latach 80. VC zaczął inwestować m.in. w biotechnologie, a ostatnia dekada XX wieku to oczywiście rozwój internetu. Chociaż – pisze Gibney – sukces tych technologii sprawia, że inwestowanie w nie wydaje się z dzisiejszej perspektywy całkowicie racjonalne i oczywiste, to przemysły i firmy wspierane przez VC były w swoim czasie niesłychanie ambitnymi przedsięwzięciami. Mimo iż żadna z nich nawet wtedy nie wydawała się niemożliwością, to jednak nie było żadnej gwarancji, że jakakolwiek z tych technologii zostanie rozwinięta z sukcesem lub zamieniona w wysoce zyskowny biznes. Zdaniem Gibneya w tamtych czasach VC służyło do inwestowania w firmy, których wartość nie zależała od baniek spekulacyjnych. Wartość tych przedsiębiorstw miała solidny fundament, gdyż rozwiązywały one realne problemy technologiczne i produkowały rzeczy, który ułatwiały ludziom życie.

Wiele zmieniło się pod koniec lat 90., gdy giełdowa bańka internetowa windowała ceny dotkomów do rozmiarów niebotycznych i niczym nie uzasadnionych. Inwestorzy VC dosłownie rzucili się na startupy, które tworzyły nawet najgłupsze usługi internetowe, gdyż liczyli, że w krótkim czasie uda im się zarobić olbrzymią ilość pieniędzy. Niektórym udało się zarobić, gdyż zrealizowali swoje zyski wcześniej, niż bańka pękła. Większość jednak straciła. Powód wg Gibneya jest oczywisty: firmy, w które inwestowano pieniądze, nie były nastawione na długotrwały rozwój, jedynie sprawiały wrażenie innowacyjnych, podczas gdy tak naprawdę wtórnie używały technologii wytworzonych dużo wcześniej.

Wnioski, jakie wyciąga Gibney, są dla nas mniej interesujące, chyba że chcemy powierzyć swoje pieniądze Founders Fund. Zauważmy tutaj tylko, że Gibney zdaje się sądzić, iż mimo że bazowanie na VC jako motorze innowacyjności jest słuszne, to w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju wypaczeniami. Gdy przezwyciężymy owe wypaczenia (dokładnie mówiąc: skłonność do inwestowania w nierozwojowe technologie), to wybitne umysły znów zaczną rozwiązywać wielkie problemy naukowe, zamiast tworzyć kolejne klony Facebooka. Wydaje się jednak, że przekonanie takie jest mylne. Sądzę, że błąd tkwi w samym systemie, nie zaś w niedoskonałych ludzkich decyzjach. Co prawda nie potrafię konkluzywnie udowodnić takiej tezy, postaram się jednak podać parę argumentów, które ją uprawdopodabniają.

Przekonanie, że finansowanie innowacji za pomocą VC – czyli w istocie powierzenie rozwoju technologicznego nowoczesnemu kapitalizmowi, nastawionemu na konkurencję – może przynieść dobre rezultaty, wydaje się błędne z kilku powodów. Po pierwsze jasne jest, że kapitał dąży do jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Inwestorzy będą zatem zawsze wybierać te projekty, które bliższe są temu warunkowi. Kryterium wyboru nie polega więc na tym, który startup będzie bardziej innowacyjny, ale na tym, gdzie można zarobić szybciej i więcej. Inwestowanie w skomplikowane badania wymagające licznego zespołu naukowców i dużych ilości czasu może być nieefektywne w porównaniu z wyłożeniem pieniędzy na małe przedsiębiorstwo z Doliny Krzemowej, które w krótkim czasie może stworzyć usługę typu Instagram. Nawet jeśli pierwszy przypadek daje większe prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu, to ta przewaga szybko znika, jeśli zauważymy, że ktoś może zainwestować w wiele małych firm programistycznych.

Po drugie niezależnie od efektywności różnych strategii inwestycyjnych częstokroć może okazać się, że prywatny kapitał jest zbyt mały, aby finansować wielkie projekty badawcze. Licząc wedle dzisiejszej siły nabywczej, program Apollo kosztował 180 mld dolarów. Tylko silne państwo (czy też grupy państw) może pozwolić sobie na wydatki tego rzędu. Oczywiście lot na Księżyc nie był czymś, co rozwiązało problemy ludzkości, jednak jasne jest, że wielkie problemy wymagają wielkich nakładów pracy i pieniędzy.

Tutaj dochodzimy do trzeciego powodu. Przypomnijmy sobie Bell Labs i fakt, że zatrudniano tam olbrzymią liczbę najwybitniejszych naukowców i inżynierów o różnych zainteresowaniach i specjalnościach. Nie był to przypadek czy niegospodarność zarządu AT&T. Zgrupowanie tak dużej ilości wybitnych umysłów w jednym miejscu powodowało, że idee rodziły się łatwiej. Badacze nie pracowali w izolacji, lecz byli w stałym i bezpośrednim kontakcie, dzięki czemu mogli na siebie wzajemnie oddziaływać. Współczesny model nie może tego zapewnić. Skoro pieniądze inwestowane są w niewielkie, konkurujące ze sobą firmy, to nie ma mowy o owocnej współpracy naukowców, do jakiej dochodziło w Bell Labs.

Po czwarte wreszcie nie każda innowacja musi przynosić zysk inwestorowi. Rozwiązanie problemu malarii w Afryce byłoby wspaniałym osiągnięciem, a jednak z punktu widzenia zysku nie jest to najlepszy biznes, jakiego można dokonać. Potencjalni klienci są biedni, a zatem trudno będzie zarabiać tam krocie. Lepiej więc inwestować pieniądze w rozwiązywanie tzw. problemów pierwszego świata, a więc wydumanych i nic nie znaczących zagadnień, które jednak można całkiem nieźle spieniężyć. Jak sprawić, by smartfon z czterocalowym wyświetlaczem wytrzymywał bez ładowania kilka dni? Jak przyśpieszyć proces rezerwowania biletów lotniczych o 10 sekund? Jak robić ładne zdjęcia bez profesjonalnego aparatu? Oto tematy, na których można zarobić dziesiątki czy nawet setki milionów dolarów.

Nie twierdzę, że współczesny model kapitalizmu nie jest zdolny do wytwarzania innowacji. One oczywiście powstają. Jednak ich ilość i – przede wszystkim – jakość są wysoce niezadowalające. Powtórzę za tekstem Gibneya tyko dwie rzeczy. Po pierwsze od końca lat 70. czas potrzebny na pokonanie Atlantyku rośnie, zamiast spadać. Po drugie nie da się zaobserwować żadnej korelacji między wzrostem mocy obliczeniowej komputerów a produktywnością ludzi.

Przyczyna, jak się wydaje, tkwi głównie w fakcie, iż państwo ustąpiło pola kapitalizmowi. Niegdyś to państwa były głównym rozgrywającym na polu rozwoju technologicznego. Czasem same stawiały sobie wyzwania i je realizowały, tak jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego programu Apollo, a czasem wpływały w określony sposób na prywatne firmy, aby te miały motywację i możliwości samodzielnego rozwiązywania skomplikowanych zagadnień. Jeśli państwa narodowe całkowicie uznają, że najlepszym rozwiązaniem problemu innowacyjności jest powierzenie go dzikiemu kapitalizmowi, to zamiast wynalazków na miarę tranzystora powstawać będą tylko kolejne niezbyt użyteczne aplikacje na urządzenia mobilne. Rzecz jasna w przypadku wielu zagadnień pojedyncze kraje mogą być zbyt biedne, aby je samodzielnie rozwiązywać. Potrzebna więc jest kooperacja państw na rzecz rozwoju nauki, który będzie służył całej ludzkości.

Innowacyjność i rozwój technologiczny nie są dziełem przypadku. W pewnych warunkach mają się lepiej niż w innych. W Bell Labs miały wręcz cieplarniane warunki. Było to możliwe, gdyż amerykańskie państwo pozwoliło AT&T na zdobycie pozycji monopolistycznej i jednocześnie wymagało, by monopol ów działał z korzyścią dla całego społeczeństwa. Współczesne firmy, które dążą jedynie do zysku, nie mogą być podstawą dla innowacyjności. Nie starają się one zmagać z wielkimi problemami, które stoją przed światem. Bo dlaczego miałyby to czynić? Ich celem jest robienie pieniędzy – nie rozwiązywanie problemów. Nie ma sensu wymagać od prywatnych firm, żeby pełniły funkcję motoru napędowego rozwoju nauki. Nie możemy jednak zapomnieć, że mamy pełne prawo wymagać tego od naszych państw.

komentarzy