Czy przemysł wytwórczy może się odrodzić w USA?

Jesień 2013 |

Być może, ale nie liczmy, że stanie się to poprzez „powrót” fabryk do kraju.

W ostatnim stuleciu większość Amerykanów uważała, że ich „jankeska” pomysłowość w tworzeniu produktów doprowadzi do powszechnego dobrobytu. Później, w ostatnich dekadach, Stany Zjednoczone przestały być innowacyjne w produkowaniu dóbr i skupiły się na ryzykownych inwestycjach finansowych, a firmy amerykańskie, jeśli wytwarzały produkty, coraz częściej robiły to za granicą. Rezultat? Najbogatszy jeden procent społeczeństwa pozostawił resztę z pustymi rękami. Jednak obecnie ekonomiści, Barack Obama i większość Amerykanów dochodzą do tego samego wniosku – jeżeli chcemy odzyskać szansę na powszechny udział obywateli w bogactwie kraju, trzeba ożywić produkcję w USA. W tegorocznym orędziu do narodu Obama wymienił jako jeden ze swoich priorytetów drugiej kadencji: żeby Ameryka przyciągała nowe miejsca pracy i przemysł.

Pomysł ten przemawia do społeczeństwa. Z sondażu przeprowadzonego w 2012 r. na zlecenie Sojuszu na rzecz Amerykańskiego Przemysłu Wytwórczego (Alliance for American Manufacturing, AAM), organizacji biznesowo-pracowniczej, wynika, że 67% ankietowanych w pełni popiera narodową strategię ożywienia przemysłu. Zarówno ankietowani „niezależni”, jak i głosujący na Demokratów uznali uprzemysłowienie za najistotniejszą kwestię gospodarczą, pokładając nadzieje w sektorze niegdyś stanowiącym podstawę amerykańskiej klasy średniej – zapewniał on dobrze płatną pracę dla pracowników fizycznych.

Zmiany nadeszły pod koniec lat 90. i na początku nowego tysiąclecia, gdy za sprawą amerykańskich umów handlowych, np. poprzez ustanowienie Stałych Standardowych Relacji Handlowych (Permanent Normal Trade Relations) z Chinami, umożliwiono przedsiębiorcom przeniesienie produkcji za granicę. W pierwszej dekadzie XXI wieku USA straciły prawie jedną trzecią (ok. 5,7 mln) miejsc pracy w fabrykach. Zatrudnienie w przemyśle wytwórczym zmniejszyło się podczas recesji w 2001 r., spadało nadal w czasie ożywienia, by obniżyć się jeszcze bardziej podczas Wielkiej Recesji w 2008 r.

W miarę jak gospodarka powoli wychodzi z kryzysu, prezydent i część analityków zwracają uwagę na oznaki powrotu przemysłu z zagranicy do USA.

Obama przy każdej okazji przywołuje liczbę miejsc pracy w przemyśle wytwórczym (aktualnie 500 tys.) stworzonych od najgorszego momentu Wielkiej Recesji w styczniu 2010 r. W zeszłym roku odwiedził fabrykę Master Lock w Milwaukee, żeby świętować powrót 100 miejsc pracy z Chin. Chwalił także Forda za „powrót” z Meksyku, Caterpillara z Japonii i Apple’a za obietnicę produkcji części komputerów w USA.

Do Obamy dołączyły media i analitycy. W grudniu czasopismo „The Atlantic” opublikowało na pierwszej stronie entuzjastyczny artykuł o decyzji General Electric, aby ponownie otworzyć część „Appliance Park” w Louisville w stanie Kentucky i wytwarzać towary produkowane wcześniej w fabrykach zagranicznych. W raporcie „Made in America, Again” („Wyprodukowano w USA, znowu”) firma Boston Consulting Group, świadcząca usługi doradztwa strategicznego dla menedżerów korporacji, prognozowała, że powrót przemysłu wytwórczego z zagranicy doprowadziłby do powstania setek tysięcy miejsc pracy do 2021 r., obniżając stopę bezrobocia o 1,5%.

Na ile powrót przemysłu z zagranicy jest możliwy? Jakie miejsca pracy wracają? Jeżeli przemysł wytwórczy się odrodzi, jak będzie wyglądał?

Fale „powrotu”

W krótkim okresie, gdy amerykańskie koncerny masowo przenosiły produkcję do Chin, sytuacja globalnych przedsiębiorstw znacznie się zmieniła – uważa Scott Paul, prezes AAM. Wcześniejsze bardzo niskie koszty siły roboczej w Chinach wzrosły, w miarę jak rosły zarobki robotników na terenach nadbrzeżnych – częściowo ze względu na falę protestów oraz na powolny wzrost wartości waluty krajowej. Wady przeniesienia przemysłu do Chin, przedtem przesłonięte niskimi kosztami, stają się coraz wyraźniejsze: kradzież własności intelektualnej, niski poziom kontroli jakości produktów, opóźnienia, trudności w nadzorze i sprawnym zarządzaniu na odległość, oddzielenie projektantów i inżynierów od hali produkcyjnej, rosnące koszty transportu, korupcja w urzędach i duża rotacja pracowników.

Z drugiej strony produkcja w USA ma kilka zalet, których wcześniej nie dostrzegano. Jedną z nich jest przewaga technologiczna w automatyce, robotyce oraz dostępność innych narzędzi zwiększających produktywność i zmniejszających bezpośrednie koszty pracy – wszystko to przewyższa zalety związane z tanią siłą roboczą z zagranicy. Jeszcze jednym atutem jest bliskość głównej siedziby korporacji, przynajmniej w przypadku spółek amerykańskich, i pozostałych ogniw łańcucha zaopatrzenia.

Rodzinny zakład obróbki metalu Hudson Precision Products z Broadview na przedmieściach Chicago, zatrudniający 87 robotników, jest dobrym przykładem tego, jak w skali mikro wygląda ucieczka, a następnie powrót z zagranicy. Zakład miał problemy na początku nowego stulecia, gdy wielu długoletnich klientów ruszyło za rzekomo niższymi cenami do Chin. – Pozostawiło to pewien niesmak – mówi prezes firmy, Jim Wrenn. – Myśleliśmy, że nigdy nie odzyskamy dużej części zleceń, które utraciliśmy.

Firma przystosowała się do nowych warunków, unowocześniając produkcję, żeby jedna piąta maszyn mogła wytwarzać części w nocy bez nadzoru. Przedsiębiorstwo znalazło także klientów – takich jak firmy wytwarzające sprzęt medyczny – którzy oczekują wysokiej jakości. Hudson Precision Products podjęło jednak również strategiczną decyzję – po znacznym zamrożeniu płac podczas Wielkiej Recesji – wprowadziło system podziału zysków premiujący fachowość i wydajność pracowników, którzy nie są zrzeszeni w związkach (a których zarobki wynoszą od ok. 10 do prawie 30 dolarów za godzinę). Ze względu na to, że wiele produktów firmy to wyroby specjalistyczne, wytwarzane w krótkim cyklu produkcyjnym, Hudson nie może zautomatyzować większości etapów produkcyjnych, lecz musi polegać na wykwalifikowanych, bardzo zmotywowanych pracownikach.

Jim Wrenn uważa, że miał częściowo rację, ponieważ klienci niezadowoleni z chińskiej produkcji zaczęli do niego wracać. Pojawiają się zamówienia na małe części do zaworów, regulatorów i sprzętu elektronicznego. Wiele z nich wykonywanych jest z dokładnością do kilku dziesięciotysięcznych cala.

Pomimo to z zagranicy „powróciło” jedynie 15 do 20% zleceń utraconych przez Hudson. Niektórzy klienci dzielą zamówienia między Hudson i chińskich dostawców. Inni z kolei kupują części, które zostaną później zmontowane nie w Chinach, lecz w Meksyku – tamtejsze fabryki są bliżej głównych siedzib spółek w USA, ale koszty siły roboczej mają niższe od tych w USA.

– Warunki konkurencji się poprawiają – mówi Wrenn. – Chyba można mówić o pewnego rodzaju powrocie z zagranicy. Statystyki potwierdzają ostrożność Wrenna. Z ok. 500 tys. miejsc pracy stworzonych w przemyśle wytwórczym – odkąd gospodarka sięgnęła dna trzy lata temu – 60% nie powstało w wyniku „powrotu” z zagranicy, lecz wskutek zainicjowanej przez rząd restrukturyzacji przemysłu samochodowego, jak twierdzi Robert Scott, ekonomista w Economic Policy Institute. Harry Moser, emerytowany menedżer spółki produkującej narzędzia do maszyn oraz założyciel Reshoring Initiative – organizacji zachęcającej menedżerów do dokładniejszego wyliczenia całkowitych kosztów przeniesienia produkcji za granicę – szacuje, że od końca recesji spółki przywróciły ok. 50 tys. miejsc pracy, co stanowi jedynie 10% nowego zatrudnienia w przemyśle.

Nawet te ostrożne szacunki mogą nie uwzględniać powolnego odpływu miejsc pracy w wyniku ciągłego przenoszenia produkcji za granicę. W momencie gdy Obama chwalił powrót przemysłu w Master Lock w stanie Wisconsin, tradycyjnie zaniżone statystyki rządowe pokazały, że stan stracił w zeszłym roku 2777 miejsc pracy za sprawą konkurencji „z importu” i przenoszenia przemysłu za granicę. Na przykład firma Joerns Healthcare przeniosła działalność ze Stevens Point w stanie Wisconsin do Meksyku, a także do innych stanów USA z mniej restrykcyjnym prawem pracy, likwidując 150 etatów w Wisconsin. Jak zaś wynika z wyliczeń Chrisa Townsenda ze związku United Electrical Workers, zamykanie zakładów przez General Electric w USA i przenoszenie w ostatnich latach produkcji za granicę zdecydowanie przyćmiewają liczbę miejsc pracy, które „powróciły” do USA, a którą chwali się koncern. – Nie sądzę, żeby szykował się zalew miejsc pracy w przemyśle wracającym z zagranicy – twierdzi Leo W. Gerard, prezes United Steelworkers, największego związku zawodowego w przemyśle wytwórczym w kraju.

Dwie drogi do odbudowy

Osobną kwestią jest jakość miejsc pracy, które „wróciły” z zagranicy. Hudson to przykład firmy, która postawiła na innowacje i współpracę z pracownikami. Większość spółek wybrała tańszą drogę – opierającą się na przekonaniu, że przemysł ożywi się tylko, jeżeli zarobki będą niższe, podatki zostaną obniżone, deregulacja przeprowadzona, dodatkowe świadczenia odebrane, a związki zawodowe poskromione. „The Economist” w styczniowym raporcie o „powrocie” przemysłu zauważył, że wiele z tych chętnie prezentowanych jako przykłady nowych fabryk znajduje się w stanach takich jak Teksas, Alabama i Karolina Północna, które przyjęły ustawy o „prawie do pracy”, ograniczające wpływ związków zawodowych. Zarobki w tych stanach są przeciętnie niższe o 3–10% w porównaniu z innymi stanami, a pracownicy mają mniejsze szanse, że pracodawca będzie opłacał im składki emerytalne i ubezpieczenie zdrowotne.

Tysiące miejsc pracy przeniesionych z zagranicy, o których mówią optymistyczne analizy Boston Consulting Group, zostały utworzone właśnie według tego „tańszego” podejścia. BCG porównuje koszty w chińskich zagłębiach przemysłowych, np. Shenzhen, z kosztami produkcji w stanach takich jak Missisipi – z ustawami o „prawie do pracy”, niskimi zarobkami i zasadniczo bez związków zawodowych.

Istnieje jednak inna droga. W niektórych krajach wynagrodzenie w przemyśle wytwórczym jest wyższe niż w USA. W 2011 r. w Szwecji całkowite wynagrodzenie wyniosło 49,12 dolarów za godzinę, a w Niemczech 47,38 – w porównaniu z 35,53 w USA. W krajach tych więcej pracowników należy też do związków zawodowych. Pomimo tego przemysł wytwórczy w tych krajach kwitnie i stanowi zasadniczą część ich gospodarek.

Tę „droższą” drogę wybrały Niemcy, kraje skandynawskie, inne kraje Europy kontynentalnej o wysokich dochodach oraz Japonia. Zarówno państwo, jak i firmy traktują tam pracowników nie jako koszty, które należy ciąć – jak w USA – a bardziej jako kapitał i współpracowników. Pracownicy korzystają z inwestycji publicznych w edukację, transport, opiekę nad dziećmi i służbę zdrowia. Sprawiedliwszy podział dochodów, silniejszy rynek wewnętrzny oraz lepiej wykwalifikowana siła robocza wzmacniają krajową gospodarkę i tkankę społeczną.

Fabryka zaawansowana technologicznie

„Droższa” droga daje szansę na zachowanie tego, co było kluczowe w amerykańskim przemyśle wytwórczym w latach jego rozkwitu – nie oznacza to jednak, że będzie on taki jak wcześniej. Sektory opierające się na sile roboczej – w tym przemysł odzieżowy czy elektroniki użytkowej – które wyprowadziły większość miejsc pracy z USA, nie odrodzą się, chyba że nastąpi znaczący postęp w automatyzacji, ograniczający zapotrzebowanie na bezpośrednią pracę człowieka. Gdy koszty siły roboczej w Chinach rosną, koncerny międzynarodowe po prostu szukają tańszych pracowników w krajach takich jak Wietnam czy Bangladesz.

Amerykańskie fabryki w przyszłości będą musiały konkurować z najbardziej zaawansowanymi technologicznie zakładami przemysłowymi na świecie – w Europie Północnej i Japonii czy we wschodzących potęgach takich jak Brazylia. Konieczne będzie zatem inwestowanie w przemysł wymagający wykwalifikowanych pracowników, kapitału i zaawansowanych badań – przemysł „zielonych” technologii czy samochodowy, który w odróżnieniu od tego pierwszego nie jest nowy, ale wciąż ewoluuje.

Gdyby Stany Zjednoczone postawiły na zaawansowany technologicznie przemysł wytwórczy, cała gospodarka miałaby szanse na tym zyskać. Tworzy on bowiem więcej pozaprzemysłowych miejsc pracy niż ten tradycyjny – w branżach takich jak badania, projektowanie oprogramowania, obsługa posprzedażowa. Zwiększając produktywność, umożliwia (choć nie gwarantuje) wzrost zarobków. W branżach takich jak medyczna i energetyczna przemysł zaawansowany technologicznie może – jeżeli będzie mu towarzyszyć odpowiednia polityka publiczna – przyczynić się do rozwiązania problemów społecznych, w tym ekologicznych, będących pokłosiem rewolucji przemysłowej. Produkcja na potrzeby krajowe i na eksport może ograniczyć niezrównoważony długoterminowy deficyt handlowy. Dobrze funkcjonujący zaawansowany sektor wytwórczy przyczynia się do powstania sieci innowatorów – przez profesorów Harvard Business School Gary’ego Pisano i Willy’ego Shiha nazwanych „społecznościami przemysłowymi” – których przykładem jest Dolina Krzemowa.

Jak będą wyglądały te „zaawansowane” fabryki? Cóż, część pracowników na linii produkcyjnej może przypominać Baxtera – humanoidalnego robota o przyjaznym wyglądzie, czerwono-czarnym plastikowym korpusie, „twarzy” z płaskim ekranem i z oczami, które poruszają się i wyrażają emocje. Pracownik może łatwo nauczyć Baxtera wykonywania różnych czynności, kierując jego ramionami, a następnie wybierając przycisk programowania. Baxter korzysta ze swojego „wzroku”, żeby przystosować się do zmian w środowisku pracy.

Baxter jest pomysłem Rodneya Brooksa, robotyka w Massachusetts Institute of Technology (MIT), który we współpracy z kolegami wynalazł w 2002 r. Roombę, robota-odkurzacz domowy. Jego firma – iRobot – zaczęła produkować Roombę w Chinach, aby skorzystać z taniej siły roboczej. Brooks doszedł jednak do wniosku, że to błędna strategia biznesowa. Koszty zaczęły rosnąć. Duża odległość pomiędzy inżynierami a linią produkcyjną Roomby była kłopotliwa, ponieważ monitorowanie fabryk i rozwiązywanie problemów w globalnych łańcuchach dostaw było utrudnione. Po kilku miesiącach od otwarcia fabryki chińscy złodzieje własności intelektualnej zaczęli produkować podróbki Roomby.

Brooks sądził, że aby zapewnić sukces produktu w USA, przedsiębiorstwo będzie potrzebowało tanich, elastycznych robotów, które ograniczą koszty i błędy powtarzalnej pracy. Pięć lat temu Brooks założył firmę Rethink Robotics, żeby projektować i produkować Baxtera niedaleko Bostonu. – Celem spółki jest zapewnienie amerykańskiemu przemysłowi wytwórczemu większej konkurencyjności i powstrzymanie go przed przenoszeniem się za granicę – mówi Mike Fair, serwisant w Rethink Robotics.

Gdy ludzie słyszą o robotach takich jak Baxter, martwią się – co jest zrozumiałe – że te coraz bardziej elastyczne i inteligentne maszyny zastąpią ludzi. Rzeczywiście, Mike Fair jest zdania, że przy obecnych cenach Baxter może zastąpić przy powtarzalnych czynnościach pracowników, których stawka wynosi 4 dolary za godzinę lub więcej. Jednak Baxter pod wieloma względami nie dorówna przecież nawet pracownikom pracującym za niższą stawkę i nie potrafi wykonywać złożonych czynności.

Wyzwanie rzucone przez roboty takie jak Baxter ma istotne znaczenie. Zyski wynikające z ich większej produktywności – w postaci wyższych dochodów lub krótszych godzin pracy – należy podzielić między społeczeństwo, tak aby każdy na tym skorzystał. Brzmi to jak utopia. Ale alternatywa – w której wiele osób traci pracę, bo roboty wykonują ją za nich, a tylko nieliczni uprzywilejowani korzystają – jest mroczną dystopią.

Podejście hybrydowe

Baxter jest dowodem na to, że amerykańscy producenci zaczęli już wprowadzać innowacje w przemyśle. Konkurencja jednak nie śpi. W styczniu 2013 r. na targach automatyki pojawiło się wielu dużych wystawców z Niemiec, Japonii, Skandynawii, Szwajcarii i innych bogatych krajów. Niedaleko stoiska Rethink Robotics duńska firma Universal Robots przedstawiła dobrze zaprojektowanego humanoidalnego robota, który – jak się wydaje – potrafi to, co Baxter. Innowacyjne firmy mają w dłuższej perspektywie większą szansę na uzyskanie przewagi rynkowej, jeżeli funkcjonują w ramach dobrze prosperujących „społeczności przemysłowych”, wspieranych przez mądrą politykę przemysłową.

Branża automatyki i robotyki może się jeszcze bardziej rozwinąć, gdy Chiny – w celu rozwiązania problemu rosnących kosztów siły roboczej – postawią na przemysł zaawansowany technologicznie. Przykładowo Foxconn – producent sprzętu dla Apple’a – w którego fabrykach warunki pracy doprowadziły do samobójstw, strajków i zamieszek, zamierza rzekomo wyprzedzić konkurentów z bogatych krajów uprzemysłowionych, zastępując milion pracowników robotami.

Powodzenie amerykańskiego przemysłu zaawansowanego technologicznie będzie w mniejszym stopniu uzależnione od jednego czynnika (np. wysokości wynagrodzenia), a w większym od sumy wielu czynników: wsparcia państwa dla badań i edukacji, bezpieczeństwa społecznego i ekonomicznego obywateli, poczucia wspólnoty, upodmiotowienia pracowników i wspierania innowacyjności.

Susan Helper, Timothy Krueger i Howard Wial z think tanku Brookings Institution przygotowali plan rozwoju dla USA, który zakłada podążenie właśnie tą „droższą” drogą z wykorzystaniem zaawansowanych technologii wytwarzania. Zaapelowali o wsparcie przez państwo intensywnych publicznych i prywatnych prac badawczo-rozwojowych, a także o poprawę jakości kształcenia ogólnego, zawodowego kształcenia ustawicznego oraz współudział pracowników w podejmowaniu decyzji.

Dalsza droga

Czy Obama postawi na tę strategię? W pierwszej kadencji pokazał determinację, gdy jego administracja powstrzymała upadek amerykańskiego przemysłu samochodowego i zainwestowała więcej środków federalnych w energię odnawialną niż administracja jakiegokolwiek wcześniejszego prezydenta.

Wstępne plany Obamy na cztery następne lata są skromne, ale dobre. Opowiedział się za wsparciem finansowym dla badań naukowych, w tym ostatnio za przeznaczeniem 100 mln dolarów na opracowanie mapy ludzkiego mózgu. Popiera wykorzystanie dochodów ze złóż ropy i gazu znajdujących się na obszarach należących do państwa na sfinansowanie badań nad alternatywnymi technologiami w przemyśle samochodowym, państwowe dofinansowanie energooszczędnych rozwiązań w budownictwie oraz zwiększenie wydatków na infrastrukturę.

Propozycje te nie zyskają większego poparcia Republikanów (jeżeli zyskają jakiekolwiek). Demokraci reagują z mniejszym lub większym entuzjazmem, często proporcjonalnie do znaczenia przemysłu wytwórczego w ich regionach. Biznes jest podzielony – zwykle ze względu na wąskie interesy konkretnych firm czy branż – i zjednoczony w niechęci do większości regulacji. Związki zawodowe poszukują natomiast szerszej i bardziej ambitnej strategii.

Obama może sam podjąć pewne działania, np. realizując plan powołania 15 „instytutów innowacji przemysłowej”. W zeszłym roku w Youngstown w stanie Ohio powstał pilotażowy instytut, aby przyspieszyć rozwój druku 3D – obiecującej nowej technologii, za pomocą której maszyna nakłada na siebie warstwy różnych materiałów zamiast tuszu, żeby tworzyć łatwo modyfikowalne produkty.

Prezydent Obama nawiązał w orędziu do sukcesów z pierwszej kadencji – w czasie jej trwania nastąpiło podwojenie ilości pozyskiwanej energii wiatrowej, słonecznej i geotermalnej. Zobowiązał się też zintensyfikować działania w tej dziedzinie, co spotkało się z krytyką z prawej strony sceny politycznej. Republikanie przypomnieli fiasko Solyndry – producenta ogniw solarnych, który otrzymał gwarancje pożyczkowe rządu i upadł – argumentując, że rząd nie powinien angażować się we wspieranie nowych branż. Solyndra upadła jednak po części przez konkurencję chińskich firm dotowanych przez rząd ChRL, które prawdopodobnie obniżyły cenę konwencjonalnych silikonowych ogniw fotowoltaicznych poniżej kosztów produkcji, żeby zdobyć udziały w rynku. Gdy ceny zaczęły spadać szybciej, niż prognozowano, alternatywna technologia solarna Solyndry nie była w stanie sprostać konkurencji i spółka upadła.

Jak jednak wynika z analiz komisji pod przewodnictwem Herba Allisona, który stał na czele komisji finansów podczas kampanii prezydenckiej senatora Johna McCaina w 2000 roku, dzięki pożyczkom rządowym na rozwój czystej energii powstały nowe miejsca pracy i rozwinął się rentowny sektor przemysłu. Administracja Obamy jest tu nawet lepsza od wielu inwestorów prywatnych. Spośród spółek, które uzyskały rządowe wsparcie na rozwój zrównoważonej energii w trakcie pierwszej kadencji Obamy, upadło zaledwie 8%. Dla porównania – spośród przedsiębiorstw, w które zainwestował fundusz Bain Capital, gdy na jego czele stał Mitt Romney, zbankrutowało 22%.

Ostatecznie jednak mimo obietnic ożywienia przemysłu wysiłki Obamy są niewystarczające. Jego komisja ds. produkcji zaawansowanej technologicznie zaleciła, aby rząd stworzył klimat bardziej przyjazny dla przemysłu wytwórczego. Zwykle oznacza to obniżenie podatków dla przedsiębiorstw i deregulację. O ile podatki nie powinny pogarszać sytuacji krajowych firm i skłaniać do przenoszenia produkcji za granicę, zachęty podatkowe są mniej skuteczne od innych form wsparcia.

Biorąc też pod uwagę, że przenoszenie miejsc pracy – szczególnie do Azji – doprowadziło do obecnego kryzysu w przemyśle wytwórczym, działania Obamy polegające na zawarciu umów o wolnym handlu z Europą i krajami Pacyfiku mają mało wspólnego z jego marzeniami o odrodzeniu się produkcji w USA. Ponadto pominięcie związków zawodowych w orędziu nie wróży dobrze strategii rozwoju przemysłu.

Powrót – choć niewielki – miejsc pracy rozbudził społeczne nadzieje. Wzbudził również uzasadnione wątpliwości co do niekwestionowanej wcześniej mądrości szefów firm, którzy w owczym pędzie przenosili produkcję za granicę, nie biorąc pod uwagę potrzeb i potencjału swoich dotychczasowych pracowników. Prawdziwe odrodzenie amerykańskiego przemysłu wytwórczego będzie wymagało zdecydowanej interwencji rządu, który powinien raczej skupić swoją uwagę na innowacjach, a nie na tym, ile się zarabia w prowincji Guangzhou.

Tłum. Anna Kleina

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie internetowej niezależnego amerykańskiego magazynu „In These Times” 22 kwietnia 2013 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>