Bankructwa krajów i przejmowanie fabryk

·

Bankructwa krajów i przejmowanie fabryk

·

W 2001 roku gospodarka Argentyny implodowała. Rezerwy walutowe spadły prawie do zera, a ci, którzy jeszcze kupowali obligacje rządowe, oczekiwali odsetek w okolicach 40% rocznie. Każdego dnia zamykano kolejne zakłady pracy. Tam, gdzie firmy jeszcze istniały, raczej niespotykane było regularne wypłacanie wynagrodzeń w całości. Przyczyny tego stanu rzeczy są dla przeciętnego Polaka zadziwiająco znajome: argentyńskie peso przywiązano „na sztywno” do amerykańskiego dolara. Przy oczywistej różnicy stabilności gospodarek, argentyńskie banki i skarb państwa oferowały znacznie wyższe odsetki od kapitału. Wobec tego kapitał międzynarodowy mógł praktycznie bez ryzyka inwestować w argentyńskie instrumenty finansowe, a następnie wyprowadzić dowolną ilość środków z systemu bankowego.

Sztywny kurs walutowy rozwiązał prawie natychmiast sprawę ciągnącej się hiperinflacji poprzedniej waluty, ale dla większość obserwatorów było jasne, że tego rodzaju system nie może trwać wiecznie. W związku z tym małe i średnie przedsiębiorstwa oraz klasa średnia, która raczej nie uczestniczyła w spekulacji na wielką skalę, w miarę możliwości trzymali pieniądze na dolarowych kontach w Urugwaju.

Gdy w 1997 roku załamał się kurs tajlandzkiego bahta, fala dewaluacji, kryzysów bankowych i walutowych przelała się przez wiele krajów rozwijających się. W Polsce najbardziej widoczna była dewaluacja rubla i zanik popytu na rynku rosyjskim, ale w tym samym czasie nastąpił też kryzys walutowy w Brazylii. Gospodarki Argentyny i Brazylii, pomimo geograficznej bliskości, nie są zbyt mocno powiązane, jednak spekulanci walutowi uznali, że argentyński system walutowy też musi się zawalić. Argentyński rząd miał inne zdanie i próbował utrzymać sztywny kurs 1:1 peso do dolara. Aby było to możliwe, zarówno rząd, jak i banki potrzebowali dolarów. Kurs był pod rosnącą presją z powodu wyprowadzania przez wszystkich coraz większych sum z systemu bankowego. Kapitał skoncentrowany na bezpieczniejszych inwestycjach wyniósł się już wówczas z Argentyny. Pozostali spekulanci, będący w stanie akceptować wysokie ryzyko, oczekiwali odpowiednio wysokich zysków i natychmiast wyprowadzali je do bezpieczniejszych miejsc. Oprocentowanie lokat w bankach cały czas rosło, ale wszystkie środki z rynku trafiały do skarbu państwa – poprzez emisję także coraz wyżej oprocentowanych obligacji. W takich warunkach praktycznie zanikła akcja kredytowa. Niemożliwe do uzyskania stały się nie tylko kredyty konsumpcyjne, lecz także inwestycyjne i obrotowe dla przedsiębiorstw. Banki stale zwiększały nacisk na spłatę zobowiązań. W ten sposób pieniądz znikł z rynku. Gdy to się stało, realia świata spekulacji walutowych dotarły do klasy robotniczej. Ostatnią ostoją stabilności pozostała praca w skupach złomu oraz w ochronie co zamożniejszych członków społeczeństwa przed przestępczością. I w samej przestępczości, rzecz jasna.

Tu wypada przypomnieć analogię z Polską. Realizowany w Argentynie plan Menema był w zasadzie identyczny jak plan Balcerowicza. Zapewne dlatego, że miały wspólnego współautora – Jeffreya Sachsa. Różnica polegała jedynie na tym, że Polskę ominęła tak ciężka faza kryzysu, ponieważ nasze władze miały wystarczająco dużo mądrości, aby bardzo szybko odejść od reżimu sztywnego kursu walutowego. Dzięki temu plan Balcerowicza w pełnej postaci obowiązywał zaledwie dwa lata, a nie – jak w Argentynie – dwanaście.

Empresas recuperadas

Realny spadek poziomu życia był w Argentynie olbrzymi. Przy takiej długotrwałości i głębokości kryzysu problem dotykał każdego sektora gospodarki i każdego człowieka. Pomimo życia w jednych z najbardziej zasobnych w urodzajną ziemię krajów na świecie, ludzie nie mieli co jeść. Ani co robić. Całkiem liczni robotnicy po prostu przychodzili do swoich zakładów pracy. Czasem było tam coś do zrobienia, częściej nie. W tym miejscu rozpoczyna się historia empresas recuperadas, czyli dosłownie „odzyskanych przedsiębiorstw”. To wieloznaczność typowa dla języka hiszpańskiego, bo sformułowanie może oznaczać zarówno przedsiębiorstwo „odzyskane z rąk kapitału”, jak i „odzyskane dla gospodarki, przywrócone do życia”.

Kiedy pracownicy pojawiali się w przedsiębiorstwie, pomimo że nie było ani materiałów do produkcji, ani zbytu, ani pieniędzy na wypłaty, kluczowa stawała się reakcja pracodawców. Jeśli właściciele mieli jeszcze w ogóle jakiekolwiek pieniądze, najczęściej wypłacali odprawy, spłacali długi i zamykali firmę, czekając na lepsze czasy. Ale to były niezbyt częste przypadki. Znacznie częściej pracodawcy, zwłaszcza mali i średni, byli w sytuacji takiej samej jak ich pracownicy, czyli zastanawiali się, za co ich rodziny przeżyją następny miesiąc. W zależności od relacji międzyludzkich, wypracowywano (lub nie) metody wspólnego życia i pracy w takich warunkach. Przeważnie zatrudnieni godzili się na obniżki pensji czy skrócenie czasu pracy.

Znacznie ciekawsze były jednak pozostałe przypadki. Zgodnie z prawem firma powinna zwyczajnie ogłosić upadłość. Czasem jednak tego nie robiono, a właściciel po prostu znikał. Niekiedy sprzedawał, co mógł, i wyjeżdżał za granicę, czasem po prostu porzucał firmę, zdarzały się także przypadki samobójstw. Sytuacje, gdy kontakt z właścicielem lub zarządem nagle się urywał, a pracownicy przychodzili do pracy, w naturalny sposób prowadziły do przejęcia opuszczonej firmy. Robotnicy już bez właściciela starali się jakoś podtrzymać jej działanie. Oczywiście okazywało się, że wiedza, jaką posiada właściciel/zarząd, ma duże znaczenie, poza tym kontaktów handlowych nie można nawiązać na nowo w jeden dzień. Ale taka sytuacja szybko ukazała olbrzymią zaletę przedsiębiorstw zarządzanych przez pracowników: związek z lokalną społecznością. To z niej przecież wywodzą się pracownicy.

Olbrzymia część upadających firm zajmowała się wytwarzaniem dóbr trwałych, w związku z czym boleśnie odczuły załamanie rynku. Z rzeczy trwałych najłatwiej bowiem zrezygnować, a i wahania walutowe czynią konkurowanie z towarami importowanymi bardzo trudnym. Paradoksalnie jednak to, co było piętą achillesową w czasach kryzysu, mogło stać się zaletą przedsiębiorstw mocno związanych z lokalną społecznością. Sprzęt i maszyny z fachową obsługą oraz ludzie zdesperowani, aby przy ich użyciu wytworzyć cokolwiek, co nadawałoby się do sprzedaży, wystarczyły. Kontakty w lokalnym środowisku pomagały sprzedać produkty, na które był popyt w ciężkich czasach i na których wytwarzanie można było w krótkim czasie przestawić linie produkcyjne.

Dla zobrazowania sytuacji przytoczę anegdotyczny przykład – firmy zajmujące się wytwarzaniem wyrobów z metali mogły przestawić się na wytwarzanie krat do okien oraz drzwi pancernych. W czasach kryzysu były to przedmioty i usługi cieszące się popytem. Co ważne, klienci byli zawsze bardziej skłonni powierzyć lokalnej firmie wykonanie produktów i usług istotnych dla swojego bezpieczeństwa. Pierwsze zlecenia tego typu pozwalały na zgromadzenie jakiegoś kapitału obrotowego. Trzeba pamiętać, że firmy przejęte przez pracowników najczęściej nie miały już żadnych materiałów do produkcji, a oni sami też zazwyczaj nie mieli już nic, bo od miesięcy niewypłacane w całości pensje musiały zwyczajnie zostać wydane na przeżycie. Stąd elementem, który powtarza się w prawie każdej historii przetrwania zakładu zarządzanego przez pracowników, jest przychylność dostawców materiałów czy usług niezbędnych do produkcji. Wbrew pozorom, w takich warunkach ekonomicznych to firmom prowadzonym przez pracowników było łatwiej uzyskać surowce na kredyt, nawet jeśli dopiero rozpoczynały działalność. Dostawcy zupełnie rozsądnie oceniali pracowników prowadzących firmę jako znacznie bardziej zdeterminowanych, aby przetrwała ona nawet najgorsze czasy. Sam zetknąłem się z podobnymi firmami i podobnymi historiami, pracując w branży metalowej na południowych przedmieściach Buenos Aires.

Fabryka bez właścicieli

Spośród wielu (około 300) historii przedsiębiorstw przejętych przez pracowników w Argentynie w trakcie kryzysu 2001/2002 dość znana jest ta FaSinPat, czyli Fabrica sin Patrones, co można przetłumaczyć jako „fabryka bez właścicieli” lub „fabryka bez dyrektorów”.

Była to wytwórnia wyrobów ceramicznych w Neuquen. Miasto to jest stolicą prowincji Rio Negro, geograficznie stanowiącej część Patagonii, a precyzyjnie mówiąc, znajduje się w środku niczego. Stworzono je w latach 70. Inwestor wykorzystał czas, kiedy dyktatura wojskowa promowała „rozwój południa kraju”, i fabryka mogła zostać w całości zbudowana za dotacje i państwowe kredyty, a następnie funkcjonować w ten sposób, prowadząc kolejne inwestycje, przez następne 20 lat. Gdy w budżecie Argentyny oraz prowincji Rio Negro pojawił się dziura, dotacje zmniejszono, a fabryka straciła jakikolwiek sens ekonomiczny. Właściciel zniknął, pracownicy po prostu rozpoczęli produkcję i sprzedaż kafli i ceramiki sanitarnej. Zbudowano sieć dystrybucji, również na odległych i lukratywnych rynkach, jak Buenos Aires. Po dewaluacji i wprowadzeniu dotacji do kosztów energii (bardzo istotnych w produkcji ceramiki) fabryka po prostu stała się zyskowna. Wtedy wrócił właściciel i z pomocą policji usiłował ją odzyskać. Jednak opór pracowników, ich rodzin i sąsiadów uniemożliwił to, a policja w końcu odpuściła i skierowała „właściciela” na drogę sądową. Po wielu latach procesu w 2012 roku zapadł ostateczny wyrok stwierdzający, że pracownicy zajęli po prostu mienie opuszczone. Z takim wyrokiem można oczywiście dyskutować, ale dla krajowej ekonomii efekt był dość łatwo mierzalny. Zamiast nieudolnie zarządzanej firmy działa fabryka, która potrafi sama się finansować, wyrobić markę swoim produktom, a także ma perspektywy rozwoju.

Kwestie prawne

Zupełnie odrębnym problemem była legalizacja takiego stanu faktycznego. Pracownicy rozpoczynali pracę, korzystając z maszyn, znajdując zlecenie, kupując surowce i sprzedając wyroby – ale co dalej? Przecież pracowali w formalnie cudzym budynku, na cudzych maszynach, do których najczęściej nie mieli żadnych praw. Jeśli z właścicielem nie było żadnego kontaktu, to problem nie był aż tak duży. Znacznie poważniej sytuacja wyglądała, jeśli pracownicy zajmowali zakład, domagając się wypłaty zaległych wynagrodzeń, a pracodawca po prostu to ignorował, po czym, gdy zakład został uruchomiony, wzywał policję.

Od strony prawnej standardowym rozwiązaniem takich sytuacji było założenie przez pracowników spółdzielni pracy (cooperativa de trabajo). Jej forma prawna i regulacje są bardzo zbliżone do istniejących w Polsce. Następnie występowano o ogłoszenie upadłości, a kiedy syndyk przejmował zakład, przystępowano do jego dzierżawy i następnie licytacji majątku. W dość dysfunkcjonalnym i skorumpowanym systemie argentyńskim nie zawsze było to tak proste. Najczęściej konieczny był (i stosowano go) nacisk lokalnej społeczności, z blokadą zakładu włącznie.

Później, już w nowych realiach politycznych i ekonomicznych rządów Kirchnerów, do prawa upadłościowego wprowadzono regulację wprost nakazującą, aby na początku procedury upadłościowej sędzia wezwał pracowników do założenia spółdzielni pracy, która może otrzymać zakład w użytkowanie na czas procedury upadłościowej oraz oczywiście przystąpić do przetargu o nabycie majątku. Podstawowe ułatwienia dla przejmowania przez pracowników przedsiębiorstw w upadłości wprowadzono zaraz po załamaniu się systemu neoliberalnego, już w 2002 roku. Duża nowelizacja prawa upadłościowego z 2011 roku nie tylko usankcjonowała takie przekształcenia, ale zasadniczo nadal je promuje. Co istotne, w tych zmianach nie wprowadzono żadnych całkowicie nowych koncepcji prawnych. Wszystkie rozwiązania zostały sprawnie wpasowane w przepisy wywodzące się z wielkich kodyfikacji epoki napoleońskiej, na których, w dużym przybliżeniu, bazuje także polskie prawo.

Po pierwsze, pracowników uznano w postępowaniu za zainteresowanych i mających prawo znać sytuację finansową i majątkową upadłego przedsiębiorstwa. Nie jest to daleko idąca zmiana, bo i tak zazwyczaj pracownicy są wierzycielami upadłego zakładu. Sędzia na początku postępowania upadłościowego ma obowiązek poinformować o możliwości założenia spółdzielni pracy. To nadal w zupełności mieści się w regułach zachodnioeuropejskiej procedury sądowej.

Następnie syndyk, działający oczywiście pod nadzorem sądowym, ma obowiązek przygotować plan likwidacji i zaspokojenia wierzycieli. Dokładnie tak samo lub bardzo podobnie wygląda procedura upadłościowa w każdym cywilizowanym kraju. Dzisiejsze rozwiązania argentyńskie dodały tu ważny element, zresztą bardzo prosty: z szacunkowego planu zaspokojenia wierzycieli wynika, w jakim procencie zostaną zaspokojeni poszczególni z nich. Syndyk powinien tylko obliczyć i podać sędziemu kwotę, jaką musi zapłacić powołana spółdzielnia pracy, aby wierzyciele otrzymali tyle samo, ile w przypadku likwidacji firmy. Jeśli spółdzielnia założona przez pracowników wykaże zainteresowanie, a sędzia uzna ją za wiarygodną, to firma jest im po prostu przekazywana. Jako rozliczenie potrąca się wierzytelności pracownicze, a spółdzielnia ma obowiązek zapłaty kwoty, która wystarczy na zaspokojenie wierzycieli w takim stopniu, w jakim byliby zaspokojeni w wyniku likwidacji.

Zauważmy, że taka procedura nie narusza podstawowej zasady postępowania upadłościowego, czyli zaspokojenia wierzycieli jak najszybciej i w największym możliwym stopniu. Owszem, utrudnia życie niektórym podmiotom. Na pewno syndykowi, bo kiedy przedsiębiorstwo jest przekazywane w całości nowemu podmiotowi, to jego praca trwa znacznie krócej, a wynagrodzenie za to bardzo lukratywne zlecenie jest niższe. Przede wszystkim znika też sporo możliwości zawierania umów z zaprzyjaźnionymi podmiotami, czyli pospolitej, bezkarnej korupcji.

Pogłębienie kryzysu i droga wyjścia

W grudniu 2001 roku w Argentynie nastąpiło przesilenie kryzysu. 3 grudnia wprowadzono drastyczne limity wypłat z systemu bankowego w celu ratowania banków zdekapitalizowanych i pozbawionych walut wcześniej wydanych na utrzymanie sztywnego kursu peso. 19 grudnia wprowadzono stan wyjątkowy, a następnego dnia odbyły się w całym kraju demonstracje, podczas których policja zastrzeliła 9 osób na Plaza de Mayo przed siedzibą rządu i innych instytucji centralnych oraz 36 osób w innych miejscach kraju. Liczba rannych na samym Plaza de Mayo przekroczyła 200 osób. Tego samego dnia prezydent de la Rúa ustąpił ze stanowiska.

W ciągu miesiąca od tych wydarzeń nastąpiło zawieszenie spłaty zadłużenia oraz rezygnacja z kursu 1:1 dolara do peso. Później całkowicie porzucono sztywny kurs walutowy, co przywróciło równowagę pomiędzy cenami produkcji krajowej i importowanej. Po objęciu władzy przez nowo wybranego prezydenta Nestora Kirchnera wprowadzono model gospodarczy promujący wzrost przemysłowy. Z jednej strony uprawy soi bardzo mocno wypierały tradycyjną hodowlę i napędzały popyt na maszyny rolnicze, z drugiej – szybko spadające bezrobocie i transfery pieniężne dla klasy niższej (zasiłki na dzieci) napędzały konsumpcję. Wprowadzono masowe dopłaty do kosztów energii. Tania elektryczność i gaz podnosiły konkurencyjność krajowej produkcji, ale też poprawiały bilans gospodarstw domowych i stwarzały motywację do zakupu energochłonnych urządzeń (jak np. klimatyzatory).

Była to relatywnie nietypowa sytuacja rynkowa. Gwałtownie rosnąca konsumpcja ułatwiała start i akumulację kapitału każdej firmie, ale jednocześnie żadne inwestycje w wydajność energetyczną i modernizację nie obciążały budżetów przedsiębiorstw, bo modernizacja nie miała sensu ekonomicznego. Energia była dotowana i tania, a płace nadal relatywnie niskie, zresztą dopływ słabo wykwalifikowanych imigrantów z Paragwaju, Boliwii i Peru utrzymywał wynagrodzenia na niewysokim poziomie, przynajmniej w branżach nieuzwiązkowionych.

Te czynniki razem wzięte spowodowały falę popytu przemysłowego, potężny wzrost produkcji i konsumpcji. Oznaczało to, że opłacalne było uruchomienie wszystkich mocy wytwórczych. A jak pamiętamy, znaczna część empresas recuperadas to były niewielkie przedsiębiorstwa przemysłowe zajmujące się obróbką metali, produkcją ceramiki itp. Właśnie takie zyskały najbardziej na nowym ustroju gospodarczym wprowadzonym przez rząd Nestora Kirchnera, niezależnie od formy własności. Firmy przejęte przez pracowników zwykle były nie najlepiej zarządzane lub przestarzałe. Brakowało im kapitału, a modernizacja nie wchodziła w grę, zwłaszcza że często wzrost wydajności był niemożliwy, jeśli miał odbyć się kosztem redukcji miejsc pracy. Ale w Argentynie za rządów Kirchnerów te rzeczy nie miały większego znaczenia. Sytuacja rynkowa pozwalała na uruchomienie wszystkich dostępnych środków produkcji, a w sytuacji bardzo niskiego zadłużenia przedsiębiorstw (bo kredytowanie w trakcie kryzysu właściwie nie istniało) oraz braku kapitalisty zainteresowanego drenażem zysków – spółdzielnie pracy właściwie musiały dobrze działać. I działały.

W 2009 roku Argentyna wpadła na chwilę w recesję, ale nie to było problemem. Rząd, wówczas już Cristiny Kirchner, zdecydował się utrzymać model taniej energii i stymulowania produkcji przemysłowej. To prowadziło do wzrostu importu paliw, co przy spadku cen eksportowanych surowców pogorszyło bilans handlowy. Reakcją były kolejne utrudnienia importu oraz wymiany walut, aż do momentu, gdy powstał podziemny rynek wymiany i transferów walutowych. To bardzo utrudniło import, ale podtrzymywało wzrost i konsumpcję przemysłową. Model trwał, jednak z powodu braku modernizacji i ograniczonej konkurencji coraz bardziej oddalał się od standardów światowych. Teoretycznie istniały programy wspierania nauki i modernizacji przemysłu, ale w swej istocie modernizacja przemysłowa opiera się na spadku zużycia energii i zatrudnienia. Do żadnej z tych rzeczy nie było w Argentynie bodźców ekonomicznych, a dodatkowo ograniczanie zatrudnienia w spółdzielniach pracy było problematyczne.

Wtedy nadeszły wybory prezydenckie 2015 roku. Wygrał je Mauricio Macri, burmistrz Buenos Aires, dość ortodoksyjny neoliberał. Restrykcje walutowe i importowe zostały od razu zniesione w całości, ponadto urynkowiono ceny nośników energii, co oznaczało drastyczną podwyżkę. Wywołało to spowolnienie, czyli m.in. gwałtowny spadek produkcji przemysłowej, w tym stali i wyrobów stalowych, o ponad 20%. Taka polityka trwa dopiero rok. Jest jeszcze nieco za wcześnie, aby pokazać przekrojowy efekt nowego systemu gospodarczego, ale można się dość łatwo domyślić, że był to rok bardzo ciężki. Najprawdopodobniej z rynku wypadną firmy najmniej wydajne, a więc m.in. zarządzane przez pracowników. Znów padnie pytanie o poziom determinacji, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że pod tym względem spółdzielnie będą ostatnimi podmiotami, które zaprzestaną działalności.

Jak to robią w Urugwaju?

W tym czasie gospodarka urugwajska teoretycznie nie miała takich problemów. Jak się okazało, znacznie większy kłopot stanowiło to, że olbrzymia część systemu bankowego Urugwaju była zależna od depozytów firm i obywateli Argentyny. Po prostu Urugwaj był traktowany jako stabilne miejsce przechowywania pieniędzy. Depozyty te oczywiście nie były składane w peso urugwajskim, lecz w walutach obcych, zazwyczaj w dolarach. Banki ani nie zadawały pytań o pochodzenie środków, ani w żadnym przypadku nie ujawniały danych o rachunkach, co było największym magnesem. Nie tak małe znaczenie miała też bliskość terytorialna: Urugwaj jest jedynym państwem, do którego można się dostać z Buenos Aires w rozsądnym czasie bez podróży lotniczej.

Podczas kryzysu argentyńskiego rozpoczął się odpływ tych środków, coraz szybszy w miarę pogłębiania się problemów. Są to kraje o podobnym poziomie zamożności, ale Argentyna ma dziś dwunastokrotnie większą populację, a proporcje ogólnej wielkości gospodarek są podobne. Jeśli zaledwie kilka procent argentyńskich depozytów było przechowywanych w urugwajskich bankach, to ze względu na skalę tych gospodarek wystarczyło to do wywołania ciężkiego kryzysu. I on nastąpił. Nawet po argentyńskim przesileniu środki z banków urugwajskich były wycofywane w celu inwestycji w Argentynie, ponieważ niezwykle atrakcyjne nieruchomości kosztowały symboliczne kwoty. Gdy kolejne kredyty banku centralnego nie prowadziły do przywrócenia wypłacalności (bo odpływ kapitału cały czas trwał), w końcu ogłoszono wakacje bankowe. Ale wówczas nie funkcjonował w Urugwaju żaden system gwarantowania depozytów bankowych, rząd także go nie stworzył, nawet w obliczu kryzysu. Strach o własne depozyty spowodował, że również Urugwajczycy masowo ruszyli wybierać pieniądze z banków. Wszystkie, co do jednego, lokalne banki prywatne upadły. Oczywiście w całej gospodarce zabrakło pieniędzy w obrocie oraz kredytu. Rząd miał niezwykle ograniczone możliwości pozyskania finansowania, kurs dolara wystrzelił w górę, bo każdy obawiał się o dalszy los waluty i gospodarki.

W takiej sytuacji rozpoczęły się demonstracje i rozruchy. Jedynie mądrości ówczesnego burmistrza Montevideo z ramienia opozycyjnej Partii Socjalistycznej Tabare Vasqueza można przypisać to, że kryzys ekonomiczny nie przekształcił się w polityczny. W Urugwaju nie odrzucono spłaty zadłużenia zagranicznego, nie istniał tak duży jak w Argentynie sektor przemysłowy i nie utrzymywał się tak długotrwały kryzys. Jednak wyjście z tej sytuacji okazało się relatywnie powolne. Nie zastosowano żadnych poważniejszych metod stymulowania gospodarki, rząd nowego prezydenta, wybranego w 2005 roku Tabare Vasqueza, skupił się na prowadzeniu odpowiedzialnej polityki i reformowaniu kraju. Dlatego sytuacja empresas recuperadas była przez większość tego okresu znacznie cięższa niż w Argentynie. Tania energia, kluczowa dla działania energochłonnych branż z przestarzałym parkiem maszynowym, nie była już dostępna.

Jednak w 2012 roku rząd Urugwaju powołał fundusz o nazwie FONDES, który bliski jest typowym funduszom venture capital. Realizuje on politykę rządową, dostarczając kapitału przedsięwzięciom zbyt ryzykownym czy po prostu niekredytowanym przez banki. Jego kapitał pochodzi z zysku państwowego Banco de la Republica Oriental de Uruguay. Obecnie ten fundusz celuje w dwa rodzaje firm, które dokapitalizowuje: to małe firmy z sektora wysokich technologii, które rozpoczynają ekspansję zagraniczną, oraz właśnie empresas recuperadas.

Fundusz nie jest przypadkowym efektem polityki sprzed lat. Został powołany przez rząd José Mujicy właśnie w celu wsparcia istniejących spółdzielni pracy. A wsparcie to nie było oderwanym i przypadkowym elementem polityki, lecz realizacją wizji gospodarki, w której firmy państwowe są odpowiedzialne za podstawowe działy ekonomii, takie, w których znacząca obecność spekulacyjnego kapitału może rozchwiać gospodarkę. Dalszą częścią tej wizji jest preferowanie spółdzielczości. Stąd też firmy istniejące jako spółdzielnie, zwłaszcza spółdzielnie pracy działające w oparciu o majątek odzyskany z upadłych firm prywatnych, mają tę dodatkową możliwość pozyskania kapitału. Co więcej, ma on charakter po części spekulacyjny, tj. nie oczekuje gwarancji zysku i zachowania środków.

Ciekawym przykładem działalności kooperatyw pracowniczych jest jedno z największych przedsiębiorstw kiedykolwiek przejętych przez pracowników. FUNSA to Fabrica Uruguaya de Neumaticos SA, czyli Urugwajska Fabryka Opon. Została ona założona na fali industrializacji w latach 30. jako fabryka wyrobów gumowych, przede wszystkim opon. Był to typowy wielki zakład pracy, ale powstał w kraju, w którym wielkich fabryk prawie nie było (i nadal nie ma). Historia fabryki obfitowała w „zwyczajne” wydarzenia, takie jak utrzymanie się jako najdłużej strajkujący zakład po zamachu stanu, aresztowania i długoletnie więzienia dla działaczy związkowych, aż po prywatyzację w latach 90. Inwestor, Titan International z USA, zobowiązał się do rozwoju produkcji, ale sam popadł w problemy finansowe. Następnie sieć dystrybucji została sprzedana przedstawicielom wielkich międzynarodowych firm oponiarskich, a sama fabryka, pozbawiona kapitału obrotowego i możliwości zbytu, upadła w 2002 roku.

W warunkach urugwajskich zajęcie fabryki i kontynuacja pracy nie wchodziły w grę. Zakład ogłosił upadłość, majątek przejął syndyk pod nadzorem sądowym. Rozpoczął on proces likwidacji, zaczynając od próby sprzedaży fabryki w całości. Pracownicy założyli spółdzielnię, która z rządowym wsparciem uzyskała kredyt w wysokości 1 mln dolarów. Udzielił go bank państwowy, ale nie zrobiłby tego bez wiarygodnego biznesplanu. Tę kwotę zaoferowano jako zapłatę za fabrykę. Była to jedyna oferta, w związku z czym została przyjęta, a spółdzielnia mogła wydzierżawić maszyny od syndyka. Szybko udało się uruchomić linię produkcji gumowych rękawiczek. W porównaniu z oponami była to niezbyt wielka produkcja, ale przywróciła fabrykę do życia. Po kilku miesiącach uruchomiono produkcję opon do pojazdów rolniczych, następnie do ciężarówek, w końcu zaczęto produkować najpopularniejsze rozmiary dla samochodów osobowych. Tak pozostało do dziś. Firma istnieje i cały czas działa w formie spółdzielni pracy. Zatrudnienie wynosi około 150 osób, w porównaniu z 3000 u szczytu produkcji i około 300 przed upadłością. Według ostatnich informacji większość zatrudnionych pracowała przy linii produkcji gumowych rękawiczek, które były eksportowane głównie do Wenezueli. Z racji obecnej sytuacji w tym kraju, eksport ów prawdopodobnie nie ma już miejsca.

Przy powstaniu FUNSY po prostu wykorzystano istniejące przepisy prawne, aby uratować przedsiębiorstwo, które było i jest ważne dla krajowej gospodarki. Warto wspomnieć, że polskie przepisy nie różniły się i nie różnią w zasadniczy sposób od urugwajskich. Każda z fabryk upadających wskutek sztywnego kursu walutowego wprowadzonego planem Balcerowicza mogła zamiast likwidacji zostać sprzedana przez syndyka spółdzielni założonej przez pracowników. Nie zawsze musiało się to kończyć sukcesem, ale brak wskazania takiej możliwości jest jedną z większych przewin ekipy dokonującej w Polsce transformacji.

Kolejna historia nie jest aż tak jednoznaczna, moim zdaniem zakład ten raczej upadnie niż przetrwa. To tkalnia specjalizująca się w tkaninach wełnianych. Położona w małej miejscowości, korzystała głównie z lokalnej wełny. Tekstylia wełniane są i zawsze były produktami raczej luksusowymi, a od wielu lat są wypierane przez tworzywa sztuczne. Na światowym rynku radzą sobie jedynie producenci dóbr luksusowych z utrwaloną marką – zazwyczaj firmy włoskie, hiszpańskie lub francuskie. Dla małej tkalni z Urugwaju to ciągła walka o przetrwanie. Podobne firmy w innych miejscach świata już w zasadzie zniknęły.

Cooperativa Textil Puerto Sauce otrzymała od FONDES 8,9 mln dolarów. Problem polega na tym, że środki te zostały zużyte raczej na utrzymanie działalności niż na inwestycje w nowocześniejsze maszyny czy w promowanie marki. Ale wsparcie rządowe na tym się nie kończy. Osobiście byłem na targach Expocannabis w Montevideo. Tak, jak najbardziej – na targach, na których wystawiały się firmy związane z uprawą konopi. Znalazło się też stoisko promujące tę tkalnię. O tyle interesujące, że nie było tam przedstawiciela spółdzielni, a stoisko było obsadzone przez pracownika Ministerstwa Przemysłu. Wsparcie targowe jest kolejnym sposobem ułatwiania działalności firmom popieranym przez politykę rządową. Tkalnia prezentowała łączoną tkaninę wełniano-konopną, na którą poszukuje klientów i rynku.

Rząd zapowiedział, że FONDES zainwestuje fundusze tylko jeśli istnieje realna perspektywa uzyskania przez firmę stałej rentowności. Razem z kapitałem zawsze oferuje się wsparcie techniczne, handlowe i zarządcze, ale jeśli firma nie będzie w stanie przedstawić realnej koncepcji dochodowej działalności w przyszłości, to nie uzyska finansowania. Oznacza to po prostu większy nacisk na samofinansowanie i zwiększanie kapitału FONDES, co oczywiście przyniesie korzyść całej gospodarce. Ta spółdzielnia jak na razie nie potrafi przedstawić takiego planu. Jej jedynym nowym projektem są tkaniny wełniano-konopne. Liczy na efekt promocji kraju jako marki, a Urugwaj jest kojarzony jako światowy lider regulacji i cywilizowania rynku uprawy i spożycia konopi.

Przykłady walki o swoje

Spółdzielnia Pracy Herramientas Union z Rosario w argentyńskiej prowincji Santa Fe powstała w czerwcu 2000 roku, gdy firma Domingo Lentini SA, istniejąca od 1950 roku, zakończyła działalność i pozostawiła pracowników bez zajęcia. W bankrutującym przedsiębiorstwie nie było już środków nawet na odprawy dla zwalnianych pracowników. Właściciel rozliczył się z nimi z zaległych pensji i odpraw, przekazując im maszyny z zamykanego zakładu. Zakład ten zajmował się produkcją narzędzi tnących, czyli frezów, tarcz i taśm do pił, noży do skrawania i innych podobnych narzędzi. Dokładnie taką samą działalnością zajęła się spółdzielnia. Początek wyglądał tak, że maszyny, które pracownicy uzyskali zamiast pensji i odpraw trzeba było gdzieś przewieźć, ustawić i rozpocząć produkcję. W ówczesnych ciężkich czasach nie brakowało wolnych przestrzeni fabrycznych, bez trudu udało się znaleźć odpowiednie miejsce i rozpocząć produkcję. Po dewaluacji i zakończeniu reżimu sztywnego kursu walutowego Rosario, gdzie mieściła się fabryka, stało się krajowym centrum przemysłu sojowego. Fabryki maszyn rolniczych rozpoczęły pracę pełną parą, ponieważ wszyscy potrzebowali narzędzi. Zakład był relatywnie niewielki, zatrudniał 12 osób, z których wszyscy odnaleźli się w nowej formule prawnej.

Z kolei Roby SA było przedsiębiorstwem zajmującym się produkcją kosmetyków, środków higieny osobistej oraz innych rodzajów produktów w aerozolach (farb, domowych środków owadobójczych etc.). Siedzibę miało w powiecie La Matanza w aglomeracji Buenos Aires. W 1998 roku rozpoczęły się poważne problemy, przez większość 1999 roku nie wypłacano pensji. W grudniu 1999 pracownicy zaczęli podejrzewać, że właściciel przygotowuje się do wywozu maszyn i narzędzi oraz tego, co pozostało z surowców i półfabrykatów. Za radą i z pomocą centrali związkowej pracownicy 7 stycznia 2000 roku zajęli firmę. Po prostu przebywali w niej, głównie pilnując sprzętu przed zniszczeniem lub wywiezieniem. Właściciel zniknął. Nie było w tym czasie żadnego kontaktu ani z nim, ani z żadnym członkiem zarządu spółki. Okupacja firmy przedłużała się na miesiące, w tym czasie oczywiście nikt nie otrzymywał żadnych pensji. Przetrwanie pracownikom i ich rodzinom zapewniła Cooperativa de Trabajo Frigorifico Yaguane (Spółdzielnia Pracy Chłodnia Yaguane) nieodpłatnie dostarczając mięso dla wszystkich.

W lutym 2000 roku formalnie założono spółdzielnię pracy, która po prostu rozpoczęła działalność w zajmowanym zakładzie. Do tego etapu dotrwało zaledwie 30 osób ze 120-osobowej załogi firmy i taka grupa rozpoczęła na nowo produkcję. Kapitał obrotowy w wysokości 25 tys. peso zapewnił powiat La Matanza. Następnie zatrudnienie wzrosło do 60 osób i pozostało na tym poziomie.

Midober SA było znaczącą firmą w gospodarce Urugwaju. Ówcześnie właściwie jedynym towarem eksportowym były produkty pastwiskowej hodowli zwierząt, a firma ta zajmowała się produkcją wyrobów skórzanych. Przy zatrudnieniu o wielkości 700 osób była jednym z najważniejszych przedsiębiorstw eksportowych w kraju. W 1997 roku zakład został zamknięty, co spowodowało konflikt z pracownikami. 1 lipca tego roku rozpoczął się strajk okupacyjny. Problemy i metody ich rozwiązania do tego miejsca wyglądały dokładnie jak w Polsce w czasie planu Balcerowicza. Jednak 10 września 1997 roku zmieniono formułę protestu na strajk produkcyjny (strajk czynny). Oznaczało to pracę, używanie fabryki i sprzętu w celu ochrony miejsc pracy i dochodów. W dalszej kolejności firma i tak ogłosiła upadłość, ale pracownikom nie udało się zakupić przedsiębiorstwa w toku postępowania upadłościowego. Maszyny i zorganizowaną część przedsiębiorstwa zakupiła grupa kapitalistów. Sprzęt wynajmuje pracownikom, którzy początkowo założyli spółkę akcyjną i rozpoczęli działalność pod nazwą Vicental SA, jednak po kilku latach zmienili zdanie i utworzyli spółdzielnię pracy o nazwie Urven.

W pierwszym okresie działalności, od 2002 do 2008 roku, firma nie miała technicznych ani rynkowych możliwości obróbki skór. Na zlecenie argentyńskiej firmy obrabiała odpady mięsa i skór, przygotowując półfabrykat do wyrobu żelatyny. Większość maszyn była zbyt przestarzała i zużyta, aby garbować skóry do jakości oczekiwanej przez rynek. Zatrudnienie w tym czasie wynosiło 60 osób. W 2008 roku rząd Urugwaju wynegocjował porozumienie z władzami Wenezueli, na mocy którego wyłożono w formie zaliczki na przyszłe dostawy towarów kilka milionów dolarów dla trzech urugwajskich spółdzielni pracy, które miały potem dostarczać towary na rynek Wenezueli. Jedną z nich była właśnie Urven, która otrzymała 800 tys. dolarów, FONDES dołożył następne 1,2 mln, za co zakupiono budynek i brakujące nowe maszyny. Obecnie firma wraca na rynek produkcji luksusowych skór, wenezuelska pożyczka została spłacona i w zakładzie panuje optymizm co do rozwoju sytuacji.

Ikona spółdzielczości

W trakcie dyktatury wojskowej w Argentynie istniał dość szeroki system dotowania i kredytowania inwestycji z funduszy publicznych. W warunkach rządów terroru i braku jakiejkolwiek kontroli fundusze te były dostępne jedynie dla osób o wystarczających koneksjach w strukturze władzy. Umożliwiały one dotowanie w nieskończoność takich firm, a także umarzanie kredytów i zobowiązań podatkowych. Na tej zasadzie Marcelo Iurkovich zbudował Hotel Bauen. Powstał on na piłkarskie mistrzostwa świata w 1978 roku niemal w całości z pożyczek państwowych, których nigdy nie spłacono. Od pierwotnego właściciela hotel w 1997 roku zakupiła firma Solari SA, która w toku dalszej działalności nie miała w zwyczaju płacić podatków, w związku z czym w lutym 2002 roku ogłoszono jej upadłość.

Co istotne, Solari SA nie zapłaciła pełnej kwoty zakupu, lecz zaledwie 4 z 12 milionów peso (równowartych dolarom USA). Następnie w toku postępowania upadłościowego poprzedni (?) właściciel zaproponował, że zwróci otrzymaną zaliczkę i odzyska nieruchomość. Sąd wydał na to zgodę, lecz kwota nie została nigdy przelana. W dalszym toku postępowania upadłościowego Iurkovich podnosił, że przedsiębiorstwo z hotelem zostało przeniesione na inną jego spółkę, wobec czego Solari SA nie mógł nabyć hotelu, a nieruchomość nie weszła do masy upadłościowej. W największym skrócie – do dziś nie wiadomo, kto jest właścicielem i jak uregulować tę sytuację. Kolejne procesy sądowe nadal trwają. Jedna z prób uregulowania sytuacji polegała na ustawowym wywłaszczeniu w celu prowadzenia działalności kulturalnej, a przy okazji hotelowej. Ustawa została uchwalona przez Kongres, ale w styczniu 2017 roku zawetował ją prezydent Mauricio Macri.

Przed upadłością spółki pracownicy prowadzili strajk okupacyjny. Po ogłoszeniu upadłości zdecydowali się założyć spółdzielnię – początkowo składała się z 35 osób – aby dalej prowadzić hotel. Nosi ona nazwę Cooperativa de Trabajo B.A.U.E.N. Ltda. Miejsce to stało się ikoną ruchu spółdzielczości pracowniczej, ponieważ sam hotel położony jest w centralnym punkcie Buenos Aires. Oprócz hotelu z 220 pokojami posiada też osiem sal konferencyjnych od 50 do 800 miejsc oraz salę teatralną na 350 miejsc ze stosownym sprzętem nagłośnieniowym i oświetleniowym. W warunkach ciężkiego kryzysu budynek był wyceniony na 12 mln dolarów, obecnie jego cena wynosiłaby co najmniej kilkaset milionów.

Zaraz po rozpoczęciu działalności przez spółdzielnię miały miejsce kolejne próby eksmisji, również z pomocą policji. Próby te były blokowane przez mobilizację mieszkańców, najczęściej przy wsparciu związków zawodowych. Podobne sytuacje miały miejsce w przypadku innych firm mających nieruchomości w Buenos Aires. W tym mieście to nieruchomość stanowiła wartość – pracownicy, maszyny czy baza klientów były nieistotnym dodatkiem. Stąd też w czasie problemów ekonomicznych presja na pozbycie się pracowników była znacznie większa niż np. w branży obróbki metali, w której wartość stanowiły maszyny i umiejętność ich obsługi, a nie nieruchomości – niewiele warte hale fabryczne na przedmieściach.

Spółdzielnia składa się obecnie ze 130 członków i jest dochodowa. Pomimo tego samodzielne uzyskanie własności budynku wykracza poza możliwości pracowników. Ta historia jeszcze się nie zakończyła.

Podsumowanie

Falę ruchu spółdzielczego w Argentynie i w Urugwaju wzbudziły neoliberalne eksperymenty walutowe, bardzo podobne do tych znanych z Polski. Przez kolejne lata lewicowe rządy wspierały powstawanie i funkcjonowanie spółdzielni pracy organizowanych na gruzach upadłych firm.

Pomimo tego, że ruch spółdzielczości pracowniczej stanowił istotną część zmian w gospodarce Argentyny w procesie odchodzenia od neoliberalnych dogmatów, to do dziś brakuje opracowań naukowych pokazujących mechanizmy i dokładną skalę tego zjawiska. Najniższe szacunki mówią o około 300 firmach tego typu, a najwyższe o około 3–4 tysiącach. Ale dokładne liczby są nieznane. W rejestrze handlowym Argentyny jest nieco ponad 16 tys. spółdzielni pracy. Nie wiadomo jednak, ile z nich jest aktywnych gospodarczo. Tym bardziej nie da się ustalić, ile z nich powstało na gruzach majątku prywatnych przedsiębiorstw, a ile zaczynało działalność w inny sposób. Zwłaszcza że przecież mogło być wiele sytuacji pośrednich, jak już jakiś czas działająca spółdzielnia, która zwiększyła swój majątek przez nabycie określonych aktywów lub całego przedsiębiorstwa w postępowaniu upadłościowym. Jest wiele sytuacji pośrednich, które wymykają się wszelkiej statystyce.

Każda z powyższych historii jest inna, ale we wszystkich powtórzyły się podobne elementy. W każdej historii przejęcia przedsiębiorstw przez pracowników kluczową rolę odgrywają wierzytelności pracowników wobec firmy. Od strony finansowej i prawnej mechanizm bardzo często był identyczny: pracownicy zakładali spółdzielnię, do której wkładem założycielskim były ich wierzytelności wobec pracodawcy. Spółdzielnia w ten sposób stawała się dużym, często dominującym wierzycielem upadającej firmy. To dawało duży wachlarz możliwości w negocjacjach z faktycznie niewypłacalnym właścicielem lub, już po ogłoszeniu upadłości, upadłości, pozwalało na skuteczne domaganie się praw w postępowaniu upadłościowym lub negocjowanie z syndykiem.

Aby jednak negocjować, musiała istnieć także druga strona. Mogła to być dotychczasowa firma, ale gdy już doszło do upadłości, decydujący głos w sprawie miał sąd upadłościowy lub syndyk. W warunkach argentyńskich o wyniku postępowania decydowało nastawienie sądu, a syndyk postrzegał spółdzielnie raczej jako zagrożenie. Sytuacje, kiedy w Argentynie negocjacje z syndykiem kończyły się sukcesem, były niezwykle rzadkie. W Urugwaju natomiast syndycy byli zwykle otwarci na propozycje zarówno dzierżawy przedsiębiorstwa, jak i jego zbycia.

Bez solidarności i zaufania wśród załogi zakładu prawdopodobnie żadna z powyższych historii nie zakończyłaby się pozytywnie. Nieco pomijanym, nie zawsze pamiętanym i bardzo skomplikowanym aspektem było wsparcie zewnętrzne – zaczynając od rodzin, które godziły się na ciężkie czasy i ryzyko prowadzenia firmy przez robotników, najczęściej nie tylko bez wystarczającego, ale i bez żadnego kapitału obrotowego. Ważne były też organizacje związkowe, w każdym przypadku służące pomocą prawną oraz mobilizacjami społecznymi w celu wywarcia presji na władze (co było potrzebne szczególnie w Argentynie, a w Urugwaju raczej nie miało miejsca).

Kolejna kwestia, niezwykle istotna, to wsparcie ze strony władz. Większość firm została przejęta na fali i wskutek kryzysu, który dotknął również budżety państwowe i lokalne. Nawet jeśli pojawiła się wola wsparcia, to kasy świeciły pustkami. Nie wszędzie jednak wyglądało to identycznie, bo w Argentynie władze lokalne często były w stanie choć minimalnie dokapitalizować firmę, na zasadzie porozumień ad hoc, bez ram instytucjonalnych. W Urugwaju w okresie kryzysu i aż do zakończenia kadencji neoliberalnych władz (2005) nie istniały żadne wsparcie ani pomoc dla firm zarządzanych przez pracowników. Po objęciu rządów przez lewicę pojawiło się instytucjonalne wsparcie, będące częścią polityki. Do tego służy FONDES, do tego służyły porozumienia z rządem Wenezueli. Spory udział w tym ma też ogólna kultura prawna, organizacyjna i polityczna, stojąca w Urugwaju na wyraźnie wyższym poziomie niż w Argentynie.

Na samym szczycie tych wymogów jest po prostu zaufanie w społeczeństwie. Bez umiejętności zorganizowania się, wiary w dobre intencje organizujących i umiejętności wzajemnego zaufania na dość szeroką skalę, nic by się nie dało zrobić. To zapewne jest część odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce początku lat 90., w bardzo podobnych realiach ekonomicznych, tak szeroki ruch spółdzielczy nie powstał.

Regulacje prawa upadłościowego w Argentynie uważam za warte uwagi jako wzór do naśladowania dla lewicowych ruchów politycznych, zwłaszcza że można je wprowadzić bez żadnych zmian ustrojowych i inwestycji. Urugwajski system ekonomiczny opiera się na firmach państwowych kontrolujących główne dziedziny gospodarki. Zawsze mogą one dostarczyć kapitału lub popytu firmom i branżom, których rozwój jest uznawany za ważny dla interesu społecznego. Działanie takiego projektu jest niezwykle mocno zależne od umiejętności sprawnego zdefiniowania przez elity polityczne długoterminowego interesu przemysłowego. To niekoniecznie możliwe w dzisiejszych polskich realiach.

Krzysztof Molenda

komentarzy