Stracony okres 1989–2015

·

Stracony okres 1989–2015

·

W Polsce od 1989 roku trwa permanentny konflikt polityczno-społeczny, który w dużym stopniu ma podłoże socjalne i dotyczy sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Od powstania III Rzeczypospolitej w głównym przekazie medialnym te kwestie były najczęściej marginalizowane. Rozważania związane z upadkiem gospodarczym z lat 90. zostały skutecznie wypchnięte poza nawias debaty publicznej przez kastę ekonomistów i polityków zachwyconych wolnym rynkiem oraz słabym państwem.

Z zimną krwią

Powstały konflikt polityczny miał w początkowym okresie zróżnicowane natężenie, co było spowodowane zamknięciem wielu dużych zakładów przemysłowych lub rozbiciem ich na mniejsze przedsiębiorstwa prywatne. Oznaczało to zmniejszenie potencjału związków zawodowych oraz pozostawienie znacznej części społeczeństwa w trudnych realiach walki o byt w warunkach transformującej się gospodarki – nasilającego się bezrobocia i utraty stabilizacji zatrudnienia. Na pierwszy rzut oka całość wydaje się skutkiem błędnej polityki makroekonomicznej, która zupełnie pominęła aspekt mikroekonomiczny. Prywatyzacja i upadłość przedsiębiorstw państwowych niwelowały zagrożenie strajkami, co było korzystne z punktu widzenia liberalnych polityków.

Można zadać pytanie, czy działania decydentów politycznych były z góry zaprogramowane przeciwko społeczeństwu. Nie do końca. Spiskowa teoria nie będzie mieć pokrycia w faktach, ponieważ prawdopodobnie jedną z wielu zmiennych, które miały wpływ na tę sytuację, był dominujący wówczas liberalny punktu widzenia i to, jak przełożył się na organizację gospodarki. Michel Foucault prowadził w latach 1977–1978 w Collège de France serię wykładów, w których omawiał kwestię praktyk władzy. Jedną z poruszanych przez niego spraw był sposób kontrolowania uprawy i handlu zbożem w XVIII-wiecznej Francji.Foucault wskazywał na zjawisko cyrkulacji, czyli obiegu towarów, ludzi, pieniądza i idei, w kontekście fizjokratyzmu z jego dążeniem do zniesienia ograniczeń, a w efekcie zwiększenia przepływu i wytworzenia w pełni wolnego handlu. Filozof trafnie zauważa, że aspiracje do podniesienia poczucia bezpieczeństwa koncentrują działania organizacji państwowej na sprzyjaniu inflacji różnorodnych działań w przestrzeni. Zbyt ciasna zabudowa w miastach i miasteczkach? Spowodowany tym brak higieny, wzrost przestępczości w ciemnych zaułkach? Odpowiedzią była akcja poszerzania ulic, tworzenie ich regularnej sieci, całkowita przebudowa, by jeszcze bardziej kontrolować i dyscyplinować mieszkańców. Jednak aby taki proces nastąpił, państwo musi się rozwijać, bogacić, zwiększać otwartość na import i eksport. Pojawia się problem niedoboru zboża, a więc zagrożenie głodem. W latach 50. i 60. XVIII wieku następuje publiczna debata, prowadząca do zwycięstwa fizjokratyzmu z jego opowiedzeniem się za wolnym handlem. Jednocześnie w 1764 roku wzrastają ceny zbóż i znów powraca pytanie, czy słuszny jest eksport zboża w czasach niedoboru. Postawa fizjokratów zachęcała do przyjęcia założenia, że nawet jeśli jakąś wioskę dotknie głód i iluś ludzi umrze, będą to oczekiwane straty, a w większej skali niedobór żywności zostanie pokryty importem. Dochodzimy więc do punktu, w którym wolny handel niesie i uzasadnia bardzo poważne krótkoterminowe konsekwencje1.

Znaczna część polskich ekonomistów uległa liberalizmowi ekonomicznemu szkoły chicagowskiej i poparła transformację polskiego systemu gospodarczego zgodnie z jej receptami. Przypomina to opisane przez Foucaulta zjawisko dążenia do zwiększenia cyrkulacji, czego najbardziej widocznym efektem było zapełnienie sklepów różnorodnymi produktami. Oprócz tego pojawiło się także bezrobocie, będące w nowych realiach swego rodzaju wspomnianymi oczekiwanymi stratami. W latach 90. powstały elity polityczne całkowicie akceptujące model tej cyrkulacji, dopełnianej trwałą słabością państwa.

Przykładów jest wiele – np. upadek transportu publicznego w mniejszych miejscowościach umożliwił zagospodarowanie rynku przez przewoźników prywatnych. W konsekwencji doszło do rozwoju sieci busów, z zastrzeżeniem, że nie wszystkie miejscowości są obsługiwane – czy to częstymi kursami, czy w ogóle. Indywidualnym rozwiązaniem tego problemu jest zakup samochodu przez coraz większą liczbę osób. Nasilające się zjawisko migracji mieszkańców z przeludnionych i zanieczyszczonych miast na tereny wokół aglomeracji, przy braku efektywnej komunikacji publicznej, wywołało konieczność tworzenia i rozbudowy sieci drogowej. Doszło do zjawiska kulminacji potrzeby dojazdu ze strony starych i nowych mieszkańców wsi i miasteczek, gdyż obie te grupy są uzależnione od bardziej chłonnego rynku pracy okolicznego miasta. W efekcie wystąpił paradoks Braessa – pojawienie się kolejnej nowej drogi lub dodatkowego pasa ruchu nie zmniejsza liczby i natężenia korków. Z samochodów zaczynają korzystać następni użytkownicy – ci, którzy dotychczas tego nie robili. W wymiarze krótkoterminowym zyskują przedsiębiorcy, ponieważ tworzą sieci busów lub miejsca parkingowe na obrzeżach miast. Społeczeństwo ponosi z tego tytułu podwójne koszty – po raz pierwszy, kiedy musi płacić za usługi prywatne w sytuacji ich braku, i po raz kolejny, gdy kolejne inwestycje drogowe są finansowane z podatków. Cały system cyrkuluje w stronę zysków jednych kosztem drugich. To nieumiejętność zarządzania państwem, przejawiająca się w przypadkowości i w działaniach ad hoc, które wynikają z braku myślenia strategicznego. Sfera publiczna miała się stopniowo kurczyć jako zbyt kosztochłonna i obciążająca budżety samorządów. Skutkiem jest zmiana dóbr publicznych w prywatne, by sfera biznesu i polityki uzupełniały się nawzajem.

Tu zabrakło państwa

System światowy wymusza rywalizację między państwami o potęgę i status/uznanie. Każdy z podmiotów czerpie potencjał m.in. z systemu podatkowego. Skuteczna ściągalność podatków należy obecnie do największych wyzwań państwowych, ponieważ skala ich unikania upośledza możliwość dostarczania usług publicznych na wysokim poziomie. Nie jest to tylko wypadkowa działań grup przestępczych czy słabości systemu prawnego, który ma wiele luk umożliwiających wyłudzenia podatkowe. Innym problemem jest możliwość ograniczania ingerencji zagranicznych podmiotów prywatnych, co w warunkach globalizacji jest bardzo trudne.

W praktyce niemal żaden przedsiębiorca, choć mało kto artykułuje to wprost, nie chciałby zaistnienia całkowicie wolnego rynku, gdyż pełna konkurencja niszczyłaby słabsze podmioty (efekt skali). Słabe państwo i nieskrępowany wolny rynek wcale nie sprzyjają przedsiębiorczości: „Im słabsze państwo, tym mniej bogactwa można zgromadzić poprzez działalność produktywną ekonomicznie. W rezultacie czyni to z samej machiny państwa jeden z głównych obszarów akumulacji bogactwa – poprzez kradzież i przekupstwo, na wyższych i niższych poziomach. Oczywiście nie jest tak, że nie zdarza się to w silnych państwach – bo zdarza się – chodzi jednak o to, że w słabych państwach staje się preferowanym środowisko akumulacji kapitału, co z kolei osłabia zdolność państwa do realizowania innych zadań”2. Samoograniczenie się państwa i związane z tym mniejsze wpływy budżetowe to wspomniana w cytowanym fragmencie niezdolność do realizowania innych zadań. Państwo w takim układzie zmiennych osłabiających nie będzie w stanie reagować na nowe wyzwania. Negatywne zdarzenia i procesy będą się stopniowo nawarstwiać, a wraz z nimi wzrosną także koszty. Państwo w takiej sytuacji zwiększy obciążenia podatkowe obywateli.

Nie chodzi o gloryfikację państwa bez oglądania się na komplikacje, jakie stwarza nadmierny etatyzm. Pożądana jest jednak sytuacja, w której państwo i jego interes będą równie ważne, co zysk. Bez sprawnego państwa, dość silnego w konkurencji z innymi podmiotami na arenie międzynarodowej, krajowi przedsiębiorcy nigdy nie będą w stanie rozwinąć działalności na dużą skalę. W interesie każdego państwa leży maksymalizowanie swoich szans i możliwości, a do tego potrzebne są chłonny rynek wewnętrzny i udział w rynku zewnętrznym. Pierwszy staje się podporą silnych instytucji państwowych i przedsiębiorstw prywatnych, co pozwala budować efekt skali do dalszej ekspansji.

W warunkach mocnej penetracji rynku krajowego przez zagraniczne podmioty dochodzi do przeszczepienia części pozytywnych cech takich firm (jak technologie czy lepszy system zarządzania) na grunt państwa przyjmującego. Jednak celem graczy międzynarodowych jest zysk, a nie działalność charytatywna. Polska po 1989 roku dysponowała określonym kapitałem przemysłowym i finansowym, który z ich punktu widzenia należało przejąć, zlikwidować i pozostawić tylko to, co konieczne, aby lokalna gospodarka stała się głównie usługowa i niezdolna do konkurencji z tymi podmiotami. Według Edwarda Luttwaka działalność usługowa oznacza niższe wynagrodzenia niż w przypadku pracowników zatrudnionych w przemyśle3. Likwidacja lub przejęcie krajowej bazy przemysłowej, przy spadku wynagrodzeń i opanowaniu rynku przez zagraniczne produkty przemysłowe – to prosta droga do kolonizacji na warunkach zagranicznych potentatów. W tym systemie część zasobów trafiła oczywiście w ręce podmiotów powstającego krajowego biznesu. Zadaniem nowej elity było bronienie bezpiecznego trwania tego systemu. Najlepszym przykładem jest wykorzystanie rzekomego polskiego atutu w postaci taniej siły roboczej oraz emigracji wykształconych grup społecznych („drenaż mózgów”) przez lepiej prosperujące gospodarki centrum politycznego kapitalizmu na szeroko pojętym Zachodzie.

Półperyferie

Polska debata publiczna zwykle pomija kwestię zewnętrznego wpływu kapitalistycznych gospodarek na krajowy system polityczny i gospodarczy. Cytowany już Immanuel Wallerstein podzielił kraje o określonym poziomie rozwoju na państwa-centrum, które uwikłały w swoją sieć kraje peryferyjne o zacofanej gospodarce, oraz na półperyferie o większych możliwościach. Ostatnia kategoria zdaje się pasować do polskich realiów – kraju o dużym potencjale rozwojowym, ale zmuszonego konkurować z innymi państwami o podobnym statusie, aby z poziomu zależności gospodarczej nie spaść jeszcze niżej w hierarchii prestiżu i dostępności do określonych korzyści ekonomicznych wskutek przeniesienia produkcji do krajów o jeszcze niższych kosztach zatrudnienia4. Sprzyja to rozwojowi mentalności i dyskursu akceptujących wyższy poziom zaawansowania państw rozwiniętych. Powstaje sytuacja nierównowagi, w której siła nabywcza społeczeństwa wspiera konsumpcję i rozpoznawalność produktów zagranicznych. Polskie firmy potrzebują czasu na rozwój, co w tego typu rywalizacji jest niezwykle trudne.

Bardzo ważnym instrumentem presji gospodarczej i kulturowej jest obecność Polski w strukturach Unii Europejskiej. Z jednej strony jest to szansa, ponieważ istnieją mechanizmy solidarności europejskiej w postaci transferu środków publicznych do państw półperyferyjnych Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak oznacza to również oddanie jeszcze większego pola nieskrępowanej penetracji. Jest to skorelowane z ciągłą wojną cenową, a niskie ceny są efektem m.in. niewielkich uposażeń pracowników.

Proces nowego uzależnienia gospodarczego po 1989 roku został skierowany przeciwko zwykłym ludziom. Wymownym przykładem jest postępujące przeobrażanie prawa pracy w kierunku niestabilnych stosunków zatrudnienia. Rosną nierówności społeczne. Posiadanie mieszkania, domu, potomstwa czy pracy zgodnej z wykształceniem jest dobrem luksusowym. Takie realia znajdują się w konflikcie z propagandą mówiącą, że wolność jest w Polsce gwarantowana przez ustrój polityczny liberalnej demokracji. Narracja ta akcentuje pewien przełom w swobodzie posiadania i artykulacji poglądów politycznych, ale nie gwarantuje efektywności gospodarczej oraz egalitarnego i sprawiedliwego rozwoju. Widać to wyraźnie na poziomie lokalnego samorządu.

Nędza „demokracji” lokalnej

Obecnie w wyborach do rad gmin w miastach niemających praw powiatu obowiązuje system jednomandatowych okręgów wyborczych. Elekcja do rad powiatowych wciąż działa w ramach systemu list wyborczych poszczególnych komitetów partyjnych lub obywatelskich. Wydawać się może, iż jednomandatowe okręgi na poziomie gminy miejskiej o wielkości do 50 tysięcy mieszkańców powinny generować wyższą jakość polityczną, skoro głosowanie nie dotyczy już list komitetów, lecz poszczególnych osób. Problem w tym, że niewielkie okręgi w tego typu miastach sprzyjają miękkiej korupcji politycznej – pozyskiwaniu zwolenników liczących na konkretne korzyści w postaci posad, uregulowań prawnych czy dostępu do intratnych kontraktów na zamówienia publiczne. Sprzyja temu niewielkie zaangażowanie i zainteresowanie sprawami publicznymi. Znajomość poszczególnych osób uczestniczących w rywalizacji politycznej, a także koterii, jakie się wokół nich gromadzą, wywołuje duże emocje. W efekcie tematy trudne i wymagające fachowej wiedzy są spychane na margines.

Wykorzystują to media niekryjące się ze swoimi sympatiami dla poszczególnych kandydatów. Lokalne stacje telewizyjne i radiowe, prasa i portale informacyjne dysponują niewielkim kapitałem finansowym. Wchodzą więc w swego rodzaju „kohabitację” z różnymi lokalnymi politykami na zasadzie wzajemnych korzyści, co przekłada się na określoną politykę informacyjną. Całość kończy się aktem wyborczym, który niekiedy wyłania nową obsadę rady gminy w wyniku skompromitowania się poprzedniej, ale nowe władze zwykle funkcjonują podobnie do starych. Przegrana opcja polityczna nie jest pozostawiana na lodzie. Bardzo często były prezydent trafia do jakieś spółki lub na stanowisko kierownicze do jednostki podległej gminie – podobnie dzieje się z wieloma radnymi.

Sens tego działania jest oczywisty i polega na tym, żeby nie robić sobie nawzajem krzywdy pomimo zajadłych sporów werbalnych w przestrzeni publicznej. W ogromnym stopniu buduje to lokalną elitę polityczną, która świadomie i celowo kontroluje dostęp do intratnych stanowisk. Kto raz wejdzie do tego systemu i nie zepsuje sobie relacji z patronami czy nawet z przeciwnikami, nie wykraczając poza pewne granice rywalizacji, pozostanie w nim na długo. Wielu umożliwia to zbudowanie swoistego imperium, na które nakłada się sieć zwolenników i przyjaciół rozmieszczonych w różnych instytucjach samorządowych czy przedsiębiorstwach prywatnych. Spora część wyborców woli uczestniczyć w tym systemie ze względu na potencjalne korzyści, a sprzeciw zwykle nie wykracza poza anonimową złość w internecie. Najważniejszym kryterium uczestnictwa w lokalnym systemie politycznym jest lojalność, a nie profesjonalna wiedza mogąca zagrażać osobom znajdującym się na różnych szczeblach samorządowej hierarchii. To demokracja pionowa o bardzo ułomnym charakterze, budująca nieformalne sieci wpływu, grupy interesu mogące tworzyć określony porządek prawny od poziomu samorządowego po ogólnokrajowy.

Krytyczna ocena tego zjawiska sama w sobie nie będzie w stanie zainicjować sanacji samorządu, ponieważ w praktyce każdy porządek polityczny, również w rozwiniętych demokracjach, wiąże się z systemem łupów. W jakimś stopniu jest on konieczny, jeżeli ma stanowić motywację do działań politycznych z powodu oczekiwania różnych korzyści. Problem staje się poważny, gdy skala tego zjawiska przerasta uczciwe praktyki. Dla pewnej części wspólnoty, która jest pozbawiona intratnych znajomości, będzie to blokada możliwości zawodowych i szans na podjęcie służby publicznej. Może to przyczynić się do zahamowania napływu fachowych kadr, a na poziomie politycznym ustanawia praktykę negatywnej selekcji i ryzyko bezalternatywności kandydatur.

Zapaść gospodarcza i społeczna w dużym stopniu przełożyła się na ukształtowanie systemu politycznych koneksji i relacji patron – klient, gdyż zwyczajni ludzie nie mogli poświęcić czasu na zdobywanie kompetencji obywatelskich i wiedzy politycznej w sytuacji walki o przetrwanie. Lokalny kapitalizm opiera się na niewielkich firmach o małej sile konkurencyjnej wobec dużych zagranicznych podmiotów. Te małe, rodzinne przedsiębiorstwa, bazują do dziś na taniej sile roboczej i próbach unikania opodatkowania. Nie są zdolne do tworzenia większych firm, ponieważ nie przechodzą procesu fuzji z innymi przedsiębiorstwami. Ich styl działania jest prowincjonalny z powodu chęci manifestowania swojego wyższego statusu majątkowego, ale nie coraz większej zaradności i efektywności w zarządzaniu. Aby przetrwać, budują sieć wsparcia politycznego w celu pozyskiwania zamówień publicznych. Ich niski potencjał i mała skłonność do podejmowania ryzyka inwestycyjnego mają związek ze słabością państwa. „Jeżeli familistyczne społeczeństwo o niskim poziomie zaufania pragnie rozwinąć przedsiębiorstwa na dużą skalę, niezbędna jest interwencja państwowa w postaci subsydiów i innych form pomocy, w tym również bezpośrednie przejęcia firmy na własność skarbu państwa. Wynikiem będzie »siodłowy« wykres dystrybucji przedsiębiorstw i duża liczba relatywnie małych firm rodzinnych na początku skali oraz bardzo mało struktur pośrednich”5.

Miasto pod lupą

Zlikwidowana część przemysłu nierzadko była nadmiernie rozbudowana, a skala zatrudnienia mogła być nieadekwatna do możliwości finansowych. Jednak polityka szokowa, której skutkiem było wysokie bezrobocie utrzymujące się przez długie lata, zupełnie nie brała pod uwagę możliwości rozsądnej i długofalowej restrukturyzacji przedsiębiorstw. Ta ostatnia mogłaby przecież polegać np. na okresowym zmniejszeniu personelu, zwiększeniu efektywności zarządzania, pozyskaniu nowych technologii – aby przetrwać i zyskać lepszą pozycję rynkową. Istnienie tych zakładów, szczególnie w niewielkich ośrodkach miejskich, dałoby silne podstawy do zachowania potencjału gospodarczego, naukowego i demograficznego wielu z nich. Ulokowanie dużych fabryk poza wielkimi aglomeracjami jest z korzyścią dla lokalnych społeczności.

Przykładem miasta, gdzie postąpiono inaczej, jest Skarżysko-Kamienna w północnej części województwa świętokrzyskiego. Miejscowość od wielu lat jest związana z przemysłem zbrojeniowym. Rozwój zapoczątkowała budowa stacji kolejowej w latach 1883–1884, a po nadaniu praw miejskich i powstaniu kolejnych zakładów o charakterze militarnym miasto uzyskało ważne znaczenie przemysłowe i transportowe. Nowe realia polityczne i gospodarcze z chwilą zakończenia II wojny światowej przyczyniły się do rozbudowy istniejących zakładów i tworzenia nowych. Napływ ludności z okolicznych wsi skutkował koniecznością budowy nowych osiedli.

Ten pomyślny rozwój przerwały zmiany gospodarcze z lat 90. Skala zatrudnienia zmalała, a z nią – dbałość o miasto. Rynek pracy bazuje na firmach, które budują swój kapitał i pozycję, wykorzystując tanią siłę roboczą. Trwa odpływ mieszkańców, zwłaszcza tych wykształconych. Efektem jest stopniowo starzejąca się populacja, tymczasowo zastępowana ludnością napływową z terenu Kielc, która wynajmuje lub kupuje tanie mieszkania przy uwzględnieniu kosztów dojazdu do miasta wojewódzkiego, ponieważ samo Skarżysko nie oferuje zatrudnienia i infrastruktury na wystarczającym poziomie. Nastąpiła także ekspansja sieci handlowych o kapitale zagranicznym, co pogorszyło warunki prowadzenia handlu przez lokalnych przedsiębiorców.

Największymi pracodawcami wciąż są zakłady zbrojeniowe, ale zatrudniają znacznie mniej osób niż kiedyś. Brakuje większych inwestycji podobnych do tych z okresu po 1945 roku. Chociaż odbudowa przemysłu na wzór tej z przeszłości nie jest realna z powodu zmniejszenia popytu na produkty przemysłu ciężkiego na rzecz wytwórczości wysokiej techniki, to jednak poważne inwestycje przemysłowe mogłyby odbudować znaczenie miasta. W czasie transformacji upadł zakład produkujący obuwie, a zakłady zbrojeniowe prowadziły własną produkcję sprzętu AGD. Są to przykłady dowodzące, że istniała szansa na rozwój przemysłu lekkiego na potrzeby konsumpcyjne. Wśród kolejnych negatywnych zmian trzeba wymienić spadek liczby połączeń kolejowych i redukcję zatrudnienia personelu obsługującego stację i rozbudowane parki kolejowe. W tych ostatnich funkcjonował znaczący park towarowy, dziś pozbawiony dużej załogi pracowników technicznych – w przeszłości było to nawet około 5 tysięcy osób.

W skali regionu w województwie świętokrzyskim działa natomiast przynajmniej kilkanaście zagranicznych firm, które nie wnoszą wyższej techniki wytwórczej, lecz bazują na przejętych przedsiębiorstwach w celu wyzyskania bazy surowcowej lub materiałowej (inwestycje typu brownfield). Ma to poważne konsekwencje, nie tylko w niszczeniu lokalnego środowiska: „Firmy te, będące oddziałami dużych międzynarodowych korporacji, są silniej powiązane z innymi przedsiębiorstwami z obcym kapitałem niż z miejscowymi podmiotami gospodarczymi, w niewielkim stopniu tworzą sieci relacji z dostawcami i instytucjami lokalnymi. Takie formy współpracy wiążą się z niskimi regionalnymi efektami mnożnikowymi, czyli zwiększaniem działalności miejscowych podmiotów gospodarczych wywołanym przez wzrost popytu na ich dobra i usługi ze strony firm zagranicznych”6.

Pracownicy takich przedsiębiorstw stanowią kolejny materiał eksploatacyjny wraz z dostępnymi maszynami, które nie podlegają wymianie aż do momentu całkowitego zużycia. Tego rodzaju firmy w momencie, gdy osiągną cele, po prostu zmienią miejsce działania. Zakończenie działalności przedsiębiorstwa oznacza nie tylko wzrost bezrobocia. Część z pracujących, poddana silnemu reżimowi pracy fizycznej, będzie skazana na problemy zdrowotne w przyszłości. Praca ponad ustawowy miesięczny czas pracy, jak na przykład łączenie dwóch umów (o pracę i cywilnoprawnej, tzw. śmieciowej), jest sposobem na obarczenie pracowników zadaniami osób, które powinny być w rzeczywistości dodatkowo zatrudnione. Zamiast tego redukuje się koszty, zmniejszając zatrudnienie. Jest to przyczyną problemów w rodzinach i lokalnych społecznościach, zmuszonych radzić sobie z kosztami leczenia osób przepracowanych, zmagających się z trudnościami psychologicznymi i nałogami. To, co pozornie niewidoczne, w wymiarze długofalowym doprowadzi do konkretnych kosztów finansowych i społecznych.

Innym przejawem działania firm zagranicznych jest eksploatacja surowcowa oraz nasilone użytkowanie infrastruktury drogowej. „Najczęściej przedmiotem współpracy inwestorów zagranicznych z miejscowymi podmiotami są samochodowe usługi transportowe. Intensywny ruch samochodów ciężarowych przewożących ciężkie towary produkowane przez te przedsiębiorstwa powoduje stałe pogarszanie jakości dróg wojewódzkich i lokalnych, przy czym przedsiębiorstwa te nie poczuwają się do partycypowania w kosztach ich utrzymania i modernizacji. Wydaje się, że w tej sytuacji powinna być stosowana powszechna w ochronie środowiska zasada: zanieczyszczający płaci (w tym przypadku niszczący płaci)”7.

Ślepa uliczka

Polskich przedsiębiorców cechuje silna postawa roszczeniowa wobec państwa i często prezentują błędny tok rozumowania. Zazwyczaj uważają, że państwo po prostu okrada ich z zysków. Rzecz polega na zrozumieniu, kto naprawdę tego dokonuje – są to lepiej prosperujące firmy zagraniczne, działające w dodatku na preferencyjnych warunkach. Przykładem bardzo negatywnego podejścia polskich przedsiębiorców, wykupujących lokalne firmy lub podejmujących się ich dzierżawienia, jest użytkowanie mienia bez podejmowania inwestycji, np. w nowe urządzenia, lub kosztów podnoszenia kwalifikacji personelu. Brak inwestycji skutkuje niskimi zwrotami z działalności. Zyski mogłyby być większe w przyszłości dzięki wprowadzeniu nowych maszyn produkcyjnych, ale liczy się krótkofalowa korzyść. Taka mentalność sprzyja budowaniu większego majątku prywatnego. W sytuacji pogorszenia się warunków prowadzenia działalności łatwo jest krytykować państwo i społeczeństwo.

Dalsza liberalizacja gospodarki po 2007 roku w realiach późniejszego kryzysu finansowego w gospodarce światowej dokonywała się w ramach pewnego schematu myślowego. Demokracja liberalna i wolny rynek w ujęciu polskich liberałów są najważniejszym osiągnięciem, które – jako zwieńczenie historii linearnej – znosiło prymat państwa nad stosunkami gospodarczymi, a nieograniczona wolność miała rekompensować niedobory w sferze stabilizacji materialnej. W efekcie żyjemy w bardzo niestabilnych warunkach związanych z tymczasową pracą i ograniczoną dostępnością usług publicznych. Poszczególne grupy społeczne dbają o uzyskane uprawnienia kosztem innych o gorszym statusie i pozycji, starając się wywalczyć korzystną dla siebie legislację. Dostęp do informacji w internecie jest tylko częściowo wolny i demokratyczny, gdyż podlega całej strukturze komercyjnego oprogramowania, które śledzi gusta i zainteresowania użytkowników. Od 1989 roku trwa depresja demograficzna, powodowana z jednej strony odkładaniem na przyszłość momentu poczęcia dziecka z powodu priorytetu zdobycia wyższego wykształcenia i większej ilości dóbr, a z drugiej – bezrobociem i pauperyzacją. Tak uformowana demokracja jest systemem ochrony przywilejów i zasobów silnych grup interesu. Większe ruchy protestu zostają skanalizowane w ruchy społeczne, które przekształcają się w partie polityczne i powtarzają schemat z budową sieci zależności i generowaniem posłusznej klienteli.

Kamil Sasal

Przypisy:

  1. M. Foucault, Bezpieczeństwo, terytorium, populacja, Warszawa 2010, s. 23–72.
  2. I. Wallerstein, Analiza systemów światów. Wprowadzenie, Warszawa 2007, s. 80.
  3. E. Luttwak, Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki, Wrocław 2000, s. 66–67.
  4. Ibidem, s. 85.
  5. F. Fukuyama, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, Warszawa–Wrocław 1997, s. 43.
  6. S. Pastuszka, Zagraniczne inwestycje bezpośrednie w regionie świętokrzyskim w latach 2005–2011, „Gospodarka Narodowa” 2013, nr 10.
  7. Ibidem.
komentarzy