Idea, która niszczy Europę

Idea, która niszczy Europę

W 2004 roku magazyn „Foreign Policy” sporządził mini-ankietę na temat idei najniebezpieczniejszych dla świata. O odpowiedź poproszono ośmioro sławnych intelektualistów i intelektualistek. Wśród propozycji znalazły się między innymi „brak tolerancji religijnej” oraz „próba siłowego wprowadzania zachodnioeuropejskich zasad demokracji w innych rejonach świata”. Bez trudu można by dodać kolejne kandydatury, np. „negowanie wpływu człowieka na globalne ocieplenie” lub „wiarę w samoregulujące się rynki”. Mark Blyth w swojej książce „Austerity. The History of a Dangerous Idea” podsuwa jeszcze jedną propozycję, istotną szczególnie z perspektywy europejskiej: przekonanie, że najlepszym sposobem na kryzys gospodarczy jest austerity – polityka oszczędności, która polega na obcinaniu wydatków publicznych.

Zaraz po wybuchu kryzysu finansowego w latach 2007-2008 wydawało się, pisze Blyth, że nastąpił wielki powrót do keynesizmu: do idei, że państwo musi aktywnie wspomagać gospodarkę, szczególnie w czasach kryzysu, kiedy to rząd jest jedynym aktorem zdolnym napędzać popyt, a tym samym zapobiegać pogłębianiu się recesji. Gdy jednak lobby finansowe i wyznawcy wolnego rynku otrząsnęli się z pierwszego szoku, szybko przystąpili do kontrataku. To prawda, nie udało im się w pełni przywrócić świata sprzed kryzysu. Klimat intelektualny przesunął się na lewo, o czym świadczy choćby to, że największymi gwiazdami ekonomii są obecnie Stiglitz, Chang, Piketty i Krugman, czyli myśliciele, których trudno nazwać wolnorynkowymi ortodoksami. Ponadto niektóre z rozwiązań zastosowanych przez rząd USA w celu uporania się z kryzysem można potraktować jako praktyczne wykorzystanie zaleceń keynesizmu. Jednak wspomniany kontratak był na tyle skuteczny, że powstrzymał jakiekolwiek głębsze reformy systemu ufundowanego na wolnorynkowych dogmatach i rządach finansjery.

Jak słusznie zauważa Blyth, krótki renesans idei Keynesa został z największą brutalnością stłamszony w Europie. Gdy kryzys finansowy, zapoczątkowany w USA, uderzył w państwa członkowskie Unii Europejskiej, odpowiedź instytucji unijnych oraz zawiadujących wszystkim Niemiec przyszła pod postacią austerity. Oficjalną przyczyną zastosowania polityki oszczędności były wysokie długi publiczne m.in. Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i kilku innych krajów. Według Blytha trudno takie uzasadnienie potraktować poważnie. Ze wszystkich tych państwa tylko Grecja miała poważny kłopot ze zbilansowaniem wydatków i przychodów publicznych. W pozostałych krajach problemem były długi prywatne oraz fatalna sytuacja banków, a nie „rozrzutne państwo” – zresztą w przypadku Greków historia też jest o wiele bardziej skomplikowana i obejmuje zarówno nieodpowiedzialnych kredytorów, jak i greckich polityków nie kwapiących się do walki z unikaniem podatków. Na przykład w 2007 roku dług Irlandii wynosił tylko 12% PKB, a Hiszpanii 26%. Dla porównania, w stawianych za wzór Niemczech było to 50%. Przyczyną tarapatów tych krajów stał się zderegulowany i niezwykle podatny na kryzysy sektor finansowy. Irlandia zaczęła mieć problem z długiem publicznym dopiero wtedy, gdy wydała 70 miliardów euro na ratowanie własnego systemu bankowego. Historia Hiszpanii różni się w szczegółach, ale puenta zdaniem Blytha jest taka sama: kłopoty mające swe źródło w sektorze prywatnym zostają przeniesione na sektor publiczny. Podobnie było w innych przypadkach, w których państwo ponosiło ciężar walki z kryzysem. „W Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Europie Wschodniej kryzys został wywołany przez sektor prywatny, ale płaci za niego sektor publiczny, to znaczy ty i ja” – podsumowuje amerykański ekonomista.

Jest nawet gorzej, niż wynikałoby to z powyższego cytatu. Kiedy mówimy, że za problemy płaci sektor publiczny, można odnieść wrażenie, że wszyscy ponosimy solidarny ciężar naprawiania błędów powstałych po stronie instytucji prywatnych. Blyth podkreśla jednak przytomnie, że trudno w tej sytuacji mówić o równym rozłożeniu poziomu wyrzeczeń wśród obywateli i obywatelek państw zachodnich. Polityka oszczędności nie uderza bowiem w taki sam sposób w bogatych i biednych. „Najmniej zarabiający członkowie społeczeństwa tracą więcej niż najzamożniejsi, z tego prostego powodu, że ci drudzy w mniejszym stopniu polegają na usługach zapewnianych przez państwo oraz mają więcej bogactw, więc strata nie jest odczuwa przez nich tak bardzo”.

Prawdę mówiąc, jest jeszcze gorzej. Ciągle bowiem nie dotknęliśmy największego problemu związanego z polityką oszczędności: ona najzwyczajniej w świecie nie działa. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji. Gdy okazało się, że greckie państwo jest poważnie zadłużone, jego mieszkańcy bez wątpienia znaleźli się w sytuacji, z której nie dało się wydostać w bezbolesny sposób. Jednak po latach „kuracji” prowadzonej za pomocą polityki zaciskania pasa – jest jeszcze gorzej. Ogromne bezrobocie (szczególnie wśród młodych), zapaść gospodarcza, bieda, nadal niespłacalny dług – to efekty działalności Unii Europejskiej. Janis Warufakis, były minister finansów Grecji, w swojej najnowszej książce „Adults in the Room” pisze, że nawet wielu przedstawicieli instytucji unijnych przyznawało w prywatnych rozmowach, iż austerity to droga donikąd. Zgadzał się z tym także Larry Summers, przez wielu uznawany za uosobienie grzechów neoliberalizmu. To trochę tak, jakby Leszek Balcerowicz przyznał, że niskie podatki się nie sprawdzają…

Blyth uważa, że nieskuteczność austerity widać również na przykładzie państw REBLL (Rumunia, Estonia, Bułgaria, Łotwa, Litwa), czyli krajów, w których, zdaniem przedstawicieli Unii Europejskiej, zaciskanie pasa sprawdziło się. Prawdą jest, że gdy państwa REBLL zastosowały austerity w latach 2008-2009, wróciły na ścieżkę wysokiego wzrostu PKB. Sytuacja przedstawia się jednak znacznie gorzej, gdy spojrzymy na inne dane. Na przykład 4% obywateli Łotwy opuściło kraj w latach 2008-2011. W 2011 roku 91% ankietowanych Łotyszy postrzegało sytuację gospodarczą kraju jako złą. Ponad trzykrotnie wzrosło bezrobocie. Polityka oszczędności nie pomogła też krajom REBLL w zmniejszeniu długu, choć osiągniecie tego celu było podawane jako jeden z głównych powodów zastosowania austerity.

Skoro ten schemat nie działa, to dlaczego jest forsowany przez ludzi mających władzę? Blyth twierdzi, że jednym z powodów jest ich obsesja na punkcie inflacji. Gwałtowna obniżka wartości pieniądza jest oczywiście zjawiskiem negatywnym, mogącym prowadzić do poważnych tarapatów, gdy wymknie się spod kontroli. Jednak zdaniem Blytha jesteśmy za bardzo przewrażliwieni na jej punkcie, co prowadzi do faworyzowania rozwiązań takich jak austerity, zwalczających inflację i prowadzących do deflacji. Skąd jednak bierze się to przewrażliwienie? Częściowo z powód historycznych: Niemcy, po negatywnych doświadczeniach z hiperinflacją na początku lat dwudziestych XX wieku, wciąż traktują politykę antyinflacyjną jako priorytet. Częściowo zaś przyczyną jest to, że inflacja sprzyja raczej biednym (czytaj: ludziom bez wielkiego wpływu na władzę), a szkodzi bogatym (czytaj: ludziom ze sporym wpływem na władzę). Gdy obniża się siła nabywcza pieniądza, tracą na tym pożyczkodawcy, a zyskują dłużnicy. Euro pożyczone przed inflacją jest więcej warte niż euro oddane po inflacji. Jak zaś słusznie zauważa Blyth, „pożyczkodawca to z definicji osoba mająca pieniądze, które może pożyczyć” – innymi słowy, osoba raczej zamożna.

Jednak najważniejszą przyczyną forsowania polityki oszczędności jest wadliwa konstrukcja Unii Europejskiej, a przede wszystkim strefy euro. Blyth, podobnie jak wielu innych ekonomistów (np. Piketty i Stiglitz), zauważa, że kryzys gospodarczy obnażył wszystkie wady wspólnej waluty i zbudowanych wokół niej instytucji. Poważne zmierzenie się z kryzysem wymagałoby więc, po pierwsze, przyznania, że Unia pod tym względem nie działa, po drugie – przeprowadzenia kilku zasadniczych reform. Nikt jednak nie kwapi się, aby ponieść polityczny ciężar takiej decyzji.

Co jest nie tak z Unią Europejską? Przede wszystkim stworzono w jej ramach unię walutową składającą się z jednego kraju ze stabilnymi nadwyżkami w obrotach bieżących (Niemcy) i całej reszty, która nie dotrzymywała mu tempa. Jak zauważa Blyth, po powstaniu strefy euro te różnice nie tylko nie zmalały, ale wręcz się pogłębiły. Nikt bowiem nie podjął się wypracowania sensownego mechanizmu równomiernego rozprowadzania nadwyżek w ramach państw strefy. To problem, który zauważono ostatnio nawet w „The Economist”, czasopiśmie raczej niesłynącym z lewicowych poglądów. „Duża gospodarka, niemająca problemów z bezrobociem, utrzymując nadwyżki w obrotach bieżących powyżej 8% PKB, niepotrzebnie obciąża globalny system handlowy” – czytamy w „Economist” na temat Niemiec. – „Aby zrównoważyć sytuację i utrzymać łączny popyt na poziomie zapewniającym ludziom pracę, reszta świata musi pożyczać i wydawać na tym samym poziomie. W niektórych krajach, szczególnie Włoszech, Grecji i Hiszpanii, stałe deficyty doprowadziły w końcu do kryzysu”.

Sytuację pogorszyło jeszcze to, że po wejściu do strefy euro spadło oprocentowanie obligacji państw takich jak Grecja czy Włochy. Mówiąc inaczej, uznano, że pożyczanie pieniędzy krajom Południa jest niemal tak samo bezpieczne, jak pożyczanie Niemcom. Skoro oprocentowanie ich długu jest na podobnym poziomie co Niemiec, a wszyscy należą do jednej unii walutowej, to przecież nie ma żadnego ryzyka, że Grecy czy Włosi nie spłacą pożyczek, prawda? Oczywiście mało kto wierzył w to, że kraje Południa są rzeczywiście tak mocne gospodarczo jak Niemcy, ale francuskie i niemieckie banki robiły świetny interes na udzielanych im kredytach, więc mało kto zadawał niewygodne pytania. Aż przyszedł kryzys. I okazało się, że banki najbogatszych krajów strefy euro mają mnóstwo niespłacalnych długów krajów najbiedniejszych. To zaś stanowiło ogromny problem nie tylko dla Niemców i Francuzów, których banki były w opałach, ale dla całej Unii, bo zapaść gospodarcza w tych państwach oznaczała zapaść w całej Europie.

Trzeba więc było rozpocząć „akcję ratunkową” wobec Greków i im podobnych „rozrzutników”, czytaj: trzeba było ratować francuskie i niemieckie banki. Zazwyczaj w takich sytuacjach najlepiej sprawdza się bank centralny, ale jego odpowiednik dla strefy euro nadaje się tak naprawdę do jednej rzeczy – walki z inflacją. Rozwiązania, które zalecało wielu ekonomistów, jak uwspólnotowienie długów w ramach wszystkich krajów mających walutę euro, umorzenie części z nich lub pobudzanie popytu przez Europejski Bank Centralny – nie wchodziły w grę. Nagle okazało się, że w ramach strefy euro istnieją banki mogące działać na skalę ogólnoświatową, nie ma natomiast instytucji gospodarczych zdolnych rozwiązywać ogólnoeuropejskie problemy. Jedynym rozwiązaniem było austerity.

Opowieść, którą proponuje Blyth, zawiera z konieczności wiele uproszczeń – nie da się w kilku akapitach uwzględnić wszystkich przyczyn kryzysu finansowego Unii Europejskiej. Ma ona jednak podstawową zaletę. Pokazuje, że problem jest systemowy i nie można go sprowadzić do haseł o tym, iż „państwa nie powinny się nadmiernie zadłużać”, a „długi należy spłacać”. Polityka oszczędności jest próbą taniego ominięcia tego problemu. „Taniego” rzecz jasna dla decydentów, bo z pewnością nie dla młodych Greków czy Hiszpanów zmagających się z bezrobociem i gospodarką bez perspektyw. Blyth przestrzega jednak, że istnieje ograniczona liczba rund, w których można zastosować trik z austerity. Ludzie w końcu powiedzą: „dość!”. Sprzeciw może przybrać dwie formy. W wersji optymistycznej doprowadzi do umocnienia ruchów postępowo-lewicowych, które zreformują Unię Europejską. W wersji pesymistycznej – przyczyni się do nasilenia nastrojów nacjonalistycznych, których konsekwencją będzie rozbicie wspólnoty europejskiej. Ideologia austerity w wielu krajach już wyrządziła poważne szkody. Jest zatem wielce prawdopodobne, że jedyne, co pozostało ludziom mającym wpływ na przyszłość Europy, to zdecydować, którą z tych możliwości wolą. Nawet jeśli oni sami łudzą się, że wszystko może pozostać po staremu.

Mark Blyth, Austerity. The History of a Dangerous Idea, Oxford University Press, 2015.

komentarzy