Czy w Polsce istnieje ruch pracowniczy? Strajki i inne formy kontestacji

Czy w Polsce istnieje ruch pracowniczy? Strajki i inne formy kontestacji

 

Główne spory polityczne w Polsce rzadko dotyczą spraw pracy. Łatwo zapomina się o aktach niezgody na antypracownicze status quo. Oddolne działania na rzecz sprawiedliwości społecznej zwykle uchodzą uwadze opinii publicznej. Socjologowie i socjolożki uważają ruch społeczny za podzielaną w społeczeństwie opinię, że coś musi się zmienić. Uzyskuje ona konieczną realizację w interakcjach między broniącymi stanu zastanego a tymi, którzy i które chcą go zmienić. Jest to nieintuicyjna definicja, ale zwraca uwagę na dwoistą naturę ruchów. Nie wiemy, jak wyglądają w Polsce działania ruchu pracowniczego. Aktywne ruchy społeczne, które działają na rzecz poprawy sytuacji pracownic i pracowników, rzadko są przedmiotem badań. Przyjęło się, że związki zawodowe stanowią prawomocną reprezentację świata pracy wobec państwa i kapitału. Organizacje i formy działania zmieniają się jednak wraz z kapitalizmem.

Do związków zawodowych należy w Polsce 11% osób pracujących, czyli 5% populacji. Natomiast 40% dorosłych uważa, że związki mają zbyt mały wpływ na sytuację w kraju (badanie CBOS z 2017 r.). Jest to sygnał, że wciąż istnieje przekonanie o konieczności walki o prawa pracownicze. Nie ma potrzeby precyzyjnego określania, co jest celem tej walki: dla jednych będą to godne warunki pracy, dla innych sprawiedliwe opodatkowanie, i tak dalej. Istnienie i skuteczna działalność związków zawodowych stanowią fundament ruchu pracowniczego. Mówi się niekiedy, że polskie społeczeństwo przykłada większą wagę do konfliktów obyczajowych niż gospodarczych. Trudno zweryfikować tę tezę, niemniej faktycznie sprawy pracownicze są rzadko obecne w sferze publicznej. Coraz więcej osób nie ma też zdania na temat potrzeby zrzeszania się.

Pozostaje druga część definicji: interakcje między zwolennikami i zwolenniczkami ruchu a tymi, którzy stają na ich drodze. Mowa oczywiście o interakcjach zbiorowych, konfrontacjach w przestrzeni publicznej: na ulicach, w komisji trójstronnych, w publicystyce. W tekście skupiam się na specyficznej, kontestacyjnej formie interakcji między pracownikami i pracownicami a przedsiębiorcami i rządem – na strajkach i demonstracjach. Z tego powodu pomijam dialog społeczny i kampanie społeczne.

Co znaczą strajki

Strajk jest kluczową bronią klasy pracującej. Wstrzymanie się od pracy oznacza wyłamanie się z dyscypliny przez tych i przez te, którzy zmuszeni są pracować, aby żyć. Z tego powodu strajkowanie uważane jest za wyraz siły ruchu pracowniczego. Rozumowanie jest proste: więcej wyprowadzania ludzi na ulice i place przyzakładowe to większy wpływ polityczny, a większy wpływ polityczny to lepsze, propracownicze i socjalne państwo. To zwykle mamy na myśli, kiedy życzymy sobie, żeby związki były bardziej bojowe. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona.

Masowe mobilizacje nie muszą być wcale wyrazem siły ruchu. Przeciwnie, do protestów uciekają się organizacje, które nie mogą osiągać swoich celów przez negocjacje, lobbing czy samą groźbę podjęcia działania. Większość protestów jest reakcją na agresję innych aktorów: państwa, przedsiębiorców czy jeszcze kogoś innego. Strajk może być zatem dowodem, że pracownicy i pracownice tracą pozycję. Silny ruch ma swoich ludzi w parlamencie, a przeciwnicy liczą się z jego wpływem. Manifestowanie nie jest mu potrzebne.

Badania strajków w Europie Zachodniej sugerują, że największe protesty mają miejsce przy średnim poziomie uzwiązkowienia, kiedy siła organizacyjna pracowników nie jest ani zbyt duża, ani zbyt mała. Bliskość wyborów również wpływa pozytywnie na skłonność do podejmowania działań kontestacyjnych. Nie jest natomiast klarowna relacja między polityką a działaniami związków. Lewicowe rządy są bardziej podatne na presję uliczną, ale prawicowe znają tylko argument siły. Ważniejsza jest kondycja dialogu społecznego: jeśli komunikacja między władzą a ruchem pracowniczym jest sprawna i przewidywalna, napięcie jest znacznie niższe. Badania ekonomiczne wskazują natomiast, że kluczową zmienną jest po prostu kondycja gospodarki: strajki są częstsze przy wyższym bezrobociu i inflacji. Na uspokojenie nastrojów wpływają natomiast polityka propracownicza i osłony socjalne. Skądinąd, to właśnie selektywna polityka przyznawania rent była narzędziem rozpraszania oporu pracowniczego w latach dziewięćdziesiątych.

Jeszcze innym problemem są konsekwencje strajków: czy strajk generalny, który nie wpływa na decyzje polityków, jest wyrazem siły? Co możemy uznać za sukces protestu? Czy będzie to spełnienie wszystkich postulatów, czy wystarczy podjęcie negocjacji przez przedsiębiorcę? Być może najważniejsze są cele i kontekst protestów: czy są one ostatnią linią obrony przed zwolnieniami grupowymi, czy raczej wsparciem politycznej ofensywy?

Trzeba pamiętać, że strajk nie jest zwyczajną formą protestu. Nie jest zwołaną na szybko pikietą ani nawet dobrze przygotowanym marszem. Jest ogromnym przedsięwzięciem organizacyjnym i emocjonalnym: w przypadku zwycięstwa możemy osiągnąć spełnienie części postulatów, w przypadku porażki dziesiątki rodzin ryzykują środki utrzymania. Za udział w strajku nie przysługuje wynagrodzenie, nie odprowadza się w tym czasie składek. Po stronie przedsiębiorcy stoją prawo, policja, media i politycy. Po stronie związkowców i związkowczyń zwykle brak wysoko postawionych sojuszników.

Ten złożony charakter strajków jest w Polsce ewidentny. Choć prawo do uczestnictwa w strajku mają wszyscy pracownicy i pracownice, to prawo do organizacji strajku mają jedynie związki zawodowe. Organizacja legalnego strajku to – słowami samych działaczy – potencjalne samobójstwo organizacji. Strajk nielegalny to samobójstwo faktyczne. Procedura sporu zbiorowego rozpoczyna się od przedstawienia przez pracowników i pracownice swoich żądań: muszą one dotyczyć warunków pracy, płac lub wolności zrzeszania się. Strajki polityczne, wymierzone w inne cele, są zakazane. Ograniczenie konfliktu do spraw czysto materialnych ma na celu „odpolitycznienie” zakładów pracy, ograniczenie możliwości wyrażania swoich poglądów przez osoby pracujące. Jako takie jest więc ograniczeniem samej demokracji.

Drugim krokiem jest podjęcie negocjacji. Ich czas trwania nie jest w żaden sposób określony. Choć kończy je podpisanie protokołu rozbieżności, to przedsiębiorca nie musi tego robić. W ten sposób blokuje dalsze kroki. Tym następnym jest mediacja, która również musi zakończyć się podpisaniem przez obie strony protokołu rozbieżności. Przewaga zarządu czy właściciela w tym procesie jest oczywista: przedłużanie konfliktu może mu pomóc w umocnieniu swojej pozycji wobec związku. Proces może być zerwany, a strajk przeprowadzony, jeśli pracodawca bezprawnie utrudniał rokowania. Trudno to jednak udowodnić w sądzie, a legalność strajku zakwestionować łatwiej. Tymczasem straty wywołane przez nielegalny albo zdelegalizowany strajk pokrywa jego organizator.

Podpisanie protokołu rozbieżności z mediacji pozwala związkowcom podjąć jednorazowy i dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Wszczęcie pełnoprawnego strajku wymaga uprzedniego referendum, w którym musi wziąć udział ponad połowa załogi, a ponad połowa głosujących musi zgodzić się na akcję strajkową.

Katarzyna Rakowska, socjolożka z UW oraz działaczka Inicjatywy Pracowniczej, sugeruje, że prawne obostrzenia organizacji strajku stanowią świadomie stosowane narzędzia kontrolowania ruchu pracowniczego. Chodzi nie tylko o złożony i niesprawiedliwy przebieg sporu zbiorowego, ale również o sądowe zakazy podejmowania strajków. W przypadku niejasności (a te zawsze da się znaleźć), przedsiębiorca może skierować sprawę do sądu cywilnego. W badanych przez Rakowską przypadkach, takich jak LOT, Jastrzębska Spółka Węglowa czy Przewozy Regionalne i PKP Cargo, sąd zakazywał podejmowania strajku lub podważał prawomocność referendum. Czas procedowania spraw gra, oczywiście, na korzyść właścicieli firmy.

Wszystkie te czynniki sprawiają, że liczba strajków w Polsce jest bardzo niska. Dane GUS dla ostatnich kilkunastu lat przedstawia tabela. Strajkuje się mało i rzadko, a w protestach bierze udział niewiele osób. Nie jest to jednak znak siły ruchu pracowniczego, lecz jego ogromnej słabości. Trudności i ryzyko wiążące się z organizacją legalnego protestu, skłaniają związkowców i związkowczynie do szukania alternatywnych, niekonfrontacyjnych rozwiązań: negocjacji lub prób osiągnięcia celu przez wpływ polityczny.

Z tego modelu wyłamuje się zaledwie kilka kampanii strajkowych. W latach 2007-2008 na wielką skalę protestowali pracownicy i pracownice ochrony zdrowia oraz nauczyciele i nauczycielki. Te dwie kategorie zawodowe odpowiadają za największe mobilizacje. Za trzecią najważniejszą trzeba uznać górników z państwowych spółek. Choć ich protesty nie były największe liczbowo, to niewątpliwie ich wpływ na obraz związkowca w mediach był ogromny. Duże, legalne strajki organizowano również na kolei. Sektor publiczny pozostaje bastionem związków zawodowych, którym udaje się – okazjonalnie i mało chętnie – egzekwować swoje prawo do strajku.

Nieujęta w tabeli, pierwsza dekada III RP nie wyglądała znacząco odmiennie. Poza wielkimi falami z lat 1992-1993, gdy strajkowało 730 000 oraz 383 200 osób, w pozostałych latach poziom mobilizacji był niski. Nie jest więc tak, że przyzwolenie na antypracowniczą politykę jest czymś nowym. Być może brak strajków należałoby wiązać z ogólnym marazmem obywatelskim, brakiem zaangażowania w sprawy państwa i społeczności itd. Tego rodzaju ogólne interpretacje mają małą moc wyjaśniającą.

Czy i jak pracownicy protestują

Zbierane przez Główny Urząd Statystyczny dane na temat strajków nie mówią nam dużo. Wiemy, że nie ma ich wiele, ale znacznie trudniej ocenić ich znaczenie. Nie wiemy, jakie były przyczyny i przebieg mobilizacji oraz jakie były ich konsekwencje. Nie wiemy, czy niska liczba strajków jest konsekwencją braku potrzeby strajkowania, niechęci do strajkowania czy też niemożności wszczęcia strajku. Trudno też uwierzyć, że niezadowolenie z wdrażanego w Polsce modelu kapitalizmu nie wyraża się w żaden sposób. Aby zrekonstruować pełny obraz tego, jak pracownicy i pracownice w Polsce sprzeciwiają się niesprawiedliwości, sięgnęliśmy (razem z Danielem Płatkiem) do doniesień prasowych. Choć brak prasy codziennej, która sprzyjałaby sprawie pracowniczej – a takie tytuły najczęściej donoszą o protestach – to i tak udało się zgromadzić bazę wiedzy o działaniach zbiorowych, o których brak wzmianki w oficjalnych statystykach. Za podstawowe źródło służyła nam „Gazeta Wyborcza”, a pomocniczymi źródłami były „Rzeczpospolita” oraz archiwa Polskiej Agencji Prasowej. Doniesienia prasowe obciążone są ideologicznie, jak zresztą wszystko inne, jednak nie dysponujemy lepszym zbiorem informacji o protestach. Z naszego doświadczenia wynika, że „Wyborcza” dość rzetelnie relacjonuje działania zbiorowe, zwłaszcza w większych miejscowościach. Baza jest na pewno niedoszacowana, ale możemy z niej wnioskować o trendach.

Za protest pracowniczy uznaliśmy każde działanie zbiorowe, które zostało zorganizowane przez pracowników i pracownice albo w ich imieniu. Pole widzenia zostało zatem poszerzone, a obraz ruchu pracowniczego stał się pełniejszy. Liczba protestów odnotowanych na podstawie prasy jest wyższa ponad dwukrotnie od oficjalnych danych: wzrasta z piętnastu tysięcy do trzydziestu ośmiu tysięcy wystąpień w latach 2004–2016, które obejmowało nasze badanie. Tak duża różnica wynika nie tylko z uwzględnienia demonstracji czy okupacji dróg, ale też strajków ostrzegawczych, których GUS nie liczy, a stanowią one ważne narzędzie wywierania wpływu. Niestety, prasa w większości przypadków nie podaje liczby uczestników. Również inne liczby uznajemy raczej za szacunki niż bezwzględne fakty. Szczęśliwie, zyskujemy w zamian wiele innych informacji.

Co dość zaskakujące w kontekście dotychczasowych badań nad strajkami, dynamika protestów nie jest skorelowana ze zmiennymi makroekonomicznymi, takimi jak stopa bezrobocia czy wzrost gospodarczy. Nie badaliśmy jednak tej zależności na poziomie sektorów i regionów. Na natężenie sporu nie mają również dużego wpływu wybory, które – jak można by oczekiwać – stanowią czas stawiania żądań kandydatom i kandydatkom.

Uwzględnienie wszelkich form działania, jakie podejmują pracownicy i pracownice, pozwala ująć strajk jako jedną z możliwości działania. Co więcej, nasze dane pokazują relatywnie niewielkie znaczenie strajku. Nie jest to zaskakujące. Dominującą formą działania ruchu pracowniczego są demonstracje i pikiety w przestrzeni publicznej. Dwie trzecie wszystkich działań odnotowanych w bazie miało taki właśnie charakter. Jeśli pominąć wspomniane wyżej kampanie, przede wszystkim strajk nauczycieli i nauczycielek z 2008 roku, w którym wzięło udział ponad dwanaście tysięcy placówek, to manifestacje będą bezwzględnie najważniejszym narzędziem. Organizacja zgromadzenia publicznego wymaga jedynie uprzedniego zgłoszenia intencji w urzędzie miasta czy gminy, co jest korzystną odmianą w stosunku do złożoności procedury sporu zbiorowego. W sytuacji niedostatecznych zasobów organizacyjnych w miejscu pracy jest to najlepsza droga. Przy sprzyjających mediach i politykach protest może się udać.

Protestowanie na ulicy oznacza w gruncie rzeczy oddanie terenu zakładu właścicielowi. Właśnie to jest celem wybiegów prawnych utrudniających podjęcie strajku. W ostateczności zgromadzenie przed siedzibą firmy może rozwiązać policja. Własność prywatna jest terenem, gdzie konstytucyjne wolności zostają zawieszone. Odzyskanie prawa do tej przestrzeni będzie dla ruchu pracowniczego ogromnym wyzwaniem – jeśli w ogóle zdecyduje się on o to prawo walczyć.

Prasa donosiła również o przyczynach protestów. Żądania płacowe (zarówno walka o podwyżki, jak i obrona przed obniżkami płac) oraz związane z działaniami rządu dotyczącymi zakładu pracy (niezgoda na jego politykę albo potrzeba interwencji) odpowiadają każde z osobna za jedną trzecią wszystkich badanych działań. Żądania dotyczące wysokości płac stanowią stałą i sporą część postulatów. Wahania gospodarcze nie mają tutaj wielkiego znaczenia. Protesty wymierzone we władzę mają natomiast charakter sytuacyjny. O ich wadze zadecydowały wspomniane już protesty nauczycieli i nauczycielek przeciwko PiS z 2007 roku. Pozostałe potencjalne postulaty, takie jak prawo do uzwiązkowienia, niezgoda z decyzjami zarządu czy sprzeciw wobec zwolnień, mają mniej wystąpień i trudno mówić o ich jakiejkolwiek regularności. Niewiele też walk o ogólnospołeczne kwestie gospodarcze i socjalne. Jest to efekt rozproszenia organizacji związkowych, które rzadko podejmują działania jako zwarte byty. Pozytywnym wyjątkiem od tej reguły są skoordynowane działania Związku Nauczycielstwa Polskiego, Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych czy ponadbranżowy strajk ostrzegawczy na Śląsku w 2013 r.

Trudno ocenić konsekwencje protestu, tym bardziej że prasa rzadko donosi o skutkach negocjacji ciągnących się miesiącami. Nie pisze się o efektach demonstracji, nie jest to zresztą rzecz, którą łatwo zmierzyć. Podjęliśmy jednak próbę ocenienia skuteczności czy siły przekonywania polskiego ruchu pracowniczego, licząc protesty, których adresaci (politycy, właściciele, zarząd) zajęli wobec nich stanowisko. W połowie artykułów nie podawano takich informacji, a wnioski z pozostałych nie są optymistyczne. W ciągu badanych dwunastu lat odsetek protestów, których adresaci uznali, że są zasadne i zgodzili się przystąpić do negocjacji, spadł kilkakrotnie – z 25 do 6%. W tym samym czasie uznanie roszczeń za nieuzasadnione i odmowa podjęcia dialogu wzrosły z 40 do 60%. Oznacza to, że przedsiębiorcy coraz mniej boją się protestów. Jednocześnie coraz więcej protestów adresowanych jest nie do zarządów firm, ale wobec władz centralnych lub wojewódzkich. Wedle naszej roboczej hipotezy jest to wyrazem oczekiwania, że politycy i polityczki prędzej wpłyną na sytuację w zakładzie niż uda się wymusić odpowiedź na przełożonych.

Jak odrodzić ruch pracowniczy

W literaturze nie brak rozważań, jakie działania mogą przezwyciężyć kryzys ruchu pracowniczego, który – przynajmniej na globalnej Północy – trwa mniej więcej od lat osiemdziesiątych i od czasu neoliberalnej ofensywy. Prywatyzacje, demontaż dialogu społecznego i ograniczanie prawa do organizowania się sprawiły, że po latach współdecydowania o polityce gospodarczej związki dały się zepchnąć do narożnika. Dziś to organizacje pozarządowe pomagają potrzebującym, a ruchy społeczne mobilizują protesty przeciwko cięciom i zwolnieniom albo organizują lokalne społeczności. Korporacje uprzedzają związki, kiedy przyznają bonusy, pozwalają na pracę z domu, elastyczne godziny zatrudnienia albo zapewniają integrację. Radykalne feministki mówią o solidarności pracowniczej, ale związkowcy o demokracji albo prawach kobiet jako prawach człowieka wypowiadają się rzadko. Tożsamość pracownicza, po latach bycia inspiracją dla sztuki i nauki, jest dziś w dużej mierze niechciana. W poszukiwaniu czegoś bardziej pociągającego mówi się na przykład o prekariacie czy salariacie.

Część badaczy i badaczek przekonuje, że do uwiądu związków doprowadził nie tylko neoliberalizm, ale także (albo przede wszystkim) brak odpowiedzialności za społeczeństwo i porzucenie postępowego programu na rzecz walki o zasoby. Innymi słowy, zmierzch związków to konsekwencja ich biurokratyzacji, osadzenia się w instytucjach trójstronnych i spółkach skarbu państwa, uzależnienia od stałych źródeł finansowania i poczucia władzy, konserwatyzmu, skupienia się na trwaniu organizacji raczej niż zmianie społecznej. Pisze się o „zdradzie elit związkowych”, które sprzedały szeregowych oraz potencjalnych członków i członkinie za swoje wpływy i uposażenia. Innym terminem jest „uburżuazyjnienie klasy pracowniczej”. Wedle tej teorii, pracownicy i pracownice poczuli się częścią klasy średniej, a swoje interesy związali z interesami możnych i bogatych. Porzucili tradycyjną klasową tożsamość, która była źródłem solidarności i dumy. Tak można tłumaczyć opowieść o klęsce „Solidarności”, autorstwa Davida Osta. W pierwszych latach transformacji działacze związkowi poświęcali pracowników i pracownice swoich zakładów w imię prywatyzacji. Zwolnienia miały być niezbędnym kosztem postępu, a przy tym okazją ograniczenia niezależności zawodowej kobiet, którym trudniej było wrócić na rynek pracy. Znamy dalszy ciąg tej historii, bo wciąż zmagamy się z jej konsekwencjami.

Odpowiedzią na te problemy mają być „związki społeczne” (social unionism). Ta strategia oznacza przesunięcie punktu ciężkości działania z instytucji na społeczeństwo. Co to znaczy? Jednym ze sposobów jest podejmowanie spraw pracowniczych jako zakorzenionych w innych kontekstach. Przykładem tego jest zakaz handlu w niedzielę, który bazuje na przemieszczeniu sporu o pracę w niedzielę z troski o pracownika na, budzącą żywsze uczucia, kwestię troski o rodzinę. Konflikty w miejscu pracy stają się problemami społecznymi, co otwiera przestrzeń dla nowych sojuszy i nowych podziałów. Drugi kluczowy sposób to poszerzanie tożsamości pracowniczej, działanie na rzecz społeczności (grupy, klasy), a nie tylko członków i członkiń organizacji. W ten sposób tworzą się solidarności na bazie poczucia wspólnoty interesu, a nie jedynie posiadania legitymacji związkowej. Takie działania mają miejsce przede wszystkim, gdy brak możliwości „normalnego” uzwiązkowienia: wśród migrantów lub osób zatrudnionych na umowy cywilne. Kampania „My, Prekariat”, podjęta przez Inicjatywę Pracowniczą, była w 2015 r. próbą stworzenia takiej nowej podstawy dla solidarności: na bazie tożsamości prekariusza albo prekariuszki, osoby o niestabilnym zatrudnieniu. Problemem była jednak rozpoznawalność tego terminu wśród publiczności innej niż wielkomiejska.

Za poszerzeniem rozumienia tego, kim jest związkowiec czy związkowczyni, idzie poszerzenie tego, czym zajmują się związki. Nie jest to propozycja całkiem nowa, wręcz przeciwnie: to powrót do tego, od czego rozpoczynał działalność ruch pracowniczy. Kluby sportowe, knajpy i świetlice, wszechnice i uniwersytety ludowe, koła samopomocy, fundusze pomocy wdowom i ubogim, charyzmatyczni liderzy i liderki, partie polityczne itp. Oferta ruchu pracowniczego była naprawdę bogata. Dekadom walk pracowników i pracownic zawdzięczamy to, co nazywa się demokracją w Europie. O ile trudno oczekiwać dziś od organizacji związkowych konkurowania z przemysłem rozrywkowym, to większe zaangażowanie w sferę „poza pracą”, w politykę i życie publiczne, jest czymś, co powinno się wydarzyć. Wymaga jednak otwartego zajęcia stanowiska w sporze i stanięcia przeciwko możnym, czego związkowcy zwyczajnie się obawiają lub czego nie chcą. Poważne potraktowanie terminu „demokracja ekonomiczna”, automatyzacji pracy, unikania opodatkowania albo globalnego ocieplenia – otwiera wiele nowych frontów, na których związki mogłyby zdobyć nowych sojuszników i sojuszniczki.

Nasze badania ujawniły, że również w Polsce dokonuje się powolny zwrot ku „społecznemu zakorzenieniu” związków zawodowych. W ciągu ostatnich kilkunastu lat rośnie liczba protestów pracowniczych, w których brały udział nie tylko organizacje związkowe, ale i inni aktorzy. Niekiedy te współprace są zaskakujące, jak te między związkami z łódzkiego MPK, Prawem i Sprawiedliwością a Młodymi Socjalistami, które to organizacje wspólnie broniły linii tramwajowej Łódź-Ozorków w 2011 r. Innym interesującym przypadkiem jest blokada mostu w proteście przeciwko zwolnieniom w Orlenie, który prowadzili wspólnie Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i kibice Wisły Płock w 2004 r. Żadna organizacja związkowa nie była zaangażowana w ten protest. Takich sytuacji, gdy w imieniu pracowników i pracownic występują organizacje pozarządowe albo ruchy społeczne, jest więcej. Brak jednak trwałych i widocznych w czasie protestów więzi między związkami zawodowymi a innymi organizacjami. Źródeł tego niedostatku można szukać w różnych przyczynach: rozbieżnych kulturach organizacyjnych między zbiurokratyzowanymi związkami a znacznie bardziej elastycznymi ruchami społecznymi, strachem przed podejmowaniem współpracy na zewnątrz zakładu pracy czy brakiem niezbędnych zasobów materialnych i osobowych. Choć badania – z racji skupienia się na działaniach kontestacyjnych – nie wykazały wielu takich przypadków, to ważnym przejawem związków społecznych w Polsce jest współpraca między „Solidarnością”, Kościołem oraz Prawem i Sprawiedliwością. Znacznie słabsza instytucjonalnie lewica ma wiele do nadrobienia w kwestii wiązania aktorów w sieci.

Adam Mrozowicki, badacz ruchu pracowniczego z Uniwersytetu Wrocławskiego, mówi raczej o „strategii brikolażowej” niż „związkach społecznych”. Jego zdaniem mamy do czynienia nie ze świadomym przesuwaniem strategii związkowej na nowe tory, ale raczej z testowaniem różnych rozwiązań. Związki nie są monolitami, a regiony i sektory gospodarki posiadają swoje specyfiki i tradycje działania. Nawet jeśli w niektórych dobrze trzyma się konserwatywna i biurokratyczna formuła, to już nawet górnicy odchodzą od konfrontacyjnych walk o swoje i przesuwają się ku bardziej wspólnotowym działaniom. Przykładem tego była obrona kopalni Makoszowy-Sośnica. Strajk głodowy pod ziemią wspierali mieszkańcy i mieszkanki okolicy, artyści i ruchy społeczne z całego kraju. Są to jednak pojedyncze działania, które niedostatecznie przekładają się na strategie.

Czy możemy oczekiwać zmian na lepsze w kwestii kondycji polskiego ruchu pracowniczego? Jeśli ona nastąpi, to najprawdopodobniej jako reakcja wymuszona przez kolejne ustępstwa wobec antypracowniczych polityków albo kryzys gospodarczy. Duże związki wykazują sporą ostrożność wobec zmian i otwartych konfrontacji. Małe i radykalne organizacje, takie jak Inicjatywa Pracownicza, Konfederacja Pracy czy Związek Syndykalistów Polski, prowadzą aktywne działania, ale ich znaczenie i wpływ na strategię ruchu jest wciąż zbyt mały. Można powiedzieć, że ruch pracowniczy w Polsce – szeroki ruch na rzecz propracowniczych zmian – nie istnieje. Zamiast niego mamy do czynienia z rozproszonymi szańcami.

Artykuł powstał na podstawie badań sfinansowanych ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2012/05/N/HS6/03892.

Z numeru
Nowy Obywatel 29(80) / Wiosna 2019 " alt="">
komentarzy