Dlaczego ruch pracowniczy musi stać się socjalistyczny (1886)

·

Dlaczego ruch pracowniczy musi stać się socjalistyczny (1886)

·

 

Jeśli w obecnych czasach jest poddawana dyskusji kwestia, na którą odpowiedź ma być ważniejsza od jakichkolwiek innych odpowiedzi, która zmusza siły państwowe, by próbowały nam grozić i powstrzymać nas, nawet jeśli zamierzały odłożyć ją na bok i dalej prowadzić starą grę dyplomatycznych intryg, kwestia, która w oczywisty sposób wyróżnia się jako być albo nie być naszej kultury, to jest to sprawa robotnicza.

Nigdy wcześniej nie odczuwaliśmy tego tak mocno. Powinna to być banalna, powszechna i oczywista prawda, ale w sytuacji, gdy wszystkie koncepcje polityczne są stawiane na głowie, czego przyczyną jest współczesna edukacja, nie jest to aż tak jasne, by nie wymagało zaakcentowania. Historia opowiada nam o wielu ruchach klas ludowych – niektóre z nich były zwycięskie, inne zostały pokonane; ja jedynie przypomnę o tradycyjnych przewrotach dokonywanych przez robotników w starożytności, o ruchu chłopskim okresu średniowiecza i reformacji czy o wielkim wydarzeniu, jakim była Rewolucja Francuska, która przełamała reżim polityczny dawnych klas wyższych, czyli feudałów, kościoła i monarchii. Jednak ani niewolnicy, ani średniowieczni chłopi, ani burżuazja minionego wieku, nie wykazywali żadnego istotnego podobieństwa do dzisiejszych robotników, którym brak przywileju i oficjalnych praw – z wyjątkiem takiego faktu, że wszystkie grupy sytuowały się na pozycji klas niższych. Pod każdym innym względem jednak całkowicie się one od siebie różnią. Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że są po prostu produktami zupełnie innych historycznych okresów rozwoju świadomości społecznej.

Współczesny pracownik wynagradzany pensją jest sam w sobie produktem przemysłu na wielką skalę. Robotnik w obecnej postaci pojawił się na scenie historycznej dopiero po tym, jak stworzono narzędzia techniczne potrzebne, by produkcja mogła wyjść poza drobne rzemiosło, z małego warsztatu, gdzie przesiadywał mistrz, sam zapracowany, w otoczeniu kilku czeladników i praktykantów, i po tym, jak warsztat zamienił się w fabrykę, gdzie maszyny coraz bardziej zastępują ludzkie ręce. Wszystkie te ograniczenia i więzi, które były charakterystyczne dla drobnego rzemiosła, zaczęły się poluzowywać, ponieważ pojawiła się droga ku rozwojowi czegoś nowego. System gildii, z całą swoją treścią, upadł, bo musiał upaść – jego czasy minęły. Ale konsekwencje takiego stanu rzeczy, jakie by nie były przyjemne dla posiadającej kapitał burżuazji, która nagle miała przed sobą otwarte pole, nie sprawiły niezmąconej niczym radości masom pracowniczym, co zaraz wykażę.

Nim przejdę dalej, chcę wyjaśnić pewne nieporozumienie – chciałbym podkreślić, że nie jestem tu po to, żeby bronić reakcyjnych gildii i świata, który był z nimi związany. Powtarzam, że w momencie, gdy ich zakazano, były już zupełnie przestarzałe i nie działały dobrze, ponieważ zostały wytworzone przez średniowieczne stosunki produkcji, które już nie funkcjonują. Ale jeśli zastanowimy się nad tym, jaka organizacja ma coś wspólnego ze współczesnymi stosunkami produkcji, a poza tym ma na celu dobrostan pracowników, to musimy mieć szacunek do przeszłości i czerpać z niej lekcje. Jednym z największych błędów powszechnego, płaskiego liberalizmu, który nadal dominuje w debacie publicznej, jest to, że wyobraża sobie on aksjomaty gospodarki narodowej jako prawdy absolutne, które trwają przez wieki, ponieważ opozycją dla nich może być tylko głupota, i które można zastosować wobec każdych czasów i wszystkich ludzi. W rzeczywistości te „odwieczne prawdy” można zastosować tylko do stosunków produkcji w czasach, gdy zostały „odkryte”. Rozwój przemysłowy od rzemiosła do manufaktury wymagał złożenia w ofierze starszych form produkcji, co spowodowało powstanie liberalnej szkoły ekonomicznej, z jej żądaniami wolności handlu, wolności produkcji i wolności konkurencji. Żądania te były w tamtym okresie właściwe, i, jako że rozwój przemysłowy pracował na ich rzecz, zostały wdrożone. Ale te dawne wizje były usprawiedliwione w swoich czasach, i jeśli jakiś handlarz chciałby zaproponować szesnastowiecznemu społeczeństwu wolność handlu, uświadomiono by mu, jak bardzo się myli. Tak samo byłoby, gdyby pragnął on przywrócenia gildii kupieckich w naszych czasach.

Widzimy zatem, że prawa ekonomii nie są aż tak proste, jak chcą je widzieć doktrynerzy ze szkoły manchesterskiej. Ludzie średniowieczni nie organizowali się w gildiach z głupoty, lecz dlatego, że taka była konieczność czasów. Z drugiej zaś strony, choć gildia jednoczyła tylko w niewielkim stopniu, jest prawdopodobne, że wolna konkurencja byłaby jej ekonomicznym gwoździem do trumny. Nawet aksjomat jest, tak jak reszta, relatywny. Usprawiedliwiający swoje istnienie jako opozycja dla niższej formy systemu, ma swój czas, gdy działa i czyni dobro, ponieważ pasuje do okoliczności. Ale gdy te się zmieniają, gdy rozwój idzie o krok dalej i powstaje zapotrzebowanie na zmiany, wtedy aksjomat wolnej konkurencji staje się przestarzały w stosunku do nowszych, które będą pasować do nowych, zmienionych okoliczności. Już teraz bardzo jasno widzimy, co stanie się nowym, lepszym aksjomatem, który zwalczy wizje wolnej konkurencji manchesterskich liberałów – będzie to uporządkowana, jednorodna, społeczna produkcja, która pasuje do wytwarzania towarów na większą skalę tak samo dobrze, jak wolna konkurencja, ale jednocześnie jest pozbawiona jej beznadziejnych wad, jeśli chodzi o podział zysków z produkcji.

Wróćmy jednak do robotnika, którego zostawiliśmy na etapie wymuszonej wolności produkcji. Od tamtej pory udało nam się zrozumieć wielką prawdę o tym, że prawa ekonomiczne nie są absolutne, lecz relatywne, i jeśli będziemy o tym pamiętali, bez żadnej subiektywności uda nam się zgłębić, jak zmieniały się okoliczności. Z końcem gildii padła ostatnia bariera na drodze ku wielkoskalowej produkcji. Wolna konkurencja mogła przystąpić do działania, które miało polegać na – czym? Cóż, przekonamy się o tym zaraz.

Wszyscy wiemy, że o cenie produktu decyduje koszt jego produkcji. W reżimie wolnej konkurencji każdemu wytwórcy będzie zależało na tym, żeby cena jego towarów była tak niska, jak tylko się da – by mógł sprzedać je, zanim konkurencja sprzeda swoje. Innymi słowy, powszechną ambicją stanie się dążenie do jak najniższych kosztów produkcji. A bardzo znaczącą częścią tego kosztu są pensje robotników. W rezultacie zatem bezpośrednią przyczyną obniżania wynagrodzeń do tak niskiego poziomu, jak się tylko da, by robotnik mógł zaspokoić jedynie swoje najbardziej elementarne potrzeby, jest istnienie wolnej konkurencji.

Później powrócę jeszcze do tej strony historii, do nieuniknionych konsekwencji istnienia wolnej konkurencji, jakimi są obniżenie płac do najniższego możliwego poziomu, który jednak pozwala pokoleniom robotników przeżyć i płodzić kolejne generacje niewolników niskiej płacy. Ale teraz musimy wziąć pod uwagę inną stronę tej historii – efekt oddziaływania wolnej konkurencji na drobną produkcję. Niskie koszty produkcji są, jak to zobaczyliśmy, przyczyną funkcjonowania przemysłu w warunkach wolnej konkurencji. Ten, kto produkuje zbyt drogo, nie daje rady sprzedać, nie pozostanie na arenie konkurencyjnej walki, a ostatecznie będzie ekonomicznie zniszczony. Pojawia się moment, w którym drobny rzemieślnik staje się zbyt drogi, by konkurować z wielkoskalową produkcją. Nie muszę nudzić was przykładami, ponieważ tego twierdzenia właściwie nie da się obalić, widzimy na własne oczy każdego dnia, że się potwierdza. Jak mógłby konkurować ceną, gdy na wyprodukowanie jednej sztuki towaru potrzebuje tyle samo czasu, ile maszyny potrzebują na wyprodukowanie stu lub tysiąca sztuk? Do tego dochodzi fakt, iż rzemieślnik, który potrzebuje ludzi uzdolnionych w konkretnym kierunku, musi płacić więcej niż przemysłowiec, u którego pieczę nad maszynami może sprawować zwykły chłopiec. Jednocześnie rzemieślnik nie ma pieniędzy, by sam mógł zakupić maszyny. Potrzebuje kapitału, aby je nabyć i utrzymać swój trzeszczący w szwach biznes. Jeśli jeden lub drugi przeprowadzą taką zmianę, nie będą już rzemieślnikami, będą przemysłowcami, bo przejdą od produkcji na małą skalę do produkcji na wielką; ocalą siebie, ale nie uratują własnej klasy/grupy zawodowej przed wyginięciem.

Produkcja na wielką skalę jest zatem, jak mogliśmy się przekonać, bardziej rozwiniętą ekonomicznie wersją rzemiosła, bo zwyciężyła w starciu pomiędzy tymi dwiema formułami. Upadek zakładów rzemieślniczych i zastąpienie ich fabrykami, których celem jest produkcja na wielką skalę, widać w dużych krajach bardziej niż tutaj. W Ameryce i Europie takie profesje, jak np. szewc, zostały już wciągnięte w tryby przemysłu fabrycznego, podczas gdy u nas wciąż jest to rzemiosło. Ale tylko dlatego, że jesteśmy gospodarczo zapóźnieni o kilka dziesiątków lat, nie powinniśmy dać się ogłupić i nie możemy uwierzyć, że nasza przyszłość nie będzie dokładnie taka sama, jak w innych tak zwanych cywilizowanych krajach. Upadek rzemiosła dotyka nas tak samo, jak dotyka inne kraje; nawet jeśli ta śmiertelna walka ma jeszcze potrwać, to i tak już się zaczęła, i nie powstrzymamy jej za pomocą sztucznych środków.

Jasnym jest, że taka zmiana formy produkcji – przejście od dominacji rzemiosła do dominacji fabryk – musi z wielu przyczyn mieć bardzo znaczący wpływ na sytuację robotnika. Przeszedł on od pracy w małych, odizolowanych warsztatach, gdzie z pewnością robotnicy pracowali na rzecz mistrza, ale jednak bywali z nim na przyjacielskiej stopie, do zasilenia armii robotników w wielkoskalowym przemyśle, robotników, którzy wszyscy wypełniali swoje obowiązki w tej samej fabryce, ale nie mieli osobistej relacji z jej właścicielem, szczególnie od chwili, gdy przedsiębiorstwa na większą skalę zaczęły handlować swoimi udziałami. I tutaj rozpoczęło się zaostrzanie antagonizmu klasowego, który leży u podstaw obecnych form produkcji i któremu nie można zaprzeczyć za pomocą prostego myślenia życzeniowego. Jego przykładem niech będzie poniższy cytat z rezolucji powziętej na pierwszym zebraniu robotników w 1879 r. w Sztokholmie: „Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy powinni się starać obalić mur, który teraz ich od siebie dzieli, tak, by pracodawcy stali się autorytetami i okazali pracownikom przyjaźń, uczucie i wsparcie moralne, a pracownicy bez strachu się z nimi spotykali”. Takie postanowienie miałoby znaczenie w społeczeństwie, gdzie wytwórczość jest nadal na poziomie średniowiecznym, ale w kraju, gdzie szerokie rzesze są co roku wchłaniane do pracy w wielkoskalowym przemyśle, jest ono po pierwsze nieszkodliwe, a po drugie nic nie znaczy. Jaki kontakt czy „podejście z uczuciem” może nastąpić pomiędzy na przykład kapitalistą mieszkającym w USA, mającym magazyny przemysłowe w Bergslagen, a robotnikami, którzy zmagają się z życiem pracując dla tego kapitalisty, by mógł on zdobyć dochód i rentę z kapitału? Nie sposób dać wiarę, że mógłby tu zaistnieć jakiś rodzaj paternalistycznej relacji.

Zaostrzenie się antagonizmu klasowego było zatem pierwszym efektem tej zmiany w relacjach związanych z produkcją, częściowo w taki sposób, że związał on ze sobą robotników, a częściowo w taki, iż przestały istnieć wszystkie osobiste więzi pomiędzy posiadaczami środków produkcji i ich użytkownikami. W tamtej chwili opadła piękna maska, która wprowadzała robotników w błąd i do tej pory ukrywała przed nimi nagą rzeczywistość: że pracowali dla innych, którzy zyski z ich pracy chowali do swoich kieszeni. Robotnik zatrudniony w przemyśle wielkoskalowym nie mógł uniknąć poczucia, jak pozbawiony znaczenia jest dla nich. Jeżeli nie będzie pracował on, to będzie pracował ktoś inny, jeśli tylko sprzeda swoją pracę za jeszcze niższą cenę. Cały fałszywy sentyment w takim razie przestaje istnieć, a ukazują się w ostrym świetle rzeczywiste motywacje – nagi interes klasowy. Kapitalista chce osiągnąć tak wysoki zysk, jak to tylko możliwe, pozwala zatem, by robotnik pracował za głodową pensję, byle tylko dywidenda mogła stać się choć odrobinę wyższa, a towar sprzedany z większym zyskiem. Ci, którzy zakupią ten towar od niego, będą kontynuowali ten sam eksperyment, by osiągnąć przyzwoity zysk. Za to wszystko płaci robotnik, i za kapitalistę, i za tego, który przyjdzie po nim – aż nie będzie miał siły dalej tak żyć i zorganizuje strajk. Skutkiem tego będzie zwolnienie z pracy – ponieważ pracodawcy, jeśli uwierzyć by im na słowo, nigdy nie będzie „stać” na podniesienie płac w jakimkolwiek stopniu – a państwo z całą swoją siłą, łącznie z sądami i bagnetami, stanie po stronie żądań pracodawcy i udzieli mu wsparcia. Nigdy nie stanie po stronie pracownika – jak w ogóle ktoś mógłby w to uwierzyć! Czy pamiętacie zeszłoroczny strajk w Hudiksvall? Czy nie potoczył się dokładnie tak, jak to teraz opisuję?

Zaostrzenie klasowej wrogości, które odczuwa w swoim sercu współczesny robotnik, zaczyna dominować i pewnego dnia stanie się ono środkiem do jego wolności, do jego świadomości klasowej. Dzisiejszy robotnik widzi wokół siebie towarzyszy, którzy są w takiej samej żałosnej sytuacji jak on. Bezosobowy charakter, jaki nosi walka klasowa w warunkach wielkoskalowej produkcji, dystansuje robotnika od charakterystycznej dla produkcji na małą skalę wiary w to, że istnieją ludzcy pracodawcy, którzy widzą przyczyny jego problematycznego położenia. Staje się zatem dla niego jasne, że przyczyną kłopotów nie jest to, że „szef jest irytujący”, lecz że konflikt leży głębiej, a u jego podwalin znajduje się fakt, iż robotnik musi sprzedawać swoją pracę innym, którzy korzystają z jej owoców. W średniowieczu i nawet długo po nim mamy wiele przykładów agresji przeciwko pojedynczym krwiopijcom, ale nie mogła wtedy powstać prawdziwa świadomość klasowa w ramach klasy wyzyskiwanej, która widziałaby problem systemowo, w wymiarze ponadjednostkowym. Powstanie przemysłu wielkoskalowego wszystko to zmieniło. Robotnicy zaczynają coraz bardziej rozumieć, że ich gniew powinien być skierowany przeciwko całemu systemowi, a nie tylko pojedynczym pracodawcom, bo to system czyni ich działalność możliwą. Widzą oni także, iż „humanitarność” pracodawców lub jej brak nie ma właściwie żadnego wpływu na ich pozycję; ponieważ nawet pracodawca, który z powodu ludzkiego współczucia chciałby podnieść płace, nie może tego zrobić nawet odrobinę, gdyż wolna konkurencja działa przeciwko niemu jako obligatoryjne prawo. Jeśli podniósłby płace dużo bardziej niż inni, mniej empatyczni pracodawcy, postawi się w pozycji, która uniemożliwi mu sprzedawanie towarów tak tanio jak oni, czyli, innymi słowy, zrujnuje takim krokiem zarówno siebie, jak i pracowników.

Wprowadzenie wielkoskalowej produkcji także w inny, być może ważniejszy sposób, doprowadziło do zaostrzenia antagonizmu klasowego i, w konsekwencji, ale nie wprost, do wzmocnienia świadomości klasy robotniczej. Mam tu na myśli ogromny wzrost nierówności w podziale bogactwa, które są od tego rodzaju produkcji nieodłączne jak cień od człowieka, i będą trwały tak długo, jak przetrwa nienaturalna relacja, która zakłada, że środki produkcji nie należą do całego społeczeństwa, lecz do pojedynczych uprzywilejowanych osób.

Może łatwiej będzie wytłumaczyć na przykładzie, że za taką zmianą sposobu produkcji nieodmiennie podąża zgromadzenie bogactwa w niektórych tylko rękach. Wyobraźmy sobie, że mamy w miasteczku dwudziestu piekarzy, z których każdy ma niewielką grupę klientów z najbliższej okolicy i może wyżyć ze sprzedawania im chleba – może nawet kilku z naszych piekarzy może z tego żyć całkiem dobrze. I wtedy jakiś młody przedsiębiorca dziedziczy kapitał, który postanawia zainwestować w otwarcie w miasteczku wspaniałej, nowoczesnej piekarni. Przyswaja sobie wszystkie nowe wynalazki techniczne, oszczędza na sile roboczej i opale – i może sobie pozwolić nie tylko na to, by jego towar kosztował mniej od innych, ale i na to, by zarabiać na jednym bochenku mniej, niż pozostali piekarze. Obniża na początku ceny na dobre, klienci pchają się drzwiami i oknami, a liberalno-demokratyczna prasa świętuje powstanie nowej piekarni – cóż za pokaz wolnej konkurencji! Cóż, jak dotąd nie jest źle. Co dzieje się dalej? Mieszkańcy miasteczka nie zjedzą więcej chleba, niż jedli do tej pory. Ale nowy piekarz, który działa na wielką skalę, sprzedaje trochę taniej niż inni i ma popularne sklepy w różnych punktach miasta, opanuje większość lokalnego rynku piekarniczego, który do tej pory dzieliło między siebie 20 piekarzy. Nie wyżyją oni z tego, co im zostawił. Najubożsi z nich zbankrutują; inni dobrowolnie zmienią sposób produkcji na dystrybucję z drugiej ręki i zostaną niewielkimi sprzedawcami – desperacka próba, która powszechnie staje się ostatnim krzykiem rozpaczy rzemieślników nieuchronnie udających się w podróż w dół drabiny, ku proletariatowi bez własności prywatnej. Tylko kilku z nich uda się utrzymać w biznesie, i to nie bez trudności. Duża część pracowników tamtych starszych piekarni pozostanie bez pracy, ponieważ nowa, wielka piekarnia potrzebuje proporcjonalnie mniej pracowników niż wiele mniejszych, na których miejsce wchodzi. Pojawia się także kwestia podziału zysków: wcześniej, po tym, jak pracownicy dostali swoje wynagrodzenia, były one dzielone pomiędzy dwudziestu mistrzów; teraz trafiają tylko do jednej wielkiej kieszeni. Ale wcale nie jest tak, że cena chleba w tej piekarni, o której z takim entuzjazmem pisał lokalny dwutygodnik, pozostanie cały czas tak samo niska – nikt nie może być tego pewien. Kiedy wielkoskalowy piekarz poczuje się pewniej, będzie chciał odzyskać wszystko, co włożył w swój interes, i więcej, ponieważ będzie pewien, że nie pojawi się już żadna nowa konkurencja. Ostateczna konsekwencja tej historii będzie zatem taka: piekarniczy magnat prowadzący produkcję na dużą skalę zostanie w miasteczku praktycznie monopolistą i będzie sprzedawał prawie całość chleba, który zjadają mieszkańcy, co pozwoli mu z nich zdzierać jeszcze bardziej; cały zysk idzie do jednej kieszeni zamiast do dwudziestu; niektórzy członkowie klasy średniej miasteczka są zmuszeni stać się proletariatem, a pozycja wielu innych zostaje w dużej mierze zachwiana; i, co istotne, wielu robotników traci pracę, co wzmaga konkurencję o uzyskanie tych niewielu pozostałych wakatów – a pracodawcy mogą wypłacać jeszcze niższe wynagrodzenia niż poprzednio.

Żeby uczynić ten przykład bardziej przejrzystym, musiałem oczywiście wykluczyć kilka okoliczności, które w realnym życiu sprawiłyby, że sprawa stałaby się bardziej skomplikowana. Nie sądzę jednak, że do takiego schematu można mieć większe zastrzeżenia – pokazuje on, jak produkcji na małą skalę szkodzi i jak ją ogranicza powstanie produkcji wielkoskalowej. Skutki społeczne są widoczne dwutorowo. Jedna osoba wspina się po drabinie społecznej ku znacząco wyższemu poziomowi bogactwa, dwadzieścia innych popada w biedę. Klasa średnia traci najwięcej, ponieważ traci na obu tych płaszczyznach, choć oczywiście silniejszy jest kierunek opadania w dół drabiny. W rzeczywistości dzieje się tak w bardzo wielu przypadkach i w tempie, które powinno otworzyć oczy nawet najbardziej zaślepionym przeciwnikom socjalizmu. Fortuna jest gromadzona w rękach wąskiej grupy milionerów i miliarderów. Proletariat, szeroka masa pozbawiona własności, przyjmuje bez końca w swoje szeregi jednostki z klasy średniej, które poległy w dzikiej walce o złoto.

Nie odmówię sobie przyjemności przytoczenia danych na poparcie tego, co właśnie powiedziałem, ponieważ faktowi trwającego niszczenia klasy średniej zaprzeczają gorączkowo zwolennicy liberalizmu. Przeciwnie, twierdzą oni, że bogactwo państwa rośnie, chociaż nie mają na to żadnego właściwie dowodu oprócz takiego, że klasy uboższe mogą już zaspokoić niektóre swoje potrzeby lepiej niż wcześniej, na przykład kupić sobie pościel. Oczywiście wcale nie oznacza to, że realna siła nabywcza mas jest większa niż bywała – oznacza jedynie, że obecnie niektóre z potrzeb zaspokaja się kosztem innych. Jest jasne, że nie jestem w danym roku bogatszy dlatego, że kupiłem sobie więcej odzieży, skoro, żeby to zrobić, w tym samym roku jadłem gorsze i tańsze pożywienie. Co więcej, nawet jeśli przyjmiemy, że jakaś niewielka grupa podniosła tak zwany standard życia, to w żaden sposób nie udowadnia to, że rozdźwięk pomiędzy sytuacją bogatych i biednych zmniejszył się i że biedni mają wszystko, czego potrzebują do życia; bogactwo zamożnych rośnie zaś szybciej niż powszechne potrzeby społeczeństwa. Rozumując w ten sposób, musimy dostrzec, że klasa średnia ulega zupełnemu rozpadowi.

Poniższe liczby pochodzą ze statystyk demograficznych Królestwa Saksonii i przedstawiają się następująco: z każdego 1000 podatników, to znaczy tych, którzy zarabiają ponad 300 marek, nie mniej niż 767 należało w 1880 r. do klasy uboższej, czyli do grupy, która nie mogła znaleźć się w gronie zarabiających 800 marek. Gdyby zaliczyć do uboższych wszystkich tych, którzy nie dają rady zarobić 2200 marek, to do tej grupy będzie należeć nie mniej niż 948 z 1000 podatników. Tylko 47 z tysiąca dysponuje średnim dochodem w wysokości od 2 do 9,6 tysiąca marek, a tylko pięciu z tysiąca przekracza ten limit.

Cóż, gdyby patrzeć, jak zmieniają się te liczby z roku na rok, i gdyby liberałowie mieli rację, gdy twierdzą, że powszechne bogactwo rośnie, to liczebność klas uboższych zmalałaby, a wzrosłaby liczebność grup, którym się powodzi. Ale dzieje się coś wręcz przeciwnego. W latach 1870-80 liczebność klas uboższych wzrosła z 748 do 767 osób na tysiąc, a ich średni dochód spadł z 474 do 460 marek. Liczba milionerów też wzrosła – w latach 1879-82 liczba osób z najwyższego progu podatkowego, czyli osiągających dochód w wysokości ponad 100 tysięcy marek rocznie, zwiększyła się z 68 do 96 osób na tysiąc. Klasa średnia nie może nadążyć za zmianami w klasach pod nią i ponad nią. Nie pokażę tu żadnych liczb, bo nie są one w stu procentach godne zaufania, jednak nie da się podważyć tego, że nie zgadzają się one z innymi prezentowanymi liczbami.

W ostatnim wydaniu „Dagens Nyheter” znalazłem nieoczekiwanie inne liczby, które wskazują na ten sam kierunek. Pochodzą one z Prus. W 1875 r. każdy pracodawca miał średnio 33 pomocników; w 1882 r. ta liczba wzrosła do 62. Można dostrzec wzrost produkcji wielkoskalowej, a przy tym spadek skali rzemiosła o 6 procent, podczas gdy liczba pracowników wzrosła o 39 procent. Czyż nie jest oczywiste, że takie przejścia w relacjach pomiędzy klasami społecznymi muszą doprowadzić do całkowitej zmiany w środowisku społecznym, które zostało stworzone dla licznej klasy średniej, lecz już dłużej nie pasuje do realiów, gdy ona zanika?

Kiedy podsumujemy wyniki, do jakich doprowadziło nasze śledztwo, możemy jasno zdać sobie sprawę z doniosłości okresu historycznego, w którym żyjemy. Ujrzymy także kierunek, w którym powinniśmy zmierzać oraz sposób na obalenie złych warunków, na które nie możemy dłużej przymykać oczu.

To właśnie dzieje się z naszymi cywilizowanymi społeczeństwami! I to z powodu podtrzymywania takich warunków wymaga się teraz od klas niższych, by poświęciły swoje życie i krew. Ta prawda nie może pozostać niewypowiedziana – to „liberalny” rząd straszy nas socjalizmem, ogłasza swoje bankructwo i pokazuje nam przemoc zamiast pokojowej propagandy.

Czyż trudno jest zrozumieć, że jeśli powyższe zdania są prawdziwe, jeśli rozwój gospodarczy tylko coraz bardziej popycha nas w przyszłość, o której właśnie wspomniałem, gdy ostatnie niedobitki klasy średniej znikną, a milionerzy staną naprzeciwko głodnych mas – że w takim przypadku żadne siły reagowania nie zachowają się jak w Niemczech, żadne egzekucje, jak we Francji po Komunie Paryskiej, nie zahamują tego, co może się wydarzyć?

Ale zostawmy ślepotę władzy własnemu losowi. Poniesie karę, gdy nadejdzie jej czas.

Przeszliśmy tu od czysto historycznych refleksji, które mogłem naświetlić tylko z niewielu punktów widzenia – ale nadal wystarczających, byśmy ujrzeli, jak wygląda problem – do zrozumienia trwającego procesu społecznego rozwoju, zgodnie z którym socjalizm będzie tego rozwoju naturalną konsekwencją. Jego wprowadzenie będzie, jak pokazywali Marks i Engels w swoim „Manifeście Komunistycznym”, dużo prostsze i łatwiejsze niż zniszczenie rzemiosła po to, by zastąpić je przemysłem wielkoskalowym. Trudności zmniejszą się, ponieważ maleć będzie liczba osób zainteresowanych utrzymaniem starego porządku i na nim korzystająca. Uczynienie wspólnej własności z tego, co kilku milionerów nazywa „swoim”, musi spotkać się z o wiele mniejszą falą oporu niż wywłaszczenie najsilniejszej i najliczniejszej z klas społecznych, jaką niegdyś stanowiła drobna burżuazja. Niech nieubłagany rozwój sam się tym zajmie, niech zajmie się także milionerami, gdy ich godzina wybije.

Socjalizm nie wymaga od nas niczego poza tym, byśmy otworzyli oczy na procesy społeczne, które dzieją się wokół nas, przekonali się, w jakim zmierzają kierunku i zmienili w wyniku tego nasze społeczne zasady, zamiast pozwolić im pozostać takimi, jakimi były, gdy cała struktura społeczeństwa była dalece inna. Tak jak własność prywatna i takież środki pracy odpowiadały produkcji rzemieślniczej, tak niemożliwe jest, by własność prywatna utrzymała się, gdy wielkoskalowa produkcja osiągnie szczyt rozwoju. Powróćmy do naszego przykładu z przemianą drobnego przemysłu piekarniczego w wielkoskalowy – oczywistym jest, że nikt nie podnosił sprzeciwu, by 20 piekarzy posiadało swoje sklepiki. Ich zysk nie był aż tak niesprawiedliwy, a wielu robotników utrzymywało się z pracy u nich; podział na kilka mniejszych miejsc sprawiał, że system oparty na jednym zarządcy każdej piekarni był raczej zdolny do samoutrzymania; w tamtych czasach również wielu pracowników mogło oczekiwać, że kiedyś będą mieć „coś własnego”. Ale w chwili, gdy przemysł wielkoskalowy zepchnął ze sceny małych graczy, sytuacja całkowicie się zmieniła. Można teraz zapytać, dlaczego jedna osoba, której akurat przydarzyło się dysponowanie kapitałem, powinna odcinać kupony od zmonopolizowanego zysku, i to dużo większego, niż mogłaby zarobić nawet będąc bardzo dobrym zarządcą. Ale to nie jej zdolności jako zarządcy zdobyły jej ten zysk, lecz jej pozycja jako kapitalisty. Gdyby kapitał nie należał do tej osoby, lecz do społeczeństwa, w produkcji działoby się to samo dobro, ale kapitalista i jego nieuczciwe i niesprawiedliwe zyski znikłyby z pola widzenia; stałby się tylko niepotrzebnym pasożytem na społecznym ciele. Zyskaliby na tym wszyscy oprócz samego kapitalisty. Cena chleba spadłaby, a piekarnie mogłyby wypłacać lepsze wynagrodzenia i pracować krócej. Dochodzimy zatem do wniosku, że w bardziej intensywnej produkcji na wielką skalę kapitalista staje się niepotrzebny i jest tylko szkodliwą naroślą na systemie produkcyjnym. Nie jest przydatny, a kapitał, który nazywa własnym, musi być wykorzystany dla społecznego dobra. W jego rękach, jako własność prywatna, kapitał wyłącznie go niszczy, dając mu chory, podejrzany luksus, podczas gdy użyty przez społeczeństwo mógłby ulżyć każdemu w niesieniu ciężaru pracy, i tym samym uczynić życie mas ludzkich szczęśliwszym.

Socjalizm zatem wydaje się być logiczną i konieczną konsekwencją rozwoju. Klasa złożona z rzemieślników każdego dnia angażuje się w walkę o przetrwanie, a z oddali słychać już dzwony pogrzebowe dla klasy kapitalistów. Była ona potrzebna, aby produkcja wielkoskalowa mogła rozkwitnąć. Ale gdy to się stało, jasnym jest, że musi się ona usunąć, ponieważ nie jest już dłużej potrzebna. Społeczeństwo samo w sobie zastąpi kapitalistę w jego roli troszczącego się o dobro wspólne i dziedzictwo pokoleń. Dlaczego taką rolę miałaby w ogóle pełnić klasa, która własny interes stawia na pierwszym miejscu? Wielką zaletą tego ogromnego kroku – zwycięstwa socjalizmu – będzie fakt, że gdy ono nadejdzie, cała władza klasowa zostanie złamana, a antagonizmy klasowe obalone. Równość stanie się rzeczywistością – to piękne zdanie często jest postrzegane jako teoria, lecz odmawia mu się realizacji w praktyce.

Zwieńczenie tego procesu rozwoju jest historycznym zadaniem dla klasy robotniczej, tak jak zmuszenie kapitalistów do uznania werdyktu, że ich czas się skończył i oto nadszedł moment przejścia do społeczeństwa socjalistycznego. Robotnik produkcyjny stanie się dzięki sile okoliczności grabarzem prywatnego kapitalizmu. Będzie narzędziem, które dokona zmiany, gdy czas się dopełni. Jeśli zdamy sobie z tego sprawę, stanie się także jasne, dlaczego współczesny ruch robotniczy musi być socjalistyczny. Bo to prosty środek – ruch świadomy swojego celu, powodów, dla których istnieje i swojej roli w społeczeństwie. Jeśli nie podejmie się on tego, to wciąż będziemy trząść się ze strachu w ciemności, chwytając się drobnych środków, by chwilowo złagodzić problemy, będziemy stać skonfundowani, nie widząc, co jest za nami i co przed nami, słuchając niepotrzebnego gadania proroków, pozbawieni solidnego fundamentu, na którym można budować.

Być może ktoś pomyśli, że taka ocena niesocjalistycznego ruchu robotniczego jest zbyt surowa, i dumnie wskaże przykład Anglii. Odpowiem – owszem, angielskie związki zawodowe zrobiły wiele dla poprawy warunków ekonomicznych swoich członków i trzeba je darzyć szacunkiem jako solidne organizacje, którą warto naśladować w każdym kraju. Ale – jest jedno „ale”. Najpierw udało im się dotrzeć tylko do części klasy robotniczej i do pewnego stopnia stały się robotniczą arystokracją, która często patrzyła bardziej na interes własny, niż na interes całej klasy. Przegapiły główną drogę socjalizmu i, zamiast pracować nad zdobyciem siły politycznej, skupiły się głównie na ograniczonych wysiłkach na rzecz podniesienia płac. Anglia dominuje na światowym rynku przemysłowym, zatem aż dotąd okoliczności im bardzo sprzyjały. Ale gdy na rynku zaczną z sukcesem współzawodniczyć z nią inne kraje, zniknie także przywilej, który został wcześniej dany angielskim kapitalistom i, do pewnego stopnia, także angielskim robotnikom. Staną się równi swoim przyjaciołom z Europy, a na efekty nie trzeba będzie długo czekać. Z jednej strony socjalizm zaczął w zeszłym roku siać ferment w Anglii i prawie „zaraził” starych związkowców; z drugiej – jest oczywiste, że nawet gigantyczne angielskie związki zawodowe nie dadzą rady systemowi kapitalistycznemu: pensje spadają, fundusze związkowe są wydawane na pomoc dla bezrobotnych działaczy, a w zasięgu wzroku nie widać poprawy. Jest faktem, który musimy wziąć pod uwagę, że każdy fundusz związkowy ucierpiał poważnie w czasie obecnego kryzysu, i z pewnością w dużej mierze przyczyniło się to do otwarcia oczu angielskich robotników na fakt, że polityka związkowa nie może być prowadzona w, podkreślam, tak samotny sposób, bo jest to niewystarczające. Wiele znaków obecnie wskazuje, że to nie Anglia winna być teraz przykładem tego, jak wyglądają związki zawodowe i socjalizm.

W naszych czasach ruch pracowniczy, który twierdzi, że sam siebie rozumie, musi być socjalistyczny. Musi być także zbudowany na gruncie poczucia, iż wielki przemysł jest nadrzędny i jego rola jest usprawiedliwiona, a wszelkie reakcyjne wizje, które chcą popchnąć rozwój z powrotem w stronę rzemiosła i produkcji na małą skalę, muszą odejść w zapomnienie. Jednak ruch musi sobie także zdawać sprawę, że wielki przemysł, w takim kształcie, w jakim znajduje się obecnie, musi prowadzić do gromadzenia środków produkcji i kapitału w coraz mniejszej ilości rąk, ubożenia i spadku dochodów tych, którzy pracują dla kapitalistów, oraz do tego, że rdzeń społeczny, którym jest klasa średnia, rozpadnie się. Jedyna droga ucieczki z obecnych rażąco niesprawiedliwych warunków, to wywłaszczyć milionerów i sprawić, by kapitał stał się tym, czym bywał niegdyś – wspólną własnością społeczeństwa.

Oto ostateczny cel. Ale droga ku niemu jest nadal długa, co socjaliści przyznają jako pierwsi. Gdy już mamy przed oczami cel, należy zastanowić się nad środkami i nad drogami, którymi musi poruszać się ruch pracowniczy, by osiągnąć ten ideał – nigdy nie możemy tracić go z oczu, tocząc drobne walki dnia dzisiejszego. To społeczeństwo równości, w którym wyrwane z korzeniami zostaną wszelkie różnice klasowe, w którym praca nie tylko istnieje, ale jest postrzegana jako podstawa wszelkiej kultury materialnej i niematerialnej, w którym jednorodna praca zarówno dla celów prywatnych, jak i wspólnych, funkcjonuje zamiast bezwzględnej, morderczej rywalizacji pomiędzy ludźmi, w którym walka o przetrwanie jest solidarnie prowadzona przez całe społeczeństwo, wspólnie pokonujące naturalne przeszkody stojące na drodze do szczęścia całej grupy, a nie na drodze realizacji indywidualnych potrzeb – oto królestwo przyszłości, do którego my, wolnomyśliciele i materialiści, wchodzimy z graniczącymi z pewnością nadziejami, zamiast wysłuchiwać bajek o niebie, które czeka na nas w życiu pozagrobowym, bajek ciągle będących ostatnimi kotwicami dla wielu nieszczęśliwych ludzi zmagających się z życiem. My, socjaliści, chcemy im pokazać, że to w naszych rękach leży możliwość stworzenia tu na ziemi życia szczęśliwszego i pewniejszego niż wymyślone przez księży niebo, z którego nikt nigdy nie wrócił, by potwierdzić, że ono w ogóle istnieje. Jednak to nie my doświadczymy dnia triumfu socjalizmu. Mamy zobowiązanie wobec tych, którzy przyjdą po nas: musimy wykonywać tę pracę tak długo, jak damy radę, a inni ją dokończą.

Robotnicy muszą kierować swoją uwagę jednocześnie w dwie różne strony, z których żadnej nie można zaniedbać, jeśli ruch ma rozwijać się szybko i równo. Z jednej strony muszą organizować swoją klasę jako partię polityczną, która stawia sobie za cel zyskanie politycznej władzy, np. władzy, by stanowić prawo, by wprowadzać dla dobra pracowników wszystkie konieczne reformy, a docelowo zorganizować przejście ku państwu socjalistycznemu. Z drugiej – muszą się organizować, aby byli w stanie prowadzić podstawową, codzienną walkę z kapitalistami o chleb i masło. Ta organizacja przebiega najpraktyczniej, gdy jest dokonywana w obrębie branż; jej formą jest związek zawodowy. Oczywiście obie te formy, związek i polityka, powinny iść ramię w ramię i pracować razem dla osiągnięcia wielkiego celu – całkowitego wyzwolenia klasy robotniczej. Jednak doświadczenie zawsze uczy, że obie te formy organizacji powinny być odrębne. Wyjaśnię, dlaczego.

Ideą związku zawodowego jest zgromadzenie wszystkich robotników jednej profesji, najpierw w jednym mieście, potem w całym kraju, by zebrać siły do wspólnego oporu przeciwko oburzającemu światu kapitału. Organizowanie się to jedyny środek, którego robotnicy mogą użyć do zmniejszenia, jak to nazywał Lassalle, „żelaznego prawa płacy”, czyli zasady ekonomii, która nie pozwala w warunkach obecnych stosunków produkcji podnieść pensji znacznie ponad poziom potrzebny pracownikowi do przetrwania na więcej niż chwilę. Celowo pokazałem na początku, że jest to rezultatem istnienia wolnej konkurencji – wynagrodzenia, które stanowią część ceny produktu, są zmniejszane na tyle, na ile się tylko da. W tym samym kierunku podąża rozprzestrzenianie się maszyn, bo czyni ono szereg rąk bezczynnymi, a robotnicy muszą szukać pracy za niższe pensje niż wcześniej. Wystarczy już tego, co dobrze znamy – że robotnik musi sprzedać siłę swoich rąk za cenę, którą mu dadzą, tylko dlatego, że musi przeżyć. Gdy wstąpi do związku zawodowego, który gromadzi niewielki fundusz, ma większą kartę przetargową niż miał wcześniej, jeśli chodzi o warunki płacy i pracy. Jeśli przemysłowiec nie przyjmie jego ceny, robotnik nie zgadza się na niższą i zwraca się do związku. Ten staje po jego stronie i wspiera go podczas strajku, który robotnik odbywa częściowo za swoje, a częściowo za zbiórkowe pieniądze. Strajk trwa tak długo, jak się da, i tak długo, jak się uda, powstrzymuje się łamistrajków przed powrotem do pracy. Zalety takiego scenariusza są oczywiste, a w ostatnich latach tyle się o nich mówiło, że sądzę, iż zbędne jest dalsze zgłębianie tego tematu. Pozwólcie mi tylko poczynić dwie uwagi na temat związków.

Pierwsza z nich: celem związku musi być staranie, aby wciągnąć w swoje struktury każdego pracownika danej profesji w mieście, o ile to możliwe. Niezgoda poglądów i różnice polityczne czy religijne nie powinny być przeszkodą w zapraszaniu nowych członków. Każdy musi mieć możliwość wstąpienia do związku. Od tego bowiem w dużej mierze zależy, czego i ile związek będzie w stanie zrobić. Jeśli poza związkiem pozostają jacyś pracownicy, z lenistwa, obojętności lub dlatego, że są religijni i nie zamierzają „dźwigać jarzma” wspólnie z niewiernymi, wtedy cały związek staje się ułomny. Jeśli decyzje nie mogą dotyczyć tych, którzy są poza związkiem, pracodawcy zawsze potraktują to jako znakomitą wymówkę dla odmowy negocjowania z tymi, których w swej hojności i mądrości zwykli nazywać „garstką warchołów w gronie pracowników”. Dlatego też nie ustaję w zachęcaniu każdego pracownika i pracownicy, którzy jeszcze nie są w związku, by do niego wstąpili: nie czekajcie, nie bierzcie na siebie odpowiedzialności za to, że z powodu waszej nieobecności ruch całej waszej klasy ku wolności będzie odbywał się wolniej niż to konieczne, nawet jeśli osobiście jesteście rozczarowani taką czy inną sprawą lub osobą w organizacji.

Z tej przyczyny zadaniem i celem związków jest objąć każdego robotnika, uświadomionego czy nieświadomego, konserwatystę lub radykalnego socjalistę, zapalonego czytelnika czy człowieka nieokrzesanego – staje się zatem jasne, że taka organizacja w sposób naturalny nie jest miejscem odpowiednim tylko dla robotników uświadomionych politycznie i klasowo. Oczywiście w wielu przypadkach ci, którzy najlepiej zrozumieli esencję sprawy robotniczej, czyli socjaliści, przejmą dowodzenie w związku. Tak było w Danii, tak jest w Sztokholmie z małymi wyjątkami, i tak będzie, jak się spodziewam, wszędzie. Ale dla najlepszego interesu związku jako takiego, socjaliści nie powinni pozwalać, by stał się on miejscem agitacji politycznej. Lepiej żeby za nią odpowiedzialne były niezależne organizacje społeczno-polityczne, które kojarzą się z programem socjaldemokratycznym i do niego dążą jako do swojego celu. Taką organizacją jest w tym mieście Robotniczy Klub Gävle, na którego zaproszenie dziś tu przemawiam; w Sztokholmie zaś taka organizacja nazywa się, jak wszyscy wiemy, Socialdemokratiska Förbundet. Takie zbiorowości są podstawowymi elementami, z których powstanie socjaldemokratyczna partia robotnicza, a z jej założeniem nie można już czekać.

Oto druga uwaga, którą chcę poczynić: nie wymagajcie zbyt wiele od związków zawodowych! Już o tym wspominałem w przypadku Anglii, która z jednej strony dokonała tego, czego dokonała, a z drugiej widoczne są tam ograniczenia związków. Jednostronnie zorientowany ruch związkowy nigdy nie osiągnie swojego celu, co łatwo zrozumieć, jeśli uświadomimy sobie, że nie można zrobić nic, by zapobiec koncentracji kapitału. Kapitalista, z którym walczą robotnicy i związki, staje się tym samym trudniejszy do ekonomicznego pokonania i trudniej stawia się mu opór, nie mówiąc już o tym, że pracodawcy prędko poznają sekret związkowców i tworzą przeciwko nim posłuszne sobie kółka złożone z innych pracowników, a perspektywa udanej walki blednie. Związek sam w sobie nie może więc pomóc pracownikom zależnym od kapitalizmu. Może trochę rozjaśnić rzeczywistość, ale nie da rady całkowicie przegnać zła, które, jak widzimy, wypływa z organizacji pracy jako takiej. Jednak, nawet jeżeli nie możemy spodziewać się z ich strony cudów, mają one dla robotnika ogromne znacznie, są bowiem jego naturalnym środowiskiem obrony przeciwko niekończącemu się obniżaniu płac. Każdy grosz, który dzięki związkom podwyższa stawkę godzinową, jest dla pracującego niewolnika sygnałem, że jego egzystencja staje się odrobinę bardziej ludzka. To malutkie światło w tunelu, zwiastujące lepsze czasy.

Ale związkowcy muszą też posiadać inną organizację – partię polityczną, której celem, mówiąc w skrócie, jest zdobycie dla pracowników władzy politycznej w państwie, a zanim to się wydarzy, powinna ona pracować najlepiej jak potrafi na rzecz wprowadzania prawa najkorzystniejszego dla nich.

Robotnicy osiągną odpowiedni wpływ polityczny, jeśli zjednoczą się w ramach związku i będą stawiać energiczny opór próbom zmniejszenia swoich i tak niewysokich pensji, będą uświadomieni w kwestii tego, czym jest socjaldemokracja i świadomi własnej pozycji klasowej. Potrzeba im zarówno związku zawodowego, jak i partii politycznej. W pełni uświadomiony politycznie i klasowo robotnik musi uważać za swój obowiązek przynależność do związku branżowego i do politycznej partii robotniczej. Gdy oba te rodzaje broni będą używane w odpowiedni sposób, ruch pracowniczy przybierze na sile i podąży ku swojemu ostatecznemu celowi: całkowitemu uwolnieniu klasy pracującej z jarzma politycznego, ekonomicznego, społecznego i duchowego niewolnictwa.

Ale jak ma się to wydarzyć? Za sprawą rewolucji czy reform?

Rewolucja! Na dźwięk tego słowa trzęsą się filistrzy, zarówno ci sytuujący się na marginesach społeczeństwa, jak i ci głęboko w nim umoszczeni. „Socjalizm jest rewolucyjny!”. Ktoś rzuca takie sformułowanie i uważa, że wystarczająco nas zniechęcił i że nie musi nam już tego udowadniać.

Tak, w tym sensie socjalizm jest rewolucyjny. To zupełnie nowa zasada braterstwa i solidarności, ustawiona w opozycji do „liberalnej” tezy, że każdy sobie rzepkę skrobie, a jeśli mu się nie uda, to tym gorzej dla niego. Socjalizm jest rewolucyjny, bo odchodzi od starych założeń i buduje nowe, lepsze, oparte na rozwoju jako takim.

Jeśli podążymy za rozumieniem terminu „rewolucyjny”, jakim operują filistrzy, czyli wyobrazimy sobie uliczne zamieszki, zabójstwa, plądrowanie, to okaże się, że nasz socjalizm jest od takiej „rewolucyjności” daleki, a nawet można by go nazwać konserwatywnym. Przyczyna jest prosta. Oprócz socjalizmu żaden inny pogląd nie postrzega tak dalece jednostek jako nieodpowiadających za złe warunki, w jakich żyją. My, socjaldemokraci, przezwyciężyliśmy tę krótkowzroczność, która zakładała, iż to, co dzieje się w społeczeństwie, jest zależne od złej woli jednostek. Chcemy obalić system, który jest źródłem wszelkiego zła, ale nie zrobimy tego zabijając poszczególnych kapitalistów. Belgijski przykład z tego lata może być instruktażowy. W dzielnicach, które są ostoją socjalizmu, nie było zamieszek. Wydarzyły się one za to w miejscach, gdzie robotnicy byli w złej sytuacji, ale jednocześnie nie pojawiła się tam jeszcze socjaldemokratyczna propaganda. To tam wybuchła przemoc, bez planu i bez znaczenia, i oczywiście została szybko i krwawo zdławiona.

Belgijscy socjaliści natychmiast zażądali, i domagają się nadal, amnestii dla tych nieszczęśników, którzy w desperackim gniewie próbowali wziąć odwet za lata obojętnego wszystkim cierpienia. Ale i zachęcali swoich przyjaciół, by się uspokoili, bo wiedzieli dobrze, iż rozruchy bez planu nie mają sensu w starciu ze zdyscyplinowaną armią burżuazyjną.

Socjalizm jest rewolucyjny z zasady, to znaczy podstawia zupełnie nowe zasady w miejsce starych, jednak nie jest rewolucyjny w takim znaczeniu, by zachęcać do chaotycznych ataków na pojedynczych przeciwników lub ich własność. Tutaj oczywiście musimy zaznaczyć, iż nie zobowiązujemy się zawsze i w każdych okolicznościach do podążania ścieżką, jaką nasi oponenci lubią nazywać legalną, zauważamy bowiem, że to oni sami i nikt inny stanowią prawo. Żadna partia czy grupa nie mogłaby z ręką na sercu złożyć takiej obietnicy, nie powinniśmy więc wiązać sobie nią rąk. Dostrzeżmy, że nasze szwedzkie klasy wyższe, zamiast słuchać naszych rad i żądań ludzi, którzy już od początku swojej drogi życiowej doświadczają cierpienia na wielu poziomach, tak, by przynajmniej mogli wypowiedzieć je w parlamencie i zostać wysłuchani, odzierają klasę robotniczą z jej praw do wypowiadania się, gromadzenia i wydania drukiem tekstów, a robią to na podstawie poszczególnych sił szybkiego reagowania. Próbowano tego także w Rosji i w Niemczech, gdzie policja i bagnety uciskały ruch na rzecz wyzwolenia ludowego. Czyż nie powinno stać się obowiązkiem nie tylko każdego socjaldemokraty, ale i każdego uczciwego demokraty, by wykorzystać każdą okazję, żeby przełamać tę znienawidzoną tyranię? Nie należy „w imię prawa” stwarzać i wynosić na piedestał jakiejś boskiej postaci, jak to widzimy w Danii, gdzie minister ma władzę absolutną, albo ma ją większość parlamentarna. W Szwecji już wcześniej mieliśmy rewolucje i pogwałcenia prawa, zarówno z dołu, jak i z góry. Jeśli naturalne ścieżki dla rozwoju są zamknięte, musi on szukać innych dróg. Ponieważ musi on postępować do przodu jako pierwszy i najważniejszy, nawet jeśli w tym celu prawo tyranii ma zostać nieco nadszarpnięte. A burżuazja (która za swoje imperium może podziękować rewolucjom z 1789, 1830 i 1848 r.) powinna przynajmniej wziąć pod uwagę, że jeśli ten czy inny pionier proletariatu mówi trochę głośniej o zbliżającej się rewolucji społecznej, to oznacza to, że klasy rządzące nigdy nie oddadzą władzy pokojowo, lecz lud będzie musiał przekazać swoim parlamentarnym przedstawicielom żądania trzymając broń w rękach.

Jeżeli jednak klasy wyższe zdecydują się na uszanowanie woli ludu, nawet jeśli będzie to wymagało pozbawienia samych siebie praw i przywilejów, socjaliści nie będą niepotrzebnie nawoływać do przemocy. Ale pierwszą, podstawową zasadą pokojowego ruchu robotniczego jest to, że musi on mieć środki, by podnieść głos i protestować. Uniwersalne prawo wyborcze jest zatem ceną, którą burżuazja mogłaby zapłacić i złożyć je na ołtarzu rewolucji.

W tym punkcie, jak i w wielu innych punktach praktyki politycznej, nasze wizje spotykają się z wizjami burżuazyjnej demokracji, albo z wizjami starszych ruchów liberalnych. Dość często socjaldemokratom zadaje się pytanie: dlaczego nie weźmiecie pod uwagę współpracy z liberałami? W kilku sprawach chcą tego samego, co wy. Spróbujcie je wspólnie rozwiązać, zanim sięgniecie po socjalizm.

Istnieją dwie przyczyny, dla których nie satysfakcjonuje nas przybranie przez ruch robotniczy formy zaplecza dla liberałów lub dla radykalnej burżuazji.

Po pierwsze: liberalny program jest niewystarczający. Załóżmy, że wszystkie ważne kwestie zostałyby wdrożone naraz i od jutra mielibyśmy uniwersalne prawo głosu, zupełną wolność religii, republikę i tylko bezpośrednie podatki. Czy tym samym kwestia socjalna zostałaby rozwiązana? Czy zostałaby rozwiązana, gdybyśmy do tej listy dodali normalny dzień pracy i państwowe ubezpieczenie dla każdego – kwestie, które nowoczesny liberalizm, choć są mocno niezgodne z jego fundamentalnymi tezami, czuł się zobligowany zapożyczyć z programu socjalistycznego? Nie, prawie wszystkie z tych powszechnych demokratycznych żądań są wprowadzane w niektórych krajach, jak Francja czy USA. Ale nadal pozostaje najgłówniejsza kwestia – sprawa nierównego podziału bogactwa – nierozwiązana tutaj i wszędzie indziej. Jest prawdą, że pozbyliśmy się pewnych przeszkód, co oznacza, że przejście do lepszych warunków może odbyć się przy mniejszym oporze. Ale to nie to samo.

Głównym błędem liberalizmu jest wiara, że wszystko można rozwiązać za pomocą reformy politycznej, chociaż tak naprawdę potrzebujemy reformy socjalnej. Liberalizm mówi, że chce zmniejszyć presję klas wyższych na masy, które walczą o różne sprawy, np. rozdział państwa od kościoła. Ale cóż pomoże usunięcie jednego despotycznego polityka, jeśli to despotyzm okoliczności nadal obciąża jak ołów przyciśnięte masy? To, jak mówił Georg Brandes, kpina i obelga, jak darowanie kalece prawa do chodzenia – ale właśnie to robi liberalizm. Deklaruje wolność od jednego zobowiązania na rzecz innego, ale nie widzi, jak ten, kto jest prawdziwie wolny, może powstać i tej wolności użyć. Liberalizm deklaruje wolność pracy, ale robotnik nadal musi pracować za głodową pensję, która jest mu oferowana, ponieważ nie może czekać, aż ktoś kupi siłę jego rąk drożej. Wszędzie wygląda to tak samo: wolność na papierze i w teorii, ale w praktyce nadal silny całkowicie dominuje ekonomicznie nad słabszym.

Zdanie sobie sprawy z absolutnej nieadekwatności liberalizmu dla sprawy robotniczej i potrzeby reform pracowniczych to zatem pierwszy powód, dla którego socjaldemokraci muszą się trzymać, póki socjalizm nie pojawi się w szwedzkim programie dla pracowników. Drugim powodem jest to, że, jak wiemy, tylko ideologia socjalistyczna daje pracownikowi jasność na temat tego, jak i gdzie przebiega rozwój i jakimi prawami się kieruje. „Liberalny” robotnik jest pod tym względem takim ignorantem, że potrafi na przykład poważnie opowiadać o oszczędności, wstrzemięźliwości i innych tego rodzaju cechach, i uważać je za środki do celu, a nie prywatne sukcesy poszczególnych osób – za mające porwać cały stan robotniczy i będące rozwiązaniem kwestii socjalnej! Tak jakby robotnik do tej pory nie wycierpiał wystarczająco wiele z powodu oszczędności, które są na niego nakładane – nadal nie mówię tu o wyjątkach, które tylko potwierdzają regułę – i jakby rozciągnięcie tego na całą klasę pracującą nie było absolutnie niemożliwe, bo wynagrodzenie robotnika i tak musi z powodu siły konkurencji sytuować się na najniższym możliwym poziomie pozwalającym mu nie umrzeć. To nonsens, to nic więcej jak obrzydliwa hipokryzja – przychodzić do tych, którzy mają najmniej i pouczać ich na temat oszczędności. Załóżmy, że naprawdę by oszczędzali i że cała klasa robotnicza mogłaby sobie pozwolić na małą przyjemność, na przykład na szklaneczkę brandy do obiadu – jaki byłby efekt? Czy pracownicy mogliby zatrzymać swoje oszczędności, by wydać je według własnego uważania? Nie, z pewnością nie. Musieliby wydać je na to, na co zezwolą im apostołowie wstrzemięźliwości. Często wspominane prawo mówiące, że płace ekonomicznie dążą do najniższego możliwego poziomu, nie zawaha się potwierdzić. W krótkim czasie bezrobocie zmusiłoby robotników do sprzedawania pracy w takiej cenie jak poprzednio, minus niepotrzebny wydatek na alkohol. Zysk z biznesu i tak w końcu zostanie u pracodawcy, który nabędzie ich pracę taniej, a pracownicy otrzymają związane z tym obniżenie wynagrodzenia jako jedyny efekt.

Musimy zatem stworzyć w naszym kraju niezależny, w pełni świadomy, socjalistyczny ruch robotniczy, oto ostateczny wniosek. Czerwona międzynarodowa flaga socjalizmu, symbol braterstwa i wolności, została umieszczona także na szwedzkiej ziemi. Tylko pod tym jednym znakiem szwedzki robotnik będzie w stanie stać się wolnym od wszystkich rodzajów niewolnictwa – ekonomicznego, społecznego, politycznego i duchowego, tak jak jego bracia zza granicy. Jako pierwszy, z zachwytem, ale i cierpliwością, wejdzie w społeczeństwo socjaldemokratyczne i udowodni, że jest godzien ważnego zadania, jakie dał mu rozwój: stanie się katem idei społeczeństwa klasowego i położy podwaliny pod społeczeństwo równości.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Powyższy tekst to przemówienie, które Brantning wygłosił na zaproszenie klubu robotników z Gävle 24 października 1886 r. Jest uważane za „deklarację niepodległości” szwedzkiego ruchu robotniczego oraz pierwszy tekst programowy szwedzkiego socjalizmu.

Hjalmar Branting (1860-1925) – szwedzki polityk lewicowy, współtwórca Sveriges socialdemokratiska arbetareparti – Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej, pierwszego dużego ugrupowania lewicowego w tym kraju. Dziennikarz prasy lewicowej i związkowej, od roku 1896 nieprzerwanie do śmierci poseł z ramienia partii socjaldemokratycznej. Był ministrem spraw zagranicznych i ministrem finansów, a także premierem lewicowego rządu w latach 20. Zdecydowany krytyk bolszewików i ich rządów w ZSRR, zwolennik reformistycznego nurtu w ruchu socjalistycznym i demokratycznej drogi do socjalizmu. W roku 1921 laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Uważany za „ojca” szwedzkiej socjaldemokracji i twórcę zrębów skandynawskiego modelu państwa socjalnego.

Z numeru
Nowy Obywatel 29(80) / Wiosna 2019 " alt="">
komentarzy