Popieram każdą partię

·

Popieram każdą partię

·

Podobno Polacy są narodem podzielonym. Przyzna to każdy, kto w nawet najmniejszym stopniu uczestniczy w debacie publicznej. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Podziały istniały od zawsze i nie są wynalazkiem XXI wieku, a poza tym znacznie więcej nas łączy niż dzieli.

Zbyt ogólna narracja historyczna sprawia, że w społeczeństwie funkcjonuje znacznie uproszczony obraz sceny politycznej na przestrzeni wieków. Mogłoby się wydawać, że walkę z zaborcami i okupantami toczył jeden zsynchronizowany organizm polityczny, a podziały nastąpiły już w wolnej Polsce. Otóż nie. Już podczas zaborów podział na frakcje polityczne był wyrazisty. Obozy Białych i Czerwonych miały podobne cele, lecz obrały zupełnie odmienną drogę do ich realizacji. Pomysłów na odzyskanie niepodległości było znacznie więcej. Jedni sposobili się do kolejnych powstań, a inni decydowali się na tytaniczną, pozytywistyczną pracę oświatową wśród mas.

Różnorodność polityczną w okresie II RP najlepiej odzwierciedla list Józefa Piłsudskiego do Romana Dmowskiego. Marszałek pisał w nim, że „w tej ważnej chwili przynajmniej niektórzy ludzie, jeśli już nie cała Polska niestety, wznieść się muszą ponad interesa stronnictw, kilk i grup”. Znamiennym elementem obchodów 100-lecia niepodległości było odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego w pobliżu monumentów Wincentego Witosa, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego i Józefa Piłsudskiego. Kilka dni temu do tego grona dołączył Wojciech Korfanty. „Oni stoją tu dzisiaj i pokazują, że Polska jest jedna. Teraz są tutaj wszyscy […]” – mówił prezydent Andrzej Duda podczas odsłonięcia pomnika.

Polskie Państwo Podziemne również nie było bytem jednorodnym politycznie. Świadczy o tym chociażby Rada Jedności Narodowej, w skład której wchodzili przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego i Stronnictwa Pracy. Ten pluralizm polityczny był silnie widoczny na barykadach Powstania Warszawskiego.

Dziś podzieleni jesteśmy tak samo jak kiedyś. Pytanie, czy tak samo jak kiedyś jesteśmy zdolni do kompromisu w imię dobra wspólnego? Wygląda na to, że tak. Lektura programów wyborczych sugeruje, że mamy znacznie więcej powodów do współpracy niż do waśni.

Czytaliście programy wyborcze? Z lektury dokumentów przygotowanych przez wszystkie komitety wyłania się rzeczywistość odmienna od tej, którą obserwujemy na co dzień. Jawi się tam ponadpartyjne porozumienie. Przykładowo wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, proponowane przez Lewicę, to swoisty oksymoron polityczny. Budowanie silnych instytucji to przecież czysty konserwatyzm. Znajdziemy tam również kwestię zrównania płac pod względem płci, czyli temat idealny dla Lewicy. Jednak najbardziej radykalną zmianę w tym zakresie, wprowadzenie obowiązku publikowania przez największe firmy raportów o równości wynagrodzeń, proponuje Prawo i Sprawiedliwość. „Mamy obowiązek zadbać o to, by przyszłym pokoleniom pozostawić Polskę w stanie lepszym, niż w czasach, w których nam samym przyszło działać. Nasi rodacy zasługują na zdrowe życie – czystą wodę, lepsze powietrze w miastach, sprawny system ochrony zdrowia i zdrową żywność. Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej i nie może być wykorzystywana instrumentalnie do rozgrywek biznesowych czy ideologicznych” – to z kolei fragment programu… Konfederacji. Postuluje on również bon kulturalny, czyli jeszcze jeden pomysł zgłaszany przez różne strony sceny politycznej. Pionierką w propagowaniu tego rozwiązania była, jeszcze jako działaczka Zielonych i Krytyki Politycznej, Hanna Gill-Piątek, która niedawno dostała się do sejmu z list Lewicy. Obrońcą tego pomysłu był również Paweł Dobrowolski podczas pełnienia prezesury w balcerowiczowskim Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Punkty spójne między różnymi środowiskami można zauważyć również poza partiami politycznymi. Grzegorz Sroczyński na łamach Gazeta.pl opublikował dwa wywiady. Jego rozmówcy mieli zupełnie odmienne poglądy. Jednak w jednej kwestii mówili jednym głosem. Tomasz Terlikowski tak opisywał największe zagrożenie i wyzwanie naszej polityki: „Czy to naprawdę tak ważne, kto wygra? Z perspektywy konserwatywnego myślenia nie jest bardzo istotne, kto rządzi w danym państwie, tylko kto sprawuje władzę nad rozrywką i kulturą. Dla prawicowca, tak samo jak lewicowca, najważniejsze powinno być rozbicie monopolu GAFA i technokratów z Doliny Krzemowej.” Jan Zygmuntowski potwierdził te obawy, mówiąc: „Konglomerat GAFA będzie dokładnie znał dzieciństwo osób, które teraz się rodzą. Ich choroby od początku życia, skłonności, to, jakie obejrzały filmiki na YouTube, gdzie przebywały godzina po godzinie dzięki GoogleMaps, jakich dokładnie mają znajomych. Te dane nie są anonimowe, wystarczy jedno zalogowanie na Gmaila albo YouTube, żeby przyporządkować do konkretnej osoby wszystkie przeszłe i przyszłe dane”.

Najbardziej zdumiewającą liczbą narodowego głosowania wcale nie jest frekwencja, lecz liczba tzw. zmarnowanych głosów. 100% głosujących ma swoją reprezentację w sejmie! Nikt nie został pod progiem. To sytuacja bez precedensu. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że bloków politycznych mamy co prawda pięć, lecz tworzy je aż 14 partii. Wszystkie ogólnopolskie komitety dostały się do sejmu, a każdy z nich to nic innego jak sojusz partii często wcale nie jednorodnych.

Konfederacja ma wiele punktów wspólnych jednak poglądy frakcji narodowej i wolnościowej w wielu kwestiach są ze sobą sprzeczne, co odzwierciedla się w ich programie. Mamy tam ideę państwa minimalistycznego, które jednocześnie miałoby być całkowicie niezależne od wielkich mocarstw. Pokazuje to, że nawet najbardziej niesforny polski polityk, Janusz Korwin-Mikke, zdecydował się na stworzenie barwnej koalicji, która może „rozpaść się przy trzecim głosowaniu”. Opłaciło się. Konfederacja w bardzo trudnych warunkach znalazła się w sejmie. Największy sukces wyborczy odniosła nie mniej barwna koalicja. Nikt cztery lata temu nie wyobrażał sobie sojuszu Pawła Kukiza i ludowców po tym jak lider Kukiz’15 nazwał PSL grupą przestępczą i sugerował zmianę nazwy na ZSL. Być może ludowcy niedługo zmienią nazwę na Koalicja Polska, co podkreśli ich sojusz z czarnym łabędziem poprzednich wyborów.

Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że warto współpracować, jest jednak Lewica. Dlaczego? Ponieważ partie zgromadzone pod tym szyldem uzyskały niemal identyczny wynik, jak cztery lata wcześniej. Różnica polega na tym, że wówczas startowały w dwóch blokach i żaden z nich nie przekroczył progu wyborczego. 11% społeczeństwa nie miało swojej reprezentacji sejmowej wskutek braku współpracy między liderami partii. Dobrze, że wyciągnięto z tego wnioski.

Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, to już kwintesencja politycznej współpracy. Grzegorz Schetyna najpierw utworzył Koalicję Europejską, gdzie na czas wyborów europarlamentarnych zgromadziło się wiele różny partii, a następnie pozostawił otwarte drzwi na czas krajowej batalii o władzę. Obecnie ten blok składa się z czterech różnych partii.

Jednakże najbardziej dobitnym przykładem sensowności i efektywności współpracy ponad podziałami jest Zjednoczona Prawica. „Nie ma mowy o powrocie na łono PiS nawet w przypadku porażki. Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi” – to wypowiedź Zbigniewa Ziobry z 2014 roku. Tego samego Zbigniewa Ziobry, który trzy miesiące później podpisał z Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Gowinem porozumienie o wspólnym starcie w wyborach. Restart relacji na prawicy pozwolił również na powrót wyrzuconego wcześniej Adama Hofmana. Efektem była solidna, choć nie we wszystkim spójna większość parlamentarna i samodzielne rządy przez dwie kadencje. Pomimo tego, że liderzy Porozumienia i Solidarnej Polski nie żywią do siebie sympatii, byli w stanie zawiązać sojusz dla wyższego dobra. Gowin popierał pomysł Ziobry, by Ziobro poparł pomysły Gowina. Może model „głosowałem, ale się nie cieszyłem” warto przenieść na cały parlament?

Każdy z komitetów mógłby „opiekować się” jednym z tematów wspólnych, czyli takich, które w swoich programach przedstawia każdy z bloków politycznych. Konfederacja mogłaby zająć się tematem przedsiębiorczości na gruncie szerzej popieranym – np. postulaty redukcji i uproszczenia prawa znajdą zwolenników od Bałtyku po Tatry. Według szacunków Grant Thornton polska gospodarka traci 200 miliardów złotych przychodu rocznie przez nadmierną ilość skomplikowanego prawa. Dwa ostatnie lata to sukces w kwestii zahamowania przyrostu prawa, jednak w tej dziedzinie jest jeszcze wiele do zrobienia. Konfederacja mogłaby również pobudzić nasze instytucje do aktywniejszej działalność za granicą. Chodzi np. o upłynnianie międzynarodowej wymiany handlowej. Nadal brak pomysłu na gospodarcze i kulturalne zaangażowanie Polonii, co wydaje się idealnym zagadnieniem zarówno dla wolnorynkowców, jak i narodowców.

Lewica z kolei ma najwięcej do powiedzenia w kwestii prawa pracy i praw kobiet. Dane GUS wskazują, że 2,4 mln osób zatrudnionych jest na umowach niestandardowych. Z kolei PIP podkreśla, że ponad 25 proc. umów cywilnoprawnych zgodnie obowiązującymi przepisami formalnie kwalifikuje się jako etat. Najbardziej narażeni są na to pracownicy takich branż jak handel, organizacja turystyki, naprawy, wynajem i dzierżawa, usług administracyjne. Nowy kodeks pracy musi więc powstać jak najszybciej. Lewica mogłaby również zadbać o to, by temat praw kobiet był obecny w sejmie. Nie chodzi tu tylko o kwestię równości płac, ale przede wszystkim o standardy okołoporodowe. Z badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Fundację Rodzić po Ludzku wynika, że nadużyć w szpitalach i na oddziałach położniczych doświadcza połowa kobiet, a 17 proc. z nich spotyka się z przemocą! To zatrważające dane zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że borykamy się z niżem demograficznym. Część kobiet mówi wprost, że po tym, co przeżyły na porodówce, nie chcą nawet słyszeć o kolejnym dziecku… Dodajmy do tego, że według badań „Aktywność zawodowa w opinii pracujących kobiet” 51% Polek wskazało, że trudno im godzić pracę zarobkową z obowiązkami rodzicielskimi.

Koalicja Polska jawi się na scenie politycznej jako królowa małych i średnich miast. To właśnie tego tematu mogłyby strzec połączone siły PSL i Kukiz’15. W programach każdej partii znajdziemy postulaty deglomeracji, czyli troski o zrównoważony rozwój całego kraju. Ten postulat można realizować chociażby poprzez walkę z wykluczeniem transportowym, tematem pojawiającym się we wszystkich programach wyborczych z wyjątkiem Konfederacji. Antysystemowcy chcą promować transport samochodowy. Jednak partia proponująca bony edukacyjne i kulturowe z pewnością przyzna, że obywatele powinni mieć dostęp do różnych rodzajów transportu i wtedy sami zdecydują, który z nich wybiorą. Kolejną kwestią w tym temacie jest powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu. Postulaty z tym związane znajdziemy w programie zarówno PiS, jak i KO. Koalicja Polska proponująca między innymi głosowanie przez internet to idealnym kandydat do pilnowania tego tematu.

Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, ze względu na to, że posiada na pokładzie Zielonych, jest idealnym kandydatem do patrolowania tematu ochrony środowiska, który pojawia się w każdym programie. Wirtualna Polska ujawniła, że 92% stacji monitorowania jakości wód w kraju wykazuje przekroczone normy środowiskowe, a niektóre oczyszczalnie świadomie dokonują nielegalnego zrzutu nieczystości. Według najnowszego raportu Światowej Organizacji Zdrowia 36 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej znajduje się w Polsce. Smog zabija u nas nawet 40 tys. osób rocznie. Wynika z tego, że w Polsce zarówno woda, jak i powietrze – dwa niezbędne do życia związki chemiczne – stanowią zagrożenie dla zdrowia! Tu nie ma o co się kłócić, tu trzeba działać.

Ważnym dla wszystkich tematem, który mógłby przypaść partii rządzącej, jest służba zdrowia. Żyjemy w kraju, w którym lekarze umierają na dyżurach, a kolejki do niektórych specjalizacji sięgają już 9 lat! Oznacza to, że istnieją takie obszary państwa polskiego, w których XXI wiek jeszcze nie nastał. Nieważne, z jakiej jesteś partii, bo z powodu niewydolnej służby zdrowia cierpimy tak samo.

Jak widać, znalezienie punktów wspólnych pomiędzy wszystkimi pięcioma komitetami nie stanowi żadnego wyzwania.

Ostatnie wydarzenia z obu izb parlamentu napawają optymizmem. W sejmie Prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie nawołujące do pojednania, a następnie przemierzył sejm, podając rękę liderom wszystkich ruchów politycznych. Później głos zabrali przedstawiciele poszczególnych partii i ku zdziwieniu wszystkich poczynili krok w stronę zakopania topora wojennego. KO apelowało o wzajemny szacunek, PSL przywoływał pakt demokratyczny, a Lewica i Konfederacja jednym głosem postulowały usunięcie barierek sprzed sejmu i otwarcie go dla obywateli i dziennikarzy. W efekcie Jarosław Kaczyński dziękował (!) swoim politycznym oponentom i ogłosił koniec totalnej opozycji. Grzegorz Schetyna kilka godzin później w senacie, po wybraniu Tomasza Grodzkiego na marszałka, analogicznie ogłosił koniec totalnej władzy. Z kolei sam marszałek oznajmił, że każdy, kto myślał, że senat stanie się izbą obstrukcji i zajmie się celowym wkładaniem kija w szprychy, był w dużym błędzie. Czyżby nastał pokój? „Będziemy dążyli do tego żeby senat stał się rzeczywiście takim miejscem, gdzie ta wojna, która tak bardzo niszczy polską politykę, będzie przynajmniej ograniczona albo w ogóle jej nie będzie. […] Jest pole do kompromisu i współpracy” – to słowa… Jarosława Kaczyńskiego.

Niestety pozytywne symptomy nie zwróciły szczególnej uwagi nawet tych środowisk, które domagały się normalizacji debaty publicznej. Najczęściej komentowanym wydarzeniem była kontrowersyjna przemowa nie pełniącego żadnych znaczących funkcji Antoniego Macierewicza. Jest to niestety potwierdzenie przykrej prawdy. Bez ostrego języka i podżegania wojen nie da się uzyskać rozgłosu. Na krytykę zasługują więc nie tylko politycy, ale także my wszyscy. Ponieważ zwracamy uwagę tylko na te gesty i słowa, które zaogniają konflikty.

Mateusz Perowicz

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie