Prof. Monika Kostera

jest profesorem zwyczajnym nauk zarządzania w dziedzinie nauk ekonomicznych i humanistycznych na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego i profesorem na Uniwersytecie Linneusza w Szwecji, była też profesorem na Uniwersytecie w Durham w Wielkiej Brytanii. Autorka i redaktorka naukowa ponad 40 książek w języku polskim i angielskim oraz artykułów w pismach naukowych. Jest członkinią Spółdzielni Poetów Erbacce w Liverpoolu.

Teksty tego autora:

Praca i oddanie

Neoliberalny kapitalizm doprowadził do tak potężnej alienacji pracy, że nawet XIX-wiecznym racjonalizatorom się to nie śniło. Do robotników i urzędników, których praca zmieniła się sto lat temu w koszmar powtarzających się w kółko czynności, często bez żadnego osobistego ani społecznego sensu, dołączyły niegdyś święte autonomiczne profesje: medycyna, prawo, akademia. Kapitalizm zmienił pracę wszystkich ludzi w pasmo udręki. Jak piszą naukowcy tacy jak David Graeber czy Peter Fleming, ludzie współcześni nienawidzą swojej pracy, czują się w niej upodleni, wpadają w rozpacz, popełniają samobójstwa, umierają z przemęczenia. Nancy Harding uważa, że alienacja pracy zmienia pracowników w zombie-maszyny. Martwimy się, że roboty zabiorą nam pracę, a sami już jesteśmy robotami. Organizacje masowo dokonują mordu tej ważnej części jaźni i życia człowieka, która tworzy się podczas dobrej, sensownej pracy. Neoliberalizm z jakości zrobił fasadę, którą należy polerować, żeby błyszczała wszystkimi modnymi barwami i hasłami: doskonałość, produktywność, innowacyjność, doświadczenie, a wszystko to w połączeniu z młodym wiekiem i nieodłącznym entuzjazmem, trzeba kochać swoją pracę w każdej chwili, nawet jeśli przenosi się ciężary w Amazonie za kilka groszy i bez bezpieczeństwa zatrudnienia, a jeśli nie odnosi się sukcesu, to dlatego, że nie jest się wystarczająco świetnym, przegrywa w konkurencji. Trzeba w każdej chwili się sprzedać, przekonująco pokazać, jak bardzo się bryluje i zasługuje na bycie „na topie”, niezależnie od tego, co to w praktyce znaczy.

Czytaj więcej

W poszukiwaniu lewicy romantycznej

W codziennych rozmowach z osobami z różnych klas i grup społecznych (choć najczęściej z akademikami), zauważyłam ostatnimi czasy zadziwiające zjawisko, nieraz witane radosnym zdumieniem po obu stronach. Lepiej rozmawia się socjalistom z konserwatystami, niż jednym i drugim z centrystami czy liberałami wszelkich odcieni, lewicowych czy prawicowych. Instytucje są niezwykle cenne i nie rosną na drzewach. Trzeba na nie bardzo długo wspólnie pracować. Dlatego zarówno organiczni konserwatyści, jak i organiczni socjaliści, jak roboczo nazywam zwolenników chronienia struktur, pragną zadbać o ich przetrwanie. Spotykamy się na gruncie ochrony instytucji społecznych, dorobku kultury i środowiska naturalnego, czyli wszystkiego tego, co łatwiej jest zniszczyć, niż z powrotem przywrócić do życia. Lewica pragnie zmieniać świat, tak, by ludziom żyło się lepiej i sprawiedliwiej. Ta, o której traktuje ten felieton, czyni to radykalnie w sferze idei, lecz ostrożnie w sferze struktur. Taki program jest możliwy wtedy, gdy socjologicznej rozwadze towarzyszy duchowa wyobraźnia. I tu docieramy do romantyków, a konkretnie do romantycznych wartości. Czytaj więcej

Tylko złożoność nas uratuje

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Czytaj więcej

Nieodparta erotyka kości

Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki – pełnych wewnętrznego światła. Jeszcze do 1990 roku trwał ten festiwal, potem zaczął się osłabiać i rozmywać. Akademicy nie byli w stanie utrzymać się ze swoich pensji, więc jeździliśmy po całej Polsce z chałturami. Potem nagle okazało się, że można zarabiać prawdziwe pieniądze nie ruszając się z Warszawy, pod warunkiem, że przestanie się zadawać tyle pytań. Nadal czytano, choć coraz mniej, nadal, długo jeszcze, nie wypadało się przyznać, że się nie czyta. Ale było coraz mniej czasu, coraz mniej przestrzeni na rozmowy, sprzeciw i wspólne budowanie wiedzy. Potem duch zgasł, ale pozostało po nim to mrowienie w kościach. Dlatego nie wierzę, bo nie umiem, że tak musi być, że każdy kowalem swojego, że rankingi, parametryzacja, każdy sobie rzepkę. Nadzieja to przekonanie, że niezależnie od tego, co się wokół dzieje, od tego, jak bardzo zdaje się to być nieuniknione, wcale tak być nie musi i kiedyś nadejdą inne czasy. Nadzieja to niezgoda na to, co nieludzkie, odmowa akceptacji i normalizacji dominującego porządku, a w szczególności jego roszczeń do prawomocnego definiowania przyszłości. Czeski dramatopisarz i legenda obywatelskiego oporu, Vaclav Havel, mówi, że nadzieja nie powinna być mylona z radością, iż sprawy układają się po naszej myśli lub inwestowaniem w inicjatywy „skazane na sukces”. Nadzieja to determinacja i praca nad czymś, co uważa się za dobre. Możliwe, że „nowe”, w które wierzę, przyjdzie za 10, 50, za 100 lat nawet. Tego nie wiem. Możliwe, że będę dalej zmuszona patrzeć, jak instytucje i wartości, które cenię i kocham, kruszą się i rozsypują w pył. Jednak mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, nie jest całą prawdą, ba, że to w ogóle nie jest prawda. Czytaj więcej

Druga mila

Być może niektórzy dobrze czują się z narracją skoncentrowaną na korzyściach własnych i finansowej zyskowności wszystkiego, co ich otacza. Możliwe, że istnieją jednostki, które naprawdę wszystko przeliczają na forsę, ale, jak przekonująco dowodzi profesor zarządzania Peter Fleming w swojej najnowszej książce „The death of homo oeconomicus”, model człowieka ekonomicznego nigdy nie opisywał zbyt trafnie kondycji ludzkiej, a w ostatnim czasie szczególnie wyraźnie demonstruje swoją dysfunkcjonalność. Neoliberalna gospodarka oparta jest właściwie totalnie na tym modelu, znajdziemy go i logikę jemu pokrewną w mediach, w reklamach, w ustawodawstwie i polityce; taki język zaczął nas wszystkich obowiązywać. Nie możemy powiedzieć, że studiujemy, bo nas to pasjonuje, lecz tylko to, że nam się opłaca studiować. Nie wolno powiedzieć, że to, co robimy, daje nam poczucie sensu w życiu, a tylko, że dużo zarabiamy. Jednak większość osób mówiących w ten sposób to nie ekonomiczni zombie, ale zwykli ludzie, z emocjami, z uczuciami wyższymi, z marzeniami. Cenzurowanie w sobie wszystkiego, co ludzkie, to zadawanie sobie przemocy, wymagające ogromnego wkładu energii w każdej chwili, energii, której nie ma skąd uzupełnić (do tego potrzebny byłby wolny czas, korzystanie z uczuć wyższych), więc współcześni ludzie są ciągle zmęczeni, chorzy. Jednak działają tak, jak myślą, że trzeba, bo Zeitgeist mówi, że tylko tak jest dobrze, że tak jest dorośle, tak jest odpowiedzialnie i trzeba zapomnieć o wszystkim innym, o swej ludzkiej naturze. Takie życie jest rodzajem więzienia. Czytaj więcej

Bohaterstwo drugiego planu, czyli navigare necesse est

Dzięki takiej edukacji zarządzania powinien zniknąć z naszych organizacji tzw. syndrom młotka: dać komuś młotek, a będzie wszędzie widzieć gwoździe. Obecna edukacja menedżerska świetnie tę bolączkę ilustruje – dominujący język finansjalizacji, zysku, sukcesu kolonizuje współczesną kulturę; do zarządzania szkołami, uniwersytetami, szpitalami, galeriami sztuki podchodzi się tak, jakby były zorientowanymi na zysk korporacjami. A przecież wszystkie te organizacje mają swoją specyfikę i swoje cele i jeśli zarządzanie nimi może być sprowadzane do wspólnego mianownika, to tym mianownikiem nie jest zysk ani nawet koniecznie sukces czy wzrost, lecz właśnie branie odpowiedzialności, imperatyw nawigowania. Ostatnie dekady pokazały dobitnie – i nawet klasyczni ekonomiści zaczynają widzieć to w ten sposób – porażkę sprowadzania każdej działalności wyłącznie do wskaźników finansowych. Wiara w wolny rynek, który wszystko rozwiąże, jeśli tylko zrezygnuje się ze wszelkich innych celów i aspektów, generuje więcej patologii, niż śniło się filozofom (i ekonomistom z ubiegłego stulecia). Zarządzanie na zasadzie rynkowego „młotka” doprowadziło do gigantycznej nierówności, gdzie 1% najbogatszych ludzi świata jest właścicielami połowy majątku świata, a dostatek wcale nie „skapuje w dół”, jak naiwnie sądzili entuzjaści rynkowi z XX wieku. W najbogatszych krajach świata mamy do czynienia z masowym przyrostem biedy i bezdomności. Gospodarki zbudowane są na piasku, na dynamicznie skonstruowanym zadłużeniu i rabunkowym podejściu do zasobów, w tym ludzi i surowców naturalnych.
Czytaj więcej

Nie struktura, lecz chęć szczera?

Koszmarne wojny ubiegłego stulecia były tragediami na skalę masową, ale miały w sobie zatrważającą zbiorową skuteczność działań. Obecne wojny na Bliskim Wschodzie niszczą, ale niczego nie rozwiązują. Nie ma starcia przemożnych wektorów, nie ma poczucia, że na końcu procesu jest jakiś konkretny cel czy rezultat. Jest erozja. Interregnum to bezkrólewie. Czekamy na wygenerowanie się nowych instytucji, które umożliwią nam znów współdziałanie na „automatycznym pilocie”, a w okresie przejściowym – trudne i twórcze docieranie się pomysłów na rozwiązania. Póki co, nadal chyba jesteśmy w fazie szoku i oczekiwania, że jednak jakoś to wszystko się uładzi i „ktoś to wreszcie rozwiąże”. Stąd taka ogromna popularność socjopatów i psychopatów – oni nadal są skuteczni, bo działają bez zahamowani emocjonalnych i moralnych, po prostu mają cel i realizują go, niezależnie od kosztów ludzkich. Taka skuteczność jest straszliwie kosztowna – erozja norm, wartości i instytucji odbywa się przez to znacznie szybciej i w trybie znacznie bardziej niebezpiecznym. Musimy mieć struktury i instytucje, aby funkcjonować jako społeczeństwa, społeczności i organizacje. Musimy też mieć odmieńców, nowatorów, artystów, proroków i wizjonerów, którzy działają poza strukturami i pokazują nam możliwości, które w strukturach nie są zawarte i których na co dzień nie dostrzegamy. Ale nie możemy być wszyscy nowatorami, bo wtedy każda najdrobniejsza kolektywna czynność pochłania energię ludzką i społeczną niewyobrażalnej wielkości, i, jak widać wokół, towarzyszy temu chaos i zamieszanie, poczucie zagrożenia, wręcz paniki społecznej.
Czytaj więcej

Nie palcie szkół zarządzania

Edukacja zarządzania przypomina mi triumfalny pochód starożytnego Rzymu przez ówczesny świat, kolonizację wszystkiego, co skolonizować się dało. Język zarządzania stał się współczesną łaciną, lingua franca, wszyscy go znają i wszyscy w jakimś tam zakresie używają, często nie do końca świadomie, w przekonaniu, że jest to normalny sposób mówienia o świecie, zawierający kategorie takie jak „sprzedać”, „marketing”, „strategia” czy „inwestycja”. Jak każdy kolonizator, zarządzanie dokonało sporo zniszczeń w naszym systemie wartości, języku, stylu życia. Szkoły biznesu, zwłaszcza w Polsce, uczą wersji świata, która jest aż do bólu zawężona, wyretuszowana, odarta z wszelkich znamion rzeczywistości. Przeciętny polski student zarządzania nie ma pojęcia o istnieniu art of management i boi się pomyśleć, że nie wszystko musi przynosić zysk. Nawet jeśli nie ma na to szans ani ku temu najmniejszego przekonania, wyrwany do odpowiedzi mówi, że chce zostać menedżerem lub przedsiębiorcą. Uniwersytet ma otwierać horyzonty, uczyć odwagi myślenia i czytania ze zrozumieniem. Szkoły zarządzania, mimo tak świetnych warunków, robią coś dokładnie odwrotnego. Czytaj więcej

Taniec i rewolucja

Jednak nawet ci szczęściarze, którzy mają pracę, a nawet niezbyt rzadko spotykaną pracę stałą, nie mają słodkiego życia. Profesor zarządzania Peter Fleming opisuje brytyjski rynek pracy jako zorganizowany na podobieństwo obozu pracy. Ci, którzy pracy nie mają, to kandydaci do przeprowadzki na ulicę. Ci, którzy pracują, cierpią z powodu nienawistnych warunków pracy, alienacji sięgającej poziomu placówki karnej, gdzie praca ma być dodatkową karą. Nie ma już zawodów wyjętych z tej reguły. O tym właśnie świecie śpiewał ubiegłego lata Captain SKA. O państwie kłamstwa i pogardy, alienacji, niepotrzebnego cierpienia. Neoliberalne media, skupione w posiadaniu oligopoli, przede wszystkim będących własnością Ruperta Murdocha, robią co mogą, by wpoić ludziom przekonanie, że winni są temu nie rządzący, nie banki i właściciele tego świata, ale… biedni imigranci, w tym także Polacy. Piosenka „Liar, liar” przebiła się przez ten mur zakłamania rzeczywistości. Skoczny rytm, prześmiewczy tekst, a jednocześnie przesłanie dające nadzieję i zachęcające do oporu, trafiły do milionów odbiorców. Partia Pracy pod kierownictwem socjalisty Jeremy’ego Corbyna, choć wyborów nie wygrała, to jednak zdobyła znaczącą część głosów i pokazała silnie swoją polityczną obecność. Uczyniła to ku zaskoczeniu czy wręcz niedowierzaniu medialnych komentatorów, którzy od dłuższego czasu nie pozostawiali na Corbynie suchej nitki, twierdząc między innymi, że jest niewybieralny. Moje stopy czuły tę rewolucję od pierwszego razu, gdy usłyszałam piosenkę. Nie mogłam powstrzymać się od tańczenia, ku zdziwieniu moich bliskich i mojemu własnemu.
Czytaj więcej