Pracownicze #MeToo trwa od lat

·

Pracownicze #MeToo trwa od lat

·

 

Jakiś czas temu Rafał Woś ogłosił pracownicze #MeToo – zachęcał pracownice i pracowników do nadsyłania opowieści o mobbingu: „Niech to będzie początek huraganu, który oczyści powietrze w polskich firmach, redakcjach, instytucjach i placówkach akademickich. Ku pokrzepieniu ofiarom mobbingu i pod rozwagę ich prześladowcom”. Pomysł #przemocwpracy nie okazał się jednak kolejną wielką powszechną akcją, jak #MeToo związane z przemocą seksualną. To oczywiście nie oznacza, że pracownicy nie mają o czym pisać, bo praca w Polsce jest bez zarzutu. Oznacza to raczej, że warunki pracy sprawiają, iż pracownicy nie widzą zbyt wiele sensu w opisywaniu tych historii na łamach gazety.

Walki nie toczą się z polecenia publicysty

Różnica między oryginalnym #MeToo a #MeToo Wosia jest dość oczywista: w oryginalnym ruchu to nie dziennikarz zachęcał kobiety do opisywania swoich historii. Kobiety robiły to same, wspólnie, oddolnie – głównie na swoich profilach w mediach społecznościowych. Nie potrzebowały zaproszeń albo zachęt z góry.

Feministkom pracującym na uczelni czasem trudno było to zrozumieć. Elżbieta Korolczuk na łamach „Wysokich Obcasów” zachęcała kobiety z niższych klas do dzielenia się sytuacjami #MeToo: „Warto do rozmowy o #MeToo włączyć kobiety, które do tej pory w niej nie uczestniczyły: pracownice supermarketów, rolniczki, emerytki”. Rzecz w tym, że pracownice supermarketów, rolniczki i emerytki nie muszą czekać na zaproszenie ze strony uczonej feministki ani publicysty, żeby opowiedzieć o doświadczonej przemocy. Nie są gośćmi w ich posiadłości.

#MeToo zainicjowała Tarana Burke dla niezamożnych czarnych kobiet doświadczających przemocy. Rozpowszechniły je aktorki opowiadające o przemocy, której doświadczyły. Nie były to badaczki ani dziennikarze, którzy z zewnątrz chcieli zbadać i opisać temat, lecz osoby, których realnie ten problem dotyczył. W tym ruchu zaciera się podział na wnętrze i zewnętrze, na te, które doświadczają, i tych, którzy zachęcają i oddają kawałek swojej przestrzeni – to wreszcie same doświadczające się zachęcają i tworzą własną przestrzeń.

Pracownicze #MeToo trwa od lat

Ani kobiety w trakcie #MeToo, ani pracownicy nie potrzebują zewnętrznej pieczątki autentyczności lub odgórnej zachęty do walki – toczą ją na własnych zasadach, od lat.

Związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza dwa razy w roku wydaje biuletyny z tekstami pracownic i pracowników. Także dziennikarki oraz osoby związane ze środowiskiem ludzi kultury i mediów mają swoje komisje związkowe. I również piszą o swoich warunkach pracy: tydzień przed ogłoszeniem pracowniczego #MeToo przez Wosia, Joanna Stryjczyk napisała tekst o #MeToo w środowisku literackim. Ewa Kaleta na Facebooku opisała swoje warunki pracy w dziennikarstwie, a po serii dyskusji na ten temat dziennikarki i dziennikarze założyli komisję przy Inicjatywie Pracowniczej. W zeszłym roku odbyły się dwa Socjalne Kongresy Kobiet w Poznaniu, w tym roku kolejny – tym razem w Toruniu. Podczas nich pracownice, lokatorki, migrantki wymieniały się doświadczeniami przemocy ekonomicznej i sposobami na walkę z nią.

Rafał Woś nie musi ogłaszać pracowniczego #MeToo – ono już istnieje, od lat. Tyle że o nim nie przeczytamy w mediach. Może lepiej, pracując w mediach, byłoby opisywać te wydarzenia? Śledzić je, zwracać na nie większą uwagę? Publikować w mainstreamowych mediach teksty pisane kolektywnie?

Pracownice i pracownicy od lat organizują się, diagnozują swoją sytuację i opowiadają o niej. Nie trzeba do tego ogłaszać nowej akcji i nowego ruchu.

Media a prawa pracownicze

Dla dziennikarza kolejny artykuł i kolejna akcja to praca: na tym zarabia, tak podbija nazwisko i swoją pozycję. Dla pracownika to może być powód, dla którego zostanie zwolniony. Gdy opisałam warunki pracy w Amazonie, następnego dnia straciłam tę pracę. Działanie na zasadach dziennikarzy nie jest możliwe dla pracowników innych branż – dla nich podanie nazwiska to raczej szansa na zwolnienie, a nie na karierę. Za swoje opowieści w „Tygodniku Powszechnym” nie dostają też wynagrodzenia, bo są publikowane jako listy do redakcji. List do redakcji od razu stawia wyraźną granicę: to nie nasze zdanie, to coś obcego, z innego świata. To przeciwieństwo egalitarnej wizji, jaka wiąże się z #MeToo.

Ale także, gdy Paweł Matusz na Facebooku napisał o formie swojego zatrudnienia w Fundacji Bęc Zmiana, został natychmiast zwolniony. Gdy dziennikarz przestaje pisać z dystansem, jako dziennikarz, a zaczyna z wnętrza, jako pracownik – np. o warunkach własnego zatrudnienia – również grożą mu konsekwencje ze strony swojego pracodawcy. Rafał Woś nie rozpoczął całej akcji opowieścią o mobbingu, którego sam doświadczał – tym różni się od początków i idei ruchu #MeToo. A przecież też jest pracownikiem.

Bo też przyjęcie pozycji pracowniczej zamiast dziennikarskiej czy badawczej to w naszej rzeczywistości po prostu zagrożenie. To właśnie perspektywa pracownicza po 1989 r. była systematycznie wykluczana i stygmatyzowana. Pracownikom odbiera się głos – i od czasu do czasu daje się go im przez pośredników: dziennikarzy czy badaczy.

Dlatego pozycja ma znaczenie. Przyjęcie na wejściu pozycji dziennikarza zamiast pracownika ustawia charakter ruchu i hierarchie z nim związane. To nie jest kraj dla pracowników – a powielanie tych relacji z pewnością nie sprzyja walkom pracowniczym.

W walkach pracowniczych to, co liczy się w mediach – skandal, spektakl, jednostka, nazwisko – szkodzi tylko osobom, które zdecydują się przerwać milczenie. Dlatego znacznie skuteczniejsze od jednostkowych akcji są oddolne działania i teksty kolektywne. Tyle że media za nimi nie przepadają: nie dają korzyści pojedynczym dziennikarzom i gazetom, a tylko pracownikom. Wiemy też dobrze, że media nie zawsze stoją po stronie pracowników. Trudno nam jest im zaufać, nawet gdy występujemy anonimowo.

Walka z przemocą musi być walką z całym istniejącym systemem, nie szukaniem pojedynczych nadużyć, afer albo newsów do mediów. One nie są pojedyncze: dotykają nas wszystkich. Nie ma sensu naprawiać obecnego systemu przez „dawanie pod rozwagę prześladowcom” historii ich przemocy – jak zapowiadał Woś cały projekt. Ten system trzeba zmienić, nie dawać pod rozwagę prześladowcom.

Nauczcie się mówić

Od ponad roku po każdym ujawnieniu molestowania piszą do mnie kolejne osoby, które na to się nie zdecydowały lub nie mogły zdecydować. Rozmawiamy, wspieramy się, zastanawiamy się, co zrobić. Rzadko decydują się na medialne ujawnienie, niemal nigdy – także anonimowo. I mają do tego pełne prawo – to ich wybór. #MeToo to nie tylko spektakularne ujawnienia, lecz przede wszystkim to, co dzieje się między nami, a pozostaje niewidoczne – rozmowy, bezwarunkowe wsparcie, dzielenie się doświadczeniami. To dzięki temu budujemy poczucie solidarności i wsparcia zawarte w stwierdzeniu „ja też”.

Tego nie ma w akcji Rafała Wosia. Trudno się dziwić: wspieranie osób z doświadczeniem przemocy – także ekonomicznej – i dzielenie się nimi to niemal całodobowa darmowa praca. Ale nie przeczytamy o niej w mediach. Pozostaje niewidoczna, podobnie jak codzienne działania i walki pracownic i pracowników w zakładach pracy. Przeczytamy za to taką zachętę do opowiadania swoich historii w „Tygodniku Powszechnym”: „Niech ci, którzy doświadczają w pracy mobbingu, przestaną się wstydzić i nauczą się o tym mówić”. Większość pracownic jest przepracowana, ma na głowie opiekę nad rodziną i domem, codziennie spotyka się z pogardą i wyzyskiem. Może się wstydzą. Czy komunikat, który sugeruje, że nie potrafią mówić o mobbingu, rzeczywiście spowoduje, że przestaną?

Nauczyć się mówić? Kto w ogóle potrafi mówić o mobbingu? Dziennikarz?

Ale może się nie wstydzą, lecz zwyczajnie nie mają czasu i warunków, bo praca zajmuje im za dużo czasu? Więc wyrzucają sobie, że nie opowiedziały o przemocy, tłumaczą się, że były w ciąży, pracowały na dwa etaty, musiały opiekować się starszymi rodzicami lub chorą przyjaciółką. Czują się gorsze – nie dość silne, by pokazać światu, że są częścią walki.

Albo po prostu uznają, że to nie ich walka.

Te wszystkie opowieści pozostają w ukryciu. A to one są istotą systemowego wyzysku. Bez nich wszelkie diagnozy i podsumowania w gazetach są zwyczajnie fałszywe – bo nie uwzględniają warunków życia większości. One pozostają niewidoczne. Nimi wymieniamy się właśnie w ramach #MeToo – opowiadając sobie o wątpliwościach, odczuciach, sytuacjach, w których się znajdujemy. To nie daje gotowej diagnozy dziennikarzom ani gotowego listu do publikacji. Ale daje poczucie, że mamy wsparcie – wsparcie, którego odmawia nam państwo. To ruch robiony przez nas dla nas, kobiet czy pracowników, a nie przez i dla dziennikarzy czy badaczy.

Nie będziemy dłużej czekać

Dyscyplinujące „i ty możesz ujawnić sprawcę/wyzyskiwacza (nawet jeśli jesteś pracownicą supermarketu!)”, które proponują media – nie działa. Dzieje się tak, ponieważ samodzielnie mogą tego dokonać tylko nieliczni, jak zwykle w tego typu narracjach sukcesu. Walka z przemocą to nie kwestia indywidualnego pędu do sukcesu.

Dlatego jeśli nie zrozumiemy nierówności klasowych, #MeToo się nie uda. Nic się nie uda, także walka z wyzyskiem. Jeśli będziemy pomijać realnie toczone walki w zakładach pracy, kolektywnie pisane teksty pracowników oraz niewidzialne wsparcie i pracę opiekuńczą, pozostaną tylko zachęty redaktora lub badaczki. Jeśli ograniczymy naszą walkę tylko do spektakularnych ujawnień jednostek – czy to molestujących, czy mobbujących – i będziemy liczyć na rozwagę prześladowców, ucieknie nam to, z czym realnie musimy walczyć: z wyzyskiem, nierównościami, wspierającymi ich ludźmi u władzy i powszechnym przyzwoleniem na takie praktyki. A to dotyka nas wszystkich, nie tylko mobbowanych czy ujawniających. I wymaga wspólnej walki i zmiany systemu, a nie dawania pod rozwagę prześladowcom opowieści o ich przemocy.

komentarzy