Mojżesz Gordon: Społem! (1930)

·

Mojżesz Gordon: Społem! (1930)

·

Wszystko, co nas otacza, co widzimy dokoła nas – w mieście i na wsi – zawdzięczamy pracy wielu ludzi. Bo czyż można sobie wyobrazić, aby te wielkie domy, długie drogi, potężne mosty, aeroplany, automobile, piękne książki – aby wszystko to było dziełem jednostki? Nie. Jednostka nie może wiele zdziałać. Nawet wszystkich swoich potrzeb nie jest jednostka w stanie zaspokoić wyłącznie własnymi siłami. Czy może człowiek sam dla siebie utkać tkaninę na ubranie i je uszyć, przygotować skórę z bydlęcia i wykonać obuwie, sporządzić sobie najrozmaitsze artykuły żywnościowe?

Niegdyś, w zamierzchłych jeszcze czasach, zrozumiał człowiek, że dla własnego dobra, dla bardziej sprawnego zaspakajania swych potrzeb oraz dla bardziej skutecznej obrony przed dzikim zwierzem i różnymi wrogami, którzy nań czyhali, winien się zrzeszyć, winien żyć gromadnie, w środowisku wielu ludzi. Kiedy się zaznajamiałeś z życiem starodawnego człowieka, na pewno zwracałeś uwagę na to, że w żadnym kraju nie bytował on w pojedynkę, lecz tylko gromadnie, pośród rodzin lub szczepów. Ludzie zawsze się łączyli, zrzeszali i dlatego mówi się, że żyli w społeczeństwie. Z biegiem czasu społeczeństwo to coraz bardziej rosło i ilość jego członków wciąż się powiększała. Szereg szczepów się łączyło. Tworzyły się rody, które osiadały na roli i ją obrabiały, które budowały warsztaty i fabryki, sprzedając następnie płody rolne i wyroby rękodzielnicze i fabryczne, które budowały szkoły i rozpowszechniały książki i pisma.

Ale ludzie nie zajmują się jednakową pracą: czyż wszyscy budują domy? Czyż wszyscy są nauczycielami? Bynajmniej. Należąc do jednej wielkiej społeczności – podzielili między sobą pracę. Tak więc: rolnik obrabia ziemię, która rodzi zboże, inni robotnicy mielą zboże w młynach, mąkę sprzedają kupcy piekarzom. Na pewno słyszałeś, że żelazo znajduje się w ziemi: tysiące, dziesiątki tysięcy robotników pracuje w kopalniach, aby wydobyć rudę żelazną na powierzchnię ziemi. Żelazo to rozsyła się do specjalnych fabryk, gdzie inni robotnicy oczyszczają je ze wszelkich odpadków, bezużytecznych domieszek i z czystego dopiero żelaza przygotowują sztaby i blachy, które zostają sprzedane każdemu, komu są potrzebne; inne zaś fabryki zakupują czyste żelazo i wyrabiają z niego wszelakie maszyny, naczynia, zamki i inne przedmioty.

Tak więc ludzie połączyli się dla wspólnego dobra, dla dobra ogółu, ludzkości – w jedno społeczeństwo i podzielili między sobą pracę, aby w ten sposób tworzyć dla siebie wszystkie rzeczy, jakie im są potrzebne do życia i utrzymania: rolnik, robotnik, rzemieślnik kupiec, pisarz, inżynier, lekarz, nauczyciel, urzędnik – wszyscy oni wykonują różne pożyteczne funkcje dla społeczeństwa.

Dlaczego jednak jest tak niejednakowy, tak nierówny los tego mnóstwa ludzi, zajmujących się wytwarzaniem wszystkich tych niezbędnych dla społeczeństwa przedmiotów? W ciągu długich wieków najlepsi i najszlachetniejsi ludzie wysilali umysł nad rozwiązaniem pytania, że jeżeli praca dla społeczeństwa zwykłego robotnika jest podobnie doniosła co praca przemysłowca, praca rolnika tak samo potrzebna jak praca kupca, praca nauczyciela na równi pożyteczna z pracą rękodzielnika – dlaczego różnym jest ich los, niejednakowe powodzenie. Dlaczego gnębi jednego bieda, gdy drugi opływa w dostatku?

Nie wszyscy są w stanie w równej mierze zadośćuczynić potrzebom, jeden bowiem jest bogaty, drugi – biedny. Bogaty lub zamożny łatwo może zaspokoić potrzeby swoje i rodziny, może nawet powiększyć swój majątek. Co ma natomiast począć ten, który nie ma pieniędzy? Musi się zadowolić szczupłym zarobkiem, który starcza zaledwie na życie. Każdy, kto nie posiada majątku, musi szukać pracy u innych, albo zadowolić się małym dochodem i prowadzić skromne życie, a nawet biedować.

Każdy z was, odwiedzając znajomych i kolegów, spostrzega różnicę między mieszkaniem i trybem życia człowieka zamożnego a rzemieślnika, robotnika. Na pewno każdy z was zadał sobie kiedyś pytanie: przecież wszyscy ludzie stworzeni zostali na obraz i podobieństwo Boga, wszak wszyscy winni być równi – więc skąd taka wielka między nimi różnica? A serce wam zapewne odpowiedziało, że nie jest sprawiedliwą owa nierówność, polegająca na tym, że kiedy jeden ma wszystkiego pod dostatkiem, drugiemu brak grosza na kawałek chleba.

Nie wystarcza jednak odczuwać i rozumieć niesprawiedliwość panującą na świecie; konieczna jest również wola do polepszenia tego stanu rzeczy oraz umiejętność zapewnienia szerokim masom ludowym pracy i chleba. W każdym pokoleniu, począwszy od wielkich proroków, powstawali mężowie o różnych planach zmierzających do rozwiązania powyższego zagadnienia: aby zaistniała w społeczeństwie równość i sprawiedliwość.

I oto, przed 90 niespełna laty, powstał w Anglii ruch, który objął wkrótce wszystkie kraje świata i który postawił sobie za cel usunięcie nierówności istniejącej dotąd między ludźmi. Był to ruch kooperacji (spółdzielczy). O uszy każdego z was obijało się na pewno wiele razy to słowo; niejeden też raz czytywaliście na szyldach napisy: „Sklep spółdzielczy” lub „Bank kooperatywny”. Ale wtedy, przed dziewięćdziesięciu laty, kooperacja była jeszcze nieznana, nie rozumiano też jeszcze należycie jej celu. W mieście Rochdale, w Anglii, zebrało się wówczas kilku robotników tkackich, którzy, złożywszy się, otworzyli sklepik, gdzie sprzedawano – podobnie jak w innych sklepach – produkty żywnościowe, mydło, manufakturę itp. Ale sklep ten nie należał tylko do nich, jako własność prywatna, założyciele bowiem ogłosili, że każdy może zostać ich wspólnikiem, a to przez wniesienie pewnej opłaty pieniężnej, tak zwanego udziału. I im więcej będzie udziałowców, o tyle powiększy się liczba współwłaścicieli sklepu, którego celem będzie dostarczenie dobrego taniego towaru wszystkim współwłaścicielom – udziałowcom. Wprawdzie każdy sklepikarz stara się sprzedawać towary po tanich cenach, ale ponieważ dba on przede wszystkim o własny zysk, sprzedaje więc wszystkie rzeczy drożej, aniżeli go kosztują. Zysk pozostaje w tym wypadku w rękach jednostki; natomiast w sklepie kooperatywnym, założonym w Rochdale, postanowiono, że zysk podzielony zostanie między wszystkimi udziałowcami i wydany zostanie ku korzyści wszystkich członków sklepu – kooperatywy. I tak więc właścicielami sklepu w Rochdale zostali ci ludzie, którzy sami potrzebowali towaru w sklepie tym się znajdującego, którzy dlatego też starali się, by towar ich był przedniej jakości, a przy tym tani.

Sklep, o którym mowa, wywołał wielkie zainteresowanie pośród licznych tkaczy zamieszkałych w Rochdale. Wkrótce przekonali się oni, że sklep przynosi im korzyść: toż każdy grosz wydany z ich skromnej płacy przedstawia znaczną wartość, a tu byli pewni, że wszystko co zakupią będzie posiadało odpowiednią wartość jakościową i że nikt nie będzie się starał im sprzedać złego towaru po taniej cenie.

Po niejakim czasie powstały takie sklepy spółdzielcze w wielu miastach angielskich, tak iż po pięćdziesięciu latach wyniosła ilość członków wszystkich tych spółdzielni (kooperatyw) – 1 500 000, dziś zaś sięga liczby wielu milionów rodzin. Spółdzielnie te, znajdujące się na całym obszarze kraju, połączyły się w jeden wielki związek kooperatyw, celem zakupu wszystkich towarów o przednim gatunku i niskich cenach. I jeszcze więcej: z sumy zysków i udziałów zbudowały sobie spółdzielnie fabryki, aby nie potrzebować kupować towaru u prywatnych fabrykantów, którzy chcą ze sprzedaży uzyskać wielki zysk dla siebie samych. Te zjednoczone spółdzielnie prowadzą we własnym zakresie plantacje herbaty i kawy i posiadają nawet okręty przywożące z zagranicy towary i surowce. Wszystko to doprowadziło do potanienia cen i do podniesienia gatunku towaru, jak również do poprawy bytu członków spółdzielni.

Ale nie tylko w Anglii powstały sklepy spółdzielcze: na przykładzie angielskim wzorowały się i inne kraje. Sieć sklepów spółdzielczych objęła świat cały i wciąż się rozszerza. Również w Polsce i w Erec-Izrael rozwija się kooperacja.

Należy jednak stwierdzić, że nie tylko zysk był tym czynnikiem, który przyciągnął do kooperatyw masy ludowe. Szerokie warstwy ludu doszły do przekonania, na podstawie przykładu Rochdale, że wszyscy, którzy pracują, wszyscy, którzy ciężko walczą o kęs chleba, pozbędą się biedy i poczną lepiej żyć dopiero wtedy, kiedy się zjednoczą, kiedy się zorganizują. Wszyscy się przekonali, że z tych małych sum, które każdy z nich posiada, można zebrać znaczny kapitał, z którego pomocą przestaną być zależni od innych, usamodzielnią się. Potrzebna jest tylko wzajemna pomoc wszystkich Członków i czym więcej jeden pomoże drugiemu, tym bardziej polepszy się ich byt, bowiem rezultaty ich pracy nie będą więcej wyzyskiwane przez nikogo obcego, a tylko przez nich samych ku własnej korzyści. Tę oto wielką siłę wzajemnej pomocy oceniono należycie w Anglii i innych krajach i dlatego nie ograniczono się tam do zbierania udziałów celem zakładania wspólnych sklepów. Z zysków osiąganych w kooperatywach przeznaczano wielkie sumy na kupno książek dla bibliotek ludowych, letnich mieszkań dla członków, na otwieranie i prowadzenie szkół ludowych, kas pożyczkowych, na budowę wygodnych mieszkań dla tych członków, którzy mieszkali w walących się domach na przedmieściach. Ta pomoc wzajemna spoiła wszystkich członków, wytworzyła pomiędzy nimi węzły przyjaźni i zaufania. Współpraca ta i pomoc polepszyły nie tylko byt człowieka, ale uszlachetniły człowieka samego.

Środki, z których pomocą ludzie usiłowali dokonać polepszenia warunków egzystencji oraz zmniejszenia tej wielkiej niesprawiedliwej różnicy, istniejącej obecnie w społeczeństwie między zamożnymi a pozbawionymi środków – nie ograniczały się tylko do zakładania sklepów spółdzielczych. Oto w różnych krajach powołali robotnicy do życia zakłady fabryczne, w których zysku nie zabierała jednostka, prywatny fabrykant, lecz ogół współwłaścicieli – robotników. Wraz ze wzrostem zarobków zwiększała się ilość robotników, rozwijała się fabryka, rozchodziły się coraz bardziej towary.

Podobnie postępują i rzemieślnicy. Środki pieniężne każdego z nich nie starczały niekiedy na kupno wszystkich narzędzi i maszyn potrzebnych do pracy. Kiedy się jednak zorganizowali i połączyli, mogli już nabyć niezbędne przyrządy, pomnożyć pracę, a w rezultacie – zwiększyć dochody.

W wielu wsiach zrzeszają się również chłopi w jeden związek, który nabywa dla wszystkich w większych ilościach potrzebne produkty i narzędzia. Związek taki zaopatruje także członków-rolników w maszyny do orki, siania i koszenia, ułatwiające znacznie ciężką pracę rolną, jak również sprzedaje płody wytwarzane przez rolników-członków spółdzielni, jak: zboże, owoce, masło, ser, śmietanę – po równych dla każdego cenach. Na tych zasadach zbudowane są „kibuce” oraz żydowskie osiedla robotnicze w Erec-Izrael.

Lub inna rzecz: głód mieszkaniowy u nas w kraju. Znana to nam sprawa. Ilość mieszkańców wzrasta z roku na rok, stare domy niszczeją z biegiem czasu, nowe nie przybywają, bo niewielu jest bogaczy, którzy wznoszą nowe domy mieszkalne. I oto łączy się szereg rodzin, odczuwających potrzebę dobrych widnych mieszkań. Każda z tych rodzin wypłaca do wspólnej kasy pewną sumę pieniędzy i tworzą „spółdzielnię budowlaną” (kooperatywę dla budowy domów). W ten sposób tysiące rodzin otrzymało ładne i wygodne mieszkania. Jeśliś widział ciemne, niskie, wilgotne izby, gdzie w każdym mieście mieszkają zarówno dorośli jak i dzieci – zrozumiesz, ile uciechy i zadowolenia sprawiają ludziom przestronne, widne i suche pokoje domów spółdzielczych.

Nie ma dziś prawie ani jednego miasta i miasteczka o zaludnieniu żydowskim, gdzie by nie istniał „Bank spółdzielczy”. Są to instytucje wypożyczające pieniądze. Wszystkim, przeważnie zaś tym, którzy utrzymują się z ciężkiej pracy i nie posiadają kapitałów, potrzeba od czasu do czasu trochę gotówki do prowadzenia interesu lub domu. Często jednak brak gotówki. Gdzie by tu pożyczyć? Zaciągnąć pożyczkę u prywatnych osób? Ale wtedy trzeba za nią zapłacić znaczne odsetki. A skąd je wziąć? Cóż pozostaje? Zbierają się więc rzemieślnicy lub robotnicy, albo też sklepikarze, i zakładają bank – kasę pożyczkowo-oszczędnościową – dla swych członków. Każdy, który pragnie zostać członkiem tego banku, wpłaca pewną sumę na kapitał zakładowy – udział, który służy jako podstawa do udzielania pożyczek członkom na niski procent. Rozumie się, że nie wszyscy członkowie proszą jednocześnie o pożyczki i dlatego pieniądze, którymi bank rozporządza, wystarczają do wypłaty pożyczek bardziej potrzebującym członkom.

I tak więc spółdzielczość obwieściła światu:

„Wy, upośledzeni, wy – którzy pracujecie w pocie czoła, wyżywiając z trudem rodziny, wy, którzy zaznać pragniecie lepszego życia bez ciągłej troski o jutro – zorganizujcie się i zjednoczcie! Pomagajcie jeden drugiemu, a wtedy będziecie silni i niezależni od czyjejś dobrej lub złej woli! Nie konkurujcie jeden z drugim, bo nie we wzajemnym zwalczaniu się i odosobnieniu tkwi wasza siła; zrzeszajcie się i organizujcie, popierajcie jeden drugiego – bo tylko w jedności siła! Wspólną pracą osiągniecie o wiele więcej, aniżeli w pojedynkę. Pracujcie łącznie, a będziecie się poważać i miłować, a zamiast zazdrości i złości zapanują u was braterstwo i przyjaźń!”.

Spółdzielczość nie rzuca w świat frazesów. We wszystkich krajach i wśród wszystkich narodów, poczynając od zimnych lądów Północy, a kończąc na gorących krainach Ameryki Południowej, od granic Europy Zachodniej do krańców Azji Wschodniej, założone zostały spółdzielnie, zrzeszające ponad 60 milionów rodzin w imię wzniosłego hasła: wybawienia człowieka od cierpień, by żył szczęśliwie dla dobra własnego i ogółu!

Spółdzielczość całego świata przeznaczyła jeden dzień w roku na obchód jej święta – obchodu poświęconego celom kooperacji. W dniu tym opowiada się na całym świecie o wielkim znaczeniu tej pracy, która tworzy kulturę ludzką, o wielkiej wartości pomocy wzajemnej między ludźmi oraz o wielkiej sile tkwiącej w jedności i solidarności między narodami. W dniu tym zwraca się uwagę na to, że najlepsi ludzie wszystkich narodów dążą do stworzenia w przyszłości lepszego, bardziej sprawiedliwego i szczęśliwego życia.

Obchodzimy wprawdzie wiele świąt i w szkołach naszych urządzamy wiele uroczystości poświęconych najważniejszym wydarzeniom w dziejach naszego narodu. Święta te zwracają myśl naszą ku wspólnej przeszłości i krzepią wolę ku dalszej egzystencji naszego narodu, który budzi się do nowego wolnego życia. Ale wszystkie te obchody są poświęcone przeszłości – wielkim wydarzeniom, które miały już miejsce. Innym jest święto spółdzielczości: treścią tego święta jest rzecz, która jeszcze się urzeczywistnia, która się tworzy w teraźniejszości i która ma dopiero nadejść. Święto spółdzielczości jest dlatego świętem teraźniejszości i przyszłości, świętem nadziei całej ludzkości.

Spółdzielczość ustanowiła dla siebie sztandar o siedmiu kolorach tęczy, która – według Tory – dana została, jako „oznaka wiecznego przymierza między Bogiem a ziemią”. Kolory tęczy na sztandarze kooperacji są oznaką, symbolem przymierza między wszystkimi ludźmi i narodami. Naród żydowski, który powstaje do nowego życia, zajmie w tym obchodzie zbratania narodów poczesne miejsce, a pośród narodów, których barwy składają się na różnokolorową tęczę, wzniesie się również nasz sztandar.

Czy kooperacja dotyczy tylko dorosłych? Wcale nie. Również uczniowie – i w ogóle młodzież – uznają wielką korzyść wypływającą ze wspólnej pracy i z wzajemnej pomocy podczas nauki i zabawy. Nie tylko z opowieści i historii przywykliście odnosić się z podziwem wobec mniejszych czy większych dzieł bohaterstwa pojedynczych ludzi czy całych grup pracujących dla dobra ludzkości. Zaznajamiając się z tymi czynami bohaterskimi, myślał sobie niejeden z was, że i on jest zdolny do wielkich usług i czynów dla dobra kolegów i całego narodu, podobnie jak owi bohaterowie, o których czytał i słyszał. Prawda, że łatwo wpaść w entuzjazm wobec tych wzniosłych czynów, ale trudniej samemu być zawsze wspaniałomyślnym, łagodnym i wiernym wobec towarzyszy pracy codziennej i zaprzestać troszczyć się tylko o siebie i o swe własne wygody. A ile będziecie mogli zdziałać wspólnymi siłami, ty i twoi koledzy, dla dobra społeczeństwa i dla dobra szkoły, w której pobieracie naukę.

I oto zebrali się twoi koledzy w wielu szkołach w różnych krajach i założyli „kooperatywy uczniowskie”. W pierwszych tygodniach pomagali im nauczyciele, chociaż codzienna praca wykonywana była przeważnie przez samą młodzież. Starsi spoglądali na to początkowo z uśmieszkiem, mawiając: ,,Ot, dzieci zabawiają się nową grą – kooperatywą”! Uczniowie jednak prędko dowiedli, że nie o zabawę im chodzi. Czyż nie potrzebują zeszytów, piór, bibuły, ołówków? Kiedy urządzą sobie własny sklepik, będą mogli sprzedawać bardzo tanio i nie będą zmuszeni biegać podczas przerw do bliżej lub dalej położonego prywatnego sklepu. Toteż zakładali uczniowskie sklepy spółdzielcze.

Oto potrzebuje ktoś paru złotych na kupno książki lub czapki, a w domu, u rodziców, bieda. Skądże wziąć? Założyli więc uczniowie „kasę pożyczkowo-oszczędnościową”: każdy wpłacał co tydzień w ciągu roku kilka groszy, z czego zebrała się pokaźna sumka. Bo przecież i uczeń potrzebuje trochę pieniędzy, by sobie móc kupić książkę, zabawkę, dopomóc koledze, lub dać na „Keren Kajemet” (wyzwolenie ziemi palestyńskiej). W ten sposób można z oszczędności kasowych, które się nagromadziły w międzyczasie, wypożyczyć parę złotych w potrzebie będącemu koledze, który je zwróci w ciągu kilku tygodni lub miesięcy.

Czy szkoła jest własnością tylko nauczyciela? Nie. Szkoła należy też do uczniów. Każdy z was pragnie zapewne, by w szkole panował zawsze porządek i aby wszyscy się należycie zachowywali również podczas przerw i zabaw. Czy nie dążą do tego uczniowie, nawet bez nakazu nauczyciela? Umówili się zatem, że sami odtąd będą odpowiedzialni za porządek i posłuszeństwo. I oto pewnego pięknego dnia zwróciła się młodzież do swoich nauczycieli i zakomunikowała im, że każda klasa się zorganizowała i chce sama się odtąd troszczyć o czystość i porządek. Uczniowie wierzą, że sami potrafią uważać na kolegów i dopilnować, by ich zachowanie było wzorowe, przyrzekają, że sami się zajmą ozdobieniem ścian – wiedzą przecie, że szkole brak pieniędzy; że pomyślą o dostarczeniu nowych książek dla biblioteki szkolnej, których brak tak dotkliwie odczuwają; że są nawet gotowi dopomagać bibliotekarzowi w katalogowaniu nowych książek i zapisywaniu, kto wziął książkę do czytania i kto odniósł z powrotem. A nauczyciele zapytali: „Czy będziecie mogli, chłopcy, wszystko to wykonać? Czy pomyśleliście dobrze, że będziecie musieli pracować poza godzinami nauki, by zachować porządek, dbać o bibliotekę i o ozdabianie ścian?”. – „Wszystko to zrobimy – odpowiedzieli uczniowie – czego jeden nie dokona, temu podołają wszyscy, kiedy się połączą, zorganizują! Zarząd, który wybierzemy spośród nas, będzie dbał o należyte zachowanie się uczniów. Nauczyciele przekonają się rychło, że zbędne będzie stosowanie kar. Każdy z nas wpłaci parę groszy tygodniowo, za które nikt nie mógłby kupić nawet małej broszury, ale z pojedynczych groszy wszystkich uczniów zbierze się co miesiąc wiele złotych, za które będzie można kupić parę książek, a w ciągu roku – kilkadziesiąt książek, które będą własnością wszystkich uczniów, całego społeczeństwa. Również sklepik spółdzielczy przeznaczy każdego miesiąca część zysków na rzecz biblioteki i ilość książek się znów powiększy. Podobnie upiększymy klasę. Jest to przecież nasz wspólny pokój. Każdy z nas ma w domu ładne obrazki, które otrzymał w prezencie, albo które sam sobie kupił. Każdy przyniesie po jednym obrazku i naradzimy się wspólnie z nauczycielem jak je pozawieszać na ścianach, aby pokój nasz doprawdy ładnie wyglądał. Na lekcjach robót ręcznych i rysunków przygotujemy jeszcze wiele obrazków i wycinanek i zawiesimy je na widocznym miejscu. Tą drogą, wszyscy razem wiele zdziałamy”.

Upłynęło parę miesięcy i nauczyciele wespół z rodzicami podziwiali po prostu zmiany zaszłe w szkole. Porządek zapanował wzorowy, tak iż nauczyciele nie byli zmuszeni ganić tych uczniów, którzy dotychczas przeszkadzali na lekcjach; uczniowie, na czele ze swym zarządem, dbali o karność, łagodzili niesnaski i kłótnie, pomagali słabszym w nauce. Wszyscy niemal uczniowie i uczennice wykupili udziały, uprawniające ich do należenia do spółdzielni uczniowskiej, sprzedającej im pomoce naukowe po tańszych cenach, aniżeli sklepy prywatne. Niedługo, a czysty zysk sklepiku szkolnego przekroczył sumę pięćdziesięciu złotych. Jeden z nauczycieli skontrolował książkę rachunkową kooperatywy i znalazłszy wszystko w porządku pochwalił zarząd. Bibliotece przybyło więcej jak dwadzieścia tomów, uczniowie przy tym dbali sami o porządek w czasie wydawania książek: gwar i rozgardiasz, który dotąd tam panował, kiedy każdy się pchał, by być pierwszym, ustał zupełnie. Raz w tygodniu, wieczorem, zbierają się uczniowie z nauczycielem i każdy opowiada co przeczytał ciekawego.

Założono też „kasę pożyczkowo-oszczędnościową” i uchwalono, że w czasie wakacji wyruszą wszyscy wraz z nauczycielem na wycieczkę w góry. Zarząd uczniowski obliczył, że zapas pieniędzy w kasie oszczędnościowej nie wystarczy na ten cel, postanowiono zatem urządzić przedstawienie, połączone ze śpiewem i deklamacją, a nawet wypożyczyć aparat filmowy dla zademonstrowania jakiejś sceny komicznej. Z biletami nie było kłopotu. Uczniowie je rozsprzedali rodzicom i znajomym. Chodzi wszak o czysty zysk w wysokości jakichś dwustu złotych. Taka mianowicie suma brakuje na przygotowania wycieczkowe: trzeba zakupić 8 plecaków, dwie piłki nożne, aparat fotograficzny, by uwiecznić urocze miejscowości górskie, a również zdjąć na pamiątkę uczestników wycieczki. Wieczór udał się znakomicie. Deklamacje, śpiew, komedyjka, film –bardzo się licznym gościom podobały.

Podczas mroźnej zimy zaproponowało kilka uczennic, by zakupić trzy pary łyżew do ślizgawki na zamarzniętym stawie. Toż to tak przyjemnie się poślizgać, a tu nikt nie może za własne pieniądze kupić łyżew. Propozycję przyjęto. Zakupiono łyżwy i codziennie kto inny na zmianę się ślizgał. Wszyscy się cieszyli z tej dobrej myśli.

Kiedy nadeszło lato, udała się klasa na wycieczkę w góry, zabierając kupiony aparat fotograficzny. Wszyscy zdrowo wrócili z wycieczki, ogorzali ze słońca, weseli, zaopatrzeni w wiele zdjęć. W nowym roku szkolnym kooperatywa została powiększona; wszystko prawie można było w niej nabyć; zysk wynosił ponad 300 złotych. Zgodnie z uchwałą ogólnego zebrania członków zakupiono po trzy egzemplarze podręczników szkolnych dla wypożyczenia ich tym kolegom, których nie stać na kupno własnych książek szkolnych. Z pozostałej części zysku, przeznaczonego na potrzeby szkolne, zakupiono mały kinematograf.

Radość, która zapanowała w szkole, kiedy listonosz przyniósł do szkoły skrzynkę z aparatem kinematograficznym oraz kilkoma filmami, nie da się po prostu opisać. Nazajutrz wieczorem zebrała się w auli szkolnej cała młodzież wraz z nauczycielstwem i rodzicami, by podziwiać nabyty aparat. Na płótnie, rozwieszonym na ścianie, ukazały się przed oczyma zebranych sceny z życia dzikich zwierząt w lasach afrykańskich, obrazy z życia dzieci w Erec-Izrael oraz zwyczajów Indian w Północnej Ameryce. Po przedstawieniu, które się wszystkim nadzwyczaj podobało, przemówił jeden z członków zarządu do zebranych w te słowa:

„Również my, uczniowie, pomimo że jesteśmy bardzo młodzi, możemy wiele zdziałać. Nie myślcie zatem, że tylko dorośli powinni wszystko dla nas robić. Być może, że każdy z nas z osobna jest słaby i czegoś większego dokonać nie jest w stanie – ale społem pomagamy sobie wzajemnie, dbamy o rozwój szkoły. Dawniej zdarzały się u nas kłótnie i niesnaski, ale odkąd istnieje kooperatywa, w której działalności wszyscy są tak zainteresowani, nastały u nas lepsze stosunki, oparte na przyjaźni i gotowości wzajemnych usług. Prawda, niekiedy zdarza się, że jeden z drugim się pokłóci lub ktoś coś zbroi. Ale to są wyjątki i kiedy tylko reszta kolegów zwróci uwagę winnemu na niewłaściwość postępowania, jesteśmy pewni, że w przyszłości to się już nie powtórzy. Oto jest siła organizacji i dlatego powiadam: Niech żyje nasza kooperatywa!”.

Wszyscy przyznali słuszność wypowiedzianym myślom i mówcę gorąco oklaskiwali.

Ale szkoła, o której mowa, nie stanowi wyjątku. W każdej szkole ludowej, a nawet gimnazjum, gdzie tylko znajdowali się dzielni i rozsądni uczniowie (a czyż jest szkoła, w której by uczniów takich nie było?) i dokąd tylko dotarła wiadomość o sile wzajemnej pomocy i jej wpływie na dzieci – zakładano wnet spółdzielnie.

Czy chcecie założyć taką spółdzielnię również w waszej szkole?

Na pewno czytaliście w książce lub gazecie, że młodzież jest przyszłością narodu i że jeżeli ona będzie dobrą i pilną, to i przyszłość narodu będzie lepsza i świetniejsza. Kooperacja dąży do stworzenia bardziej sprawiedliwej przyszłości dla wszystkich warstw narodu i bardzo dobrze, że ucząca się młodzież nie czeka, aż podrośnie, tylko bierze już udział w ruchu spółdzielczym i przyzwyczaja się w zakładanych kooperatywach urzeczywistniać zasady sprawiedliwości, przyjaźni i wzajemnej pomocy.

Kiedy podrośniecie, na pewno będziecie pionierami urzeczywistniania zasad spółdzielczości, gdzie byście się nie znajdowali.

Mojżesz Gordon

Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem Działu Wydawniczego Związku Żydowskich Towarzystw Spółdzielczych w Polsce, Warszawa 1930. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie