Dwadzieścia lat po Genui

Dwadzieścia lat po Genui

Wiosną 1976 roku moje miasto, Bolonia, przeżywało jutrzenkę kreatywności kulturalnej, solidarności społecznej i inwencji politycznej. Pod koniec tej niemal dekady nieprzerwanej politycznej walki zostałem zaproszony na spotkanie za zamkniętymi drzwiami przez osobę, która uczestniczyła w tych samych zgromadzeniach organizowanych przez studentów i działaczy, w tym samym co ja momencie rewolucji kulturalnej. Przyjąłem zaproszenie, tak jak zrobiłbym to z zaproszeniem każdego, kogo spotkałem na tych zgromadzeniach, chociaż nie znałem wtedy jego nazwiska ani nie znam go teraz.

Był towarzyszem i to mi wystarczało.

Poszedłem na spotkanie na obrzeżach miasta. Kiedy przyjechałem, były tam tylko dwie osoby: ta, która mnie zaprosiła, i pracownik, trochę starszy ode mnie. Podążając za przeczuciem chwili, domyśliłem się, na jaki temat będzie to spotkanie. Ci ludzie dostali zadanie zorganizowania bolońskiej kolumny Czerwonych Brygad. Zaprosili mnie, bym się do nich przyłączył.

Rozmawialiśmy przez kilka godzin. Powiedziałem im po prostu, co wtedy myślałem i co nadal myślę: nie wierzę, że ruch robotniczy potrzebuje formacji zbrojnej. Nie wstąpiłem więc do Czerwonych Brygad ani do innych grup bojowych. W następnym roku, w 1977, podczas protestu studenckiego, na morderczą przemoc wojsk represyjnego państwa odpowiedziałem przemocą symboliczną. Rozbijałem witryny sklepowe. Ale nigdy nie stosowałem przemocy wobec innych ludzi, nikogo nie zabiłem ani nie nosiłem broni palnej. Nie uważam tego jednak za pozytywną wartość etyczną. To przywilej, który posiadam.

Czy nam się to podoba, czy nie, w historii walki klas pojawia się kwestia przemocy i nie da się tego uniknąć. U niektórych ludzi biorących udział w walce klas, sprzeczność, którą dostrzegają między przemocą wobec państwa a przemocą wobec ludzi, nie została jeszcze rozwiązana, mimo że jest bardzo silnie obecna.

W ciągu następnych dziesięcioleci kilkakrotnie obwiniałem się za odmowę zaciągnięcia się do walki zbrojnej na ulicach przeciwko kapitałowi i państwu. Jeden z takich momentów miał miejsce w lipcu 2001 r., w Genui, kiedy policja brutalnie potraktowała ogromną demonstrację przeciwko szczytowi G8, zamordowała studenta-anarchistę Carlo Giulianiego i torturowała setki ludzi – wszystko po to, by móc chronić Busha, Berlusconiego i Putina, którzy spotkali się w luksusowym Palazzo Ducale, aby rozmawiać o władzy.

Pamiętam, iż tego dnia pomyślałem, że chociaż wiodę całkiem wygodne życie, być może nie jest to sprawiedliwe, ponieważ nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem, aby pomóc wyeliminować potwory, zanim potwory przyszły zniszczyć nas. Zatem po Genui pojechałem do Himachal Pradesh w północnych Indiach, aby odwiedzić młodą mniszkę buddyjską. Medytowałem i zdałem sobie sprawę, że problemem nie jest broń. Buddyjska zakonnica przypomniała mi, że oni – państwo – mają zawodową armię. My, jeśli chodzi o przemoc, zawsze będziemy amatorami. Zamiast się uspokoić, zaakceptowałem myśl, że nie ma już miejsca na nadzieję.

Po Genui wydawało mi się jasne, że przeznaczeniem ludzkości jest iść do diabła. Ponieważ neoliberalizm połączył się w sojusz z faszyzmem, a podmiotowość społeczna jest coraz mniej zdolna do kultywowania autonomii i przyjaźni, jedyną perspektywą jest piekło rosnącej niepewności, wyzysku, nędzy oraz dewastacji naszej psychiki i środowiska.

Rozpaczałem i nie przestałem rozpaczać. Ale to, że przestajesz mieć nadzieję, nie oznacza, że przestajesz czekać na coś innego.

Latem 2001 musiałem czekać tylko kilka miesięcy.

We wrześniu z nieba nad Manhattanem nadeszła zemsta na neoliberalnym porządku, a piekło faszystowskiego liberalizmu zamieniło się w piekło wojny. Tych dziewiętnastu młodych mężczyzn, prowadzonych przez brodatego zabójcę, zadało strategicznie zwycięski cios. Zburzenie jednego z głównych symboli Zachodu uruchomiło proces, który dwadzieścia lat później toczy się pełną parą: proces, który obecnie prowadzi do końca zachodniej cywilizacji.

Nie żałuję upadku tego symbolu ani końca cywilizacji zachodniej, choć nie mam „nadziei”, że ta destrukcja doprowadzi do jakiegokolwiek wyzwolenia spod dominacji kapitału lub do kresu wojny toczonej przeciwko ludzkości.

W 2002 roku opublikowałem książkę zatytułowaną „Un’estate all’inferno” (Lato w piekle), w której opowiedziałem o tym popadaniu w szaleństwo i w autorytarną przemoc. We wspomnieniach z lata 2001 roku zmagałem się z tą samą sprzecznością i emocjami, o których wspomniałem na początku niniejszego tekstu: sprzecznością między życiem prywatnym a bojowością, oraz poczuciem winy, które powstaje, gdy policjanci wyważają drzwi i rzucają się na naszych towarzyszy. Pisząc ten tekst, w dwudziestą rocznicę zamordowania Carlo Giulianiego oraz pobić, gwałtów i torturowania tysięcy młodych ludzi w Genui, powróciłem do linijki, którą napisałem tej nocy, kiedy moja żona i ja wróciliśmy do Bolonii: „Brakowało nam słów, brakowało nam tchu. Wszystko, co się dzieje, może tylko oznaczać, że wkraczamy w erę rządów bestii”.

Dziś, po dwóch dekadach panowania tych potworów, kapitalistyczna dominacja trwa, ponieważ podmiotowość zdolna do emancypacji nie jest w stanie się wyłonić. Kiedy te tysiące weszły na Piazzale Kennedy w Genui, kiedy zbiorowa podmiotowość huczała na ulicach, policja kapitalistycznego imperium pokazała swój faszystowski charakter, tak jak robiła to wiele razy od tamtego czasu, w Ferguson, w Atenach, w Santiago. Ale cywilizacja zachodnia jest w agonii. Może kapitalizm i Zachód się rozchodzą. Tak czy inaczej, kapitalistyczne królestwo abstrakcji i akumulacji pozostaje silne, podczas gdy żywy organizm ludzkości traci oddech.

W Afganistanie Zachód przegrał świętą wojnę. Wojska białej rasy uciekły, a przyjaciele bin Ladena podbili kraj. Bliski Wschód rozpada się w wyniku amerykańskiej inwazji i okupacji Iraku. Amerykanie obiecali zbombardować Irak do tego stopnia, że powróci on do epoki kamienia łupanego, jeśli Saddam nie zrezygnuje ze swojej „broni masowego rażenia”, której nigdy nie znaleziono. Teraz cała ludzkość powraca do epoki kamienia łupanego.

Klęska Zachodu w Afganistanie i Iraku jest nieodwracalna – nie tylko dlatego, że Zachód został pokonany militarnie, ale także dlatego, że moralne i polityczne wartości, których Zachód obłudnie próbował bronić, są teraz w strzępach. Obrona „demokracji” była tylko pretekstem do przywrócenia dominacji Zachodu. Ta porażka oznacza, że dominacja Zachodu maleje, a pustka demokracji jest obnażana.

Strategiczny geniusz bin Ladena (a przede wszystkim niezwykła głupota Busha, Rumsfelda i Cheneya) uruchomił niepowstrzymany proces globalnej wojny domowej, którego oznaki są widoczne wszędzie. Największa potęga militarna wszechczasów już nie istnieje, ponieważ jest w stanie wojny ze sobą, i z tej wojny nie wyjdzie żywa.

Zachód pogrąża się w chaosie, pogrąża się w demencji, w ogniu lasów amerykańskiego Zachodu i lawinie błotnej północnej Europy.

W Genui dwadzieścia lat temu zgromadziło się 300 tysięcy ludzi. Ich przesłaniem było: jeśli to dalej potrwa, jesteśmy przeklęci. Jeśli kapitalistyczna grabież zasobów fizycznych planety będzie trwała dalej, jeśli szaleńcza eksploatacja energii nerwowych będzie przebiegać jak zwykle, ludzkość jest zgubiona. Możni tego świata uciszyli nas przemocą i w imię zysku kontynuowali przygotowania do ostatecznej zagłady.

Teraz jest już za późno.

Ogień jest nie do powstrzymania i co roku będzie płonął coraz bardziej.

Powódź nie cofnie się, co roku woda ma pędzić coraz szybciej, wsysając wszystkich i wszystko.

Może dwadzieścia lat temu można było jeszcze zatrzymać apokalipsę.

Teraz jest już za późno.

Komisja Europejska obiecuje, że w 2035 r. wszyscy przejdziemy na samochody elektryczne, a do 2050 r. emisje dwutlenku węgla zostaną zredukowane do zera. Być może nikt im nie powiedział, że amazoński las deszczowy, niegdyś uważany za płuca planety, dziś emituje więcej dwutlenku węgla niż pochłania.

Branson przygotowuje wahadłowce do opuszczenia Ziemi. Bezos spędził w kosmosie jedenaście minut. Niech obaj spierdalają na Marsa.

My zostaniemy tutaj. Salutujemy klęsce Zachodu. Nie cieszy nas ona jednak, ponieważ pozostajemy uwięzieni w kapitalistycznej abstrakcji. Zachód przegrał wojnę z islamskim fundamentalizmem, ale my nie możemy tego świętować, ponieważ islamscy fundamentaliści prowadzą własną kampanię terroru i obskurantyzmu. Nie możemy też świętować nadchodzącej porażki Zachodu w wojnie z Chinami, ponieważ Chiny są imperium automatyzacji, które zmusza miliony do pracy w obozach pracy i skazuje młodych demonstrantów w Hongkongu na dekady więzienia.

Zostaniemy tutaj, ponieważ nie mamy nadziei, a to czyni nas niepokonanymi.

Franco „Bifo” Berardi

tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie https://www.e-flux.com/, przedruk za zgodą autora.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie