Czy pandemia niechcący uratuje małe miasta?

·

Czy pandemia niechcący uratuje małe miasta?

·

Trudno mówić o wydarzeniach tragicznych jako o katalizatorach pozytywnych zmian. Szczególnie jeśli są to wydarzenia niedawne, zarośnięte świeżym, stale ropiejącym strupem. Łatwiej jest pisać o dżumie jako bodźcu rozwojowym dla średniowiecznej Europy Zachodniej niż o atakach z 11 września i ich wpływie na poprawę bezpieczeństwa w transporcie lotniczym (tym bardziej, że to drugie jest mocno dyskusyjne).

Pandemia koronawirusa od początku prowokowała rozmowy na temat zmian, jakie wywoła na świecie: od doinwestowania służby zdrowia, przez dowartościowanie tzw. pracowników niezbędnych, zmiany w międzynarodowych łańcuchach dostaw, przyśpieszony upadek niektórych branż (np. kin), aż po wieszczony przez niektórych upadek niewydolnego systemu neoliberalnego kapitalizmu. Niewiele z tych prognoz zdaje się spełniać. Nikt już nie jest wdzięczny kasjerkom w dyskontach za ich pracę z narażeniem zdrowia i życia, za to ludzie dopominają się o swoje „prawo do robienia zakupów w niedzielę”. Wszyscy już widzą, że kapitalizm świetnie się zaadaptował i bogaci nie tylko nie stracili, ale wręcz zarobili na pandemii. A ochrona zdrowia, jak to ochrona zdrowia, ciągle pozostaje niedofinansowana, a przeciwko wyższym składkom na ten cel opowiadają się nawet sami lekarze.

Wiele jednak się zmieniło i jedną z tych zmian na pewno jest podejście zarówno pracodawców, jak i pracowników do pracy biurowej – praca z domu okazała się w wielu przypadkach wygodna, oszczędna, a nawet bardziej wydajna od pracy w biurze. Obecnie, gdy większość ludzi w dużych miastach jest już zaszczepiona, wielu pracodawców wcale nie śpieszy się z zapędzaniem pracowników z powrotem do biur, a ci, którzy to robią spotykają się z dużym oporem pracowników. W wielu ofertach pracy już na wstępie wyszczególniona jest praca zdalna. Pracownicy tego oczekują, a i dla pracodawcy jest to korzystne – z jednej strony może dzięki temu wybierać spośród pracowników z całej Polski, a z drugiej – może zaoszczędzić wynajmując mniejsze biuro.

W Polsce, mimo odtrąbienia sukcesu polityki samorządowej, centralizacja ma się dobrze – jedynie trzy z sześćdziesięciu czterech urzędów administracji rządowej wyszczególnionych na stronie Głównego Urzędu Statystycznego są umiejscowione poza Warszawą. Największe uczelnie i instytucje kultury działają w Warszawie, większość siedzib dużych spółek, w szczególności polskich oddziałów międzynarodowych koncernów, ma swoje siedziby w stolicy. Decentralizacja jest przez PiS-owskie władze podnoszona raczej jako straszak na sędziów (słynna groźba przeniesienia TK na drugi koniec Polski) i jedynie lewicowe partie zdają się traktować temat poważnie. W skali wojewódzkiej duże uniwersyteckie metropolie pełnią podobną rolę z większą koncentracją dużych pracodawców – czy to publicznych, czy prywatnych.

Taka sytuacja sprawia, że migracja wewnętrzna z Polski powiatowej do miast wojewódzkich jest najczęściej podyktowana przymusem ekonomicznym. Większość maturzystów z mniejszych miejscowości planujących studia w dużych ośrodkach osiada potem w tych miastach ze względu na rynek pracy, za następny kierunek migracyjny obierając ewentualnie Warszawę lub zagranicę. Wielu z nich wcale nie lubi mieszkania w dużym mieście: korków, smogu, hałasu, drożyzny. Stąd zjawisko suburbanizacji widoczne wyraźnie we wszystkich większych ośrodkach miejskich w Polsce.

Zastanawiam się zatem, jak przy obecnym rozwoju rynku pracy biurowej zachowają się przyszłe roczniki absolwentów. Część z nich zapewne zwiąże swoje życia z miastami uniwersyteckimi przez 3-5 lat studiów – nawiążą przyjaźnie, przyzwyczają się do życia w mieście i dostępności miejsc użyteczności publicznej. Ale jestem pewien, że dla niektórych szalę przeważą niższe koszty życia, bliskość rodziny, która mogłaby zaopiekować się dziećmi oraz kompaktowa, bardziej przystępna urbanistyka miast, z których pochodzą. W zależności od skali, zjawisko to może pociągnąć za sobą spore zmiany na rynku mieszkaniowym, w zapotrzebowaniu na instytucje kultury i inne miejsca użyteczności publicznej, wpływach do budżetów gmin, a w dłuższej perspektywie w strukturze rozmieszczenia geograficznego populacji.

Bez spójnej polityki rozwoju obszarów peryferyjnych na szczeblu centralnym, lokalne inicjatywy w rodzaju tworzenia Specjalnych Stref Ekonomicznych są jedynie ich przedśmiertnymi drgawkami. Praca zdalna może wyręczyć rząd w tym aspekcie i dać nieoczekiwany impuls rozwojowy mniejszym ośrodkom.

Jakub Szymkowiak

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie