Powtarzać czas początku
Kapitalizm zmienia każde święto w towar, a epoka bez świąt to epoka bez społeczności.
Te skróty to tylko współczesna magia w garniturze. Ma dawać pewność płynącą z poczucia kontroli opartego na tym, że nad wszystkim panujemy i nic się nie prześlizgnie. Ale przecież cała historia biznesu to historia strat, błędów i eksperymentów, które się nie „zwracały”. Więc skoro chcemy tak jak w biznesie mówić językiem efektywności, to pogadajmy uczciwie.
Rozmowa neoliberalnych technokratów o pieniądzach jest najczęściej o zwrocie z inwestycji (ROI), o zysku przed odsetkami, podatkami, amortyzacją i umorzeniem (EBIDTA) czy o średniorocznej stopie wzrostu (CAGR). Lewica najczęściej nie podejmuje tej dyskusji, uciekając na tym polu w emocje, empatię i wspólnotę. Neoliberałom jest to oczywiście bardzo na rękę, bo można wtedy prychać, przewracać oczami i zawstydzać. Może zatem nie trzeba uciekać? Może właśnie warto zagrać na tym ich boisku. I wtedy zobaczyć, kto pierwszy nie utrzyma piłki? Bo jeśli już mówimy językiem efektywności, to spójrzmy uczciwie: cała historia biznesu to historia strat i nie ma postępu bez marnotrawstwa.
Gdy czyta się lokalne wiadomości o otwarciu szkoły, uruchomieniu linii kolejowej czy remoncie domu kultury, ton jest zawsze ten sam. Zamiast mówić o przyszłości, mówi się o kwotach. O kosztach inwestycji, źródłach finansowania, procentach dofinansowania z Polskiego Ładu czy funduszy unijnych. Rzadko kiedy pada zdanie o tym, po co to wszystko. Jakby sens był czymś zbyt miękkim, by mógł się znaleźć w oficjalnym komunikacie.
Żeby złagodzić technokratyczny ton, czasem dodaje się w języku wartości: że to „inwestycja w przyszłość”, że „nowoczesność”, „symbol równości”, „dla dzieci i rodziców”, „połączenie ze światem”. Ale to już tylko dekoracja – moralny nadruk na fakturze. W tym języku edukacja, transport i kultura tracą znaczenie – zostają przeliczone na koszt, rozpisane na wiersze budżetu i pozbawione emocji, które pierwotnie je uzasadniały.
Bo w naszych debatach publicznych coraz częściej nie pyta się, czy coś jest potrzebne, lecz czy się zwróci. Ale to też jest w porządku. Przepraszam wrażliwszych za to, co teraz napiszę. Wszystko to da się przecież przełożyć na pieniądze.
Transport
Jeśli ludzie mogą dojechać do większego miasta do pracy, to chętniej będą to robić. Mamy zatem więcej pracujących, mniej bezrobotnych, większy obrót i wyższe wpływy z podatków. Ale wtedy zawsze pojawia się ten sam głos: „A po co to nowe połączenie kolejowe? Przecież pociągi będą jeździć puste”. W tym właśnie tkwi cała logika neoliberalizmu: patrzeć na rzeczywistość taką, jaka jest dziś, i nie wierzyć, że mogłaby być inna.
Tyle że świat tak nie działa. Bo jeśli ludzie nie mają czym dojechać, a nie mają innych możliwości, to nie dojeżdżają. Jeśli nie mają gdzie się uczyć, to się nie uczą. Jeśli nie mają dokąd pójść, to zostają w domu. A wtedy system traci nie tylko podatnika, ale człowieka z jego energią, wiedzą i pomysłami. Neoliberał powie: „No dobrze, a niech zostaną bezrobotni, wyjdziemy na zero bo i tak nie płacimy”. Otóż płacicie. Płacicie za zasiłki, za ubezpieczenia, za zdrowie, które się psuje od bezczynności. Ale nawet nie w tym rzecz i nie tylko tam.
Bo przede wszystkim płacimy za koszt utraconych korzyści, który jest kosztem bezczynności. A jeśli neoliberał nie wie, co to jest koszt utraconych korzyści, niech spyta głównego księgowego. On wytłumaczy. Bo to jest pojęcie, które rzadko się pojawia w pojedynczej działalności gospodarczej. Ale dla całej gospodarki to już bardzo gruby temat. Zgodnie z prawem Okuna, każdy 1% dodatkowego bezrobocia to spadek PKB o 2%. I uwaga: to nie są koszty zasiłków, ubezpieczeń czy leczenia. Ten koszt jest na górkę tamtego, te 2% to tylko wartość dóbr i usług, których nie wytworzono, bo ludzie, którzy mogliby pracować, nie pracują. Mniejsza wartość to mniejszy popyt, podatki, wynagrodzenia i inwestycje.
Dlatego transport publiczny nie jest tylko „miejskim luksusem” – ma wymierny związek z produktywnością całej gospodarki. Dzięki niemu skracamy czas dojazdu, poszerzamy dostęp do rynku pracy, zmniejszamy zmarnowany czas i koszty związane z korkami, a firmy mogą korzystać z szerszej puli pracowników. Inwestycje w transport publiczny stwarzają tzw. ekonomię aglomeracji. Im lepsze połączenia, tym jesteśmy bliżej rynków, dostawców i klientów – i tym lepiej każdy może się specjalizować się w tym, co robi dobrze.
Rozliczenie takich inwestycji trwa dziesięciolecia, a nie lata. To nie jest projekt, który „zwraca się” po trzech sezonach budżetowych. Linia kolejowa, most czy szkoła zaczynają naprawdę pracować dopiero wtedy, gdy zdążą się wokół nich ułożyć nowe nawyki, miejsca pracy, decyzje ludzi. Dlatego rozliczanie inwestycji infrastrukturalnych w cyklach wyborczych albo rocznych raportach jest jak ocenianie lasu po pierwszym roku wzrostu – widać tylko błoto i sadzonki, ale nie widać, że to już rośnie.
Bo czy znamy jakąkolwiek firmę, która powiedziałaby: „Najwyżej towar nie dojedzie”? Serio, w biznesie nikomu nic podobnego nie przyjdzie do głowy. Tam to oczywistość – transport, spedycja i logistyka to najbardziej kluczowa „ostatnia mila”. To moment, w którym produkt naprawdę spotyka człowieka. Można mieć najlepszą fabrykę, najtańszego dostawcę i najwspanialszy marketing, ale jeśli nie dowieziesz towaru – cała reszta nie ma znaczenia. W logistyce nie ma nic gorszego niż przerwany łańcuch.
Każdy rozwój gospodarczy potrzebuje transportu – niezależnie od tego, czy wozi się ludzi czy towary. Na początku lat dwutysięcznych barierą dla rozwoju e-commerce wcale nie była technologia, tylko właśnie brak rozwiązania problemu „ostatniej mili”. Ludzie mogli już kupować i nawet płacić przez internet, ale nie mieli jak odebrać tego, co kupili. Bo albo wycieczki na pocztę, albo wyczekiwanie na kurierów. I stąd wzięła się historia InPostu.
InPost założono w 2006 roku, a pierwszy paczkomat stanął rok później. Pomysł wydawał się absurdalny, bo kto to widział jakieś skrzynki na paczki. W 2015 roku spółka zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, a jej akcje chwilę później zaczęły spadać. W 2017 roku InPost zniknął z parkietu – inwestorzy uznali, że pomysł się nie spina. Cztery lata później, w 2021 roku, wrócił na giełdę w Amsterdamie jako jedna z najbardziej dynamicznych firm logistycznych w Europie. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie życia bez paczkomatów. Ciągle stawiają je InPost, Allegro, Orlen, DPD i inni. To, co kiedyś wyglądało jak kosztowna fanaberia, stało się infrastrukturą codzienności.
Na pewno da się to policzyć. Ile godzin rocznie oszczędzamy jako społeczeństwo dzięki paczkomatom? Miliony. Każdy, kto choć raz odebrał przesyłkę po drodze z pracy, wie, że to nie tylko wygoda, ale także czysty zysk czasu i energii. Każda taka minuta to mniej korków, mniej niepotrzebnych przejazdów, mniej nerwów i mniej spalonego paliwa. Mnożąc to przez miliony użytkowników i 24 godziny dostępności, można spokojnie mówić o setkach milionów godzin rocznie odzyskanych dla ludzi i gospodarki.
Skoro w biznesie potrafimy być wyrozumiali – dać firmie dwadzieścia lat na dojrzewanie, akceptować potknięcia, eksperymenty i chwilowe straty – to w czym problem, żeby tą samą miarę przyłożyć do inwestycji o charakterze społecznym? Dlaczego potrafimy uwierzyć, że prywatny projekt potrzebuje czasu, by zacząć przynosić zyski, a jednocześnie oczekujemy, że szkoła, linia kolejowa czy dom kultury zwrócą się w ciągu roku budżetowego? InPost mógł się przez dekadę uczyć na błędach, ale jeśli gmina nie ma szybko frekwencji w nowej bibliotece, to od razu mamy raport o nieefektywności. Jakbyśmy mieli niepisaną zasadę, że rynek może błądzić, a państwo – nigdy.
Edukacja
W Polsce działa około dwudziestu pięciu tysięcy szkół i ponad sześćdziesiąt tysięcy firm szkoleniowych. I nie ma w tym nic złego – to po prostu pokazuje, że edukacja jest dobrym biznesem. Że inwestowanie w wiedzę, kompetencje i rozwój ma sens ekonomiczny, nawet jeśli nie daje natychmiastowego zwrotu. Tylko że kiedy robi to państwo, nagle pojawia się pytanie o „efektywność wydatków”. Jakbyśmy byli w stanie zaakceptować, że prywatna firma może uczyć dla zysku, ale publiczna szkoła nie może uczyć dla przyszłości.
Wydatki państwa na edukację to około pięciu procent PKB – więcej niż średnia unijna i więcej niż w Niemczech (OECD, 2022: Polska 5,2%, Niemcy 4,5%, średnia UE 4,7%). Polska nie wydaje więc za mało, tylko zbyt często mierzy efekty inwestycji nie tym, co ważne i nie we właściwym momencie. Bo gdy patrzymy na szkołę przez pryzmat kosztów, a nie sensu, zaczynamy ją rozliczać jak fabrykę. A edukacja nie jest fabryką. To inwestycja w przyszłość, której efekty nie przychodzą co kwartał, lecz co pokolenie. I taki zakres powinien obejmować nasz Excel.
Firmy mają do tego zupełnie inne podejście. Średnio przeznaczają około pięciu procent swoich budżetów na szkolenia – a w branżach technologicznych i innowacyjnych nawet do dwudziestu procent. I nikt nie pyta, czy to się zwróci w następnym roku. Bo wszyscy wiedzą, że dzisiaj to właśnie wiedza, a nie kapitał, decyduje o tym, kto zostanie na rynku. To ironiczne: biznes lepiej rozumie logikę długiego horyzontu niż państwo, które powinno tę logikę tworzyć.
Neoliberał powie: niech firmy szkolą, jeśli chcą – byle na własny koszt. I rzeczywiście przez jakiś czas to działa. Dopóki się opłaca. Dopóki koniunktura rośnie, dopóki nie ma kryzysu, dopóki Excel się zgadza. Ale co się stanie, gdy firmy przestaną szkolić, bo będą musiały ciąć koszty? Kto wtedy zajmie się rozwojem ludzi? Państwo, którego wcześniej nauczyliśmy, że nie powinno się w to wtrącać?
Zresztą rynek sam to już dawno rozgryzł. Na LinkedIn co chwila pojawia się ta sama sentencja: „A co, jeśli przeszkolimy ludzi i oni odejdą? – A co, jeśli ich nie przeszkolimy i zostaną?”. To niby banał, ale streszcza całą filozofię rozwoju w biznesie. Bo inwestowanie w ludzi to zawsze ryzyko, ale nieinwestowanie w nich to stuprocentowa pewność straty. I tu właśnie kończy się logika krótkiego horyzontu, a zaczyna prawdziwa odpowiedzialność.
Rolą edukacji jest nie tylko uczyć, ale też wychwytywać talenty. Dostrzegać tych, którzy potrafią więcej, ale też tych, którzy potrafią inaczej. W firmach dobrze wiadomo, jak działa taki mechanizm, bo opisuje go prawo Price’a. Według niego pierwiastek z liczby pracowników generuje połowę wartości całej organizacji. W przedsiębiorstwie liczącym dziesięć tysięcy osób to około stu ludzi. Stu, którzy ciągną całą resztę. Edukacja ma dokładnie takie zadanie – pomóc tym stu się ujawnić. Bo jeśli ich nie znajdziemy, nie pomogą nam żadne reformy, programy ani budżety.
Nie przypadkiem każda duża korporacja ma swój „Program Rozwoju Talentów”, mapy sukcesorów i systemy wczesnej identyfikacji potencjału ludzi. To kosztuje, ale się opłaca, bo bez tego żadna firma nie byłaby w stanie się rozwijać. Tylko że gdy państwo robi to samo – próbuje znaleźć i rozwinąć potencjał własnych obywateli – od razu słychać, że to koszt. Jakbyśmy zapomnieli, że w długim horyzoncie to właśnie ludzie, a nie infrastruktura, są największym aktywem gospodarki.
Dla porządku: to nie jest dyskusja o tym, czy nauczyciele powinni zarabiać mniej czy więcej. To dyskusja o tym, czy w ogóle chcemy inwestować w edukację. O tym, czy potrafimy myśleć o niej jak o inwestycji, a nie jak o koszcie. Bo to właśnie edukacja jest najtańszym sposobem na drogie problemy. I jedynym, który działa z opóźnieniem – ale działa zawsze.
Kultura
Ludziom, o których się dba, chce się. To proste. We wszystkich badaniach zaangażowania pracowników – bez względu na branżę, kraj czy sektor – wychodzi to samo: tam, gdzie ludzie czują się zauważeni, gdzie mają sens i wpływ, tam pracują lepiej. Nie dlatego, że ktoś im kazał, lecz dlatego, że chcą. Gallup bada to od ponad dwudziestu lat i niezmiennie pokazuje, że zespoły o wysokim zaangażowaniu mają o ponad 20% wyższą produktywność i o 40% niższą rotację. To nie są wartości miękkie. To jest czysty zwrot z inwestycji w ludzi.
A kultura – rozumiana jako środowisko, które ten stan podtrzymuje – działa dokładnie tak samo jak infrastruktura czy edukacja. Kiedy jest, wszystko działa płynniej, taniej i szybciej. Kiedy jej brakuje, zaczyna się kosztowna awaria sensu: wypalenie, absencje, konflikty, rotacja, spadek jakości decyzji. Wtedy każda organizacja – prywatna czy publiczna – traci pieniądze, czas i reputację. Bo kultura, choć nie widać jej w bilansie, jest tym, co sprawia, że bilans w ogóle się spina.
Firmy doskonale to rozumieją. Dlatego wydają miliony na imprezy integracyjne, świąteczne paczki, karty sportowe, coachingi, programy well-beingowe i rozwój osobisty. Nie dlatego, że wierzą w magię uśmiechu, lecz dlatego, że wiedzą, iż ludzie w dobrej kondycji emocjonalnej lepiej współpracują, podejmują mądrzejsze decyzje i popełniają mniej błędów. W każdej, dosłownie każdej organizacji na świecie widać to samo: zadbani ludzie są bardziej produktywni. I to nie jest humanizm – to rachunek ekonomiczny.
To samo dotyczy państwa. Inwestycje w domy kultury, teatry, biblioteki czy centra społecznościowe to nie są koszty utrzymania dekoracji. To systemowe budowanie spójności i motywacji w skali kraju. Bo kultura działa jak integracja dla wspólnoty – przypomina, że jesteśmy częścią czegoś większego niż własne konto i kalendarz. W organizacjach robią to warsztaty, wyjazdy i programy rozwojowe. W państwie robią to festiwale, wystawy, lokalne domy kultury. I dokładnie tak samo jak w firmach: kiedy tego brakuje, ludzie się rozchodzą.
Neoliberał powie: „od emocji nie rośnie PKB”. No tak się akurat składa, że otóż właśnie rośnie. Bo to emocje są paliwem decyzji – tych zakupowych, zawodowych i obywatelskich. Kiedy ludzie czują sens, działają. Kiedy go tracą, przestają. W firmach nazywa się to spadkiem zaangażowania, w państwach – apatią społeczną. Jedno i drugie kosztuje. Według danych Gallupa globalny koszt niskiego zaangażowania pracowników przekracza 8 bilionów dolarów rocznie, czyli niemal 9% światowego PKB.
Można się zżymać na korporacje, że kupują ludziom owoce, organizują warsztaty z uważności i zatrudniają coachów. Ale prawda jest taka, że po prostu mają tam to bardzo dobrze policzone. Wiedzą, że taniej jest zadbać o człowieka, niż potem naprawiać skutki jego zniechęcenia. A skoro oni to wiedzą, to dlaczego my – jako państwo, jako społeczeństwo – wciąż myślimy o tym, jak ciąć, zamiast jak inwestować?
Postęp
To całe gadanie o „marnotrawstwie środków publicznych” przy większości okazji to w dużej mierze strata czasu. W biznesie innowacyjność to właśnie przede wszystkim marnotrawstwo. Dziesiątki, setki pomysłów, które nie wypaliły, finansują ten jeden, który zmienia świat. Z setek tysięcy projektów badawczych, prototypów i pivotów większość kończy w koszu – i tak ma być. Bo bez ryzyka straty nie ma zmiany. Bez błędów nie ma odkryć.
Spójrzmy na Concorde’a, który zbankrutował, ale na zawsze zmienił lotnictwo. Na Kodaka, który wymyślił fotografię cyfrową, ale nie umiał w nią uwierzyć. Na BlackBerry, które wpadło na pomysł smartfona zanim powstał iPhone, ale nie zrozumiało, że nie chodzi o klawiaturę, lecz o ekosystem. W Excelu każdy z tych przypadków to porażka. W historii innowacyjności w biznesie – konieczny etap postępu.
Poza tym każda, absolutnie każda korporacja jest pełna produktów, aplikacji, zespołów i inicjatyw, które nie mają żadnego sensu ekonomicznego, ale są utrzymywane z najróżniejszych innych powodów: wizerunkowych, strategicznych, politycznych, a czasem po prostu ludzkich. Bo ktoś w nie wierzy. Bo ktoś je lubi. Bo dają poczucie sensu, nawet jeśli nie dają zysku.
W korporacjach jest nawet na to nazwa – „pet projects”, czyli projekty na podobieństwo zwierząt domowych. Każdy z tych projektów to taki trzymany w biurku i karmiony ukradkiem chomik czy myszka. I to też jest część kosztu rozwoju – nie do wyeliminowania, bo bez niej nie byłoby przestrzeni na eksperyment.
Pytania o efektywność oczywiście może i są ważne jako takie. Choćby dlatego, że tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze, zawsze istnieje ryzyko, że pojawi się też ich kuzynka – korupcja. Ale może zamiast obsesyjnie tropić nieefektywność, warto zmienić sposób, w jaki liczymy rzeczy i w jakiej perspektywie to robimy. Bo jeśli w biznesie normalne jest, że dziewięćdziesiąt dziewięć projektów nie przynosi zwrotu, a jeden trafia, to czemu w państwie domagamy się pełnej skuteczności w każdym wydatku? Może po prostu nie da się budować przyszłości bez ryzyka, że nie będziemy idealnie efektywni.
A do wszystkich społeczników i ludzi, którzy pracują dla wspólnego dobra – nie wstydźcie się, gdy ktoś z biznesu zaczyna wypytywać o efektywność. Oni, ci pytający, też mają swoje cmentarzysko: projektów, które nigdy się nie zwróciły, produktów, które zniknęły po kwartale, strategii uszytych „z czapki”, które wyglądały świetnie w PowerPoincie, dopóki nie zderzyły się z rzeczywistością. Zapewniam – sami kiedyś przesuwali zakres formuł w Excelu, żeby wynik wyszedł, a potem patrząc w podłogę mówili: „no nie dało się przewidzieć” albo „niestety wkradł się błąd”.
Więc jeśli ktoś z biznesu zacznie was cisnąć o ROI, EBITDA albo CAGR to spokojnie. Uśmiechnijcie się i zapytajcie o business case dla inwestycji w AI, sztuczną inteligencję. Spytajcie o to, kiedy dokładnie zwrócą się te ich wielomiliardowe inwestycje w modele językowe, superkomputery, monstrualne centra obliczeniowe i elektrownie, które je zasilają. No, niech śmiało pokażą, gdzie dokładnie im się to spina w Excelu.
A gdyby zaczęli, że tamte to środki prywatne, a wasze to publiczne, to zawsze możecie odpowiedzieć, że wcale nie prywatne, lecz inwestorów, czyli powierzone. I możecie dodać, że się domyślacie, jakie dokładnie wyrazy od swoich inwestorów usłyszą, gdy ta bańka AI w końcu pęknie.
I w ogóle to niech na poczekaniu wyliczą rentowność emocji, intelektualnej ciekawości i chęci zmiany świata. Bo to właśnie one popychają świat naprzód – nie tłuste od pewności liczb tabele, ale ryzyko, że coś się nie uda. Tyle że oni swoje próby nazywają innowacyjnością z korektą na ryzyko, a wasze wątpliwym zwrotem z inwestycji środków publicznych. A przecież bez tych prób, po obu stronach, świat nie ruszyłby się ani o centymetr.
Jakub Wojtakajtis
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
Kapitalizm zmienia każde święto w towar, a epoka bez świąt to epoka bez społeczności.
Takie zaklęcia przyczyniają się do odwrażliwiania lekarzy, oduczają współczucia.