Serwus, hello… czy naprawdę tylko o to w życiu szło?

·

Serwus, hello… czy naprawdę tylko o to w życiu szło?

·

Powietrze już nigdy nie będzie pachnieć tak, jak pachniało wtedy – latem. I nie – uprzedzając małoduszne komentarze i kąśliwe uwagi osób znających miejsce mojego pochodzenia – nie mam na myśli smrodu siarkowodoru z dogorywającej tarnobrzeskiej kopalni, który czasem rzeczywiście unosił się nad naszym blokowiskiem.

Myślę o zapachu skoszonej trawy, dzikich róż rosnących obok placu zabaw, rozgrzanego upałem asfaltu i czegoś jeszcze. To nieuchwytne coś, co sprawiało, że każdy wdech powodował, że kręciło się w głosie jak na karuzeli, a świat wydawał się, i chyba rzeczywiście był, pełen magii. Tak pachnie dzieciństwo, kiedy wszystko jeśli nawet nie jest możliwe, to takim się zdaje.

Całe nasze uniwersum to było blokowisko z wielkiej płyty. Był rok dziewięćdziesiąty któryś, raczej początek niż koniec tej przedziwnej dekady. Właśnie relegowano mnie z czwartego już chyba przedszkola, więc zrozpaczona mama próbowała znaleźć inne, do którego mogłabym chodzić. Można pomyśleć, że niezły musiał być ze mnie gagatek, ale nic z tych rzeczy.

Mama zawsze zadziwiała mnie, ponieważ była jakby odporna na upływ czasu. To nie znaczy, że nie starzała się. Z wiekiem na jej pięknej twarzy pojawiały się nowe zmarszczki, ale miałam poczucie, że nigdy nie opuściła w swojej głowie drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Świata malowanych dzbanków, suto zakrapianych imienin, wręczanych wtedy gerber i królującej niepodzielnie na stołach sałatki jarzynowej. Trudno było mi się temu dziwić, nie dziwiłam się więc. W historii Tarnobrzega, a także w jej osobistej, był to czas szczęśliwy, wspominany z nostalgią. Zwłaszcza w porównaniu z cięższą późniejszą dekadą, która była jednak tylko preludium do kataklizmu, jaki przydarzył się w kilka lat po moim urodzeniu. Przemiany lat 90. były wyrokiem dla miasta i dla żyjących w nim ludzi. Wyrokiem bez możliwości apelacji. Wszystko było – jak mówiły mądre głowy w telewizorze, składając przy tym dłonie w merytoryczną piramidkę, aby przydać powagi wyrokom historii, które ogłaszały – „nierentowne”. Nieważne, czy była to dająca pracę większości mieszkańców kopalnia, czy przedszkole, do którego chodziłam.

Trzeba było więc czym prędzej „zrestrukturyzować”. To zaś znaczyło: zwolnić ludzi, zakład zamknąć i sprzedać. Wtedy nie wiedziałam, dlaczego tak było. Nie martwiło mnie to zbytnio, po prostu co pół roku znowu mam nowe koleżanki, nowe panie i nowe zabawki. Dzieci nie mają punktu odniesienia, więc stan ciągłych zmian, niepewności, zapadania się w sobie starego świata, który dla mnie był przecież światem całkiem nowym, który dopiero poznawałam, uznawałam za normę. Tak było i już.

Można, a sądzę że nawet trzeba, biadać nad tym, co się wtedy wydarzało, nad krzywdą ludzi, którzy choć nie popełnili zbrodni, doświadczyli kary. Dopiero teraz dostrzegam, że najgorszym, co ich wtedy spotkało, wcale nie była utrata z dnia na dzień pracy bez możliwości znalezienia innej, a co za tym idzie utrata środków do życia. Bezrobocie to tylko jeden z jeźdźców apokalipsy, który z impetem nawałnicy wjechał do naszego siarkowego świata. Kolejnym była narastająca wrogość i nieufność ludzi wobec siebie. Jak walcem rozjechała ona przyjaźnie, więzi między kolegami w pracy, sąsiadami i tak dalej. Umiesz liczyć, licz na siebie – mawiali dorośli. Stawali się cyniczni, oddalali od siebie. Nie ufali.

Trzecim kataklizmem, jaki zwalił się na głowy nieszczęsnych mieszkańców przemysłowego miasta, była narracja medialna na temat tamtych wydarzeń. Gdy przychodzi klęska, na przykład powódź czy wichura, wtedy ludzie mają wsparcie, dobre słowo, współczuje się im, solidaryzuje się z nimi. Na klęskę wolnorynkowego neoliberalizmu mieszkańcy Polski byli równie nieprzygotowani, jak na trąbę powietrzną. W odróżnieniu jednak od trąby, ofiarom przemian nikt nie współczuł. Przeciwnie: dowiadywali się zewsząd, że są nienowocześni, przestarzali, NIERENTOWNI jak całe znane im otoczenie. To upokorzenie, odarcie z godności, okraszone protekcjonalnym tonem osób pouczających ich z wielkich miast, było podłością doskonałą. Wiem, bo w rozmowach z dziś starszymi już ludźmi, których wtedy dotknęła niewidzialna ręka rynku, wciąż pobrzmiewa złość, gniew, który pali do żywego, mimo że było to całe wieki temu.

Jak zatem przebiega dzieciństwo ustanowione dokładnie na styku dwóch płyt tektonicznych, które właśnie postanowiły się ze sobą zderzyć? Gdy dziś o tym myślę, to do głowy przychodzi mi przede wszystkim podwórko. Długie letnie wieczory, które spędzało się na zewnątrz łapiąc chrabąszcze do butelek. Tamten świat, mimo że bardzo brutalny, ostro ciosany, twardy i dla twardych przeznaczony, był też w jakiś niepowtarzalny sposób piękny. I magiczny.

To, co stare implodowało, z hukiem i trzaskiem osuwało się w niebyt, a to, co nowe, jeszcze nie nadeszło. Co zatem było? Nie żyliśmy przecież w próżni, bo życie jej nie znosi, jak to mówią nie bez racji. Była jedna wielka tymczasowość. Kasety z disco polo sprzedawane z łóżek polowych. Panierowana mortadela podszywająca się pod kotleta. Pierwszy handel w życiu to był handel karteczkowy. Dwie z Dalmatyńczykami za Króla Lwa i tak dalej. W rytm „Makumby” – utworu, który mógł powstać i zdobyć popularność tylko wtedy i tylko w Polsce, zajadaliśmy ohydne jak nieszczęście ciepłe lody, huśtaliśmy się „na podbity”, graliśmy w kozła. Byliśmy sami na swoim terenie. Trudno nawet powiedzieć, by dorośli nas wychowywali, mieli w końcu do dźwignięcia świat. Rządziliśmy jak umieliśmy. A dzieci są okrutne i złe jak podobno powiedział dr Freud… Były to więc rządy twardych rąk, rządy zdartych kolan i łokci, gdzie lojalności uczyliśmy się szybko. Gdzie swoi i obcy byli jasno zdefiniowani. Swoi to ci z naszego bloku. A obcy? Jak nietrudno zgadnąć, ci z bloku obok, na których mówiliśmy, nie wiem do dziś dlaczego: „konfitury”.

W telewizji pokazywano pierwsze reklamy. Marzyłam w skrytości ducha o serze topionym Hochland, który, mówiąc wprost, jest w smaku naprawdę paskudny. Na pewno o wiele gorszy od zwykłego żółtego, kupionego przez mamę w nieodległym od nas spożywczaku. Nie dziwię się jednak kilkuletniej sobie. W reklamie sera dilowali nie byle czym. Uśmiechnięta amerykańska rodzina, domek na przedmieściach i tak dalej. Swojego przyszłego męża wyobrażałam sobie jako człowieka sukcesu – managera z reklamy dezodorantu Hat Trick, która z kolei kusiła bezpretensjonalną nutą: „Jak świeżo, jak przyjemnie, skąd ja to znam? Czym pachnie ten pan? Hat Trick, Hat Trick…”.

Nasza klatka schodowa wyglądała tak, że pożal się boże. Uświadomiłam to sobie jednak dopiero niedawno, gdy odkopałam jedno stare zdjęcie. Odrapane ściany, miejsce na żarówkę, którą dawno ktoś ukradł, i wielki napis czerwonym sprayem głoszący: „sex, cipa”. Gdy patrzę dziś na to zdjęcie, na którym jestem razem z moim psem – jamniczką Kropką na tle tegoż jakże dołującego widoku, to myślę, że to dobrze, iż dzieci nie mają punktu odniesienia i przyjmują zastaną rzeczywistość po prostu jako fakt, z którym się nie dyskutuje. Nie chcę tutaj zabrzmieć jak: „było nas dwadzieścioro, mieszkaliśmy w jeziorze i nikt nie narzekał”, ale fakt jest faktem, na tym niesprzyjającym, niezbyt żyznym gruncie wyrosły najlepsze umysły mojego pokolenia. Słodko-gorzki smak tych wspomnień będę nosić już zawsze.

I wiem, że już nigdy powietrze nie będzie pachniało tak, jak wtedy latem.

Natalia Bała

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie