Poza kontrolą?

nr 1/2011 |

Sprawne państwo stoi na straży nie tylko swoich granic. Dba także, aby zawartość talerzy obywateli była bezpieczna.

Wydaje się, że system kontroli jakości i bezpieczeństwa żywności działa dość sprawnie. Rozporządzenia nakładają na producentów tyle warunków do spełnienia, że teoretycznie wszystko powinno być w porządku – mówi dr inż. Elżbieta Hać-Szymańczuk z Wydziału Nauk o Żywności SGGW. Przypomina, że w UE wszystkie firmy sektora spożywczego mają obowiązek stosowania systemu HACCP, pozwalającego na identyfikację zagrożeń dla bezpieczeństwa żywności podczas każdego etapu produkcji i dystrybucji.

Czy to jednak wystarczy? – Zakłady Constar w Starachowicach miały wszystkie możliwe certyfikaty jakości i bezpieczeństwa, amerykańskie i unijne. A jednak, jak ujawnił TVN, miało tam miejsce „odświeżanie” wędlin – przypomina Marek Kryda z Międzynarodowego Komitetu Sterującego Inicjatywy Odpowiedzialności Agrobiznesu.

W 2009 r. aż 14,8% partii wyrobów skontrolowanych przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych posiadało parametry niezgodne z przepisami o jakości handlowej lub z deklaracją producenta (w 2008 r. znacznie mniej – 9,4%). Co więcej, 35,1% było nieprawidłowo oznakowanych – np. błędna kolejność składników (powinny być wymieniane zgodnie z procentowym udziałem w gotowym wyrobie) czy brak informacji o występowaniu alergenów.

Zastrzeżenia dotyczą zwłaszcza firm, które produkują dla dużych sieci handlowych, wymuszających maksymalne ograniczanie kosztów. Fałszowane są jednak także wyroby delikatesowe, np. ekskluzywne wędliny marki Krakowski Kredens okazały się zawierać sztuczne dodatki, choć rzekomo produkowane są według starych receptur i nie konserwowane chemicznie.

Dr Zbigniew Hałat, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów, przekonuje, że w pogoni za rynkową konkurencyjnością wielu producentów żywności stosuje „dumping sanitarny”. I podaje przykład: W cywilizowanych krajach obliczona naukowo norma odpadów zwierzęcych wynosi ok. 25-30% masy żywca, co pozwala ograniczyć rozprzestrzenianie się chorób odzwierzęcych. W Polsce tych odpadów jest ok. 15%. Może to świadczyć o tym, że znaczna ich część trafia na nasze stoły zamiast do utylizacji. Można się domyślać, że są składnikami pasztetów, parówek czy farszu pierogów.

Pokusa oszukania klienta zawsze będzie istniała, a dostępne ku temu metody są coraz doskonalsze. Technologia żywności to dzisiaj jej fałszowanie – zastępowanie składników znanych od tysiącleci nowymi, które są tańsze – uważa dr Hałat. Stąd konieczność sprawnego państwowego systemu kontroli.

Na straży talerzy

Zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie żywności i żywienia, zadania związane z kontrolą żywności wykonują: Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Państwowa Inspekcja Sanitarna, Inspekcja Handlowa, Inspekcja Weterynaryjna oraz Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa.

W założeniu mają się one uzupełniać. IJHARS kontroluje producentów żywności, IH – sklepy i produkcję roślinną, IW – produkcję zwierzęcą. – W każdym przypadku, gdy którykolwiek organ stwierdzi, że nie jest upoważniony do przeprowadzenia kontroli, ma obowiązek poinformować o tym organ kompetentny. Przykładowo, gdy Wojewódzki Inspektor Inspekcji Handlowej stwierdzi, że sprzedawany w sklepie produkt jest zafałszowany, zawiadamia IJHARS, która ma prawo skontrolować producenta – mówi Agnieszka Majchrzak z Biura Prasowego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, którego departament stanowi Inspekcja Handlowa. – Zdarzają się nam wspólne kontrole z inspekcją weterynaryjną – mówi rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego, Jan Bondar.

Prawo daje służbom kontrolnym całkiem mocne instrumenty. Do kompetencji IH należy wstrzymanie sprzedaży produktu do czasu poprawienia jego oznakowania lub wycofanie z obrotu, jeśli to konieczne ze względu na bezpieczeństwo konsumenta. Wojewódzki inspektor IJHARS oraz IH mogą nakładać kary za wprowadzanie do obrotu artykułów nie odpowiadających jakości określonej w przepisach lub deklarowanej przez producenta. Mogą one wynieść do pięciokrotnej wartości korzyści majątkowej uzyskanej z tego tytułu lub potencjalnej.

Z kolei za wprowadzanie do obrotu tzw. artykułów zafałszowanych grozi kara od 1000 zł do 10% całości przychodu osiągniętego w poprzednim roku rozliczeniowym. W obu przypadkach przyłapanym kolejny raz na tym samym oszustwie grożą mandaty o podwyższonej wysokości. Od 2008 r. istnieje także możliwość nałożenia kary za utrudnianie lub uniemożliwianie kontroli artykułów spożywczych, w wysokości do piętnastokrotnego przeciętnego wynagrodzenia. Co więcej, organy IJHARS mają obowiązek podawania do publicznej wiadomości danych przedsiębiorców, którzy fałszują żywność.

Każdego roku wspomniane instytucje biorą pod lupę ogromną liczbę produktów. Przykładowo, między październikiem a grudniem 2009 r. IJHARS przeprowadziła 17 666 kontroli jakości świeżych owoców i warzyw, artykułów mlecznych, przetworów rybnych, zbożowych, przetworów mięsnych, wyrobów cukierniczych i bułki tartej (2513 na rynku krajowym, 15 153 w obrocie z zagranicą).

Tymczasem…

Nic nie ujmując wysiłkom inspektorów, wiele wskazuje na to, że system nie jest szczelny. – Weźmy wspomnianą aferę Constaru – gdyby nie media, prawdopodobnie w ogóle nie ujrzałaby światła dziennego. Przy prawidłowo funkcjonującym państwowym systemie kontroli takie nadużycia nie mogłyby się wydarzyć – przekonuje Marek Kryda, określając nadzór nad produkcją żywności jako fatalny.

Jego zdaniem, „dziury” systemu obejmują szczególnie największe podmioty. – Łatwo ukarać mandatem bar za brak toalety, ale kiedy inspektor ma do czynienia z wielką firmą – woli się nie wychylać. Dotyczy to choćby korporacji amerykańskich, cieszących się wsparciem swojego kraju i lobbujących na poziomie ministerstw. – W krajach Zachodu jest z kontrolami dużo łatwiej, bo opinia publiczna jest silniejsza – dodaje Kryda. Uważa on, że mamy generalny kryzys państwa jako strażnika interesu ogółu. – Coraz więcej się mówi, że dany inwestor jest tak ważny, bo płaci podatki… Inspekcje nigdy nie alarmują, że jest jakiś problem i trzeba zamknąć duży zakład. O tym można przeczytać na forach internetowych pracowników.

„Bojaźliwość” służb – strach przed procesami o działanie na szkodę firmy – może być także wytłumaczeniem ich polityki informacyjnej. Inspekcja Handlowa zbadała niedawno jakość artykułów wyprodukowanych dla sieci handlowych, ujawniając takie „kwiatki”, jak ekstrakt kawy naturalnej zawierający 80% „domieszki” kawy zbożowej. Na stronie instytucji umieszczono m.in. informację, w ilu przypadkach skierowano zawiadomienia do organów ścigania. Nie dowiemy się z niej natomiast, kto okazał się oszustem.Nie mamy zwyczaju, żeby tworzyć czarne listy – usłyszał w wyjaśnieniu dziennikarz „Polityki” od Dariusza Łomowskiego, wicedyrektora Inspekcji.

Innym, tradycyjnym problemem służb publicznych, jest brak pieniędzy. Zapewnienie wystarczających środków na realizację nałożonych zadań było jednym z postulatów pracowników stacji sanitarno-epidemiologicznych podczas protestów trzy lata temu. Podobnie protestowali weterynarze, domagając się m.in. zwiększenia zatrudnienia w inspektoratach weterynaryjnych i zakupu nowego sprzętu, oraz pracownicy PIORiN. Płace w inspekcjach są niskie, co nie sprzyja wydajnej pracy, jest natomiast korupcjogenne. Zatrudnienie jest za małe w stosunku do potrzeb – np. w woj. śląskim kilkunastu kontrolerów IH ma pod nadzorem kilkadziesiąt tysięcy podmiotów branży spożywczej.

Wątpliwości budzi także efektywność uzupełniania się poszczególnych służb. Swego czasu interwencyjny program telewizyjny „UWAGA!” wykazał, że inspektorzy sanitarni i handlowi mają tendencję do „spychologii”. Z kolei przy okazji prac legislacyjnych nad konsolidacją służb dały o sobie znać animozje między nimi. Przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Weterynarii Inspekcji Weterynaryjnej, Telesfor Walterbach, publicznie stwierdził, że brakuje uzasadnienia dla istnienia IJHARS oraz że instytucja ta chce się podłączyć do nowej zintegrowanej inspekcji w zakresie bezpieczeństwa żywności, w której zadania dla Inspekcji Weterynaryjnej stanowią ponad 70% wszystkich zadań (po integracji powinny stanowić 100%), a co jest najgroźniejsze dla naszego zawodu, chce w nowej inspekcji przejąć stanowiska organów i rządzić lekarzami weterynarii, nie mając do tego żadnego merytorycznego przygotowania.

Do myślenia dają także liczby. Średnia wysokość kar nałożonych w pierwszym półroczu 2010 r. przez organy IJHARS wyniosła zaledwie 3092 zł, przy czym najwyższy mandat opiewał na ok. 60 tys. zł. Oznacza to, że dużym dostawcom marketów opłaca się ryzykować zaniżanie jakości produktów.

Wymowna jest historia dwóch mężczyzn, którzy w sklepie sieci Kaufland w Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie) w ciągu godziny namierzyli 734 przeterminowane produkty, gdy sklep obiecał specjalną premię tym, którzy w swoich zakupach odnajdą przedatowaną żywność. Tymczasem Wojewódzka Inspekcja Handlowa przez cały poprzedzający rok znalazła 21 przeterminowanych wyrobów w 250 sklepach regionu, a Sanepid kontrolował tę samą placówkę kilka tygodni wcześniej, nie stwierdzając żadnych uchybień.

Podobne przypadki nie muszą jednak świadczyć o winie inspektorów. – Zgodnie z ustawą o swobodzie działalności gospodarczej, właściciel sklepu albo wyznaczony przez niego pracownik muszą uczestniczyć w kontroli. Dlatego należy powiadamiać przedsiębiorcę o zamiarze jej wszczęcia i ma on określony czas, by się do tego przygotować – mówi Katarzyna Kielar, rzecznik prasowy katowickiej IH.

Co więcej, przedsiębiorca otrzymuje informację o dokładnym zakresie kontroli – jeśli jej przedmiotem będzie np. stoisko z wędlinami, inspektorzy nie mają prawa badać świeżości nabiału. Katarzyna Kielar podkreśla jednocześnie, że przepisy dopuszczają niezapowiedziane kontrole żywności – i to one stanowią większość. Dzieje się tak, gdy np. na podstawie skargi lub innych informacji zachodzi podejrzenie zagrożenia bezpieczeństwa konsumentów, bądź podejrzenie popełnienia wykroczenia lub przestępstwa. Część zmian w prawie idzie jednak w kierunku ograniczania prawnych możliwości kontroli przedsiębiorców, co ma uniemożliwić ich „nękanie”, zmniejszać koszty itp.

Kontrole z przymrużeniem oka?

Kolejny znak zapytania wiąże się z faktem, że państwowe inspekcje łatają budżety komercyjnymi usługami. W tym także dla… nadzorowanych firm i instytucji. – Często nosi to znamiona wymuszenia. Bo co ma na myśli inspektor, który chce mi zamknąć lokal, mówiąc, że „trzeba było zlecić pomiary naszemu laboratorium”? Że wtedy miałbym spokój? – skarżył się prasie restaurator z Podhala.

W badaniach Najwyższej Izby Kontroli z 2003 r., na 39 skontrolowanych powiatowych stacji Sanepidu tylko jedna nie prowadziła działalności komercyjnej, a liczba badań laboratoryjnych w ramach usług była znacząco wyższa od przeprowadzonych w ramach nadzoru ustawowego. – Stacje wykonując badania w ramach dochodów własnych, podpisują umowę z klientem, w której zawarty jest zapis, iż w przypadku naruszenia norm zdrowotnych zostaną podjęte określone działania inspekcyjne – wyjaśnia Jan Bondar. Mimo wszystko wydaje się, że nie tędy droga – państwowe służby kontrolne powinny być „jak żona Cezara”, a drogą do tego jest jedynie wystarczające finansowanie ze środków publicznych.

Wątpliwości ugruntowuje kontrola NIK z maja 2009 r., dotycząca sprawowania przez Głównego Inspektora Sanitarnego koordynacji i nadzoru w zakresie działań antykorupcyjnych. Chodzi zwłaszcza o prowadzenie przez pracowników inspekcji działalności gospodarczej, np. w charakterze rzeczoznawców. Może to pozostawać w sprzeczności z obowiązkami służbowymi pracownika oraz wywoływać podejrzenie o stronniczość lub interesowność.

Jan Bondar informuje, że istnieją ograniczenia możliwości prowadzenia przez inspektorów dodatkowej pracy, zbieżnej z przedmiotem kontroli wykonywanej instytucji, która ich zatrudnia. – Między innymi, pracownik powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej nie może wykonywać dodatkowej pracy na terenie swojego powiatu – tłumaczy. Jednak w okresie objętym kontrolą Izba stwierdziła zaniechanie działań sprawdzających przestrzeganie przez pracowników Państwowej Inspekcji Sanitarnej przepisów antykorupcyjnych.

Z kolei dr Hałat, na początku lat 90. w trzech kolejnych rządach Główny Inspektor Sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych, krytykuje niedawne podporządkowanie służb sanitarnych radom powiatów. – W ich skład wchodzą ludzie porządni, ale wielu z nich ma swoje firmy, np. piekarnię czy import produktów spożywczych. I ta rada będzie decydować, co ma robić inspektor sanitarny. To ostatecznie kompromituje i paraliżuje całą tę służbęprzekonuje.

Dziury w systemie

Niedomagania państwowego systemu kontroli dobrze obrazują konkretne przypadki.

Weźmy kwestię stosowania składników modyfikowanych genetycznie. – Już pięć lat temu NIK przygotowała raport na temat nadzoru nad środkami żywienia zwierząt. Wyraźnie wytknęła naszym inspekcjom, że nieskutecznie kontrolują je pod kątem zawartości GMO – mówi Kryda. W obrocie jest dużo kukurydzy i soi o niewiadomej domieszce modyfikowanego surowca. Dlatego producenci pasz, którzy pragną unikać ich stosowania lub choćby tylko zgodnie z prawem znakować wyroby, muszą na własną rękę wykonywać drogie testy.

Co gorsza, choć ciągle słyszy się o dostawach ziarna czy dodatków paszowych z Chin, żadne inspekcje w Polsce nie sprawdzają ich na obecność tzw. nielegalnych odmian GMO. – Testy nastawia się na konkretne, zarejestrowane w Unii odmiany. Przy takiej metodzie odmiana niezarejestrowana nigdy nie zostanie wykazana, a przecież należałoby zbadać, czy nie jest niebezpieczna. Nasze inspekcje zajmują się głównie kontrolą, czy deklaracja na etykiecie jest zgodna z rzeczywistością. Praktycznie nie są prowadzone szczegółowe badania GMO pojawiających się na rynku – podkreśla Kryda.

Dodaje też, że różne państwowe laboratoria potrafią wykazać w tej samej partii paszy bardzo różną zawartość GMO. – Najbardziej martwi mnie to, że inspekcja weterynaryjna, IJHARS czy Sanepid nie alarmują, że istnieją braki w sprzęcie lub metodach badawczych, powodujące, że ich działalność kontrolna może być nieskuteczna. Ustawa mająca uregulować kwestię kontroli organizmów modyfikowanych genetycznie utknęła w sejmowej Komisji Rolnictwa.

Warto tu przywołać sprawę modyfikowanego ryżu LL601. Uprawiano go na amerykańskich poletkach doświadczalnych i nigdzie nie dopuszczono do obrotu. Tymczasem wykryty został w sklepach m.in. w Polsce. – W Niemczech sieć handlowa Aldi podała nazwę producenta i markę produktu, gwarantując klientom zwrot pieniędzy. W Polsce rzeczniczka inspekcji sanitarnej stwierdziła w mediach, że nie ujawni ani producenta, ani nazwy produktu, ze względu na to, że ten sobie tego nie życzy – przypomina Kryda.

W dużej mierze poza nadzorem pozostaje także produkcja zwierzęca. Raport NIK z 2008 r. pokazał, że władze państwowe nawet nie wiedzą, ile działa w kraju ferm chowu wielkoprzemysłowego i gdzie się one znajdują. – Skoro nie ma wiedzy o tych fermach, to i nadzór nad nimi jest praktycznie żaden. […] Najgorzej wygląda nadzór weterynaryjny, który się tymi fermami nie interesuje, traktuje je jako zwykłe gospodarstwa hodowlane. Ale co się dziwić, jeśli ujawniono taki na przykład przypadek, że lekarz weterynarii, teoretycznie odpowiedzialny za nadzór nad fermą, jednocześnie wykonywał w tej fermie odpłatne usługi weterynaryjne – alarmował wówczas Janusz Wojciechowski, wiceprzewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego i b. szef NIK.

Na pytanie, jak ocenia ochronę zdrowia konsumentów przez państwowe służby kontrolne, dr Hałat odpowiada krótko: „Jak najgorzej”. Lekarz zwraca uwagę, że norm nie spełnia nieraz już surowiec wykorzystywany w produkcji żywności: Żywność składa się w 80-90% z wody, dlatego jeżeli mówimy o jakości produktów spożywczych, to musimy też mówić o wodzie. Większość firm stosuje do produkcji zwykłą wodę z kranu, nierzadko o fatalnej jakości.

Niebezpieczne bywają zwłaszcza drogie surowce i produkty gotowe, jak np. miód. Ten krajowy często mieszany jest z chińskim, znacznie tańszym, przy którego produkcji stosowany jest chloramfenikol, jeden z najbardziej toksycznych antybiotyków, powodujący m.in. uszkodzenia szpiku kostnego. – Kilka lat temu wykryto go w miodzie i wycofano partię z rynku, od tego czasu – cisza. A przecież z literatury wynika jednoznacznie, że w innych krajach służby nadal wykrywają i wycofują z rynku skażony miód – mówi Hałat.

Widzi on także zagrożenie dla zdrowia konsumentów w bezkrytycznym traktowaniu produktów wprowadzonych do obrotu na obszarze Unii Europejskiej i rezygnacji z ich badania. – Tymczasem importerzy produktów fałszowanych lub zawierających składniki zagrażające zdrowiu, w sposób bezczelny szukają takich miejsc w Europie, gdzie mogą za łapówkę wprowadzić towar do obrotu na terenie całej Wspólnoty.

O niewydolności systemu może też świadczyć przypadek ptasiej grypy. Dr Hałat przypomina, że mimo pouczeń ze strony państwowych służb, iż temperatura 72°C jest zabójcza dla drobnoustrojów, w każdym sklepie można było znaleźć wędzone produkty drobiowe, posiadające przy stawach czerwoną krew. Był to jednoznaczny dowód, że w procesie produkcyjnym wspomniana temperatura nie została osiągnięta. – Opowieści o tym, co należy robić w domu, powinny być lansowane publiczności, gdy służby kontrolne zadbają, by producenci żywności nie łamali prawa sanitarnego – komentuje.

Inny przykład „widocznej gołym okiem” impotencji systemu, to ignorowanie prawnego obowiązku wywieszania w handlu informacji o tym, że dany produkt został poddany napromienieniu. Nigdzie się ich nie spotyka, powszechne są natomiast nie kiełkujące nigdy czosnek czy cebula z Chin, ewidentnie poddane temu zabiegowi.

Gdzie inspekcji pięć…

Zdaniem Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, lekarstwem na wiele niedomagań służb kontrolnych byłoby ustanowienie Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności, która zastąpiłaby Inspekcję Weterynaryjną, PIORiN oraz IJHARS. – Praktycznie zakończył się już etap ustaleń międzyresortowych, zostały zgłoszone różnego rodzaju uwagi, które aktualnie są rozpatrywane przez ministra. Dlatego można powiedzieć, że ustawa jest nadal w fazie projektowania. Gotowy projekt, zgodnie z planem prac rządu, powinien zostać opracowany do marca tego roku – informuje Jacek Ostapczuk z Departamentu Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii, odpowiedzialny za opracowanie założeń do projektu ustawy.

System „od pola do stołu” – czyli sprawowanie przez jeden podmiot nadzoru nad obrotem materiałem siewnym, wytwarzaniem i stosowaniem pasz, jakością handlową artykułów rolno-spożywczych itp. – ma zapewnić zwiększenie bezpieczeństwa i jakości żywności. Ponadto, kompleksowe kontrole mają być szybsze oraz generować mniejsze koszty dla budżetu i przedsiębiorców.

Zdaniem dr Agnieszki Szymeckiej-Wesołowskiej z Centrum Prawa Żywnościowego (www.food-law.pl), do pozytywnych aspektów planowanego modelu należy to, że w dużym stopniu zmniejszałby rozproszenie obecnych struktur i zwiększał przejrzystość ich działania. Dzisiejszy podział kompetencji pomiędzy poszczególnymi inspekcjami nie zawsze jest jasny, ich działanie regulują różne ustawy, a współpracę – w dużej mierze porozumienia, a nie „twarde” przepisy.

Jednym z głównych plusów propozycji ministerstwa jest to, że zakłada ona nadanie planowanej inspekcji statusu niezespolonej, tj. niezależność terenowych struktur kontrolnych od wojewodów. Ma to tę podstawową zaletę, że pionizacja i „centralne kierowanie” ułatwia zarządzanie kryzysami, np. gdy choroby zakaźne zwierząt przekraczają granice województw – mówi dr Szymecka-Wesołowska. Dodaje też, że obecnie konsumenci nie wiedzą, która inspekcja czym się dokładnie zajmuje i do której się zwracać, jeśli napotkają na nieprawidłowości. – Na pewno w tym kontekście konsolidacja inspekcji byłaby korzystna.

Zwraca jednocześnie uwagę na słabe punkty projektu. Przykładowo, poza nową strukturą miałyby pozostać zadania powierzone Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Tymczasem w założeniach ustawy nie ma ani słowa o koordynacji działań pomiędzy obiema służbami. – Obecnie zaledwie 11% zadań PIORiN ma związek z działaniami na rzecz bezpieczeństwa żywności. Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych zajmuje się przede wszystkim ochroną ekonomicznych a nie zdrowotnych interesów konsumentów, przez co kompetencyjnie bliżej jej do Inspekcji Handlowej niż Inspekcji Weterynaryjnej. Na tym tle można zatem wysnuć wniosek, że planowana konsolidacja dotyczy nie tyle administracyjnych struktur bezpieczeństwa żywności, ile struktur podległych Ministrowi Rolnictwa i Rozwoju Wsi – komentuje dr Szymecka-Wesołowska na blogu Centrum. Podkreśla ona też, że instytucjonalne umiejscowienie organu odpowiedzialnego za zapewnienie bezpieczeństwa żywności w resorcie rolnictwa może zwiększać ryzyko mieszania się interesów ekonomicznych i interesów ochrony zdrowia.

Zbigniew Hałat popiera ideę zintegrowanej służby. –Całkowitym nieporozumieniem jest to, że ledwo zamykają się drzwi za jedną kontrolą, przychodzi następna – zwłaszcza że badają nieraz te same obszary i wydają sprzeczne decyzje. Samą kontrolą znakowania żywności zajmuje się kilka służb: PIH, inspekcja sanitarna i IJHARS. Podkreśla jednocześnie, że dla poprawienia skuteczności działań służb kontrolnych, za zmianami organizacyjnymi musi iść zapewnienie podstaw finansowychobecnie inspekcjom brakuje środków nawet na podstawową działalność. Zwraca też uwagę, że w nowym systemie powinien być koniecznie uwzględniony Sanepid. Służba ta musi zapewnić zagrożoną obecnie ciągłość szkolenia kadr oraz opierać się na fachowcach o odpowiednim wykształceniu – dotychczas kierownictwo inspekcji zbyt często pochodziło z nadania politycznego.

Poza planem konsolidacji państwowych inspekcji, pewną nadzieję budzą także regulacje wspólnotowe. I tak np. rolnicy pobierający unijne dopłaty podlegają wyrywkowym kontrolom, również w zakresie bezpieczeństwa żywności. Natomiast same organy kontrolne podlegają audytom Komisji Europejskiej, których pokłosiem mogą być sankcje nakładane na państwa członkowskie. Ponadto w związku z harmonizacją polskiego prawa z unijnym, naszym służbom dochodzą nowe obowiązki. Od tego roku inspekcja weterynaryjna zajmuje się m.in. kontrolą przestrzegania zakazu wprowadzania na rynek środków spożywczych i pasz szkodliwych dla zdrowia, nie nadających się do spożycia przez ludzi, zanieczyszczonych substancjami niebezpiecznymi itp.

Od naszego wejścia do Unii praktyka współpracy służb kontrolnych w zakresie bezpieczeństwa żywności opiera się na obowiązkowym, wspólnotowym systemie RASFF, czyli systemie wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach. Zarówno w Głównym Inspektoracie Weterynarii, jak i w Głównym Inspektoracie Sanitarnym funkcjonują punkty kontaktowe tego systemu, tzn. weterynarze zgłaszają do niego wszelką żywność pochodzenia zwierzęcego, która nie spełnia wymogów bezpieczeństwa, natomiast inspektorzy sanitarni – pochodzenia roślinnego. Takie informacje, zebrane w formie elektronicznej, łatwo później przekazać „w teren”, np. gdy trzeba wycofać jakiś artykuł z obrotu – wyjaśnia Jan Bondar.

Strzeż się tych mięs

Choć mamy prawo domagać się od państwa kontroli nad bezpieczeństwem i jakością żywności, inspektorzy nigdy nie ochronią nas do końca. Dlatego dużo zależy od nas. Choćby z tego powodu, że skład wielu produktów spożywczych nie jest regulowany i jeśli tylko nie zawierają np. niedopuszczonych środków, inspektor jakości może jedynie sprawdzić, czy są zgodne z deklaracją producenta.

Tymczasem informacji na etykietach poszukuje tylko co piąty Polak, a ponad 3/4 badanych odpowiada, że przy wyborze produktu decydującym kryterium jest cena. Nie trzeba być inspektorem, żeby się domyślić, iż kiełbasa w cenie 4 zł za kilogram raczej na zdrowie nam nie wyjdzie…

Należy także pamiętać, że skuteczny nadzór nad żywnością leży w naszym wspólnym interesie nie tylko jako konsumentów. Polska traci wiarygodność jako państwo cywilizowane, kontrolujące produkty tak, by konsument mógł być bezpieczny, oraz gwarantujące jakość eksportu – mówi Kryda. Dr Hałat podsumowuje: Zamiast wymachiwać szabelką i twierdzić wszem i wobec, że polska żywność jest najlepsza oraz wydawać pieniądze na jej promocję, należałoby te środki przeznaczyć na usprawnienie systemu kontroli. Bo obecnie jeśli jakiekolwiek państwo czy koncern zechce wykazać, że powinniśmy zostać z żywnością w naszym kraju, wystarczy że opublikuje wyniki badań zawartości w niej dioksyn czy GMO.

Natalia Królikowska, Michał Sobczyk

Natalia Królikowska

(ur. 1985) wojująca aktywistka społeczna, łodzianka. Z wykształcenia polonistka i kulturoznawczyni, z wyboru weganka, a z przekory głęboko wierząca chrześcijanka. Miłośniczka Dostojewskiego, Szestowa i Bierdiajewa oraz Amona Tobina, Bonobo i DJ-a Krusha. Publikuje na łamach „Arterii” i „Tygla Kultury”.

Michał Sobczyk

(ur. 1981) – absolwent ochrony środowiska, obecnie pracownik branży gastronomicznej. Od urodzenia mieszka na łódzkich Bałutach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>