Fenomen gówno wartych prac

Illustracja - John Riordan

Ilustracja – John Riordan

W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 60. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 20. XX w. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

* * *

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód? I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

David Graeber
tłum. Michał Michalski

Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie STRIKE! (lato 2013). Z pełnymi wydaniami magazynu można się bezpłatnie zapoznać na jego stronie internetowej: http://www.strikemag.org/.

David Rolfe Graeber

(ur. 1961) – amerykański antropolog, publicysta i aktywista obywatelski. Obecnie związany z London School of Economics, wcześniej m.in. wieloletni pracownik Yale University (nieprzedłużenie z nim umowy, mimo znaczącego dorobku, stało się to przyczyną międzynarodowych protestów; podejrzewa się polityczny kontekst decyzji). Naukowo zajmuje się m.in. teoriami wartości, jako działacz obywatelski angażował się w protesty przeciwko światowym szczytom ekonomicznym, był też jednym z ważnych inicjatorów ruchu Occupy Wall Street (współorganizował pierwsze protesty w Nowym Jorku, a ponadto, zdaniem magazynu „Rolling Stone”, jest autorem sloganu „Jesteśmy 99%”). Pochodzi z zaangażowanej politycznie rodziny robotniczej, określa się jako anarchista, należy do radykalnej organizacji syndykalistycznej Industrial Workers of the World. Autor m.in. następujących książek: „Toward an Anthropological Theory of Value: The False Coin of Our Own Dreams” (2001), „Fragments of an Anarchist Anthropology” (2004), „Possibilities: Essays on Hierarchy, Rebellion, and Desire” (2007), „Direct Action: An Ethnography” (2009), „Debt: The First 5000 Years” (2011), „Revolutions in Reverse: Essays on Politics, Violence, Art, and Imagination” (2011), „The Democracy Project: A History, a Crisis, a Movement” (2013).

106 odpowiedzi na „Fenomen gówno wartych prac

  1. Arek pisze:

    Tak … to prawda …
    Tak samo jak to że ten tekst też jest gówno wart.

    Tu nie ma żadnej filozofii. Czysta matematyka. Rozkład Gausa jest bezwzględny.
    Ilość zdolnych ludzi jest określona i … niewielka. Ci będą robić co lubią i cieszyć się pracą, życiem..
    Ilość przeciętnych i mniej przeciętnych i zwyczajnie słabych jest przerażająco ogromna…
    Nie, nie żeby byli głupi … są zazwyczaj bardzo sympatyczni, tylko po prostu brakuje im tego czegoś..
    W każdym razie to oni tworzą tą szarą masę, ktora robi co im TV powie. Którzy marzą o nowym lepszym świecie, o tym żeby było sprawiedliwiej (dla nich rzecz jasna), sfrustrowanych że to wszystko takie trudne …

    A czemu robią te wszystkie niepotrzebne rzeczy ? bo nie rozumieją po co to robią. Jakby rozumieli to:
    * potrafili by to zautomatyzować, poprawić
    * awansowaliby
    * poszliby w diabły i zrobiliby coś pożytecznego..

    • Szara Masa pisze:

      Arek z Twojego komentarza wynika (piszesz o szarej masie w 3-ciej osobie) że wierzysz iż Ty do niej nie należysz. Możesz uważać się za przynajmniej odrobinę bardziej zdolnego lub bardziej świadomego prawdziwego sensu życia.

      I tak uważamy wszyscy bez wyjątku,
      Z poważaniem,
      Szara Masa

      • Luki pisze:

        Ja mimo wyższego stanowiska – awansów i sukcesów, miewam poczucie bezsensowności własnej pracy( czasem) – też po poście Arka poczułem się jak szara masa :) !!
        Arek ,To musi być ktoś wybitny -ktoś poza naszym 38 milionowym społeczeństwem jednej wielkiej szarej masy.

      • ... pisze:

        Arek o wszystkich pisał w trzeciej osobie, chciałbym zauważyć…
        I jak najbardziej się zgadzam — „bezsensowna praca” jest właśnie dla tej szarej masy, która nie ma pomysłu na siebie i swoje życie.
        Poza tym nie oceniałbym jej tak machnięciem ręki. Nie wiemy, co by było, gdyby nie była wykonywana.

      • Pan Z pisze:

        Nie rozumiesz słowa pisanego. To jest pisane z pozycji narratora, o pierwszej grupie też pisze w trzeciej osobie. Oczywiście ciężej to zauważyć, bo nie byłoby się do czego przypieprzyć

    • gość pisze:

      Racja co do meritum – ale po co tyle błędów ortograficznych? :)

    • Krzysiek pisze:

      Ale co powiesz ludziom z drugiego końca krzywej Gaussa? Ja rzygam swoją dobrze płatną, teoretycznie twórczą pracą, która nie wnosi nic dobrego dla ludzi, dla świata itd. Mam poczucie nieustannego marnowania czasu, podczas gdy odłogiem leży rodzina, życie intelektualne, relacje międzyludzkie (i – last but not least – polityka).

      • Kasia pisze:

        Ale właśnie o tym był powyższy artykuł ;) O wszystkich specjalistach, managerach – twórczych, inteligentnych, którzy wykonują bezsensowną pracę. Autor artykułu w domyśle wyżej stawiał rzemieślników i robotników, których praca jest użyteczna.

      • MM pisze:

        Dokładnie tak….
        A a propos szarej masy – to wcale nie są ludzie głupsi, czy mniej kreatywni. Po prostu nie mieli szansy odkryć wielu rzeczy w sobie i wokół..

    • Jarek Prz pisze:

      Dla Ciebie tekst jest gówno wart, bo podejrzewam, że sam wykonujesz gówno wartą pracę, co dodatkowo podkreślasz bzdurnymi argumentami.

    • leo0444 pisze:

      Ales ty glupi lub wyrachowany!!

    • Dźwiedź pisze:

      Skąd wygodne, odgórne założenie, że ludzie są mniej zdolni, z natury bierni życiowo itp ??
      Pawłow przeprowadził kiedyś mało humanitarny eksperyment, w którym psy zamknięte w klatkach raził prądem. Psy po kilku porażeniach, nie mogąc wydostać się z klatek, doznając poważnego załamania nerwowego, psy popadały w marazm i otępienie do tego stopnia, że nawet gdy klatki otworzono na oścież – nie uciekały przed kolejnymi porażeniami, tylko leżały.
      Teza, że podobnie jest obecnie z ludźmi – moim zdaniem jest równoprawna. A ta niewielka, może bardziej odporna część ludzkości być może powinna wziąć dupy w troki i zacząć robić coś, żeby budzić pozostałych. Mam makabryczne i banalne skojarzenia z Matrixem :)

      • oliwia pisze:

        Wyuczona bezradność to eksperyment Seligmana, nie Pawłowa.

      • medzikone pisze:

        Budzenie ludzi?
        Kiedy rozmawiasz o tym co dzieje się na świecie z ludźmi wykształconymi, często można usłyszeć, że po co w ogóle tym się przejmować, skoro na nic nie mamy wpływu…
        Ręce opadają

    • Szarak z Zeta Reticuli albo okolic pisze:

      Jako szara masa z talentu oraz pochodzenia zgadzam się z tym artykułem w 95%.

      Po pierwsze to ludzie, nawet w masie, są przeliczalni. Nie „ilość” tylko „liczba”. Po drugie bardzo wielu spośród nich uważa się za wyjątkowych. Fakty są jednak takie, że tylko część może być tymi wyjątkowymi. I wbrew mitom i wierzeniom części społeczeństwa, nie odgrywają tu i nigdy nie odgrywały pierwszych skrzypiec, takie względy takie jak talent. Na pierwszym miejscu jest pochodzenie.

      Dużą zmianą w naszej mentalności jest egalitaryzm tzn. zwrócenie uwagi na potrzeby tych szarych mas. Tak wcześniej nie było i wygląda na to, że ten kres ma się ku końcowi. Społeczeństwa znów będą ukierunkowane na elity i głównie to ich potrzeby mają być zaspokajane.

      Z nieznanych mi jednak powodów tak jak co drugi Polak wierzy, że miał przodka z dworkiem i herbem, tak teraz co drugi wierzy, że będzie on i jego dzieci należał do tej elity.

    • Kropka pisze:

      Nie wierze w ograniczona ilosc ludzi zdolnych. Wierze natomiast, ze sa ludzie, ktorzy nie wierza w siebie, a systemowi szkolno-wychowawczemu udalo sie wmowic im, ze sa gowno warci. Ten komentarz jeat taki jak polska szkola albo jak kiepski nauczyciel, ktory wmawia dziecku, ze jest szary i nieciekawy. W zdrowej szkole i w zdrowym spoleczenstwie jest miejsce dla wszystkich dla kazdej indywidualnosci. To ze ludzie sa kiepscy, tzn ze nie robia tego co lubia albo do czego maja predyspozycje. A dlaczego? Poniewaz nie udalo im sie odkryc czego chca i w czym sa dobrzy. Nasz system usrednia, wiec nie ulatwia odkrywania wlasnych mozliwosci.

    • mM pisze:

      Zastanawia mnie tylko, gdzie Ci wszyscy robotnicy, mechanicy, nauczyciele i cała reszta wykonujących niezbędne do życia zawody by pracowała, gdyby nie Ci ludzie na tych „niepotrzebnych” stanowiskach tworzących te „niepotrzebne” korporacje. Ilu mechaników byłoby potrzebnych gdyby nie wciąż rozwijający się przemysł samochodowy – rozwijający się dzięki menadżerom, finansistom i innym nic nie robiącym zawodom. Umówmy się – zostać mechanikiem może prawie każdy ucząc się przez rok w warsztacie. Zostać prawnikiem – już nie każdy może, tak jak nie każdy jest w stanie skończyć jakiekolwiek studia. Tekst jest moim zdaniem jednostronny, opisuje fragment rzeczywistości ale nie bierze pod uwage wszystkich znaczących czynników.

  2. ZryjGlebe pisze:

    Ale przypadkiem to nie rynek i zapotrzebowanie wymusza takie a nie inne kierunki rozwoju?, gdyby nie bylo tylu naciagaczy, szumowin probujacych zerowac na czyims sukcesie, to nie musialo by byc prawnikow ktorzy by bronili swoich corpow przed tymi osobnikami. To samo tyczy sie innych zawodow z pozoru bzdurnych. Sa bo my(ludzkosc) sami je wymuszamy aby powstawaly. To sie nazywa kapitalizm, a nie 2000 robotnikow przy tasmie, bo wodzu tak powiedzial, wiec tak bedzie.

    • Joanna pisze:

      Tak, zgadzam się i tutaj warto (moralnie) zwrócić uwagę, że rynek rozwija się dzięki/z winy pewnej ludzkiej słabości i nikt, powtarzam nikt za tym nie stoi.

  3. Sabocat pisze:

    No właśnie, RYNEK wymusza. I tu tkwi sedno problemu; ludzie, którzy mogliby realizować pasje, przyczyniać się do rozwoju kultury, nauki, czy choćby być ich „konsumentami”, marnują czas i energię na prace, bzdurne same w sobie, bo to wymusił rynek – nie wydaje wam się, że to trochę „nie halo”, żeby coś, co powstało, by ułatwić ludziom życie – bo pieniądze, a wcześniej barter, raczej nie miały służyć na początku same sobie, a raczej wymianie towarów i usług – teraz staje się jego władcą?
    Jeszcze jedno. Rynek nie równa się z zapotrzebowaniem – błagam Cię, nie wciskaj mi, że jest takie zapotrzebowanie na telemarketerów czy menedżerów ds. tego i owego, gdy brakuje choćby ratowników medycznych.

    • Ratownik pisze:

      Ratowników Medycznych nie brakuje. brakuje dla nich miejsc pracy za które ktoś chciałby zapłacić

      • Rem pisze:

        Dlaczego ktoś miałby płacić za miejsca, które nie są niezbędne?

        • Agnieszka pisze:

          Ktokolwiek co miał jakąkolwiek styczność z polskim wydaniem ratownictwa medycznego wie, że miejsc pracy dla ratowników są potrzebne, tak samo jak na SOR-ach o pielęgniarkach już nie wspomnę. System jest w tej chwili niewydolny, a ratowników medycznych po studiach bez pracy jest także wielu.

    • XS pisze:

      Rynek nie równa się z zapotrzebowaniem, dokładnie. Rynek tworzy iluzoryczne potrzeby, teraz jest więcej towarów niż w rzeczywistości potrzebujemy.

  4. pkostek pisze:

    No to powiedzieliśmy sobie dużą część przekazu książki Atlas Zbuntowany autorstwa Ayn Rand. Tyle, że ta książka już powstała w 1957 roku. Także to co tutaj można przeczytać to nic szczególnie nowego.

    • af pisze:

      ta książka powinna być lekturą obowiązkową w każdej szkole, może wzrósłby odsetek ludzi używających mózgu do funkcjonowania a nie operujących na zasadzie kopiuj-wklej, może też zaczęliby doceniać i szanować prace ludzi produkujących potrzebne produkty a nie tylko gadających o czymkolwiek bądź…

  5. szymek pisze:

    Jest tylko jeden problem w gospodarce „kapitalistycznej” – każdy mechanik, inżynier i producent który wytwarza coś z czegoś – to dla korporacji i przedsiębiorstwa tak na prawdę KOSZT… zysk jest dopiero wtedy kiedy ten nieszczęsny telemarketer wciśnie kolejną poszwę starszej Pani i wtedy korporacja ma z czego zapłacić inżynierowi za jego ciężką i pożyteczną pracę…

    gdyby bezensowna praca telemarketera nie zwiększała zysku – tym samym nie pozwalała by inżynierowi i konsultantowi zarabiać więcej – to pewnie by tej pracy nie było…

    o tym chyba autor tego artykułu był zapomniał… zapomniał że w obecnej gospodarce liczy się zarobek… a ludzie świadomie nie są w stanie zrezygnować z tego żeby móc zarabiać więcej – najlepiej spojrzeć na te wszystkie „mikroprzedsiębiorstwa” które mogły by pracować na 1/3 etatu zarabiając 1/3 za którą mogli by się utrzymać a jednak wolą „się rozwijać” i pracować 3 razy więcej… Ot taka natura człowieka. Mieć a nie przeżywać… mieć a nie rozwijać..

    • DarthGem1 . pisze:

      „….zysk jest dopiero wtedy kiedy ten nieszczęsny telemarketer wciśnie kolejną poszwę starszej Pani i wtedy korporacja ma z czego zapłacić inżynierowi za jego ciężką i pożyteczną pracę…”

      zysk moze i tak, ale jeszcze bardziej podstawowym problemem jest to, ze NIE byloby nam potrzeba tele- i zwyklych marketerow, merchandiserow, reklam i innych tego typu „zawodow” gdyby na te produkty bylo ZAPOTRZEBOWANIE. Poniewaz czlowiek wie doskonale czego potrzebuje, a to, ze owi marketerzy”, „doradcy inwestycyjni” znajduja zatrudnienie, oznacza tylko tyle, ze producent produkuje kompletnie zbedne rzeczy i nie ma innego wyjscia jak PRZYMUSIC innych do kupowania, otherwise pies z kulawa noga by sie za ta koldra, paskiem czy plynem na porost wlosow nie obejrzal.

  6. alterego pisze:

    Wydaje mi się, że rozchodzi się o to kto dany zawód może wykonywać. Wiadomo, że sprzątaczka jest światu bardziej potrzebna niż PRowiec, ale każdy PRowiec mógłby sprzątać, a nie każda sprzątaczka będzie PRowcem. Tak naprawdę to przecież człowiek potrzebuje jeść, pić, wydalać i spać, więc defacto potrzebne zawody to rolnik, grabarz itd. a idąc tokiem myślenia autora, to wszystko inne jest przecież dla naszego wygodnictwa. Czy to TV czy cały internet, tak naprawdę kiedyś przecież tego nie było i żyliśmy. Telefony, komputery, nawet samochody też złe, bo przez nie nie ruszamy się, tylko wozimy tyłek i tyjemy. Najlepiej to na garbie chyba tyrać jak najwięcej, wówczas wtedy to dopiero naprawdę pracujemy…

  7. edekzkrainykredek pisze:

    Proponuję zatem użyć zaproponowanego eksperymentu myślowego, skasować ten wielokrotnie przytaczany, okropny, zbędny zawód menedżera i patrzeć jak ci potrzebni pracownicy pogrążają się w chaosie. Generalna teza ok, ale szkoda, że w przypadku przykładów zawodów autor posłużył się dogmatami.

    • Kasia pisze:

      Proszę jeszcze raz przeczytać artykuł. Tu nie chodzi o to, że niepotrzebni są kierownicy/zarządzający. Tu chodzi o to, że wykreowany konsumpcjonizm wytwarza coraz to dziwniejsze twory zawodowe. Mentoring, coaching, doradztwo, grywalizacja ;) Mam wrażenie, że 85% komentujących nie ogarnia przesłania artykułu.

    • eis pisze:

      Widać nie masz pojęcia, czym są tzw. stanowiska samodzielne.
      O ile robotnik (np. pracownik produkcji czy wspomniana gdzieś sprzątaczka) musi komuś podlegać, to nie zawsze tak jest.

      W mojej pracy nie ma nade mną żadnego kierownika/menadżera, który mówiłby co mam robić (podlegam bezpośrednio dyrektorowi naczelnemu, ale rzadko dostaję jakieś polecenia od niego). Pracuję na stanowisku specjalistycznym i wykonuję obowiązki wynikające z zakresu czynności dołączonego do umowy o pracę.

  8. kata pisze:

    a czy blogerzy miliardów gazet internetowych, pseudoeseiści naprawdę są potrzebni? zwolnić i do fabryk.

  9. PiskiPan pisze:

    Mam dwadzieścia lat.
    Od dwóch lat skrupulatnie przygotowywałem się do studiów dziennikarskich, poza merytorycznym absorbowaniem wiedzy potrzebnej do zdania matury na odpowiednim poziomie, również pasjonując się całą otoczką tego światka.

    Przeczytałem tekst i przez pół minuty kiwałem głową z aprobatą. Potem jednak doszło do mnie, że kompletnie się z tym nie zgadzam. Wykreowaliśmy społeczeństwo wzajemnie sobie potrzebne.

    Podane przykłady dostawcy pizzy czy fryzjera dla psów. Komu dostarczy to jedzenie? Scenarzyście, designerowi, wizjonerowi, pisarzowi itp. itd.. Nieskończonej ilości całkowicie niepotrzebnych (wg. autora) pracowników, którzy mają czelność pracować mózgiem.

    Tylko, że nie wziął pod uwagę faktu, że ten niepotrzebny nikomu dostawca pizzy jest potrzebny innym niepotrzebnym zatrudnionym (albo i niezatrudnionym, bo przecież jakże modne jest życie freelancerskie). Taki szary dostawca wraca do domu i włącza serial, wybierze nową książkę, usiądzie i zagra w grę. Cokolwiek.

    Koło się zamyka

    Lobbyści, wielcy maklerzy giełdowi, prawnicy z wall streat, albo i z Jeleniej Góry. Wszystko to samo, po prostu dostawcy inni…

    • Kasia pisze:

      Pomyśl raz jeszcze:

      Znany amerykański doradca inwestycyjny siedział na przybrzeżnej skałce w małej meksykańskiej wiosce, gdy do brzegu przybiła skromna łódka z rybakiem. W łódce leżało kilka wielkich tuńczykow. Amerykanin, podziwiając ryby, spytał Meksykanina:
      – Jak długo je łowileś?
      – Tylko kilka chwil.
      – Dlaczego nie łowiłeś dłużej – złapałbyś więcej ryb?
      – Te, które mam całkiem wystarczą na potrzeby mojej rodziny.
      Amerykanin pytał dalej:
      – Na co więc poświęcasz resztę czasu?
      – Śpię długo, trochę połowię, pobawię się z dziećmi, spędzę sjestę z moją żoną, wieczorem wyskoczę do wioski, gdzie siorbię wino i gram na gitarze z moimi amigos – pędzę wypełnione zajęciami i szczęśliwe życie.
      Amerykanin zaśmiał się ironicznie i rzekł:
      – Jestem absolwentem Harvardu i mogę ci pomóc. Powinieneś spędzać więcej czasu na łowieniu, wtedy będziesz mógł kupić większą łódź, dzięki niej będziesz łowił więcej i będziesz mógł kupić kilka łodzi. W końcu dorobisz się całej flotylli. Zamiast sprzedawać ryby za bezcen hurtownikowi, będziesz mógł je dostarczać bezpośrednio do sklepów, potem założysz własną sieć sklepów. Będziesz kontrolował połowy, przetwórstwo i dystrybucję. Będziesz mógł opuścić tę malą wioskę i przeprowadzić się do Mexico City, później Los Angeles, a nawet do Nowego Jorku, skąd będziesz zarządzał swoim wciąż rosnącym biznesem.
      Meksykanski rybak przerwał:
      – Jak długo to wszystko będzie trwało?
      – 15, może 20 lat.
      – I co wtedy?
      Amerykanin uśmiechnął się i stwierdził:
      – Wtedy stanie się to, co najprzyjemniejsze. W odpowiednim momencie będziesz mógł sprzedać swoją firmę na giełdzie i stać się strasznie bogatym, zarobisz wiele milionów.
      – Milionów? I co dalej?
      – Wtedy będziesz mógł iść na emeryturę, przeprowadzić się do małej wioski na meksykańskim wybrzeżu, spać długo, trochę łowić, bawić się z dziećmi, spędzać sjestę ze swoją żoną, wieczorem wyskoczyć do wioski, gdzie będziesz siorbał wino i grał na gitarze ze swoimi amigos…

      • XaS pisze:

        Jaki jest związek przyczynowo-skutkowy między dłuższym czasem łowienia a zakupem większej łodzi?

      • T72 pisze:

        A ja bym zakończył:
        Wtedy będziesz mógł jeździć super samochodami, polecieć w kosmos, nauczyć się jeździć na nartach, latać samolotami jeść na co będziesz miał ochotę. Głupie są takie opowiastki. Jeżeli komuś wystarcza jedzenie spanie i spotykanie się ze znajomymi w bramie żeby pić najtańsze wino (bo na inne nie ma kasy – bo po co?) to pozazdrościć, że tak nie wiele wystarcza mu do szczęścia. Są jednak tacy, którzy chcieli by znacznie więcej. Czy to znaczy, że są frajerami?

      • pat pisze:

        a co jedzą oprócz ryb? co piją? gdzie mieszkają? co robią jak im dach przecieka, albo okno ktoś wybije? kto uczy dzieci? kto sprząta? gotuje? co się dzieje gdy zachorują (przy monodiecie tuńczykowej to chyba prędziutko się sypią ;))? wiem! jedzą rybę!

  10. alex pisze:

    Autor może i troszkę racji ma, ale ludziom trzeba dać zajęcie inaczej za co będą żyć a organizm państwowy lub para państwowy jest potrzebny bo anarchia prowadzi w prostej linii do oligarchii lub tyrani w każdym razie jakiejś formy despotyzmu a to jak wiemy z historii niczym dobrym się nie kończy. Swoją drogą masom nie chce się spędzać pozytywnie życia chcą mieć więcej i więcej a jak dać im czas to kończy się jak we Francji poruchawkami i paleniem aut. 15h dziennie ok ale wtedy potrzeba by rozrywek dla plebsu no bo co by robili po całych dniach a i na każdym rogu klinikę uzależnień.

  11. Maciek pisze:

    Trochę to smutne że tyle wypowiadających się tu osób uważa, że masa jest po prostu masą samą z siebie. Tak jakby środowisko, dominujący przekaz medialny, możliwość obcowania z kulturą i jej sposób przedstawiania, zapewnienie indywidualnego podejścia w edukacji, promowanie empatii zamiast konkurencji na przykład, i wiele innych czynników wpływających na nasz rozwój, nie miały żadnego znaczenia. Po prostu większość rodzi się masą ciemną samą z siebie, ze swojej natury lubiącą seriale, niskiej jakości jedzenie i tabloidy. Jedyne co może ta masa robić to wykonywanie nietwórczej, nudnej pracy, która jednak ma pożyteczny skutek odwiedzenia jej od niszczenia tego co stworzyły nieliczne wybitne jednostki.

    W każdym człowieku jest potencjał twórczy, którego realizacja zależy właśnie od, między innymi, wyżej wymienionych czynników. To że był i jest masowo tłamszony nie oznacza, że nie może być uwolniony na większą skalę.
    Istnieją również namacalne wartości i coś co nazywa się moralnością (pomimo wielokrotnego obwieszczania ich zaniku w „ponowoczesnym” świecie). W odniesieniu do nich można w dość dużym stopniu określić jaka praca ma charakter szkodliwy, a jaka pożyteczny dla społeczeństwa oraz konkretnych osób je wykonujących.

  12. korab pisze:

    Symptomatyczne, że większość komentatorów (tych nazwijmy to stojących w obronie zawodu telemarketera czy menedżera) nie zrozumiała przesłania płynącego z tekstu. Prawdę mówiąc niespecjalnie mnie to dziwi, biorąc pod uwagę stopień neoliberalnego zainfekowania naszego społeczeństwa.

  13. Autor niestety nie bardzo rozumie realia współczesnej gospodarki, co niestety jest problemem wielu lewicowych ekonomistów. Idea skrócenia czasu pracy przez maszyny pochodzi prosto od Marksa, który niestety z ekonomii też niewiele rozumiał. Czemu? Otóż wykorzystanie maszyn prowadzi do spadku kosztu jednostkowego produktu. Tym samym spada cena. Konkurencja zostaje zmuszona do podobnych działań – spadają ceny, a jednocześnie zmniejsza się ilość pracowników bezpośrednio produkcyjnych. Jako, że niepotrzebni ludzie musza coś jeść, zmuszeni zostali do szukania pracy w działach wspierających ten typ zautomatyzowanej gospodarki. Widać to świetnie w ogłoszeniach o pracę – dobrze zarabiają inżynierowie, automatycy, logistycy, programiści, specjaliści od e-commerce, specjaliści od zarządzania produkcją. Automatyzacja produkcji podniosła jedynie wydajność, lecz nie zmieniła praw ekonomii. Pracuje się więc tyle samo, lecz produkuje więcej. Dla przykładu – kiedyś drwal ścinał piłą 5 drzew dziennie. Dziś, piłą łańcuchową, zetnie 50. Czy powinien więc zarobić 10 razy więcej? A może, po ścięciu pięciu drzew iść do domu? Mam nadzieję, że zrozumieliście. Skrócenie czasu pracy dzięki maszynom jest lewicową baśnią, wynikającą z niezrozumienia, jak działa rynek (Marks wierzył, że wystarczy ukraść środki produkcji fabrykantom i dać robotnikom, by stworzyć raj na ziemi. Zamiast tego marksistowscy ekonomiści stworzyli nędzę, zacofanie i głód, a komunizm nigdzie się nie udał.)

    • wacek pisze:

      „zmuszeni zostali do szukania pracy”
      Oj rozumieją jak działa rynek, oj rozumieją.

    • Ixi Pixi pisze:

      Drwal żadną miarą nie może iść do domu po ścięciu pięciu drzew, gdzyż musi zapracować nie tylko na siebie I innych kolegów ścinających drzewa, ale jeszcze na cała czapę administracyjną siedzącą nad nim.

      Ja pracuję w firmie, która zapewnia przewóz pasażerów między Southampton, leżacym na Wyspie Wielka Brytania, a Cowes, leżącym na Wyspie Wight. Pracuję w kawairni, więc kwalifikuję się jako ciemna masa, ale zauważam, jak jest dzielony zysk generowany przez mnie i moich kolegów na tzw. linii frontu.

      Opiszę tylko sytuację z jednego terminalu pasażerskiego.

      Ja robię kawę, piekę ciastka, sprawdzam temperatury, żeby zadbać o higienę i jakość sprzedawanych produktów. Moja praca generuje bezpośredni zysk, bo pasażerowie ustawiają się w kolejce i płacą za te ciastka, kawy i inne produkty. Mój kolega, który pracuje na pontonie, przywiązuje łodzie, żeby pasażerowie nie powpadali do wody przy wsiadaniu i wysiadaniu. On też tankuje paliwo do naszych jednostek pływających. Steward sprawdza bilety, dba o bezpieczeństwo pasażerów w czasie podróży, pomaga z bagażem, etc. Kapitan kieruje łodzia, a jego officer mu pomaga (takie sa wymogi bezpieczeństwa na morzu). Pani w kasie biletowej sprzedaje bilety, robi rezerwację, zajmuje się rzeczmi zgubionymi, etc. To, co robimy, jest bezpośrednio pożyteczne dla ludzi, którzy korzystaja z naszych usług. Jak zabraknie kapitana, pontonowego, pierwszego oficera czy stewarda, to statek nie popłynie i nie ma przewozu. Jak zabraknie mnie, to nie ma komu otworzyć kawiarni, nie ma komu robić i sprzedawac kawy i ciastek. Ergo, nie ma usług, nie ma zysku. Czy pieniądze wygenerowane przez nas płyna głównie do naszej kieszeni? Oczywiście, że nie. Nasze płace to pestka w porównaniu z płaca kierownika, który ”organizuje” nam pracę poprzez wydawanie zgody lub niezgody na urlopy, ustawianie grafików, załatwianie podmian, etc. Jego praca jest nam ułatwieniem, ale czy to, co robi naprawdę zajmuje mu 42 godziny tygodniowo? A za tyle ma płacone. Już nie wspomnę o tym, że w terminalu jest widywany raczej z rzadka, a jeśli są jakieś problemy, to już z pewnościa go nie będzie. Przeciez użeranie się z rosierdzonymi pasażerami, jeśli nie wszystko idzie dobrze, nie należy do jego obowiązków.

      Gdyby jednak zysk generowany przez nas, przypadał tylko kierownikowi, to by było jeszcze bardzo dobrze. Nad nami siedzą: dyrektor gastronomii, prezes, armia księgowych, armia kadrowych, armia speców od marketing wymyślajacych, jak na statkach, na których w czasie deszczu leje się ludziom na głowy, mamy byc mili, uprzejmi i zapewniac obsługę jak w pierwszek klasie wielkich liniowców. A na samym szczycie siedzi bank, który jest właścicielem owej firmy i któremu należą się wszystkie zyski, my zaś, ciemna masa, powinniśmy być szczęśliwi i dumni, że te zyski dla owego banku generujemy. A jak się nie podoba, to for a ze dwora!

      I to dlatego drawl musi ścinać drzewa do us*nej śmierci.

      • M. Lester pisze:

        Bardzo wartościowy komentarz, podzielam opinie :)

      • 555 pisze:

        Racja, panie Ixi Pixi. Pan i panu podobni wykonuja robote, przynoszaca zysk, a dostajecie marne grosze z tego zysku. Gruba forsę zgarniaja prezesi, wiceprezesi, dyrektorzy, kierownicy i tym podobne „fat cats” – tluste koty. Mają tej kasy tyle, że swoim córkom i synowie zapewnia studia na renomowanych uczelniach a potem -robotę w zarzadzie tego promu, albo w zarzadach innych firm , gdzie dobrą prace dostaje sie po znajomosci. A pan, panie Ixi Pixi, chociaz jest pan chyba od nich madrzejszy, bedzie parzyl kawe do zas….. smierci i i cieszyl sie (?), że ma pan prace, ai nie jest skazany na zasilek. Wiec niech pan raczej siedzi grzecznie przy swoim ekspressie i trzyma jezyk za zębami, jak przyjdzie podawać kawkę i ciatseczko jakiemus prezesowi. OK?

    • Tomek pisze:

      pierwszy w pełni rozsądny komentarz pod tym tekstem :)
      Marnotrastwo i rozrośnięta ilość niepotrzebnie wykonywanej pracy praktycznie w całości ma swoje źródło w ideologii socjalistycznej – czyli żerowaniu na ludzkiej naiwności (czego już autor artykułu niestety nie dostrzegł a wręcz przeciwnie oskarża o to prawicowe myślenie ;D co jest delikatnie mówiąc kpiną. W demokratycznym społeczeństwie niestety populistyczne hasła bardzo łatwo jest przeforsować i pod płaszczykiem np. niesienia pomocy pokrzywdzonym, biednym, wykluczonym, czy jakiejś innej wzmożnonej walki z jakimś istniejącym bądź nie złem, ochrony środowiska itp id.(niestety dużo tu można mnożyć takich przykładów),- ułożyć sobie całkiem wygodne życie …a tak całkiem przy okazji sukcesywnie wprowadzać do gospodarki destrukcyjne mechanizmy (głownie jest to we wszelakich formach próba kontrolowania społeczeństwa, potem kontrola kontrolujących itd co z czasem staje się coraz bardziej kosztowne (rosną podatki, korupcja, represje i ucisk wobec jednostek które realnie pracują w tej gospodarce) I te koszty zabijąją efektywne wykorzystanie zasobów i wcześniej czy później skutkują konfliktem w niezadowolonym społeczeństwie, To wszystko nie ma już nic wspólnego z kapitalizmem, którego istotą jest wolność działania (ale i odpowiedzialność), własność i sprawiedliwość (skuteczna ochrona prawna tych wartości), I jak długo uda się w danym społeczeństwie utrzymać funkcjonowanie tych idei tak długo jego dobrobyt się będzie polepszał. Takie jest moje zdanie i się z nim zgadzam ;)

      • zjfjfjd pisze:

        Oczywiście najlepiej by było gdybyśmy mieli skrajnie zdewastowane środowisko jak w Chinach. Wtedy na pewno by się nam wszystkim żyło lepiej.

    • stefan pisze:

      od kiedy to cena zależy od kosztów produkcji?
      marketingowcy są po to by coś co kosztuje niewiele kosztowało wiele.

  14. korab pisze:

    „niezrozumienia, jak działa rynek” (28-09-2013 o 16:57)

    Nas, drogi kolego, nie interesuje żaden „rynek”. To bowiem, co zowie się rynkiem, nie jest niczym innym niż interesem kapitału (w obecnej wersji kapitalizmu – przede wszystkim interesem banków, korporacji itp.). Dlaczego więc mielibyśmy cokolwiek rozważać z jego punktu widzenia? Czyż interes kapitału jest naszym interesem?

    Zresztą patrząc twym sposobem można w sumie równie dobrze np. literatom opisującym życie w obozach koncentracyjnych zarzucić nieznajomość reguł rządzących kacetami.

    Tak że – spokojnie z tym „rynkiem” i jego „prawami” (ewentualnie na onet.pl z takimi mądrościami).

    • @korab „Nas, drogi kolego, nie interesuje żaden „rynek”. Dlaczego więc mielibyśmy cokolwiek rozważać z jego punktu widzenia?”
      Nas nie interesuje grawitacja. Dlaczego mielibyśmy rozważać cokolwiek z jej punku widzenia? – więc skaczemy z okna…
      I dziwimy się niezmiernie, że dupsko boli. Taka niesprawiedliwość społeczna! :)

      • jan pisze:

        a ‚rynek’ to jakiś zastany element natury? może jeszcze ‚wolny rynek’?
        już nie mogę tych bzdetów.

        • Karolina pisze:

          Mnie też to rozwaliło. Najwyraźniej rynek jest czymś zewnętrznym, danym nam z góry, wręcz niepodważalnym! Pewnie narodził się wraz z Wielkim Wybuchem. Jest niezmienny jak prawa fizyki …:D.

          • Krzysiek pisze:

            Rynek, a więc suma wszystkich transakcji zawieranych między ludźmi jest jak najbardziej naturalny, a prawidła nim rządzące (na przykład takie, że dobrowolna transakcja przynosi korzyść obu stronom) są niezmienne odkąd pierwsi ludzie się czymś wymienili. Rynek jest tak samo niezmienny jak ludzka psychika, czyli prawie w ogóle: zawsze będziemy dążyć do maksymalizacji korzyści, zaspokojenia potrzeb, przy jak najmniejszym wysiłku, kosztach – można to porównać do praw fizyki, ale od ludzkiej psychiki zdarzają się wyjątki, a od grawitacji nie :)

          • Damian_T pisze:

            Świetny komentarz :D

  15. oes pisze:

    odpowiedź na Wasze dywagacje, problemy i pytania jest tyleż prosta co smutna,
    na świecie jest za dużo ludzi, w Polsce jest za dużo ludzi – i nie ma i nie będzie dla nich pracy. I tyle

  16. korab pisze:

    @ 29-09-2013 o 08:38

    Po pewności wypowiadanych sądów widzę, żeś człowiek konkretny (to się dziś ceni). Co zatem konkretnie proponujesz zrobić z tymi, dla których „nie ma pracy”?

  17. Piszę to jako osoba stroniąca od wspomnianych tabloidów. Niepotrzebne zawody według was: mentoring, coaching, doradztwo, grywalizacja, itp. No dobrze, ale ktoś korzysta z tych usług, więc jednak komuś są potrzebne. Sracie do własnego gniazda, bo to są zawody typowo humanistyczne. W większości zajmują się nimi ludzie z wykształceniem psychologicznym. Co proponujecie im w zamian? PUP i MOPS, szkolenie z obsługi wózka widłowego i do magazynu? No dalej – czekam na propozycje. Umiecie tylko rzucać ładne okrągłe słówka, uprawiać słowną wirtuozerię – lingwistyczni kuglarze. Ja też widzę wiele niedoskonałości i sprzeczności w obecnym systemie, ale złożoność tego tworu przekracza możliwości pojmowania pojedynczego ludzkiego umysłu. Bo co zrobicie – zdelegalizujecie te zawody, powybijacie osoby je wykonujące, wyżej opodatkujecie? Będziecie przydzielać odgórnie ludzi do pracy według centralnie określonego zapotrzebowania na poszczególne kasty-zawody jak w antyutopii Huxleya?

    Telemarketer jest zły? Skoro są debile, którzy kupują wciskany przez niego chłam (a znam takich osobiście), to interes się kręci. Mało tego – powiesz debilom, że są oszukiwani to gotowi są ci oczy wydrapać. Zostawiasz ich ze swoją głupotą i zyskami telemarketera wynikłymi z ich prymitywnej chciwości. Czy wy nie widzicie tych fundamentalnych związków przyczynowo – skutkowych? Podobnie z idiotycznymi konkursowymi SMS-ami obrażającymi moją inteligencję, ale jak widać nie inteligencję tych, którzy na nie odpowiadają.

    Spójrzcie na siebie – butni, zadufani w sobie ignoranci. Chcą zabierać się za regulację i sterowanie społeczne, a w życiu nie słyszeli o czymś takim jak charakterystyka obiektu dynamicznego, sterowalność, stabilność układu, przestrzeń fazowa, hazard statyczny i dynamiczny, inercja układu dynamicznego, czas propagacji sygnału, przesterowanie, histereza, czułość, rozdzielczość, dyskretyzacja, kwantyzacja, niepewność pomiarowa, kumulacja błędów pomiarowych, zdecentralizowany system sterowania, synergia, itd. Chcecie dalej regulować? Wiele powyżej wymienionych problemów przekłada się na praktykę sterowania społecznego – są pewne analogie, ale co wy o nich możecie wiedzieć. Mając tą wiedzę nie bredzilibyście o swoich Nowych Wspaniałych Światach i zrozumielibyście krytykę takich osób jak Hayek czy Sowell, określający się jako zwolennik tzw. „wizji tragicznej”. Zgubna pycha lewicowego rozumu w pełnej krasie.

    „I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.”

    Nie – to jest dowód na to, że brakuje ludzi zdolnych do pełnego wykorzystania tych cudów techniki dostarczonych przez przodującą garstkę, choćby mieli je w domu na biurku, czekające na odkrycie ich potencjału, do których należy niewątpliwie piszący ten artykuł. Taka jest okrutna prawda.

    Przykład 1.

    Twórca korporacji Oracle nie planował budowy wielkiej firmy. Larry Ellison zakładał stworzenie małej firmy produkującej relacyjne systemy baz danych, zatrudniającej nie więcej niż 50 osób i spokojne, wygodne życie. Stało się inaczej. Dlaczego? Bo było zapotrzebowanie, a RDBMS Oracle okazał się wyjątkowo udanym produktem w swej klasie oprogramowania (wydajny i pionierski). Polecam douczenie się z zakresu historii rozwoju wielkich korporacji i przyjrzenie się im kiedy były na etapie dwóch – trzech pracowitych zapaleńców mających pomysł, wiedzę i pasję.

    Przykład 2.

    Jestem pewien, że technologię akceleracji grafiki trójwymiarowej powstałą pierwotnie na potrzeby gier komputerowych autor uznałby za gówno warty wybryk geeków chcących zarobić na graczach strzelanin 3D. Otóż myliłby się, ponieważ jest typowym lewicowym ignorantem (Thomas Sowell znakomicie rozpracował takich „oświeconych” mędrców). Jest to jedna z technologii dzięki którym obliczenia równoległe trafiły pod przysłowiowe strzechy, ale wykorzystać ją kreatywnie potrafi kilka promili społeczeństwa. Nie podoba mi się to, ale tak jest, więc proszę nie imputować mi chęci wspierania takiego stanu rzeczy.

    Wszystko zaczęło się od technologii akceleracji cieniowania wielokątów (Vertex Shaders, Pixel Shaders) – GLSL, HLSL, Cg, itp. Pierwszym układem udostępniającym te funkcje był procesor GeForce 3, który pojawił się w ofercie firmy NVIDIA w 2001 roku. Pierwotnie opracowane układy GPU oraz dedykowane im języki programowania wielordzeniowych jednostek cieniujących służyły tylko do akceleracji grafiki 3D w grach komputerowych. Ktoś w końcu wpadł na pomysł użycia ich do akceleracji złożonych obliczeń naukowych i inżynierskich. Niestety był to typowy hacking, ponieważ dane do obliczeń trzeba było przygotować w formacie oczekiwanym przez ówczesne sterowniki i układy graficzne. Dane wejściowe pakowano więc do tekstur, które przetwarzały jednostki cieniujące. Następnie dane musiały być konwertowane – wyciągane z tekstur wynikowych. Układ GPU traktował te dane jako wartości RGB kolorów pikseli tekstury, mimo, że użytkownik zapisywał w formie danych obrazowych dan wejściowe swoich obliczeń. W końcu wyewoluowała z tego uniwersalna technologia wspomagania obliczeń ogólnych za pomocą procesorów graficznych GPU: OpenCL, NVIDIA CUDA. Pierwszy układ obsługujący technologię CUDA to GeForce 8800 GTX pojawił się w 2006 roku. Bardzo szybko okazało się, że zastosowania tej technologii daleko wykraczają poza rozrywkę multimedialną (gry komputerowe).

    Układy znalazły zastosowanie w technice medycznej, a dokładniej w obrazowaniu medycznym. W celu zredukowania stosowania szkodliwego prześwietlania promieniami X, stosujemy badania ultradźwiękowe jako uzupełnienie prześwietleń mammograficznych. Jednak metoda ultradźwiękowa ma wady, które rozwiązała firma TechniScan Medical Systems. Jej pracownicy opracowali trójwymiarowa metodę obrazowania ultradźwiękowego, ale rozwiązania tego nie można było zastosować z powodu ograniczonej mocy obliczeniowej komputerów. Przekształcenie zebranych metodą ultradźwiękową danych w trójwymiarowy obraz w rozsądnym czasie wymagało nieosiągalnej wówczas mocy obliczeniowej i było stanowczo za drogie. Dopiero pojawienie się procesorów GPU NVIDIA opartych na architekturze CUDA i języka CUDA C pozwoliło założycielom formy TechniScan zmienić marzenia w rzeczywistość. Opracowany przez nich system obrazowania ultradźwiękowego o nazwie Svara wykonuje obraz klatki piersiowej pacjentki za pomocą fal ultradźwiękowych. System ten w ciągu 15-minutowego badania generuje 35 GB danych, które są analizowane przez dwa procesory NVIDII o nazwie Tesla C1060. Dzięki tym jednostkom lekarz po 20 minutach ma do dyspozycji bardzo szczegółowy trójwymiarowy obraz klatki piersiowej swojej pacjentki.

    Kolejne zastosowania: mechanika płynów (symulacje zachowania płynów są bardzo złożone obliczeniowo), ochrona środowiska (wspomaganie przeprowadzania symulacji reakcji chemicznych), obliczenia inżynierskie i wiele innych zastosowań, których teraz nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Każdy mający w domu komputer osobisty z nowoczesną kartą graficzną (wyprodukowaną po 2006 roku) ma do dyspozycji mały superkomputer, a jakim mogły kilkanaście lat temu marzyć wielkie ośrodki obliczeniowe, lub miały odpowiadające mu wydajnościowo wielkie szafy mainframe zajmujące wiele pomieszczeń i pochłaniające ogromne zasoby energetyczne. Pytanie – kto z was pofatygował się, aby wykorzystać jego możliwości, albo chociaż trochę dowiedzieć się o nich przynajmniej w teorii?

    Porównanie: dwa procesory NVIDIA Tesla mają moc obliczeniową porównywalną z wydajnością 128 rdzeni CPU komputera Cray XT3 i 1024 procesorów CPU komputera BlueGene/L firmy IBM. Dwuprocesorowe karty graficzne z układami Tesla można łączyć w klastry obliczeniowe, dalej powiększając moc obliczeniową…

    • wacek pisze:

      ciekawość to pierwszy stopień do piekła. i to nie Bóg to piekło stworzył lecz sam człowiek się w nie wpędzi.

    • DarthGem1 . pisze:

      ok, ale wlasnie podales przyklad na jak najbardziej POTRZEBNE produkty i technologie, ktore (jak to zwykle) wyewoluwaly z czegos zupelnie innego. Plan byl zrobic „produkt A” ale ktos inny pomyslal, czy nie dalo by sie tego zainstalowac w „rzeczy B” i bam, jest, mala rewolucja. Mysl, rozwoj, postep – nikt przeciwko teemu nie protestuje (przynjamniej ja nie). I zwroc uwage, ze natychmiast znalezli sie ci, ktorzy wykorzystali te nowe pomysly i NIKT nie musial im tego specjalnie reklamowac, podtykac, telefonowac, zachecac i promowac.

      • Piotr Zalewa pisze:

        Im nie, ale żeby powstała ekonomiczna podstawa do zaistnienia takiego produktu potrzebne było wygenerowanie rynku, który uznawany jest za niepotrzebny i taki by był, gdyby nie między innymi telemarketerzy.

  18. korab pisze:

    „to interes się kręci” (29-09-2013 o 14:32)

    A na jakiej podstawie sądzisz, iż nam zależy na tym, by „interes się kręcił”??? A może nam jest to najzupełniej obojętne? Albo nawet wręcz odwrotnie – wcale nie chcemy jego kręcenia się.

    „to są zawody typowo humanistyczne” (29-09-2013 o 14:32)

    Czyżby? Bo mnie zawsze wydawało się, że miejscem pracy powiedzmy historyka jako typowego humanisty jest np. jakiś odpowiedni instytut badawczy albo szkoła (jeśli mowa o dydaktyce).

  19. Maciek pisze:

    Wypada chyba się cieszyć, że mamy Panów z nowej prawicy, zawsze chętnych do uzmysłowienia nam (ktokolwiek się z nimi nie zgadza) w dosyć dosadnych słowach naszej głupoty i nieuctwa, trochę nas przy okazji poduczyć,i wyperswadować chęć wypowiadania się i zaangażowania się w sprawy społeczne, o ile tylko nie uzyskaliśmy odpowiedniego wyniku w teście IQ (Pan Korwin nie od dziś znany jest z twierdzeń typu „zawsze lepiej o jednego idiotę mniej” czy „dwóch żuli spod budki z piwem w demokracji mają ten sam głos co jeden profesor”). Jest to wizja, jak pisałem wcześniej, według której człowiek nie jest tworem społeczeństwa, a to czym się staje zależy wyłącznie od jego genów (i może jeszcze szczęścia).
    Będziemy więc mówić o tym że chcielibyśmy próbować zmienić społeczeństwo, tak żeby ludzie czuli się ważni, zaangażowani, bezpieczni, potrzebni, silni, żeby czuli więź z innymi ludźmi, mogli wykonywać zawody, które są wartościowe, bo to są wyznaczniki postępu cywilizacyjnego.
    Panowie będą odpowiadać (a właściwie ganić), że są to marzenia ściętej głowy i ingerencje wprost prowadzące do reżimowego zamordyzmu (wielki kapitał oczywiście nigdy nikomu jeszcze krzywdy nie wyrządził).

    Obraz dzisiejszego świata faktycznie nie jest taki prosty i nie wiem dlaczego innowacyjności miałaby pochodzić tylko i wyłącznie z chęci konkurowania z innymi czy wybicia się z biedy, kiedy wiemy choćby, że narzędzie za pomocą którego się tu komunikujemy zostało stworzone przy pomocy środków publicznych w USA.
    Sytuacje, w których dana technologia okazuje się mieć znacznie bardziej społecznie przydatne zastosowanie niż w pierwotnych założeniach nie są czymś na tyle mało oczywistym, na temat czego trzeba prowadzić oświeceniową kampanię. Podobnie jest jednak z odkrywaniem ws sobie różnych umiejętności zawodowych. Osobiście, wolę żyć w społeczeństwie które daje ludziom więcej możliwości do zostania lekarzem, naukowcem, pielęgniarzem, pisarzem, nauczycielem, rolnikiem, czy producentem odzieży, niż telemarketerem, twórcą gier komputerowych, pracownikiem instytucji parabankowej, czy też menedżerem grupy menedżerów od spraw menedżingu.
    Wolny rynek jest faktycznie w jakimś sensie jak grawitacja. W tym mianowicie, że uosabia siłę naturalną, przed którą dobrze byłoby się uchronić czy przezwyciężyć. Haiti na przykład się nie obroniło.
    Pytanie: czy chcemy społecznego darwinizmu (z elementami przebłysków łaski i miłosierdzia) czy umowy społecznej, według, której człowiek lepiej sytuowany, biologicznie silniejszy, mający większe szczęście i możliwości w życiu, ma moralny obowiązek zrobić coś dla ludzi, którzy albo tych przywilejów nie mają albo mają je w znacznie mniejszym stopniu?

  20. norbo pisze:

    Może kilka przykładów marginalizacji sensownej aktywności ekonomicznej. Psie kupki w miastach – ich uprzątnięcie jest celowe i społecznie pożądane, ratusze jednak zamiast zatrudnić ludzi, który zajęliby się tym problemem wolą przerzucić odpowiedzialność na właścicieli psów. Sprzątanie, odśnieżanie, odladzanie chodników – prace jak najbardziej użyteczne społecznie, niezbędne – obowiązek przerzucony na właścicieli nieruchomości znajdujących się przy tych właśnie chodnikach. Sortowanie śmieci – praca sensowna, proekologiczna, użyteczna społecznie – zamiast jednak zajmujące się tym zakłady samorządy wolą wystawiać różnokolorowe kubły i przerzucać obowiązek wykonania tego zadania na obywateli.

    • Ariel pisze:

      Zgadzam się z przedmówcami, że nie wszyscy rozumieją sens tego artykułu. Chodzi o to, że:
      – zawody nie tyle nie są niepotrzebne same w sobie, ale ludzie je wykonujący nie widzą w nich sensu. Kto chce byś telemarketerem ten ręka w górę. Jeżeli komuś jest miło nim być, to może pracować więcej dużą ilość godzin. Powinno być jednak tak, że trzy, cztery godziny powinny wystarczyć na tyle, aby pracownik nie musiał pod przymusem pracować więcej.
      – skracanie czasu pracy nie opiera się na tym, że po pracy nikt już nie będzie nic robił. Teraz też po pracy wykonujemy wiele pożytecznych prac, tak jak sprzątanie gówna naszego psa. Chodzi o skracanie pracy robionej pod przymusem, ze względu na konieczność przeżycia. Po prostu trzy godziny pracy takiej jak telemarketer powinno być absolutnym maksimum. Po pracy taka osoba mogłaby wykonywać wiele nieodpłatnych i pożytecznych prac dla otoczenia. Część pewnie leżałaby z brzuchem do góry i miałaby do tego prawo. Sądzę, że jednak wiele osób chciałoby się rozwijać i robić coś w czym widzi się sens.
      – nie chodzi też o to, aby utrzymać globalny czas pracy, tak jak jedna z osób pisała powyżej, aby utrzymać system i „rynek” (ta która twierdziła, że ten kto nie wie tego jest niedouczonym lewakiem). Otóż, chodzi o skrócenie czasu pracy i podzielenie jej między wszystkich. Problemem teraz jest to, że jedni pracują ciężko po 10-12 godzin po przymusem a inni po 3-4 i żyją sobie na luzie.

    • krzysztof pisze:

      Ale takto musiałbyś za to zaplacić, a może nie ma chętnych do takiej pracy, trzeba zorganizować, skontrolować rozliczyć, a tak jako obywatel też chyba możesz się przyłozyć troszeczkę do tego jak wygląda twoja okolica czy twoje w końcu śmieci i kupki, ciekawe jak człowiek tak by się załatwiał gdzię popadnie i szedł sobie dalej.

  21. Krzysztof Nędzyński pisze:

    „Bullshit job” to nie tyle „gówno warta praca”, (chociaż też) ile raczej „praca na niby”.

  22. matt kertz pisze:

    @Artur Kozubski Twój tekst jest na pewno ciekawy ale raczej nie na temat. Zarzuciłeś nas masą pojęć które miały spowodować, że zrobi się nam głupio i w porównaniu z Twoją wiedzą poczujemy się naprawdę malutcy. Niestety na mnie to nie działa: większość tych pojęć poznałem kilkanaście lat temu na studiach na Politechnice, inne były już w szkole podstawowej. Przykłady 1, 2 i 3 od czapy bo nikt by twórcom nie zarzucił że mają „gówno wartą robotę” wręcz przeciwnie. I nie zmienia to faktu że korporacjach które trzęsą wolnym rynkiem jest cała masa ludzi, którzy trzepią kasę robiąc nikomu nie potrzebne rzeczy. Korporacje są chore ( jak wiele innych organizacji w historii) i nie ma się co dziwić że zamiast robić dobry projekt robi się prezentacje które chwycą Zarząd.

  23. nowy rosół pisze:

    Przeczytałem pierwszy akapit i mi wystarczy.
    Wniosek brzmi. Sam sobie sterem, żaglem, okrętem. A jak się komuś robić nie chce to kopa w dupe i niech niech nie robi.
    „spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają” A kto im każe je wykonywać? Jak nie mają pomysłu ani jaj na co innego to niech robią co jest. A jak nie to nie. W czym problem? A jak im się nie podoba, to posiadają narządy mowy które mogą użyć.
    „Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji” Statystycznie ludzie nie mają własnych pomysłów. Chcą żreć, kopulować i spać. Jak zwierzęta.
    „wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą” No tak, tak jak w łańcuchu pokarmowym. Jedni to Producenci, konsumenci a są też reducenci;)

  24. b. pisze:

    Ciekawy artykuł, kazdy inaczej go odbiera. Psychologia. Psycika człowieka jest coraz bardziej abstrakcyjna. Coś nas ukształtowalo, rodzina, lokalna społeczność. Idealy, wartosci, materializm, duchowienstwo. To wszystko wynieslismy z domu i podworka. Dyskusja jalowa. Kazdy ma racje. Kazdy. Jednak to nie nowy problem. Teraz jednak poprzez internet jest coraz czesciej dostrzegany.

  25. b. pisze:

    Przepraszsm za bledy…. lenistwo.

  26. Muka pisze:

    Jestem konserwatorem dzieł sztuki. Moja praca jest rzemieślniczo-odtwórczo-twórcza. Oczyszczam, sklejam, wzmacniam, szlifuję, uzupełniam ubytki, złocę, maluję, aranżuję (i na koniec: dokumentuję). Wiem, że sztuka jest dla większości ludzi ostatnią potrzebą i może by się jakoś obeszli bez zabytków, bo przecież ani się nimi nie najedzą ani nie ogrzeją. I z tego powodu czasami również miewam wątpliwości co do sensu własnej pracy. Ktoś mógłby powiedzieć: „a po co wydawać pieniądze unijne/podatników na te figurki i bazgroły sprzed trzystu lat?”
    Jednak kiedy wracam wieczorem do domu i mogę policzyć, ILE namacalnych decymetrów kwadratowych dzisiaj zrobiłam albo kiedy kolejne dzieło ukazuje się swoim użytkownikom w pełnej krasie – wtedy naprawdę czuję, że uwielbiam swoją pracę. I czuję się spełniona i potrzebna.
    Natomiast zawsze współczułam ludziom, których praca polega na obracaniu wirtualnymi pieniędzmi, inwestowaniu, testowaniu całkowicie idiotycznych produktów itp. A przede wszystkim szkoda mi dzieciaków, którym nikt nie powiedział, że najbardziej satysfakcjonująca praca to konkretny fach w ręku, a nie „bycie prezesem”. One są pierwsze w kolejce do unieszczęśliwienia samych siebie w przyszłości. Chyba że komuś do życia wystarczy kasa.

  27. Krzysiek pisze:

    „Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni”
    Służę wyjaśnieniem co by było, gdyby te zawody nie istniały i czemu są (komuś) potrzebne:
    -Prezes funduszu inwestycyjnego: zajmuje się efektywniejszym lokowaniem powierzonego kapitału. Gdyby nie było funduszy, to po pierwsze wiele przydatnych firm nigdy by nie powstało, bo dostęp do kapitału byłby utrudniony, nie byłoby koniecznego pośrednika między posiadającym nadwyżkę pieniędzy, a tym mającym pomysł na biznes, ale bez pieniędzy. Po drugie prezesi banków mieliby jeszcze większe pensje, bo całą nadwyżkę pieniędzy ludzie lokowaliby tylko na lokatach bankowych :)
    -Lobbyści: istnieją tylko dlatego, że wpływają na (korzystne dla siebie lub swoich pracodawców) decyzje ludzi dysponujących aparatem przymusu. Na wolnym rynku nie byłoby lobbystów, bo nie mieliby u kogo i po co lobbować.
    -PRowcy: zaspokajają potrzebę kreowania pozytywnego wizerunku swoich pracodawców. Działają na takiej samej zasadzie jak dobry krawiec, tylko, że wynik jego pracy nie jest materialny – jak ktoś ma ochotę lepiej wyglądać/być lepiej postrzeganym, to płaci takiemu specowi od wizerunku.
    -Aktuariusz: bez nich nie byłoby możliwe funkcjonowanie żadnego zakładu ubezpieczeniowego, bez obliczeń aktuariusza upadłyby.
    -Telemarketer: to sprzedawca, o jego przydatności chyba nie trzeba nikogo przekonywać, istnieją od zawsze i będą istnieć do końca ludzkości.
    -Komornik: akurat w naszym systemie prawnym jest to osoba wykorzystująca aparat przymusu, więc nie ma co rozważać o jego przydatności. Piszę o przymusie dlatego, że przy wykorzystaniu przymusu w grę nie wchodzi dobrowolność, a więc nie powinien to być w ogóle obszar rozważań ekonomii).
    -Radca prawny: są potrzebni, bo ludzie są zmuszani do korzystania z ich usług nawet, gdy nie ma do rozstrzygnięcia żadnego konfliktu. Na wolnym rynku istnieliby tylko arbitrzy rozstrzygający według zasad na które godzą się obie strony sporu.

    • sz. pisze:

      Dokładnie. Nie mówiąc już o tym, że autor jest trochę nie na bieżąco, jeśli chodzi o temat zarządzania – już od kilku dobrych lat postępuje downsizing w stanowiskach menedżerskich, dąży się do tego, żeby struktury zarządzania rosły w szerz, zachęcam do lektury Bancharda.
      Zastanawiam się też po co nam więcej „artystów” – jest ich niewielu, bo świetnie działa tu naturalna selekcja – kiepscy muzycy po prostu nie wypływają, to chyba logiczne. To, że ktoś coś lubi robić nie znaczy, że musi od razu na tym zarabiać. Najgłośniej szczekają właśnie Ci „artyści”, co to swoją sztuką nie są w stanie się wykarmić – ciekawe dlaczego?

      • b-art pisze:

        do sz.: ojacie, człowieku, widać, że ich nie potrzebujesz, jeśli tak mówisz, napisałbym Ci wykład, ale z braku czasu i energii postaram się streścić w kilku zdaniach – dzisiaj jeszcze bardziej niż kilka dekad temu społeczeństwo jest ogłupiane pseudo artystami, dzisiaj artysta niszowy, a nawet nie niszowy, tylko po prostu dobry w swojej dziedzinie, ma bardzo mało możliwości „wypłynięcia”, wszystko od razu jest zamieniane na komercję, układy i układziki. Niestety społeczeństwo jest coraz bardziej ogłupiane masową sztuką (która nie jest naprawdę sztuką, czyli kinem akcji, muzyką pop z fałszującymi wokalistkami strojonymi w komputerze śpiewającymi prymitywne teksty), dlatego w tym brutalnym świecie mediów promujących kicz „prawdziwi” artyści raczej nie mają czego szukać. Czasem dojdzie do tego, że któryś z nich podpisze kontrakt z korporacją. Ale wtedy zazwyczaj wymaga się od niego, by przestał być sobą. Od siebie powiem Ci coś więcej – niektórzy z artystów wcale nie potrzebują wielkich wynagrodzeń, pałaców i ferrari. Wystarczyłoby im by mieć jakąś publikę i mieć co do garnka włożyć, that’s it. :)

        • sz. pisze:

          Cóż, jeśli wybiera się karierę, na którą nie ma podaży, to potem nie ma co narzekać, że za swoją pracę-pasję nie ma czego do garnka włożyć. Też nie słucham tej obecnej papki muzycznej, a gustuję w muzyce tzw. szeroko pojętej „niszowej” i przykro mi, że świat znalazł się w miejscu, gdzie disco polo przeżywa swój wielki come back, ale tak jest i nic nie da się z tym zrobić. Trzeba się dostosować i głupotą jest poświecenie się tylko jednej rzeczy, mając nadzieję, że uda się z tego wyżyć. Też mam różne pasje, ale w sferze pieniędzy pozostaję realistką – robię to, co sprawia mi przyjemność, ale też daje lepsze możliwości finansowe. I nie mam tu na myśli tego, że każdy artysta powinien rzucić swoją gitarę, pędzel czy cokolwiek i stanąć w szeregu korporacji, ale przecież każdy może znaleźć pracę, która będzie dawała mu satysfakcję i do tego pieniądze, a mniej „kasowe” pasje traktować jako wspomaganie budżetu… Płakanie, że jest jak jest, nikomu nic nie da i niczego nie zmieni.

        • ala pisze:

          a po co ma w y p ł y w ć jeśli jest n i s z o w y ?????????????

  28. mam wrażenie, że autor nie skupiał się na problematyce słabo opłacanych artystów, a mówił o zawodach ewidentnie pożytecznych takich jak np. zawód śmieciarza czy nauczyciela a dziwnie słabo opłacanych w porównaniu z pracą np różnych menadźerów, muzycy ska i pisarze s/f mym zdaniem zostali użyci jako- ich przykład- jako wisienka na torcie, nie wiem czemu ta wisienka przykuła tak uwagę. I nie trzeba wykonywać pracy „twórczej” aby mieć satysfakcję, wystarczy że człowiek czuje się istotnie użyteczny, jako były (przeżuty wypluty szybciutko) pracownik korporacji coś wiem o tym na ile sensowna bywa praca w takowej i o frustracji wywołanej kwestiami nazwijmy to „moralnymi”- no ale taką pracę „ogół” szanuje bo zapłata za nią jest więcej niż należyta, a czy szanuje nader pożyteczną i niezbędną babcię klozetową czy sprzątaczkę, albo pedagoga ze świetlicy społecznej czy opiekuna w depeesie (domu opieki) czy terapeutę zajęciowego pracującego z niepełnosprawnymi??? który zarabia najniższą krajową?? wątpię- uważam że jest to szalone.Płaca najwyższa dla pasożytów?? (wiem bo byłam- krótko ale jednak- dobrze opłacanym pasożytem, którego praca polegała na wciskaniu klientom kitu, w czym byłam dobra, zatem miałam dobre zarobki :) ) Pozatem przyznam się, iż brak muzyków ska były dla mnie bolesny, człowiek czasem musi popląsać :)) . Pozdrawiam czule

  29. Sipop Foto pisze:

    Zawody mniej lub bardziej potrzebne pojawiają się i znikają. Na dłuższą metę rynek sam reguluje takie rzeczy. Mnie bardzie martwi rozwarstwienie społeczne. Wykształcony lekarz, adwokat, inżynier, nauczyciel, ect. powinien dobrze zarabiać i zazwyczaj tak jest. Ale czy sprzątaczka, stolarz, ekspedientka nie powinni zarabiać przyjemniej godnie? Żołądki przecież mamy takie same. Nie chodzi mi o to, by wszyscy zarabiali tyle samo, ale o to, ze każdy uczciwie pracujący człowiek powinien mieć zarobki pozwalające na przyzwoite, godne życie. Zachodnie społeczeństwa, do których się zaliczamy, postawiły świat do góry nogami. Dewaluowanie pracy fizycznej przez niskie płace jest poważnym błędem socjo-ekonomicznym. Dzisiaj bez licencjatu człowiek czuje się jak analfabeta. Ludzie często już na samym starcie wiedza, że zawód który wybrali nie jest wielce użyteczny społecznie, i ze znalezienie pracy w tym zawodzie będzie raczej trudne, ale mimo to decydują się na taką czy inną uczelnię, bardziej dla ,,papieru,, niż choćby z własnego, realnego zainteresowania. Młodzież przedłuża edukację zdobywając coraz to lepsze papiery, z których finalnie niewiele wynika. Dla tej młodzieży państwo wymyśla sztuczne stanowiska pracy, które automatycznie zwiększają ogólne koszty funkcjonowania całego systemu. Za chwile w sektorze produkcji i usług zaczynie brakować specjalistów. Ale nie dla tego, ze ich nie ma lub nie można ich wyszkolić, lecz dla tego, ze praca ta jest źle płatna, a co za tym idzie, źle kojarzona. Praca fizyczna automatycznie kojarzy się co najwyżej ze skromną wegetacją. Najczęściej jednak z biedą, a ta z patologiami, bandytyzmem, kryminałem, itd. A przecież to właśnie ci ,,robole,, wytwarzają największe odsetek PKB. Społeczeństwa zachodnie posiłkują się emigracją, ale emigracja to miecz obosieczny. Emigracja z wielu krajów wywołuje poważne konflikty społeczne. Ludzie wychowani w inne kulturze maja poważne problemy z asymilacją, co tylko zaostrza sytuację. Dzisiaj jeszcze jesteśmy w stanie to kontrolować, ale co będzie kiedy dana społeczność, w demokratycznych wyborach zdobędzie władzę i zacznie zaprowadzać obce nam porządki? Może ktoś orientuje się ile jest na Świecie zdrowych (rentownych) gospodarek, w których pojecie – Deficyt budżetowy – jest tylko teorią? Jak do tej pory wydajemy więcej niż zarabiamy. Świat żyje na kredyt i wątpię aby się to kiedyś zmieniło. Tylko odnoszę wrażenie, ze ten kredyt spłacają i będą spłacać najbiedniejsi. Może warto pomyśleć o tym, ze skoro i tak żyjemy na kredyt, to przynajmniej rozdzielmy jego spłatę adekwatnie do zarobków. Większość ludzi to tzw. szara masa, ale czy to jest wystarczający powód, aby ci Ludzie byli wykorzystywani przez wąska grupę zwana ,,establishmentem,,. Parafrazując Gandhi’ego – Ziemia zapewnia wystarczająco wiele by zaspokoić potrzeby wszystkich ludzi, ale zbyt mało by zaspokoić żądze jednego. W/g najnowszych badan w 2016 r. 50% światowego PKB będzie znajdowało się w rekach 1% (jednego procenta) populacji. Coś tu chyba jest nie tak …

  30. Programista pisze:

    A ja lubię swoją pracę!

    • Programista pisze:

      Wartość pracy określa zapotrzebowanie na nią. Tak więc nie nikt inny jak ludzie tworzą wspomnianą pracę bezużyteczną.

      W Polsce nie lepiej, administracja rośnie – bezrobocie spada. Jednocześnie co chwile ludziom podaje się papkę, że górnicy mają się za dobrze, pielęgniarki chcą za dużo, stoczniowcy są niepotrzebni.

      Osobiście znam osoby, które kierują się mottem:
      „Zatrudni się w państwówce(w administracji), a będziesz miał spokojną pracę, której nigdy nie stracisz”
      Nie wiem ile w tym prawdy, ale wątpię by taka osoba zrobiła coś kreatywnego.

  31. Axel pisze:

    Tak żartobliwie: NFZ również pokazał jak ważna jest jego praca paraliżując na początku roku służbę zdrowia ;)
    Teza sensowna, choć argumenty podawałbym inne. Pracę komorników docenisz, gdy ktoś Ci nie będzie chciał oddać kasy. Ale to prawda, że trudno by wierzyciele wyszli na ulicę i palili opony, bo ktoś im nie chce zwrócić pieniędzy ;)

  32. To dobry dzień żeby porzucić SEO i zostać pisarzem science fiction.

  33. Petruszenko pisze:

    Nie każda praca musi być sensowna. Praca to praca. Mitem jest, że masz się w niej realizować czy ma sprawiać Ci przyjemność. Owe wybitne jednostki mają tego świadomość. Praca ma przynosić dochód, a w wolnym czasie masz się realizować, Jeżeli twoja pasja nie jest bezsensowna, np picie piwa, lecz ma jakąś wartość, programowanie czy jakaś praca twórcza, wtedy możesz porzucić swoją pracę na rzecz kariery. Jeżeli jednak jesteś zbyt leniwy by się realizować i udoskonalać poprzez choćby naukę języków, sport czy szeroko rozumianą pracę twórczą to przykro mi ale zostaniesz średniakiem.
    O sobie mogę powiedzieć że kończę studiowanie prawa, w międzyczasie studiowałem za granicą przez rok, udzielałem się jako wolontariusz przez 5 lat studiów, jestem członkiem stowarzyszenia na rzecz obrony cywilnej, bylem ratownikiem medycznym, przez okres studiów ciągle pracowałem (studia dzienne), znam 3 języki obce a obecnie przebywam w Afryce na praktyce zawodowej. I nie zamierzam na tym poprzestać. Jestem korespondentem do paru gazet, uczę się suahili i za 3 miesiące wracam do PL, już szukam sobie zajęcia na kolejny okres czasu. Nie realizuję się nawet w 50%.
    Praca to tylko praca, nie dopisujemy do tego filozofii… Jeżeli uważasz swoją pracę za bezsensowną zmień siebie i ją.

  34. Darek pisze:

    Mam wrażenie, że przez lata wmówiono nam, że praca biurowa jest bardziej wartościowa od pracy fizycznej i mnóstwo z nas męczy się w mało twórczej pracy umysłowej zamiast pracować fizycznie np w jakimś rzemiośle i mieć z tego satysfakcję. Rodzice ciężko pracowali i, bo takie były czasy, nie wiele się dorobili, więc powtarzali dziecku, że jak skończysz studia to nie będziesz musiał tak tyrać, tylko będziesz miał lekką pracę i w ogóle. Takie szklane domy najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma. A okazuje się, że ta praca umysłowa czasem jest bardziej wyczerpująca i na dodatek nie zawsze można zauważyć jej użyteczność. A byłbyś rzemieślnikiem, robił coś przydatnego dla ludzi.

  35. Maciej pisze:

    Ale w każdym obrocie kapitału (również tym „gówno wartym”) odcinany jest kupon dla społeczeństwa w postaci podatku. Podatku, który idzie po części również na wzniosłe badania naukowe mające rozwinąć naszą cywilizację. Jednocześnie, każdy ma prawo wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na dowolną gówno wartą usługę – jeżeli od tej rozrzutności odprowadzi podatek, to zyskują wszyscy. A decyzje o tym, które z niegroźnych usług są gówno warte są domeną systemów totalitarnych. I to był błąd tych systemów. Bo z wolności wyboru mamy więcej korzyści niż strat.

  36. misza pisze:

    Mam wrażenie że większość komentarzy to jest właśnie fenomen gówno wartych zawodów, ponieważ komentujący (wykonujący zapewne taką właśnie pracę) poczuli się urażeni, niepotrzebni i postanowili odgryźć się na autorze, którego tekstu nie zrozumieli.

    Autor nie podważa tutaj sensowności istnienia przeróżnych zawodów w dzisiejszym świecie, tylko uzmysławia że są one „tworem” obecnego konsumpcyjnego modelu życia.
    Wyobraźcie sobie co by się działo, gdyby w jednej chwili zniknęły pieniądze i ludzie musieliby korzystać wzajemnie ze swoich dóbr. budowlaniec zbudowałby dom piekarzowi, a ten piekłby dla niego codziennie bułki. każdy kto ma „fach w ręku” i potrafi zrobić coś dla kogoś innego, otrzymałby też dobra od innych. co w takiej sytuacji zrobiłby przywoływany już tyle razy telemarketer? zostałby na lodzie.
    jest to przykład abstrakcyjny ale oddaje istotę sprawy.

    Problemem dzisiejszego świata jest to ze ludzie zamiast „produkować dobra” gonią za pieniądzem, który jest tylko umownym przedmiotem wymiany tych dóbr. no bo ile są warte nasze pieniądze na bezludnej wyspie, w glębokiej dzungli czy innym miejscu poza cywilizacją. jedyne co możemy z nich zrobic to rozpalic ognisko i nie ma znaczenia czy bedzie na nich napisane 10 zł czy 200 $. Ile jest warty wtedy nasz zawód czy to co umiemy robić – wiekszość niestety odpowie – jest gówno wart!
    inaczej byloby gdybysmy rzeczywiscie pracowali 15 h tygodniowo a reszte czasu „tworzyli” to co jest nam naprawde potrzebne – budowali naturalne domy, uprawiali zdrową zywnosc itd itp..

    • Maciek pisze:

      Telemarketer próbował by namówić piekarza, że to właśnie ten budowlaniec jest w stanie wybudować lepszy dom niż inny (bo akurat budowlaniec byłby zajęty budowaniem domu) i uświadomić innych piekarzy, że w ogóle istnieje taki a taki budowlaniec, w zamian budowalaniec mógłby odpłacić się telemarketerowi (marketerowi, bo telefon też ktoś musiałby zrobić) częścią upieczonych przez piekarza bułek i zlecić poszukiwanie osób które w zamian za wybudowanie domu będą mogły mu uszyć ubrania i piekarz i telemarketer też mieliby się w co ubrać. Przykładów można mnożyć w ten sposób, że każdy miałby co robić i nawet ten gówno warty telemarketer byłby przydatny. Normalny kapitalizm tylko bez operowania pieniędzmi, nie jest to wcale jakiś abstrakcyjny przykład.

      Pozdrawiam

  37. Ras pisze:

    Urzekła mnie treść artykułu. Z drugiej jednak strony miałem chwilami wrażenie jakbym czytał na nowo napisany, ubrany we współczesny język, manifest komunistyczny Marksa.

    Zaznaczam przy tym, że tylko fragmentarycznie :)

    • nieaktualne myśli pisze:

      Powierzchownie patrząc, bo nie mam głębszej wiedzy na ten temat, a operuję na wyczuciu atmosfery wynikającej z opowieści moich dziadków – między komunizmem wdrożonym w ZSRR (bo nie mamy na myśli utopijnego) a obecnym kapitalizmem jest jedna różnica – iluzja wolnej woli.

      Co człowiek, to system polityczny. Jednym w czymś takim dobrze, innym nie.

  38. nieaktualne myśli pisze:

    Abendland upada, podobnie jak cesarstwo rzymskie i inne cywilizacje. Cykl się kończy.
    Ci, którzy trzymają władzę, to też ludzie i jedyna różnica między nimi a np. mną, czy panem Zenkiem z miotłą w ręku, to ilość posiadanego majątku, ew. inny typ osobowości.
    Prędzej czy później ludzie oderwą niepotrzebne im zajęcia, pieniądze stracą na wartości faktycznej i moralnej. Zamkną się w swoich własnych małych ojczyznach i będą czekać na kolejnych geniuszy wprowadzających nowe klasyczne piękno ducha w świat.

    Oby tylko obyło się bez zbędnego przelewu krwi. To, co jest słabe, samo umrze, nie ma się co martwić. Trzeba „tylko” nauczyć się odwagi, by odciąć się od tego, co sprawia, że cierpimy.

  39. John Doe pisze:

    Tekst bardzo sprawnie napisany. Bardzo dobra stylistyka. Po przeczytaniu 3/4 zgadzałem się całkowicie, jednak po wgłębieniu się widać, że jest to tekst pisany przez marzyciela, a nie przez realistę. Sam mam pracę, która nie powinna istnieć wg. autora tekstu. Jednak po głębszym zastanowieniu się jest to zwykły komunistyczny bełkot. Władza dla ludu! Robotnicy zapewniają, że społeczeństwo trwa! Gospodarka rynkowa wymusza to, że wymaga specjalizacji, każdy z pozoru niepotrzebny zawód daje przewagę rynkową nad innymi firmami, które takich zawodów nie posiadają. Sam posiadam taki zawód i po początkowym zadowoleniem z tekstu, uznałem go za typowe narzekanie- „Kiedyś było lepiej”. Oczywiście szanuję rolników i śmieciarzy- ich praca jest „namacalna”. Bez ich pracy syf zaleje ulice i nie będziemy mieli co jeść. Jednak te niepotrzebne zawody decydują o przewadze konkurencyjnej i są diamentem, szlifującym do perfekcji kapitalistyczną machinę- może to i smutne, może nie. Jakby co to możemy zrzucić okowy i wrócić do zbieractwa i łowiectwa, rolnictwo też nie jest potrzebne. Jesteśmy pomiędzy rajem utraconym, a Nowym Wspaniałym Światem. Podsumowując- nawet starożytni mówili, że żyją w najgorszej epoce, „kiedyś było lepiej”.

    A tak naprawdę to- drzewa zrzucają liście, rodzą się dzieci, trwają wojny, ludzie się kochają.

  40. Mika pisze:

    polecam tekst Krzysztofa Lewandowskiego „Postekonomia Robotów”

  41. KZ pisze:

    Zgadzam się z autorem, niektóre stanowiska to jakaś totalna bzdura. Przykładem może być praca asystenta, przez niektóre korporacje szumnie nazywana Executive Assistant. To świetny sposób spędzenia 8 godzin pracy na nierobieniu niczego ważnego, przynoszącego zmianę czy pomoc. Obowiązkiem może być np. zamówienie taksówki gdyż szef nie ma na to czasu …, zarezerwowanie stolika w restauracji, zorganizowanie zapasowej ładowarki, układanie kalendarza. Wszystko to dlatego, gdyż szef nie ma czasu, jest kimś ważniejszym, jego niesamowita inteligencja powinna być skupiona na jego niezwykle ważnej pracy a nie na układaniu swojego grafiku. Asystent całą swoją energię i intelekt ma marnować na polepszenie sytuacji zawodowej swojego managera….nie swojej :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>