Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Jednym z większych przekleństw naszego kraju jest to, że zdecydowana większość tych, którym się udało coś osiągnąć (zarobić duże pieniądze, zdobyć rozpoznawalność albo zostać szanowanym autorytetem), jest święcie przekonanych, że wszystko to zawdzięczają głównie sobie. Gdyby dać wiarę tym przekonaniom, okazałoby się, że nasze szeroko rozumiane górne warstwy utkane są niemal z samych self-made manów, którzy do swoich sukcesów doszli wyłącznie własną ciężką pracą. A jeśli Polska lub inni Polacy mieli jakiś wpływ na ich drogę życiową, to głównie w postaci kłód niemiłosiernie rzucanych im pod nogi. Przedstawiciele naszych elit (artystycznych, sportowych, medialnych) są tak przekonani o własnej samowystarczalności, że gdyby mogli, to twierdziliby pewnie, że nawet przyszli na świat bez pomocy osób trzecich.

Taka postawa elit, które, jak wszędzie na świecie, nadają ton debacie publicznej, ma bardzo przykre konsekwencje dla naszej wspólnoty. Powoduje bowiem wykształcenie się u dużej części społeczeństwa awersji do osiągania wspólnotowych celów wspólnym wysiłkiem. Budowa silnej, dobrze dofinansowanej armii? Bez sensu, i tak się sami nie obronimy, w sytuacji zagrożenia każdy powinien sam zadbać o siebie i własnoręcznie brać nogi za pas. Redystrybucja? Hola hola, dlaczego część efektów mojej harówki ma iść na tych, którym się nie chciało? Uszczelnienie systemu podatkowego? No bez przesady, żeby jakiś urzędnik miał grzebać w moich dochodach!

Takie przekonanie o własnej genialności mogłoby może i być uzasadnione, ale tylko w kraju, w którym panowałaby idealna równość szans, czyli wszyscy obywatele startowaliby z identycznego poziomu. A takie kraje nie istnieją. Polska, co gorsza, jest od tego ideału mocno oddalona. Na równość szans składa się wiele czynników. Najbardziej oczywistym z nich jest zamożność rodziny. Dziecko z rodziny bogatej ma od początku dużo łatwiej niż potomek ubogich Polaków, który od urodzenia ma pod górkę. Na studiach nie może się skupić na nauce, ale musi dorabiać w fast foodach, żeby stać go było na bilet autobusowy albo książki. Nie wyjedzie też na zagraniczny kurs językowy, a angielskiego poduczy się co najwyżej dzięki amerykańskim płytom hiphopowym. Innym czynnikiem, istotnym szczególnie w Polsce, gdzie prowincja jest wyraźnie poszkodowana pod względem infrastruktury czy dostępu do usług publicznych, jest miejsce zamieszkania. Chłopak z dużego miasta ma zdecydowanie bardziej komfortowe warunki do nauki, niż dziewczyna z niedużej gminy, wstająca codziennie o piątej, żeby 45 minut spędzić w busie do szkoły, który dowozi ją na miejsce godzinę za wcześnie – a innego nie ma.

Jednak najważniejszym i najbardziej niedocenianym czynnikiem jest kapitał kulturowy, jaki otrzymujemy od rodziców – który jest wyjątkowo nierówny i który nie jest naszą zasługą. Oczywiście wszyscy rodzice są wspaniali, bo dali nam życie i za sam ten fakt powinni mieć nasz dozgonny szacunek, nawet jeśli niektórzy potem nazbierali sobie sporo za uszami. Jednak ich możliwości wychowawcze są już bardzo różne – co często nie jest ich winą. Rodzice mający spore zdolności przekazywania wiedzy mogą już w domu nauczyć swoje pociechy wielu umiejętności, które reszta rówieśników posiądzie dopiero w pierwszych klasach podstawówki. Ich dzieci będą więc już na starcie kilka długości przed koleżankami i kolegami, którzy takiego szczęścia nie mieli. Przedsiębiorczy rodzice już od małego będą kształtować w swych potomkach smykałkę do biznesu i życiową zaradność. Dzieci osób działających w strukturach lub blisko struktur władzy dużo zręczniej będą się poruszać w kontaktach z instytucjami publicznymi. W przyszłości nie tylko nie dadzą im się stłamsić, ale też sprawniej wykorzystają je do swoich celów – na przykład starając się o grant dla swojej fundacji będą wiedzieć, jak napisać wniosek i gdzie się z nim najlepiej udać.

Przede wszystkim jednak dzieci z rodzin o wysokim kapitale kulturowym na co dzień chłoną ogromną dawkę wiedzy i umiejętności społecznych. Przypatrują się zachowaniom swoich rodziców w nietypowych sytuacjach, przed którymi stają osoby robiące karierę. Podczas spotkań rodzinnych czy towarzyskich słuchają barwnych opisów świata albo ważnych opowieści dot. historii naszego kraju. Żeby je poznać, nie będą musiały więc ślęczeć godzinami z nudną książką, lecz dowiedzą się o nich z pierwszej ręki. Przede wszystkim jednak od najmłodszych lat będą mimowolnie budować swoje sieci kontaktów. Osoby o wysokim kapitale kulturowym najczęściej mają w gronie towarzyskim podobnych sobie. A znajomość z nimi dla ich dzieci będzie miała znaczenie niebagatelne – pozwoli zdobyć staż w Brukseli, uzyskać inwestora dla swojej raczkującej firmy albo po prostu dostać dobrą pracę.

Kraje wysoko rozwinięte niwelują różnice w kapitale kulturowym i inne czynniki wpływające na nierówność szans za pomocą szerokiego dostępu do usług publicznych. Tworzą więc sieć placówek szkolnych w taki sposób, by każde dziecko miało pod nosem dobrą szkołę. Organizują darmowe zajęcia wyrównawcze, by dzieci z mniej wykształconych rodzin mogły bezpłatnie nadrobić swoje zapóźnienia. Zapewniają sieć transportu publicznego, by mieszkańcy prowincji nie musieli się godzinami telepać do celu. Umożliwiają w każdej gminie dostęp do placówek instytucji publicznych, żeby osoby z peryferii nie traciły czasu na załatwienie każdej sprawy. I, przede wszystkim, tworzą obiektywne i transparentne mechanizmy zatrudniania i awansów, by zdolni obywatele bez nieformalnych sieci kontaktów nie byli poszkodowani. Niestety w Polsce ten proces idzie jak po grudzie, czego dowodzi najnowszy „Transition Report 2016” Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, który analizował, jak wygląda nierówność szans w krajach postkomunistycznych.

EBOiR badał, w jaki sposób czynniki składające się na nierówność szans (wykształcenie rodziców, miejsce zamieszkania, płeć i członkostwo rodziców w partii komunistycznej) wpływają na wysokość dochodów i możliwości znalezienia pracy. Niestety nie wypadliśmy dobrze. Nierówność szans wpływa w Polsce ogółem na 38 proc. różnic w dochodach. Inaczej mówiąc, w momencie naszego przyjścia na świat nasze przyszłe zarobki w porównaniu do reszty rodaków są już wiadome w dobrze ponad jednej trzeciej. Na tle innych państw postkomunistycznych wypadamy przeciętnie – jednak na to tło składają się wszystkie kraje postkomunistyczne właśnie, czyli m.in. Kazachstan (42 proc.) czy Mołdawia (40 proc.). Trudno więc uznać ten przeciętny wynik za uspokajający. W Niemczech (które dodano do analizy niejako porównawczo) nierówność szans wpływa tylko na 25 proc. nierówności dochodowych, a wskaźnik w okolicach 20 proc. ma m.in. Serbia.

Najciekawsze jednak, jak poszczególne czynniki wpływają na nierówność szans. Polska odrobiła zadanie domowe z niwelowania nierówności z powodu płci: jej wpływ na nierówność szans jest w Polsce jednym z najniższych wśród wszystkich badanych krajów i, co ciekawe, jest dużo niższy niż w Niemczech. Niestety, pod względem dwóch innych czynników jesteśmy w czołówce – i oba są związane z kapitałem kulturowym właśnie. To przede wszystkim wykształcenie rodziców (co się przekłada na ich zdolność do przekazywania wiedzy), które odpowiada za prawie 60 proc. nierówności szans w Polsce. Jest to najwyższy wynik wśród badanych krajów. Drugi czynnik to członkostwo rodziców w byłej partii komunistycznej, które w Polsce i Estonii ma najbardziej istotne znaczenie wśród krajów naszego regionu (do których EBOiR zalicza kraje bałtyckie i Grupy Wyszehradzkiej) – zwiększa ono nadwiślańskie nierówności szans o kolejne 10 proc. Ten czynnik oczywiście wiąże się z jednym z elementów kapitału kulturowego, jaki opisałem wyżej – z budowaniem sieci kontaktów. Kapitał kulturowy rodziców, na który według raportu EBOiR składają się właśnie ich wykształcenie i ewentualne członkostwo w byłej partii komunistycznej (czyli sieci kontaktów), odpowiada w Polsce w sumie za 68 proc. nierówności szans. To wynik tak wysoki, że aż trafił na okładkę omawianego raportu.

O tym, jak wielkie znaczenie ma w Polsce kapitał kulturowy rodziców, przekonują także dane Eurostatu. Zaledwie ok. 8 proc. Polaków, których rodzice mają wykształcenie zawodowe lub podstawowe, zdobywa wyższe wykształcenie. To najgorszy wynik w UE – a osiągnęliśmy go wspólnie z Bułgarią, Chorwacją, Słowacją i Czechami. Odsetek absolwentów uczelni pochodzących z rodzin o niskim wykształceniu w Estonii i Szwecji jest trzy razy wyższy, a w Wielkiej Brytanii i Finlandii nawet cztery razy. Ktoś mógłby machnąć ręką i stwierdzić, że wykształcenie zdobyte na polskich uczelniach i tak jest niewiele warte – tylko że niewiele warte byłoby takie tłumaczenie. Według analizy opublikowanej przez „The Economist”, wśród krajów OECD tylko w USA i Irlandii wyższe wykształcenie przekłada się na zwiększenie zarobków bardziej niż w Polsce. Wśród krajów wysokiej równości szans (Skandynawia, Beneluks) ma ono nawet 2-3 razy mniejsze znaczenie dla osiąganych dochodów niż nad Wisłą.

Niestety polskie instytucje państwa „dobrobytu” (jakkolwiek w naszych warunkach komicznie to brzmi) zupełnie nie radzą sobie z zacieraniem różnic w kapitale kulturowym między obywatelami. To powoduje, że kapitał kulturowy rodziców jest jednym z najistotniejszych czynników powodzenia zawodowego nad Wisłą. Wielu z nas o równym starcie może więc zapomnieć. Szkoda, że nasi rodzimi „self-made mani” przemilczają, ile dostali od swych rodziców. I to, że wielu rodaków takich atutów nie miało.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

7 odpowiedzi na „Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

  1. Michal pisze:

    Nieraz spotkałem się z twierdzeniem wielu osób, że dostały dobrą pracę samodzielnie, że one same na wszystko zapracowały. Po jakimś czasie jednak dowiadywałem się od innych znajomych, gdy nieświadomie przytaczałem przykład tych osób jako zaradnych w pozytywny znaczeniu, Okazywało się, że tym osobą dane stanowisko było oczywiście załatwione. Polska to kraj ogromnego nepotyzmu, który nawet jest chwalony, jako przykład zaradności, bo sieć kontaktów itp, To według tych osób, co niby same wszystko osiągnęły jest synonimem własnych osiągnięć.Sęk w tym, że tego typu znajomości w dużej mierze dziedziczymy. Nawet najbardziej zaradne dziecko robotników ma małe szanse na realne zaznajomienie się z kimś wysoko postawionym społecznie. To jest właśnie przykład tworzenia się nowych klas społecznych, Biedni są praktycznie zamknięci na możliwościowi awansu. Według mojej opinie jedyna chyba najbardziej,, demokratyczna” branżą, która daje jakieś możliwości awansu i oczywiście dochodów to branża IT. Jednak nie każdy zostanie i ma możliwość zostać programistą,

  2. t00l pisze:

    > Nawet najbardziej zaradne dziecko robotników ma małe szanse na realne zaznajomienie się z kimś wysoko postawionym społecznie.

    Ja wszystkich znajomych prawników, lekarzy, analityków VC czy prezesów z którymi robię biznes albo proszę o darmowe usługi (jak kolegę fizjoterapeutę żeby rzucił na coś okiem w trakcie spotkania z grami planszowymi czy kolegę lekarza mieszkającego obok) poznałem przez harcerstwo jak jeszcze mleko pod nosem wszyscy mieliśmy, gdzie nawet mundur i buty można było za darmo dostać jak któryś rodzić się tylko do drużynowego zgłosił, że go nie stać.

    Wszystko raczej opiera się na tych rodzicach – moi rodzice byli w harcerstwie, to tam poszedłem. Rodzice kolegów którzy w gimnazjum chodzili pić piwko za szkołą i mówili, że nie chcą być harcerzami, bo „gejowate są te krótkie spodenki” mieli pewnie rodziców patologicznych – pytanie jak tych dorosłych ludzi wyrwać z tego czego zostali z kolei nauczeni przez swoich rodziców, żeby mogli zająć się w lepszej kulturze kształceniem swoich dzieci.

    Pieniądze wiadomo za bardzo nie pomagają – ot, do tego wspomnianego harcerstwa każdy mógł należeć: nie tylko wspomniane mundury, ale i całe wyjazdy na obozy były za darmo jeśli któryś rodzic wystąpił o dofinansowanie – a i koledzy z piwkiem wydawali na nie okropnie duże kwoty jak dla mnie wówczas. Dodatkowy pieniądz nijak nie przełamuje tego błędnego koła.

    Pytanie, jak to nie kwestia pieniędzy i rzucenie ryby nie pomoże, to jak zrobić skuteczną wędkę? Więcej sensownych lektur szkolnych? Nieee, ludzie po prostu i tak nie będą czytać. Zmiana systemu edukacji? Na jaki? W obecnym wieku wszystko się tak szybko zmienia, że uczenie się 90% zawodów w szkole nie ma sensu – trzeba raczej uczyć ludzi jak mają się uczyć żeby sami mogli się uczyć ;)

    Irytujące jest trochę to, że ten i podobne jemu artykuły są takie negatywne, narzekające – nigdy nie kończy się to np. kolejnym krokiem, działaniem które należy podjąć. Zawsze tylko negatyw albo wyobrażenie sobie prawie utopicznego celu, bez kroków do osiągnięcia jego :(

    Uważałbym też z tym generalizowaniem, że jak ktoś ma dobrą pracę to znaczy, że po znajomości od rodziców – znam menadżera z Google którego mama pracowała jako sklepikarka w kiosku Ruchu, inżynierów którzy wyjeżdżali do Anglii i znajdowali tam na miejscu znajomych przez Reddita choćby – właściwie poza kolegami prawnikami to nikt mi nie przychodzi do głowy ze znajomych kto pracowałby w miejscu w jakikolwiek sposób powiązany z rodzicami. Uważajmy żeby nie zrobiło się z tego takie proste dissowanie tych którym się udało „bo przecież to na pewno po znajomości” – i tak już za dużo negatywnych artykułów i antagonizowania grup społecznych jest ;)

  3. S. pisze:

    „Irytujące jest trochę to, że ten i podobne jemu artykuły są takie negatywne, narzekające – nigdy nie kończy się to np. kolejnym krokiem, działaniem które należy podjąć. Zawsze tylko negatyw albo wyobrażenie sobie prawie utopicznego celu, bez kroków do osiągnięcia jego”

    – nie prawda. niniejszy artykuł jasno wskazuje rozwiązanie tego problemu: budowanie elementów nowoczesnego kapitalistycznego państwa „dobrobytu” (państwa opiekuńczego). dobrego szkolnictwa już od podstawówki, z zajęciami wyrównawczymi i kółkami zainteresowań dla dzieci (aby nawet te z mniej ogarniętych rodzin miały bodźce do rozwoju); szeroka sieć transportu publicznego; transparentne prawo – to tylko trzy z wymienionych przez autora postulatów. Jak je zrealizować i finansować, to Pan Piotr tłumaczy już w innych artykułach na łamach Obywatela, Jagielloński 24 i innych pism z którymi współpracuje.

  4. ort. pisze:

    „musi dorabiać w fast foodach”

    No, tego to się w niektórych przypadkach da uniknąć. Jeden przykład. Mój jakiś tam odległy kuzyn. Mieszka 20-25 km od Kielc. Miejscowość ta leży przy głównym w tej części kraju ciągu komunikacyjnym (eo ipso jednym z kilku głównych w skali całego kraju). Przechodzi przez nią krajowa siódemka, na tym odcinku droga szybkiego ruchu, oraz linia kolejowa Warszawa-Radom-Kielce-Kraków (LK8). Połączenie z Kielcami praktycznie nonstop. Dziesiątki busów, pełno pociągów, od tego roku podobno jeszcze więcej, nadto od kilku lat chodzi tam jedna z kieleckich dwusetek (MPK). Słowem połączenie idealne. Chłopaczyna uparł się jednak by studiować nie w Kielcach, czyli po prostu na miejscu, lecz w… Krakowie. Dlaczego? Ano wysokie miejsca krakowskiego uniwersytetu w różnych tam medialnych rankingach, podobnież wysoki poziom nauczania (nawet jeśli, to ciekawe co z jednego i drugiego może mieć student?), no i oczywiście życie studenckie, fajne imprezki, atmosfera i inne takie tam podobne banialuki. Skoro więc tak bardzo ceni sobie krakowski „prestiż” oraz krakowską „atmosferę” niech za nie płaci. Pracą w fast foodzie czy zupkami w proszku, czym tam chce. Proste. Aha, chłopaczyna nie studiuje jakiejś na przykład filologii litewskiej, której rzecz oczywista nie ma na uniwersytecie kieleckim, a osobiście nie sądzę też by była na uniwersytecie krakowskim, ale kierunek bardzo pospolity, oferowany na każdym PWSZ w każdej Mławie czy każdym Ciechanowie.

  5. ort. pisze:

    @W.P. 07-01-2017 12:52. Nie wiem, bo moim celem żadne dowodzenie nie jest. Zauważam jednak, iż przy tego rodzaju biadoleniach, w tym przypadku dotyczących lat studenckich, zwykle pada jakaś dorywcza praca (np. we wspomnianym fast foodzie) albo też powiedzmy spożywanie zupek w proszku jako dowody na niesprawiedliwość, nierówność szans i tym podobne, najczęściej w odniesieniu do studentów przyjezdnych. Ja natomiast z okresu swych studiów pamiętam osoby przyjezdne, które podczas studiów nigdzie nie pracowały (nie musiały, nie chciały, nie miały możliwości – nie wnikam), a jednocześnie osoby miejscowe, które pracowały (np. koleżanka na moim roku ze Starej Ochoty pracowała w księgarni). Co do tych zupek w proszku (czyli takiej drugiej zbitki pojęciowej). Otóż gdyby ten człowiek studiował u siebie, najprawdopodobniej nie musiałby odżywiać się zupkami. Skoro jednak dał sobie wmówić lepszość studiów w Krakowie nad studiami w Kielcach (nb. takie spojrzenie na świat jest stricte burżuazyjne, snobistyczne, by nie rzec kołtuńskie, wspierające system liberalny, stąd też to właśnie tej mentalnej patologii powinna być wydana bezkompromisowa walka) niech więc za ową krakowską lepszość płaci. Przecież to zupełnie proste (choć pozornie może bez związku z przesłaniem tego artykułu).

  6. Mariusz pisze:

    To jest dobre i tak zbieżne z moimi poglądami, że żałuję to przeczytałem. Wolałbym wysłuchać referatu. Mógłbym wstać i bić brawo, a potem, być może, uścisnąć dłoń autorowi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>