Nau(cz)ki z Grassa

·

Nau(cz)ki z Grassa

·

Oczywiście doskonale rozumiem wielką satysfakcję różnych środowisk po ujawnieniu plamy na życiorysie niemieckiego pisarza. Grass należał do czołowych moralizatorów, wielokrotnie brał udział, a nawet przewodził medialnym kampaniom spod znaku grzebania w życiorysach i rozliczania różnych ludzi z błędów popełnionych w przeszłości. Szczególnie głupio wygląda, gdy ktoś czyni coś, co potępiał u innych. W tym konkretnym przypadku groteska jest wyjątkowa – były żołnierz Waffen SS zaangażowany w wieloletnie tropienie pozostałości i odradzających się przejawów faszyzmu. Jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus, „tego nie wymyślił Hašek” – to wymyśliło samo życie.

Nic dziwnego, że „sprawa Grassa” nie tylko oburzyła, lecz także sprawiła satysfakcję wielu środowiskom. Taką satysfakcję przeżywam ostatnio dość często również ja i znam jej słodki smak. Nie będę robił szczegółowego przeglądu, wspomnę tylko o kilku przypadkach „tematycznych”.

Oto np. stowarzyszenie ATTAC-Polska było kiedyś prężną inicjatywą antyglobalistów, skupiającą ludzi z różnych środowisk. Dziś jest niewielką grupką głównie skrajnych lewicowców, bo z organizacji tej „znikło” całkiem sporo działaczy, często w atmosferze zarzutów o sympatie skrajnie prawicowe. To zarzut z gatunku takich, których nie trzeba udowadniać, a jego siła rażenia jest ogromna. W ramach rozgrywek we wspomnianym ATTAC-u pojawiły się rewelacje o tym, kto gdzie publikował 10 lat temu, kto się z kim spotkał 5 lat temu, co się komu wydaje, a o kim ktoś coś – niekoniecznie prawdziwie, ale jednak – powiedział. Oczywiście sami zainteresowani i ich deklaracje nie miały tu nic do rzeczy. Sądy kapturowe tym się różnią od normalnych, że nie obowiązuje w nich ani prawo do obrony, ani też zasada domniemania niewinności. Skazać więc można każdego za cokolwiek, jeśli tylko ktoś inny ma w tym jakiś interes, nie posiada natomiast skrupułów.

Te starannie zaplanowane kampanie oszczerstw dotknęły m.in. „Obywatela”. Naszą „zbrodnią” było to, iż – zgodnie z intencjami, jakie przyświecały stworzeniu pisma – obok autorów o poglądach lewicowych drukujemy także teksty prawicowców, a polityczną poprawność i etykietki przyklejane przez liberalny establishment jego wrogom, mamy po prostu gdzieś. Tymczasem ci sami puryści, którzy nas i innych oskarżali niedawno o „faszyzm”, obecnie intensywnie współpracują ze związkiem zawodowym „Sierpień ‘80” i Polską Partią Pracy (PPP). To ciekawy sojusz, bo liderzy związku i partii zaledwie kilka lat temu umizgiwali się do skrajnego prawicowca z Francji, Jean Marie Le Pena oraz tworzyli sojusz wyborczy z ultranacjonalistami z Narodowego Odrodzenia Polski. Obecne szefostwo polskiego ATTAC zachłystywało się oburzeniem na „Obywatela”, jednak dziś paraduje na wspólnych demonstracjach np. z wiceszefem PPP, Mariuszem Olszewskim, który nie dość, że zaliczył epizod „lepenowski” i „nopowski”, to w dodatku był wieloletnim działaczem oraz posłem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jak łatwo sprawdzić, liderzy wspomnianych sojuszniczych formacji ATTAC-u współpracowali z „faszystami” znacznie intensywniej niż my. No i co? No i nic. Nie tylko są równi i równiejsi, ale w dodatku ci równiejsi mogliby się przyzwoitości uczyć chyba nawet od pań lekkich obyczajów.

Podobną satysfakcję odczuwam, gdy w „Midraszu”, miesięczniku polskich Żydów, czytam, że czasopismo „Rewolucja” zamieszcza – zdaniem redakcji „Midrasza” – cytuję: „publikacje antysemickie”. Mam tę satysfakcję, gdyż owa „Rewolucja” jest wydawana przez Fundację Książka i Prasa, której ludzie w ramach wspomnianej nagonki w łonie ATTAC przewodzili potępianiu „Obywatela”, będąc autorami kilku donosów zawierających ordynarne manipulacje. Ba, z wydawnictwem, które odpowiada za edycję czasopisma z publikacjami – wedle „Midrasza” – antysemickimi, współpracuje sam Rafał Pankowski, jeden z czołowych polskich „miotaczy” oskarżeń o antysemityzm. Jak widać, z tą czujnością „antyfaszystowską” bywa bardzo różnie – dziwnie łatwo przymyka się na nią oko, gdy chodzi o własnych kumpli czy sponsorów.

Wznosząc się o kilka stopni wyżej i wracając do głównego wątku, z satysfakcją czytam, jak Michnik Adam poucza Wałęsę Lecha. Redaktor „Gazety Wyborczej” tłumaczy, że ex-prezydent nie powinien postponować Grassa. Wiele osób popełnia w młodości błędy, jednak nie powinny one przekreślać człowieka na całe życie. To interesująca deklaracja, gdyż gazeta Michnika Adama jak dotychczas chętnie rozliczała swoich przeciwników z błędów młodości.

Kilka miesięcy temu na przykład opisała w alarmistycznym tonie, jak pewien poseł Samoobrony, w wieku lat bodajże siedemnastu – dokładnie 12 lat temu, w dodatku w celach zarobkowych, jak twierdzi sam zainteresowany – przetłumaczył z języka obcego jakąś broszurkę narodowo-socjalistyczną. Artykuł w „Wyborczej” sugerował nie tylko, że poseł Mateusz Piskorski był wówczas zadeklarowanym hitlerowcem, lecz również i to, że podobne ciągotki nie są mu obce aż po dziś dzień. Sęk w tym, że poseł ów obecnie ma poglądy raczej lewicowe niż prawicowe, a od wielu, wielu lat nie zdradza ani cienia sympatii dla hitleryzmu. Ponieważ jednak „Gazeta Wyborcza” nie lubi Samoobrony, to czemuż nie pogrzebać w domniemanych błędach młodości jej działaczy.

Podobne przykłady, będące przyczyną trudnej do pohamowania Schadenfreude, mógłbym wymieniać dalej. Nie dziwi mnie więc, że wpadka Grassa wywołała tyle satysfakcji – ledwo skrywanej za oburzeniem – wśród wielu ludzi i środowisk. Nie zamierzam jednak w tym nastroju pozostawać, ani też podkręcać go i wyzłośliwiać się nad Grassem. Grzebanie się w obrzydliwej hipokryzji kilku wspomnianych grupek również pozwoliłem sobie wykonać po kilku latach dość cierpliwego znoszenia wielu chamskich ataków z ich strony (opisałem zaledwie wierzchołek góry lodowej).

Na co dzień zamiast takiego bagienka zdecydowanie wolę te ideały i standardy, które popularyzował i własnym przykładem poświadczał George Orwell. Zamiast wspierania prymitywnej szermierki przy pomocy „argumentów” spod znaku czyjegoś pochodzenia, sytuacji osobistej, wytykania błędów z lat dawno minionych etc., autor „Folwarku zwierzęcego” akcentował uczciwość w rozpatrywaniu racji swoich oponentów. Bywało wielokrotnie tak, że choć identyfikował się z lewicą, potrafił przyznać rację konserwatystom, a nawet ostro skrytykować w takich sporach ludzi ze swojego obozu politycznego, jeśli tylko używali naciąganych i fałszywych argumentów. Co prawda Orwell już od dawna nie może nam tych zasad przypominać na bieżąco, ale takie sytuacje, jak obecna „afera Grassa”, prowokują do ponownego przemyślenia jego postawy. Bo problem ten – inaczej niż autor „Roku 1984” – jest nieśmiertelny, a mam wrażenie, że wręcz się nasila.

Może wreszcie należałoby wprowadzić do polityki i debaty publicznej nieco rozsądku i dobrej woli. Nie wierzę w świat bezkonfliktowy. Nie mam nic przeciwko ostrym sporom, a wręcz przeciwnie – uważam je za kwintesencję faktycznej demokracji. Ale jakoś nieszczególnie utopijna wydaje mi się taka sytuacja, kiedy media wszelkich opcji politycznych zajmują się w znacznie większej mierze merytorycznymi argumentami swoich przeciwników oraz ich równie merytorycznym odpieraniem. Rezygnują natomiast z wyciągania im mało istotnych błędów młodości, z grzebania w życiu osobistym, z bezmyślnego obrzucania epitetami (lewak, faszysta, populista, liberał, komuch, katol, itd.), z preparowania – za pomocą przemilczeń czy wyrywania z kontekstu – fałszywej wizji ich poglądów. Oczywiście nie zawsze można tak uczynić. Trudno pomijać np. 30-letnią karierę w ramach PZPR jakiegoś faceta, który dziś przybiera pozę bojownika wolności i swobód obywatelskich. Równie trudno nie dostrzegać licznych świństewek paniusi, która kreuje się na arcykatolicką ostoję moralności. Ale na pewno można sprawić, żeby tego rodzaju kwestie nie stanowiły clou debaty publicznej.

Nie ma powodów, by nie wierzyć, że służba w SS była dla nastoletniego Güntera Grassa faktycznie błędem młodości, a sam pisarz swą wieloletnią działalnością dał dostateczne świadectwo, iż z owego błędu dawno wyrósł. Nie uważam, aby autora „Blaszanego bębenka” należało okładać ciosami potępień i wyrzutów. Chciałbym jednak, żeby na tej samej zasadzie zakończyć ocenianie dorobku Heideggera przez pryzmat przejściowej fascynacji hitleryzmem, a Sartre’owi przestać wypominać podobną wpadkę ze Stalinem. Nie chodzi o to, by udawać, że takie fakty nie miał miejsca. Wystarczy, że o nich wiemy, lecz nie powinny stanowić argumentu w sporze z całokształtem koncepcji filozoficznych czy poglądów politycznych owych myślicieli. W przeciwnym razie zamiast debat mamy denucjacje, zamiast demokracji – wojny gangów.

Ludzie błądzą, mylą się, robią głupstwa, mają swoje słabości, lekkomyślnie wybierają różne „drogi na skróty”. Wszyscy ludzie – także niżej podpisany, także ci, którzy o głowę przerastają mnie intelektem, prawością charakteru i odpornością na rozmaite pokusy. Nie ma potrzeby przymykać na to oczu – nie ma też potrzeby przekreślać żadnego człowieka na całe życie. A przede wszystkim nie powinno się zamieniać życia publicznego w nieustający pokaz różnych mało istotnych brudów, wyciąganych skąd się da i chyba tylko w takim celu, aby stworzyć przeświadczenie, że dokoła są same łotry. I taką lekcję warto chyba wyciągnąć ze „sprawy Grassa”.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie