Prawda was zniewoli?

·

Prawda was zniewoli?

·

A także nad tym, czy ujawnianie faktów, dotyczących współpracy części duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej jest prawdą, która wyzwala, czy sidłami, w które pochwycono tę instytucję.

Kościół rzymskokatolicki jest zbyt ważny dla ogólnospołecznego porządku, by zamieszanie, jakie dotyka go za sprawą coraz skrupulatniejszego badania „białych plam” z najnowszej historii Polski traktować jako dotyczące jedynie zadeklarowanych katolików. Pomijając fakt, że teczki i kwity na ludzi Kościoła znakomicie poprawiają nastrój antyklerykałom, budząc równocześnie rozterki moralne, konflikty i niepokoje wśród samych katolików, trzeba zapytać: co dzieje się z instytucją, z której tradycją i nauczaniem Polacy wydają się być związani na dobre i złe? Co powoduje, że katoliccy, świeccy publicyści, a także część osób duchownych tak radykalnie występują przeciw postawie własnej hierarchii?

Sądzę, że kwestia lustracji jest w ich opisie raczej katalizatorem, niż sednem problemu. Posługując się pewnym uproszczeniem: spór między aktywną na niwie publicznej, społecznie zaangażowaną katolicką inteligencją (za jej przedstawiciela uznaję zarówno ks. Isakowicza-Zaleskiego, jak Piotra Semkę czy Pawła Milcarka, naczelnego pisma „Christianitas”) a kościelnymi urzędnikami jest przykładem konfliktu między tymi, którzy uważają się za obrońców czystości, prostoty, jednoznaczności nauczania zawartego w Ewangelii a tymi, którzy strzegą przede wszystkim kościelnej „racji stanu”, utożsamianej z hierarchią, bronią pozycji, która uległa zakwestionowaniu za sprawą dwuznacznej sytuacji osób wysoko postawionych w polskim Kościele. Gdy jedni mówią o osobistej odpowiedzialności poszczególnych hierarchów i tzw. kościelnych autorytetów za niegdysiejsze uwikłania, drudzy przypominają o procedurach, komisjach, niespiesznym trybie pracy kościelnych instytucji, decyzjach Watykanu i wypowiedziach papieża o „aroganckich sędziach przyszłości”.

Obie strony uważają, że chcą dobrze dla Kościoła i obie swoje racje z tym dobrem utożsamiają. Tym pierwszym o tyle łatwiej przychodzi krytyka, że nie dźwigają na sobie brzemienia tak znacznej władzy, obciążonej mnóstwem czysto ludzkich, prozaicznych zależności. Tym drugim o tyle łatwiej przychodzi ignorować, zbywać i odwlekać odpowiedź na zarzuty, że przyzwyczajeni są do takiego modelu sprawowania funkcji, w którym wysoko postawionym urzędnikom kościelnym okazuje się daleko idącą czołobitność. Długo nie byli oni również wystawiani na bezpośrednie głosy krytyki w takim stopniu, jak świeccy urzędnicy państwowi. Ale rosnąca nieufność i rozgorączkowanie Ludu Bożego kwestionuje ten „bizantyński” sposób sprawowania władzy przez hierarchów, burzy spokojne życie za bramą kurii, biskupich pałaców, zamkniętych dla Ludu Bożego sal konferencyjnych Episkopatu. I nie tyle przeszkadza tu sam sposób sprawowania urzędów, co podejrzenie, że służy on złym celom.

Za sprawą lustracji duchownych hierarchowie Kościoła w Polsce jak nigdy wcześniej przekonują się na własnej skórze, że w demokratycznym państwie nawet obywatele w sutannach i purpurze muszą liczyć się z niepochlebną oceną ze strony innych obywateli, z bezpardonową postawą mediów, z radykalizmem sądów wypowiadanych przez opinię publiczną. Gdy w kościele jedni stoją za ołtarzem, drudzy w ławkach – nie wypada stawiać pewnych zarzutów; świętość miejsca wzmaga poczucie tabu. Ale świecka przestrzeń, choćby medialna, nie stawia już takich symbolicznych barier. Coraz trudniej zatem przychodzi duchownym schować się za instytucjonalnym parawanem, skoro na forum publicznym wypowiadają się wierni, na światło dzienne wyciągając to, co bezpiecznie miało spoczywać w cieniu. Trudno też o stu procentowe posłuszeństwo przełożonym, gdy w stronę księdza lub zakonnika zewsząd wyciągają się mikrofony. W hierarchach musi budzić to nie tylko niepokój, ale i poczucie afrontu.

Najpewniej stąd te emocjonalne określenia, które ks. Zaleskiego opisywały jako „nadubowca”, „Gazetę Polską” jako „prawicową gadzinówkę”, a teczki nazwały „mrokami świata”. Prawda, która zdaniem Kościoła wyzwala, chwyciła jego hierarchów mocno w garść, a oni nie wiedzą, jak rozluźnić ten uścisk. Kościelni prominenci nie mają wielu sojuszników – media nie są stałe w uczuciach, co widać wyraźnie po zmienności tonów, jakie pojawiają się w opisie lustracji duchownych. Politycy, publicyści, intelektualiści katoliccy, rzadko związani z nurtem antylustracyjnym, mniej są skłonni wzruszać się niedolą i moralnymi rozterkami byłych agentów w sutannie, niż chcieliby tego hierarchowie. I nie chcą też milczeć o całej sprawie, niecierpliwią się i gniewają. Ten żywioł, „bunt” synów Kościoła wobec własnych pasterzy, oskarżenie o brak moralnego wydoskonalenia i niechęć do pokuty za grzechy, który przybrał kształt sporu o lustrację duchownych, jest wariacją na temat drzemiącego od zawsze w łonie Kościoła konfliktu między świeckimi, czasem też niższymi warstwami kleru a tymi, którzy faktycznie sprawują władzę, nie tylko/nie tyle duchową, co administracyjną.

Trudno dziś oprzeć się wrażeniu, że jako uczestnik „Okrągłego Stołu” hierarchia kościelna odniosła pyrrusowe zwycięstwo. Zagwarantowała sobie znaczny wpływ w życiu społecznym i politycznym (jednym z prezentów, jakie otrzymała od państwa była katecheza w szkołach, dziś traktowana na ogół jako niezbyt udany projekt), a dzięki charyzmatycznej osobie Jana Pawła II zachowywała też „rząd dusz”. Ale zbyt lekko przyszło to zwycięstwo – jeśli III RP była poronionym projektem, to i Kościół swą pozycję zbudował na lotnych piaskach kilku iluzji. Jedna z nich rozwiewa się na naszych oczach: teczki Kościoła, które miały zniknąć w ogniu, z piekła (nie)pamięci wracają na ziemię.

Postsolidarnościowa rewolucja moralna uderza rykoszetem w instytucję, która w mitologii narodowej uchodzi za matecznik „Solidarności”. Kryzys III RP spowodował, że warunki dyktuje nie propagandowa wizja Polski „pojednanej”, jaką wymarzył sobie i konsekwentnie promował Adam Michnik, czyniąc jej zakładnikiem znaczną część inteligencji, wyrosłej jeszcze w Polsce Ludowej – lecz przeciwny jej ruch „przywracania pamięci”. Po stronie tego właśnie ruchu opowiadają się blisko związani z katolicyzmem świeccy publicyści. Muszą jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że ich projekt duchowego samooczyszczenia Kościoła w Polsce, wyznania win i pojednania z Bogiem i wspólnotą – co gorsza wszystko to w tle zajadłej walki politycznej – może nie mieścić się w kalkulacjach hierarchów jako zbyt radykalny, godzący w wypracowany przez Kościół sposób bycia w państwie i pośród społeczeństwa. „Radykałowie” chcą ewangelicznej przejrzystości, wspólnoty wiernych i pasterzy zgodnej z chrystusowym nauczaniem; hierarchom pewnie też na tym zależy, ale nie za cenę zbytnich wstrząsów i naruszania ich pozycji, którą nie bez racji uznają za kluczową dla Kościoła (bo przecież oni są pasterzami, nie ci, którzy ich tak bezpardonowo krytykują).

Nie wiadomo, czy w tej sytuacji dobrze postawione pytania brzmią: czy można zataić niegdysiejszy grzech w imię spokojnej teraźniejszości i lepszej przyszłości? Czy ujawniać zło za wszelką cenę, nawet jeśli grozi to serią skandali, narażających Kościół na kompromitację? Może w ogóle nie ma takiej alternatywy? Bo odpowiedzi można udzielić jedynie wtedy, gdy dany projekt uzna się za większe dobro i zyska dla niego szerszą aprobatę. I właśnie z tym jest dziś największy kłopot. Po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina, prymas Glemp twierdził, że ujawnianie zawartości teczek jest rzeczą korzystną dla życia publicznego. Po artykułach „Gazety Polskiej” na temat abp. Stanisława Wielgusa nazwał teczki „mrokami świata”. Nie jest to niestety budujące świadectwo nawet dla kogoś, kto z dystansu patrzy na Kościół. Dopóki lustracyjne potyczki toczyły się w obrębie instytucji państwowych, osób świeckich, prywatnych – był z nich wedle hierarchy pożytek. Gdy problem dotknął ludzi Kościoła – uderzono w patetyczny ton. Ale rzadko który problem znika tylko dlatego, że wyklina się go z kazalnicy. I dlatego sytuacja jest niełatwa dla Kościoła, a pośrednio – dla polskiego społeczeństwa. Bo jeśli prawda jest tak krępująca, czego można spodziewać się po kłamstwie?

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie