Rządy zrzęd

·

Rządy zrzęd

·

O tej porze roku należy się nam właściwie sezon ogórkowy. Szum medialny powinien mieć w sobie coś z beztroskiego szumu fal, obmywających stopy plażowiczów. Powinno być lekko, łatwo i przyjemnie, gdy naciskamy guzik pilota, sięgamy po gazetę, przeglądamy w Internecie serwisy informacyjne, by otrzymać swoją dawkę chleba naszego medialnego. Informacje powinny mieć w sobie coś z niefrasobliwości chmurki, lekko przemykającej na horyzoncie. Nasze rozleniwione, senne zmysły mają prawo do ciszy i ukojenia. Żadnych politycznych awantur, bomb, strajków. Jeśli rozpacz i śmierć – to na drugim końcu świata, a w każdym razie oby jak najdalej od nas. Jeśli nieszczęście bliźnich – to jak najbardziej anonimowe, nieznane, cudze. Jeśli tragedia, to tylko taka, która nie stuka do naszych drzwi. Jeśli powody do zadumy, to jak najbardziej ogórkowe – choćby: „dlaczego ogórek nie śpiewa?”.

Tak, w sezonie ogórkowym mamy do tego wszystkie prawo, jako dobrzy obywatele Rzeczpospolitej Medialnej. Na nieszczęście, wszystko to są pobożne życzenia. Bombarduje nas histeria, ciągłe i nieprzerwane podniecenie, którego chcąc nie chcąc stajemy się uczestnikami. Naszymi myślami chcą zarządzać licencjonowane zrzędy o nazwiskach powszechnie znanych redaktorów i ich pomniejszych pomagierów, co rusz przekonujących, w jak paskudnym świecie przyszło nam żyć.

Owszem, trzeba im oddać sprawiedliwość – tego lata falę upałów poprzedziła polityczno-religijna maligna. Właściwie, publicystom należy się odrobina współczucia – dzień w dzień bili na trwogę, nastawali w porę i nie w porę, stali czujni na warcie, dla dobra społeczeństwa węsząc uszczerbki w demokracji i praworządności, w nieustannych wariacjach ćwiczyli się w tonie Kasandry. I zdać się mogło, że zabraknie im środków ekspresji, gdy okazało się, iż toruński zakonnik nie panuje nad własnym językiem i gdy chwilę później Andrzej Lepper pożegnał się ze stołkiem wicepremiera.

Permanentny kryzys i kompletna degrengolada polityki, obwieszczane co dnia przez licencjonowanych zrzędów, przybrały już wymiar niemal mistyczny. Słowa nie nadążają za tym, co mają opisać, łamią się i gubią pod naporem treści, którą mają dźwignąć, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. W takich chwilach pozostaje już tylko rozpacz albo – u bardziej heroicznych jednostek – prometejska chęć czynu. Najpiękniej wyraziła ją Katarzyna Kolenda-Zaleska na falach TOK FM, mówiąc pewnego ranka: „Rząd kiepski, opozycja kiepska, musimy sami brać się do roboty i wybudować społeczeństwo obywatelskie”. Budowa trwa od lat: na fundamentach słów i obrazów wzniesiono wcale pokaźny gmach zakłamania.

Mówiąc szczerze, ten zrzędliwy język, ton i poza malkontentów towarzyszy dziennikarzom niemal od zawsze. Oczywiście, bywa mniej lub bardziej dawkowany, zniuansowany lub radykalny – ale od lat powtarza się niemal w tych samych kliszach i odsłonach. Rzecz nie w tym, że dziennikarze krytykują, ale w pretensjonalności i zdawkowości wielu zarzutów, w tonie pogardy i napastliwości wobec polityków, instytucji państwowych, przedstawicieli opcji ideologicznych innych niż własna, w masce obiektywizmu, cnoty o proteuszowym obliczu, niezwykle przydatnej dla każdej propagandy. Rządy zrzędów sprawiają, że epitet zastępuje komentarz, złośliwość analizę, tworząc wizję świata politycznego, demonizującą tę przestrzeń. A równocześnie – zniechęcającą doń i oddalającą przeciętnego obywatela od sensownego zainteresowania debatą i aktywnością publiczną.

Kto dziś będzie w stanie ocenić, jak wielkie spustoszenie w głowach Polaków uczyniła tak często powtarzana przez lata myśl, że „polityka jest brudna”? Ten krótki refren powraca echem, jest jak ukryte założenie mnóstwa medialnych przekazów. Role zostały rozdane: źli politycy – dobre media. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że Bestia jest jak mucha, którą Piękna łatwo może sprzątnąć, machając gazetą na oślep, albo i z premedytacją. Bestia jest mnie bestialska, a Piękna znacznie szpetniejsza, niż mówi o tym zwierciadło szklanego ekranu. Dlatego jest coś perwersyjnego w nieustannym odmalowywaniu polityki w najczarniejszych barwach i skupianiu się niejednokrotnie na kwestiach trzeciorzędnych, zamiast rzetelnego, systematycznego pokazywania faktycznej pracy polityków i systemowych działań podejmowanych na rzecz społeczeństwa i państwa w ramach jego instytucji. Tak, jakby odbiorca był głupcem, albo dzieckiem, które zasługuje jedynie na bajki o żelaznym wilku albo – dla odmiany – bezy słodkie aż do zemdlenia.

Niedawno spędziłem nieco czasu w ośrodku „Emaus”, skupiającym kilku mężczyzn wychodzących z bezdomności. Wspólnota działa w Nowej Hucie, na pięknym osiedlu Willowym, przy placu im. Piotra Ożańskiego, przodownika pracy, postaci tyleż malowniczej, co tragicznej. Pomysł na ośrodek jest genialny w swej prostocie: bezdomni, których na dno zepchnął zwykle alkohol, przez codzienną, ciężką pracę przywracają godność i sens swojemu życiu. Reperują i odsprzedają darowane im meble, sprzęt AGD, RTV, handlują bibelotami, książkami, używaną odzież. Jednym się udaje, znajdują pracę, wchodzą w stałe związki, na dobre zrywają z dawnym towarzystwem – zwycięża pragnienie życia, lepszego życia. Inni nie wytrzymują, wracają do alkoholu, do przytulisk, na melinę, na działki. Wszyscy oni walczą. Ta ich z trudem wygospodarowana normalność jest nader banalna i skromna: pracą własnych rąk zarabiają na chleb, zmagają z codziennymi kłopotami, klną, palą papierosy i przegadują się między sobą i z klientami. Żadnych aureoli, certyfikatów świętości i widomych oznak heroizmu. Żadnych wielkich słów i patosu, żadnych fajerwerków i oklasków, które konsumentom pop-kultury często kojarzą się ze zwycięstwem dobra nad złem. Banalność, banalność. A choć wspólnota tętni życiem, rubasznym dowcipem, czyjąś sprzeczką, siarczystym przekleństwem i hałasem pracujących urządzeń, znalazłem tam wielką ciszę. Ciszę niepozornego świata kilku ludzi, tak odległego od zrzędów zajmujących się wielkimi sprawami.

Tak, wiem, to świat zbyt drobny, by go porównać inaczej niż przez metaforę z obrazami zajmującymi pierwsze strony gazet. Że zrzędy nie miałyby tu czego szukać, bo gdzie indziej zapadają decyzje dotyczące milionów polskich obywateli, bo nie ma tu wielkich pieniędzy, podnoszących adrenalinę namiętności politycznych, eleganckich zegarków, garniturów i pilnie strzeżonych sekretów.

Ale z perspektywy zwykłych zjadaczy chleba, zamęczanych i molestowanych przez opowieści tysiąca i jednej zrzędy, znacznie lepiej skupić się na niepozornym świecie wokół siebie. Bez pretensji do budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. Tym niech zajmie się znana dziennikarka. My, zwykli zjadacze chleba, znajdźmy po prostu trochę czasu na ciszę i rozejrzenie wokół siebie. A przed światem pozornym i jego zrzędzeniem zatrzaśnijmy drzwi. Choćby na czas sezonu ogórkowego. Niech się zmieni w miesiąc miodowy między nami a otaczającą nas rzeczywistością.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie