Wstęp do rewolucji

·

Wstęp do rewolucji

·

Hasło „rewolucji moralnej”, z którym zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska, szły do ostatnich wyborów, było jedynym w historii III Rzeczpospolitej liczącym się projektem politycznym, alternatywnym wobec zastanej rzeczywistości. Wizja uzdrowienia polskiej sfery publicznej i przewartościowania priorytetów społeczno-politycznych okazała się na tyle nośna, że stała się bezdyskusyjnym punktem odniesienia w debacie medialnej i chętnie używanym argumentem zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. W wyobraźni protagonistów nieistniejącej IV RP rewolucja moralna zawisła jak miecz Damoklesa nad wszechobecnym Układem. Z kolei sceptycy i zdeklarowani przeciwnicy traktowali ją jako dopust Boży, polityczne monstrum puszczone przez radykałów na żywioł bez kagańca. Dwa ostatnie lata dały tym ostatnim sporo okazji do szyderstw, przynoszących tym większą satysfakcję, że pozwalały zapomnieć o licznych „dobrodziejstwach” III RP, które zgotowali swoim rodakom.

Dziś odtrąbiono już zmierzch rewolucji moralnej i rychły powrót do demokratycznej świetności minionych czasów. Do jej przyzwoitości i wysokich standardów, do tych chwalebnych dni, gdy społeczeństwo obywatelskie rozkwitało w pełnej krasie po miastach, wsiach i miasteczkach. Tak, to była piękna epoka, przerwana raptem przez populistów i klerofaszystów. A jeśli były błędy i wypaczenia? Fraszka wobec zbrodni dwóch ostatnich lat!

Oczywiście, powyższy opis jest przerysowany. Także dlatego, że na dobrą sprawę rewolucji moralnej nie było. Ten projekt, zarysowany w sumie dość pobieżnie, przygotowany naprędce po podsycanej przez media kompromitacji rządu Millera, scalający kilka koncepcji z dziedziny politologii, filozofii polityki i socjologii, oparty na doświadczeniu politycznym kilku postsolidarnościowych polityków, miał wszystkie wady i zalety raczkującej wizji. Tylko propagandziści partyjni PiS mogli wierzyć, lub podawać do wierzenia, że ich projekt jest zapięty na ostatni guzik i nie ma możliwości jakiejkolwiek pomyłki, że będą działać ze sprawnością automatów, bezbłędnie rozpoznając, gdzie dobro i zło i niczym najsprawniejszy chirurg dokonywać operacji na żywej tkance polskiej państwowości, by przywrócić organizm do pełnej sprawności. Szybko jednak się okazało, że pacjent wierzga i – mówiąc obrazowo – nie wszystkim jego członkom odpowiada zafundowana terapia. I że rewolucja moralna nie odbywa się w sterylnych warunkach. Zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niedwuznacznie zaczęli dawać do zrozumienia, iż nie do końca odpowiadają im pomocnicy w podjętym przez siebie dziele: nie dość czyści jak na wymarzoną IV RP.

To, co było chwalebnym wyzwaniem rewolucji moralnej, rzuconym zastanej rzeczywistości, miało się też okazać jej piętą achillesową. Jasno zadeklarowana konieczność prowadzenia integralnej, etycznej polityki w służbie państwa/społeczeństwa, przeciwstawionej zepsuciu III RP, była przecież swoistym novum. Jednak bezpośrednie odwołanie do kategorii dobra i zła w programie partii niesie ze sobą ryzyko ich upolitycznienia, instrumentalizacji; wtedy też łatwo o utożsamienie dobra z własną opcją ideowo-polityczną i zepchnięcie przeciwnika w otchłań zła. Tu już nie ma miejsc na dialog, każdy kompromis określa się mianem „zgniłego”. Sytuacja zyskuje z pozoru na klarowności, czy jednak różni się od tej wersji polityki, w której o wszystkim przesądza interes własnej koterii? Dobro na usługach polityki traci swoją bezinteresowność, przestaje służyć ogółowi, by zamienić się w wygodny pretekst dla mniej lub bardziej jasnych poczynań. A przeciwnik wcale sprawnie potrafi to wykorzystać. I on posługuje się orężem obiektywizmu i słusznej racji.

Co jednak ciekawe, bezpośrednim przeciwnikiem na niwie publicznej dla partii koalicyjnych (czy też samego PiS) nie były bynajmniej ugrupowania opozycyjne. Platforma, sfrustrowana niespodziewaną porażką, miotała się bezsilnie między werbalną agresją (by odróżnić się od PiS) a ugodowością (by odróżnić się od SLD), zaś po-PRL-owska lewica musiała szukać wytchnienia i uprawomocnienia dla dalszej egzystencji w ramionach największego Narcyza polskiej sceny politycznej: środowiska Unii Wolności. Wyobraźnia społeczna pozostałaby pod kontrolą piewców rewolucji moralnej, gdyby nie skonfliktowana z nimi część mediów. One to de facto przez ostatnie dwa lata pełniły rolę skutecznej opozycji. Wałęsa, Tusk, Frasyniuk, Olejniczak, Geremek, Osiatyński, a później także Kwaśniewski – plejada gwiazd przygasłych lub niedoszłych znalazła schronienie za medialną barykadą, zbyt słaba, by samodzielnie przeciwstawić się triumfującym rewolucjonistom. Którzy przecież, prawdę mówiąc, kuleli od początku, rozdzierani koniecznością niechcianej koalicji, co rusz wieszcząc przedterminowe wybory. A jednak – byli konsekwentni. Rewolucja moralna stała u bram. Ba, zajrzała nawet za wrota III RP, choć pewnie nie z tym wdziękiem, jaki wymarzyli sobie jej miłośnicy. To, co było, wystarczyło jednak, by w mediach ukazać ją Polsce i światu jako ni to groźnego, ni to strasznego potworka.

Nie ma się co łudzić – jesteśmy zakładnikami własnej historii, nasza klasa polityczna nie zstąpiła tutaj z nieba. Idee w zderzeniu z ziemią odkształcają się, poddane tutejszym prawom. Oczywiście, inną rzeczą jest ocenić, co zrobiono, co można było zrobić i co warte było, jest i będzie zmiany. Nawet jeśli wstęp do rewolucji moralnej w wykonaniu PiS to krok raczkującego dziecka, to przecież nie da się już twierdzić, wbrew oczywistym faktom, że możliwy jest tylko jeden model transformacji, zaaplikowany Polsce po 1989 roku. Powstał rzeczywisty punkt odniesienia, nośna idea, polityczna perspektywa, która przecież dopiero co zaczyna swój żywot. Oczywiście, nie brak takich, którzy z chęcią by o niej zapomnieli, bo dobrze wiedzą, że nie przyniesie im nic dobrego. I zrobią wiele, by potraktować ją jako rzecz chybioną i zaprzeszłą. Dlatego nie mamy właściwie zbyt dużego pola wyboru: za albo przeciw, mimo wszystkich niuansów i zastrzeżeń.

Dziś jednak – i to chyba jest największym niepowodzeniem wstępu do moralnej rewolucji – jej kontury zatarły się za sprawą niejasności politycznych sporów i decyzji podejmowanych przez rządzących. Także dzięki mrówczej pracy tych, którzy od początku grali na ośmieszenie całego projektu. Jasne kryteria etycznej polityki rozmyły się na oczach widowni i pozostało to wrażenie, które Polacy dobrze już poznali: partyjnych gierek, korzystania z aparatu państwa do własnych potrzeb, triumfalizmu nieudaczników i totumfackich władzy. Nawet jeśli jest to obraz nie do końca prawdziwy, to jednak ma swoją siłę oddziaływania i trzeba się z nim liczyć. A sceptycyzm, najzdrowsza postawa wobec świata, który często znamy z trzeciej ręki, nie pozwala bezkrytycznie ufać moralnym rewolucjonistom oraz ich zaciężnym kadrom różnych szczebli. Widać jednak, że III RP, jaką ją znamy i doświadczamy, ciągle budzi nieprzyjemne skojarzenia i nieufność sporej części elektoratu. A IV RP nie jest jedynie projektem garstki polityków, jako tako realizowanym przez ostatnie lata, ale czymś oczekiwanym przez wcale liczną rzeszę Polaków. Na naszych oczach kończy się najprawdopodobniej pierwsza próba, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Wstęp do rewolucji jest być może w pośpiechu zabazgraną notatką, wsuniętą w karty polskiej historii. Co nie znaczy, że nie stanie się kiedyś osobnym rozdziałem. Ale co do tego nie ma żadnej pewności. Choć lepsza taka niepewność, niż poddanie się myśli, że najlepiej nam było za Geremka.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie