Chrześcijaństwo i społeczeństwo nadziei

·

Chrześcijaństwo i społeczeństwo nadziei

·

Z czym kojarzy mi się polski katolicyzm? Z apoteozą gospodarczego liberalizmu, często zapożyczonego od amerykańskich neokonserwatystów, z politycznym triumfalizmem, niemal wprost proporcjonalnie rosnącym do regresu w sferze oddziaływań społecznych, z kuriami przypominającymi twierdze, ze sprowadzaniem etyki do kwestii rozporka, z kompletną obojętnością (by nie powiedzieć wrogością) wobec zagadnień ekologicznych i znaczną mizerią w sferze troski o losy gorzej sytuowanych i ubogich. Czy w Polsce, kraju ponoć tak katolickim, istnieje chadecja? Czy ktoś tu słyszał o chrześcijańskim socjalizmie? Nie. Religię jako akt społeczno-polityczny mają u nas dla siebie środowiska narodowo-katolickie. Owszem, traktują ją z całą konsekwencją także politycy pokroju Marka Jurka, ale oni przypominają dziś bardziej „kustoszy Tradycji”, niż ludzi realnie oddziaływujących na sferę publiczną polityków.

W pewnym sensie polski katolicyzm wydaje się martwy i wycofany z przestrzeni publicznej. Myślę o pewnego rodzaju intelektualnym prymitywizmie, który zakłada, że religia jest albo dla nacjonalistów (i wtedy pejoratywnie nazywa się ją zwykle „fundamentalistyczną”), albo dla miłośników „społeczeństwa otwartego”, co czyni ją miłą, a przynajmniej znośną w oczach epigonów Oświecenia. Ostatecznie da się ją pogodzić z tzw. wolnym rynkiem, czyli – w praktyce – z ekonomicznym darwinizmem i egoizmem, wyznawanym przez część lepiej sytuowanych Polaków na dorobku. Na ostatni rodzaj katolicyzmu made in III RP składa się niemal równorzędnie Biblia, Tradycja i koncepcja państwa jako nocnego stróża. Bo, wedle tej wizji, co z państwa jest, od złego pochodzi…

Nie wynika to jednak z natury religii katolickiej, ale z polskiej traumy historycznej. Tu bowiem każda forma odwołania się do państwa, niemal każda forma etatyzmu traktowana jest jako relikt PRL-u. A każde odwołanie do troski o dobro wspólne (definiowane inaczej niż często-gęsto sprowadzone do czystej formułki wezwania: „Bóg, honor, ojczyzna”), jakim jest np. środowisko naturalne i dbałość o nie, uważane – zgodnie z najgorszą, krótkowzroczną (bo nie chcę nikogo oskarżać o złą wolę) manierą – za formę straszliwego lewactwa. Nic też dziwnego, że w rodzimym dyskursie publicznym skrzętnie pomija się niedawne, pro-ekologiczne wypowiedzi Benedykta XVI. Polscy katolicy – en masse – by nie narażać się na wysiłek przemyślenia własnych poglądów wolą przemilczeć to, co jest dla nich w niedawnych) wypowiedziach papieskich niewygodne. A etyka chrześcijańska – powtórzę – jest traktowana przede wszystkim jako zbiór przypisów dotyczących tego, co w łóżku wolno, czego nie wypada i z kim. Można odnieść przykre wrażenie, że jesteśmy tu po prostu zakładnikami współczesnej pop-kultury, tyle że ze zmienionym znakiem. Kler zaś, który mógłby podpowiedzieć coś więcej, koncentruje się zwykle na odzyskiwaniu kościelnego majątku, fraternizacji z klasą polityczną wszelkich nurtów i życiu w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest w najlepszym porządku. A jeśli nie jest, to znaczy, że winni są jacyś „oni”. Z tym że „oni” znaczy co innego dla abp Życińskiego, a co innego dla duchownych z miasta Torunia, co innego dla ojców paulinów z Częstochowy, a jeszcze co innego dla abp Dziwisza.

Czy istnieje dziś w polskiej polityce autentyczny ruch religijny, poza nurtem narodowo-katolickim? Wątpię. Nawet jeśli traktować z dobrą wolą deklaracje aktywu PiS czy PO, w obu tych partiach widać daleko idące dwój-myślenie, które ostatecznie każe się domyślać, że religia jest tu pewnym szacownym zabytkiem (czasem szczerze przyjmowanym), który jednak nie obliguje do poważniejszych przemyśleń natury politycznej. I nie chodzi tu bynajmniej o kwestię aborcji, w której politykom najłatwiej pogodzić się z hierarchami, bo nie narażają żadnych wiążących dla siebie interesów. Czy słyszeliście o tym, by ktokolwiek liczący się w polityce tworzył dziś w Polsce programy w oparciu o solidaryzm społeczny, wywiedziony z Katolickiej Nauki Społecznej? Czy pamiętacie, jak najważniejsze ugrupowania polityczne odnosiły się do nauczania Jana Pawła II w sprawie wojny w Iraku? Czy wreszcie słyszeliście, by pro-ekologiczne wezwania Benedykta XVI rozeszły się szerszym echem w polskiej debacie publicznej? Pewnie nie. Nadmienię, że np. tekst Cezarego Michalskiego, poświęcony tej kwestii, został w zasadzie gruntownie przemilczany. Bo i opinie Ojca Świętego w tej kwestii są w Polsce niemal dla wszystkich niewygodne: Nowej Lewicy nie pasują do jej obrazu Kościoła, kręgom około-kościelnym do ich dziwacznie bojaźliwego (a czasem cynicznego) światopoglądu, zgodnie z którym ekologia to zło wcielone i narzędzie Żydów, masonów i lewaków.

Powtórzę: w kwestii religii w kraju tak bogatym w tradycje religijne panuje zadziwiający prymitywizm. Możesz być katolikiem-nacjonalistą, możesz być katolikiem-liberałem, możesz być wreszcie katolikiem z „Arki Noego”: bylebyś nie traktował zbyt serio państwa (boś etatysta i lewak), albo kwestii ekologicznych (boś lewak i ewentualnie z Unii się urwałeś), albo samej doktryny (bo widać nie było cię w „Arce Noego”). Mówiąc uczenie: jest dziś w Polsce, tak w życiu politycznym, jak i religijnym kilka paradygmatów, których przekroczyć nie wolno. A przynajmniej dla świętego spokoju nie wypada.

Tym bardziej zachwycił mnie tekst mowy Baracka Obamy, opublikowanej w pierwszym numerze reaktywowanej „Res Publiki Nowej” („RPN”, wiosna/lato 2008, 192/rok XXI); mowy zatytułowanej „Wezwanie do odnowy” (Call to Renewall), wygłoszonej przezeń 28 czerwca 2006 roku. Jest to przejrzysty intelektualnie, treściwy głos na rzecz pełnoprawności religii w życiu publicznym współczesnej Ameryki, aprobujący wielość wyznań na gruncie państwa multi-kulturowego. Ten tekst znacznie poszerza horyzonty rozumienia współczesnej polis, która w pewnym sensie w swojej egzystencji cofnęła się do czasów przed-chrześcijańskich, podporządkowując intuicję religijną polityce (wspomnijmy na los Sokratesa!). Co ciekawe – i na to zwróciłem uwagę z polskiej perspektywy – religia jest dla Obamy polityczna w sensie społecznym, nie odwrotnie. To znaczy: jest polityczna przez zmiany (z reguły zmiany na lepsze, co on sam zauważa), jakich dokonuje w świecie.

Nie zamierzam w tym miejscu referować wspomnianego tekstu obecnego kandydata Demokratów na prezydenta, zainteresowani mogą sięgnąć po „Res Publikę”. Zwrócę tylko uwagę na ważną, a zapoznaną z polskiej perspektywy kwestię, którą porusza, gdy wspomina, m.in. Martina Luthera Kinga: „Twierdzę /…/, że zwolennicy świeckości mylą się, żądając od osób wierzących, by przed wkroczeniem w sferę publiczną zostawiły swą religię na progu domu. Frederick Douglas [wybitny czarny abolicjonista – przypis tłumacza], Abraham Lincoln, William Jennings Bryant [trzykrotny kandydat na urząd prezydenta USA – [przypis tłumacza], Dorothy Day [katolicka działaczka na rzecz ubogich – przypis tłumacza], Martin Luther King – jak i większość wielkich reformatorów w amerykańskiej historii – nie tylko byli motywowani wiarą, ale także używali religijnego języka dla poparcia swej sprawy. Mówienie, że w debatach publicznych ludzie nie powinni odwoływać się do »prywatnej moralności« jest absurdem. Nasze prawo z definicji stanowi kodyfikację moralności w znacznej mierze ugruntowanej w tradycji judeochrześcijańskiej. Co więcej, jeśli my, progresiści, odrzucimy część tych uprzedzeń, mamy szansę na nowo odkryć wartości, wpływające na moralny i materialny kierunek rozwoju naszego kraju, podzielane zarówno przez osoby religijne, jak i świeckie. Możemy dojść do wniosku, iż wezwanie do poświęceń na rzecz następnych pokoleń, potrzeba myślenia w kategoriach »ty«, a nie tylko »ja«, znajduje oddźwięk w kongregacjach religijnych w całym kraju”.

Ważność tego opisu nie polega tylko na tym, że człowiek, określający się mianem „progresisty” wskazuje na ważność religii w życiu publicznym, ale że widzi jej społeczne konsekwencje (a może i źródła?): realną możliwość budowy choć odrobinę lepszego świata. Tu rodzi się oczywiście problem: na ile doczesny, lepszy świat dla wszystkich jest kwestią zainteresowania chrześcijan, a na ile mrzonką (herezją). Dziś, jak sądzę, zbyt wielu gorliwych katolików w Polsce uważa, że bezpieczniej uciec się do eschatologii i (słusznej) nadziei na Powtórne Przyjście, niż zająć się wykluczonych i pokrzywdzonych realiami III RP. Jest to forma społecznego kwietyzmu, pozwalająca z czystym sumieniem zająć się robieniem własnych interesów, bez specjalnie głębokiej refleksji (co najwyżej ograniczonej do pomstowania na post-komunistów) nad meandrami współczesnej Polski. A zawsze znajdzie się taki pleban, co ewentualne smutki rozgrzeszy, w zamian za nowy dach na kościele. Bo choć wierni już w większości nie wierzą i do świątyni chodzą pro forma, to jednak nie wypada, by im na głowy cokolwiek padało… Są bowiem tacy księża, którzy już nie wierzą w Boga, ale wciąż wierzą, że nie powinno się psuć dobrego nastroju parafianom.

A mowa Obamy przypomniała mi czytaną niegdyś książkę Martina Luthera Kinga: „Dlaczego nie możemy czekać”. Zacytuję jej fragmenty: „Zaczyna się Rok Pański 1963. Widzę młodego czarnego chłopca. Siedzi na schodkach, które prowadzą do pełnej robactwa czynszowej kamienicy w Harlemie. Korytarze cuchną śmieciami. Chłopiec co dzień obraca się w świecie pijaków , bezrobotnych i szmaciarzy. Chodzi do szkoły, do której uczęszczają głównie Murzyni i niewielu Portorykańczyków. Jego ojciec jest bezrobotny. Matka – służąca – mieszka i pracuje na Long Island. Widzę młodą czarną dziewczynkę. Siedzi na progu zmurszałego drewnianego domku jednorodzinnego w Birmingham. Ktoś inny nazwałby to budą. Ściany aż proszą się o pomalowanie, a połatany dach grozi zapadnięciem. Pół tuzina małych mniej lub bardziej rozebranych dzieci biega po domu. Dziewczynka musi występować w roli matki. Nie może dłużej chodzić do pobliskiej szkoły, gdzie uczą się tylko Murzyni, ponieważ jej matka zginęła niedawno w wypadku samochodowym. Sąsiedzi twierdzą, że mogłaby żyć, gdyby karetka, która miała ją zabrać do szpitala – szpitala przeznaczonego tylko dla Murzynów – nie przyjechała tak późno”.

I tu skończę ten tekst, by uniknąć nadmiaru patosu: możliwe jest chrześcijaństwo i możliwe społeczeństwo nadziei. Tylko nie jestem pewien, czy akurat tutaj, gdzie niemal wszyscy zdają się być przeniknięci Dobrą Nowiną (z poprawką na lyberalizm) aż do mdłości.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie