Nie ma darmowych obiadów

Slogan mówiący, że nie ma darmowych obiadów, przypisywany Miltonowi Friedmanowi, zrobił wśród liberałów oszałamiającą karierę. Przypominaniem o braku darmowych obiadów tłumaczą właściwie wszystko. Publiczna powszechna edukacja? A skąd, nie ma darmowych obiadów, rachunki za bezpłatną szkołę regulujesz w podatkach. Publiczna bezpłatna służba zdrowia? Bzdura, nie ma darmowych obiadów, zapłaciłeś za to fiskusowi. Władze lokalne położyły nowy chodnik – to złodzieje, którzy ściągnęli z nas haracz, z tego połowę zagarnęli, za resztę wybudowali byle jaki chodnik i jeszcze domagają się wdzięczności. I tak dalej – wszystko, co publiczne, nie jest wedle liberałów darmowym obiadem, lecz posiłkiem, za który zapłaciłeś pod przymusem, odprowadzając podatki.

Oczywiście na poziomie ogólnym jest to prawda. Usługi publiczne opłacamy z własnych podatków i nie są one całkowicie bezpłatne. Jednak w liberalnej propagandzie kryje się fałszywy wniosek, że gdyby nie płacenie podatków, to każdy z nas byłby w stanie za owe usługi i dobra zapłacić z własnej kieszeni prywatnemu wykonawcy. O tym, że jest to bzdura, można się przekonać z kalkulatorem w ręku. Jeśli weźmiemy przeciętnego podatnika, który zarabia np. 2 tys. PLN miesięcznie, to ogół jego podatków – bezpośrednich, w postaci składek społecznych (np. zdrowotnej) oraz pośrednich (opodatkowanie nabywanych usług i produktów) wyniesie w zależności od sytuacji danej osoby od kilkuset do tysiąca złotych, czasem nieco więcej. Ten sam przeciętny podatnik ma jednak dwójkę dzieci w wieku szkolnym, które spędzają na lekcjach w lepiej lub gorzej wyposażonej szkole jakieś 100 godzin miesięcznie (co przy godzinowej stawce choćby 5 zł na osobę daje 500 zł za jedno dziecko). Ten sam podatnik korzysta z porad lekarza, powiedzmy, że w skali 4-osobowej rodziny raz czy dwa w miesiącu. Korzysta też z innych usług gwarantowanych przez państwo lub samorząd lokalny – większość z nich wydaje się nam tak oczywista, że nawet ich nie zauważamy. A są to rzeczy kosztowne – począwszy od uzbrojenia terenu, na którym powstał nasz dom lub mieszkanie, przez stworzenie chodników, jezdni, linii kolejowych, skwerów i parków, przez zatrudnienie policjantów, a kończąc na infrastrukturze do odbioru sygnału telewizyjnego czy radiowego. Gdybyśmy za każde z tych dóbr musieli zapłacić osobno, z własnej kieszeni, to nawet otrzymując wypłatę w kwocie nieopodatkowanej, nie bylibyśmy w stanie zgromadzić środków na to wszystko. Tym bardziej, że na inwestycje budżetowe przeznacza się nie tylko podatki „personalne”, lecz także te od firm, wpływy z ceł itd.

Jasne, nie każdy podatnik ma dwójkę dzieci, nie każdy jeździ koleją, a niektórzy nawet mają końskie zdrowie i nigdy nie leżeli w szpitalu. Tyle że na taką osobę przypada niepracująca matka trojga dzieci, częsty użytkownik drogi (np. taksówkarz) lub osoba, która zachorowała na białaczkę, a koszt leczenia wyniósł 200 tysięcy złotych. Po pierwsze zatem, rezygnacja z systemu zbiorowego i przejście na indywidualne opłaty pozostawiłyby wiele osób na lodzie – i to wcale nie tylko tych niezaradnych, leniwych i biednych, bo wspomniane leczenie białaczki może dotknąć każdego i zrujnuje nawet osobę całkiem zamożną. Po drugie, oferowanie pewnych usług na skalę masową oraz w perspektywie wielopokoleniowej, pozwala znacznie obniżyć ich koszty. Prywatna firma musiałaby tworzyć wszystko od zera, dogadując się z innymi firmami w kwestiach spornych (kto np. sfinansuje skrzyżowanie dwóch prywatnych chodników?), po jej upadku w kolejnym pokoleniu należałoby zaczynać od nowa itd. A brak finansowania takich inwestycji z podatków skutkowałby niepewnością usługodawców – jeśli pokolenie wstecz zebrała się grupa chętnych na opłacenie budowy drogi, to nie ma żadnej pewności, że wśród ich dzieci będzie wystarczająco dużo chętnych, aby zgromadzić kwotę na rozbudowę, remonty czy stworzenie trasy dojazdowej.

Darmowych obiadów zatem faktycznie nie ma, bo za wszystko ktoś kiedyś zapłacił. Ale zarazem system finansów publicznych i powszechnych podatków gwarantuje przynajmniej minimalny wkład do obiadowego kotła. Liberałowie zresztą doskonale o tym wiedzą. Ich pomstowanie na darmowe obiady, które kosztują nas wszystkich miliony złotych, dotyczy dość specyficznie i wycinkowo pojmowanych sfer rzeczywistości. Kosztowne obiady to wedle nich szkoły publiczne, zasiłki dla biednych czy bezrobotnych, system ubezpieczeń emerytalno-rentowych, dotacje do państwowych kopalń czy nierentownych kolei. W tych kwestiach zawsze słyszymy od nich, że dość już utrzymywania darmozjadów, że trzeba ludzi nauczyć odpowiedzialności za siebie, że jeśli coś jest nierentowne, to znaczy, iż niepotrzebne, więc zlikwidujmy to i będzie po problemie. Dziwnym trafem jednak, to samo środowisko ideowo-polityczne i jego kibice milczą w kwestii tych usług publicznych, które są kosztowne, lecz przydatne im lub po prostu, nie wiedzieć czemu, uznane za słuszne i godne uznania.

Pomijając skrajną i niewielką grupkę liberalnych ortodoksów, zwących się libertarianami, którym zdarza się krytykować wszelkie budżetowe wydatki (jest to więc utopia, ale spójna logicznie i uczciwa), liberałowie są ślepi na jedno oko. Widzą nierentowne koleje i kopalnie, widzą publiczne szkoły i zasiłki dla bezrobotnych, ale tak się dziwnie składa, że ich czujnemu oku uchodzi całe mnóstwo innych publicznych wydatków, nierzadko większych, albo takie rodzaje szkód i ubytków, za które ich sprawcy nie chcą płacić z własnej kieszeni. Weźmy tylko dwa wymowne przykłady specyficznego pojmowania „darmowości” przez liberałów.

Szczególnie przeze mnie lubiany, bo wyjątkowo bezczelny przykład takich postaw to postulaty tzw. środowiska lekarzy. Jest o nich głośno średnio raz na pół roku, gdy straszą „odejściem od łóżek pacjentów”, gdyż zarobki w służbie zdrowia nie pozwalają im „żyć godnie”. Na czele tego towarzystwa stoi niejaki Krzysztof Bukiel, związany ze skrajnie liberalnym środowiskiem Unii Polityki Realnej. Postulaty tej części lekarzy są chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem liberalnej hipokryzji. Z jednej strony, narzekają na niskie pensje w państwowej służbie zdrowia, które znacząco odbiegają podobno od „stawek rynkowych”. Krytykują również to, że państwo w znacznym stopniu kontroluje służbę zdrowia w wymiarze własnościowym, zamiast sprywatyzować sporą część usług leczniczych.

Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że „środowisko lekarskie” chciałoby zwolnić się z państwowych etatów i rozpocząć prywatną praktykę w nowo zbudowanych, równie prywatnych klinikach, gdzie mogliby ze sobą do woli konkurować o pacjentów. Wręcz przeciwnie. Ideał wygląda wedle nich tak: najpierw państwo funduje przyszłemu lekarzowi 6-letnie darmowe studia, które są znacznie bardziej kosztowne niż np. studia historyka czy botanika. Później zatrudnia absolwenta owych studiów w państwowym szpitalu za „stawkę rynkową”, czyli od 6 do 12 tysięcy złotych miesięcznie, bo takie kwoty zdaniem protestujących lekarzy pozwalają „żyć godnie”. To nie koniec zabawy. Oprócz tego państwo nie powinno się zbytnio wtrącać w realia etatu lekarza, gdyż on samodzielnie powinien określać, kiedy w pracy jest, kiedy zaś go nie ma. A nie ma go wtedy, gdy prowadzi „praktykę prywatną”. Polega ona na tym, że państwo za grosze sprzedaje lub dzierżawi część szpitala, przychodni lub drogiego publicznego sprzętu prywatnej spółce lekarskiej. I bynajmniej nie po to, żeby na wolnym rynku konkurowała ona o klientów. Skądże – państwo ma podpisać z tą spółką kontrakt gwarantujący wykonanie w skali roku odpowiedniej, tzn. opłacalnej dla jej właścicieli, liczby porad i zabiegów, finansowanych w całości z funduszy publicznych.

Jednak niektórym do „godnego życia” i to nie wystarczy – są tacy lekarze, którzy oprócz pensji w państwowej placówce oraz drugiego etatu na kontrakcie w „prywatnej” przychodni finansowanej z NFZ, prowadzą jeszcze gabinet całkowicie prywatny, np. u siebie w domu. Tam co prawda są już w zasadzie zdani na wolny rynek i konkurencję o klientów (choć nierzadko niemal zmuszają pacjentów szpitalnych do prywatnych wizyt), ale niekoniecznie chcą to robić wedle zasad obowiązujących inne podmioty gospodarcze. Jeśli kobiecina handlująca warzywami i owocami w jako tako korzystnie zlokalizowanym „zieleniaku” musi mieć kasę fiskalną i drobiazgowo rejestrować sprzedaż „owoców krajowych” lub „południowych”, po 3-6 zł za kg, to pan lekarz nie ma obowiązku rejestrować opłat za wizytę rzędu 200-300 zł, gdyż to naruszałoby jego osobistą godność oraz dobre imię „zawodu zaufania publicznego”.

Wyłania się z tego obraz koszmarnej układanki, w której państwo płaci za wszystko, na nic nie ma wpływu, a cały zysk trafia w prywatne ręce. Noam Chomsky trafnie nazwał kiedyś taki system „uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków”. I taki system nie przeszkadza liberałom, choć zapewnia 2-3 darmowe obiady jednej osobie. Jeśli liberałowie walczą w tej kwestii z „socjalizmem”, czyli z państwem i jego polityką zdrowotną, to tylko wtedy, gdy krytykują „zbyt niskie” stawki w państwowym szpitalu, „za małe” środki z NFZ na prywatne kontrakty oraz „zbyt wolne” przekazywanie za grosze publicznego mienia prywatnym spółkom lekarskim. Mówiąc inaczej, zamiast walczyć z darmowymi obiadami, oni domagają się większych porcji!

Innym ciekawym przykładem tej ślepoty czy cwaniactwa, jest dotowanie transportu samochodowego. Pamiętajmy, że liberałowie bardzo nie lubią nierentownych kolei. Problem w tym, że trasy drogowe są znacznie bardziej nierentowne, a mimo to domagają się ich rozbudowy za państwowe pieniądze. Dlaczego za państwowe – ano dlatego, że na świecie niemal nie istnieją autostrady zbudowane całkowicie prywatnie. Żadna firma nie weźmie się za takie przedsięwzięcie bez przynajmniej kredytowych gwarancji rządowych, a i to jest rzadkością, bo najczęściej państwo musi wprost, z budżetu, zapłacić za taką budowę, a następnie – jak w przypadku szpitali – oddać za śmieszne pieniądze autostrady w zarząd prywatnym firmom, by mogły zarabiać na pobieraniu opłat.

Ale nie tylko w tym tkwi problem. Otóż liberałowie skrzętnie przemilczają fakt, że już istniejące drogi są skrajnie nierentowne. Częste są głosy, że to skandal, iż kierowcy płacą tak wysoką akcyzę w cenie paliwa, a państwo buduje tak mało autostrad w zamian. Celowo przemilcza się tu fakt, jak ogromne wydatki są konieczne, aby utrzymać już istniejącą infrastrukturę transportu kołowego. Zupełnie w tych wyliczeniach pomija się także i to, że motoryzacja indywidualna bazuje na ogromnej ilości darmowych obiadów – kierowcy nie tylko nie finansują z akcyzy całości wydatków na budowę i remonty dróg, ale niemal w ogóle nie partycypują w finansowaniu innych kosztów motoryzacji. A te koszty są – nomen omen – kosztowne. Jeśli po stronie „winien” kierowców uwzględnimy nie tylko budowę i remonty dróg, ale też np. wykup ziemi pod nowe trasy, naprawę budynków niszczejących pod wpływem drgań wywołanych ruchem samochodowym, koszty korozji wywołanej opadami deszczów skażonych spalinami, wydatki na leczenie chorób spowodowanych tym, co wydostaje się z rury wydechowej (m.in. astma, część alergii, niektóre odmiany raka, różne schorzenia dróg oddechowych i układu krążenia), to otrzymamy kwoty zawrotne.

Mój redakcyjny kolega, Olaf Swolkień, przygotował niedawno raport poświęcony polityce transportowej. Wkrótce ukaże się on naszym nakładem, a teraz zacytujmy fragmenty dotyczące kosztów generowanych przez kierowców: „Według badań prowadzonych przez uniwersytet w Karlsruhe i instytut INFRAS w Zurychu, w krajach »starej« Unii koszty zewnętrzne transportu wynoszą około 7-8% PKB. Jak pisał publicysta Krzysztof Jasiński, »według szacunków tej samej organizacji koszty zewnętrzne transportu w Polsce są niemal 2 razy wyższe, co oznacza, że co siódmą złotówkę wypracowaną w kraju (około 150 mld zł) zużywamy na dofinansowanie transportu«. Dla porównania: całkowite przewidywane wpływy z akcyzy od paliwa silnikowego to w roku 2008 około 25 miliardów zł”. Dla jasności dodam, że ok. 96% owych kosztów transportu przypada na motoryzację. Kolejny cytat z raportu: „Niemiecki znawca tych problemów, Lutz Ribbe, zbadał jak wyglądają wydatki i wpływy z komunikacji samochodowej dla Wrocławia [pod koniec lat 90. – przyp. R. O.]. Okazało się, że »Miasto Wrocław wydaje 16% swojego budżetu na komunikację samochodową. Po drugiej stronie może zaksięgować wpływy z komunikacji samochodowej w wysokości 3% budżetu miasta. A więc Wrocław gotów jest wydać 13% swojego budżetu na ruch drogowy, nie otrzymując za to od niego ani grosza«”. No i ostatni cytat, aby pokazać, jakie są koszty nie tylko finansowe, ale i „osobowe” tej ponoć bardzo rentownej motoryzacji: „według badań brytyjskich i angielskich, jeżeli Twoje dziecko mieszka w pobliżu drogi o dużym natężeniu ruchu /…/, to ma 6 razy większą szansę na nowotwór mózgu, rdzenia kręgowego, białaczkę, chłoniaka lub »tylko« astmę”.

Jak widać, istnieją bardzo, ale to bardzo obfite darmowe obiady dla części społeczeństwa, zaś nierentowne koleje (których pasażerowie czy firmy spedycyjne też przecież płacą podatki w cenie owej usługi!) są po uwzględnieniu wszelkich kosztów znacznie mniej deficytowe i o wiele słabiej obciążające wspólną kasę niż transport samochodowy. Czy jednak liberałowie domagają się likwidacji darmowych obiadów w dziedzinie motoryzacji? Czy chcieliby budować autostrady za pomocą dobrowolnej zrzutki kierowców? Czy promują kolej lub tramwaje, które po dokładnym wyliczeniu są znacznie mniej kosztowne niż całokształt poruszania się samochodami? A może zechcieliby w czynie społecznym łatać drogi, w których ich samochody zrobiły dziury?

Skądże znowu – dla nich darmowe obiady i socjalizm to dofinansowany pociąg, który zamiast kompletu 300 pasażerów wiezie ich tylko 60. Natomiast 5-osobowy samochód z jedną osobą, dofinansowany z budżetu na różne sposoby co najmniej 10 razy bardziej, uważają za wyraz ciemiężonego wolnego rynku, rentownego tak, że bardziej już chyba nie można. Darmowe obiady są według nich wtedy, gdy budżet dotuje PKP (zresztą śmiesznymi kwotami w porównaniu choćby z Czechami), natomiast gdy minister Religa chciał wprowadzić podatek, dzięki któremu kierowcy finansowaliby wreszcie leczenie ofiar wypadków (czyli płacili za własne czyny), wówczas miłośnicy płatnych obiadów dostali z oburzenia piany na ustach. A przecież powinni cieszyć się, że ktoś chce od nich wyegzekwować opłatę za niewielką część posiłku, który w menu figuruje jako „motoryzacja indywidualna”.

Tego rodzaju przykłady swoistej schizofrenii liberałów można mnożyć. Choćby ich krytyka dotacji dla nierentownych małych gospodarstw rolnych ze „ściany wschodniej”, przy jednoczesnych zachwytach nad hipermarketami, które oferują tanią żywność. A przecież gros produktów rolnych w hipermarketach pochodzi z wielkich farm otrzymujących gigantyczne dotacje, znacznie większe niż te dla drobnych gospodarstw. Inny przykład to pomstowanie na złe dotacje dla państwowych kopalń, które gwarantują krajowi bezpieczeństwo energetyczne, przy jednoczesnym wychwalaniu ulg podatkowych dla „zagranicznych inwestorów”, którzy zajmują się tak istotną działalnością, jak np. produkcja karmy dla psów albo chipsów dla ludzi. Każdy bez trudu, po chwili namysłu, znajdzie takich absurdów jeszcze sporo.

Co z tego wynika? Ano dwie kwestie. Po pierwsze, rzeczywiście nie ma darmowych obiadów – tyle tylko, że to nie „socjaliści” (czyli zwolennicy aktywnej polityki gospodarczej i socjalnej państwa) powinni o tym pamiętać, gdyż oni mają tego pełną świadomość, postulując abyśmy wspólnie finansowali różne wydatki. Powinni o tym natomiast pamiętać liberałowie, którzy bardzo lubią krytykować darmowe obiady i jednocześnie chętnie je konsumują.

Drugi ważny wniosek jest natomiast taki, że teorie i wywody mówiące o możliwości zlikwidowania darmowych obiadów, są nie tylko bzdurne, ale zawierają postulat cofnięcia rozwoju ludzkości o co najmniej kilka stuleci, jeśli nie do epoki jaskiniowej, bo to właśnie wtedy wszyscy osobiście płacili w taki czy inny sposób za każdy produkt i usługę. Dziś poważna dyskusja nie toczy się między wizjami rozwoju społecznego a zwolennikami cywilizacyjnego regresu, lecz na temat tego, za co chcemy wspólnie płacić. Za dobrej jakości powszechną opiekę medyczną czy za „godne życie” lekarzy na trzech etatach? Za zasiłki dla ludzi, którzy nie z własnej winy stracili pracę i środki utrzymania czy za zwiększanie produkcji spalin i skutki tego procederu? Za porządną edukację wszystkich polskich dzieci czy za dotowanie „zagranicznych inwestycji”, aby ich właściciele mogli szybko, niewielkim kosztem i bez ryzyka zarobić jak najwięcej?

Rzeczywiście, nie ma darmowych obiadów – są tylko płatne obiady. A my – społeczeństwo-podatnicy – musimy zdecydować, czy płacimy za niesmaczne i niezdrowe, czy za pożywne i wartościowe.

Anna Mieszczanek

(ur. 1954) – dziennikarka, zwolniona z pracy w stanie wojennym, w latach 80. redaktorka podziemnego pisma „Karta”, później m.in. prywatny wydawca. W latach 1996-1997 wiceprezes Społecznego Instytutu Ekologicznego, uczestniczka ruchu kobiecego. Założycielka i pierwszy Prezes Zarządu Stowarzyszenia Forum Mediacji i Mediatorów, inicjatorka powstania Ośrodka Mediacji Rodzinnych przy Fundacji „Zadbać o świat”. Autorka wydanej w podziemiu i nagrodzonej przez Fundację „Polcul” książki o wydarzeniach marca 1968 w Polsce oraz współautorka (z Wojciechem Eichelbergerem) bestsellera „Jak wychować szczęśliwe dzieci”. Stała współpracowniczka „Best lawn mower 2017”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>