Requiem dla Lejzorka

·

Requiem dla Lejzorka

·

Pamiętam z dzieciństwa małe wielkopolskie miasteczko Bojanowo, nieopodal Leszna. W jednej z uliczek stał budynek, na który wskazywali mi Rodzice, mówiąc: „Tu była żydowska synagoga. Po wojnie przerobiono ją na łaźnię miejską”. Pamiętam też dyrektora mojej szkoły podstawowej, człowieka wielkiej dobroci i otwartości, opowiadającego uczniom: „Przed wojną mieszkali wśród Polaków także Żydzi, bogaci i biedni. To był zupełnie inny świat. Zostali zamęczeni. Nie ma powodu, byście pogardzali ich pamięcią”. Pogadankę wygłosił, bośmy jako dzieci wyzywali się wzajem: „ty Żydzie”.

Trzymam przed sobą dwie powieści Grigorija Kanowicza poświęcone losom Żydów na terenach dzisiejszej Litwy, Białorusi, Rosji, zatytułowane „Nie odwracaj twarzy od śmierci” i „Park niepotrzebnych Żydów”. Opowiadają o wydarzeniach od mniej więcej lat 20. ubiegłego stulecia, po rozpad Związku Radzieckiego. Powieści gorzkie, refleksyjne, nostalgiczne, wskrzeszające świat, którego nigdy już nikomu nie będzie dane oglądać.

Trudno tu opowiadać ich treść, ale najważniejsze kryje się w rekonstrukcji świata małych żydowskich wspólnot, rzuconych pośród inne nacje, przenikających się z nimi i różniących się od nich, tworzących barwną mozaikę ówczesnej rzeczywistości. Powieści pisane w cieniu śmierci i zagłady, z której nielicznym Żydom było dane wyjść obronną ręką. Kanowicz nie unika tematów trudnych: wzajemnych żydowskich konfliktów, akcesu części środowisk żydowskich do radzieckiego komunizmu, świadomego, często niemal ostentacyjnego podkreślania przez Żydów własnej odrębności. A równocześnie ukazuje ludzi, którzy nie mieli wątpliwości, czym jest bolszewizm, ludzi, w których żyłach płynęła krew i polska i żydowska, krwi tak różnej, tak pomieszanej, ukazuje ludzi różnych nacji i wierzeń w najbardziej dobrosąsiedzkich, bo banalnych i przyziemnych stosunkach, Żydów ateistów i Żydów głęboko wierzących, takich, co chcieli najpierw do Palestyny, a później do Izraela i tych, co nie chcieli oderwać się od ziemi, na której przyszli na świat, tych co wyemigrowali do Ameryki i tych, co przeżyli życie w Rosji Sowieckiej.

I nagle przyszło spustoszenie, ze Wschodu i z Zachodu. Ohydny, krwawy wymiar tego spustoszenia jest dziś niemal banałem, przez niektórych nazbyt chętnie bagatelizowanym. Ale nie mniejsza zbrodnia tego spustoszenia polegała na tym, że zniszczyła kulturę, tradycję i pamięć, jakie przenikały nasz wschodnioeuropejski świat przez stulecia. Dwie ideologie, równie absurdalne i nie troszczące się o człowieka, jakim jest w swoim powszednim żywocie, mordując ludzi, burząc ich domy, karczmy, fabryki, cmentarze, szkoły i miejsca modlitw, niszcząc życie zabiły kulturę, odebrały tożsamość znacznej połaci świata.

Lejzorek Rojtszwaniec to biedny rosyjski Żyd z powieści Erenburga, prostaczek, który dźwiga w sobie los swojego narodu, cały smutek, lecz zachowuje szczególny rodzaj humoru, jakim szczycili się synowie Izaaka, Abrahama i Jakuba. Dla mnie osobiście – symbol obcości wobec każdego i wszystkich, ciągłego oczekiwania na Mesjasza lub pogromy lub drwinę: „Ty Żydku”. Ale nie każda obcość musi budzić wrogość, choć coraz częściej mam wrażenie że tak dziś właśnie jest. Może właśnie dlatego, że żyjemy w świecie zepsutym przez totalitaryzmy, niewypowiedziane krzywdy i zbrodnie, w świecie, który nie wyleczył się z traumy historycznej, bo w odróżnieniu od życia jednostek, narody pozbywają się bólu, poczucia winy i krzywdy znacznie, znacznie dłużej.

A przecież – jak wspomniałem – nie każda obcość musi powodować wrogość. Może budzić rozbawienie, zrozumienie, poirytowanie, dobrotliwe poczucie wyższości, ale może przy tym wszystkim być oswojoną, czy nawet lepiej: swojską obcością. Obcość (wobec) ubogiego szewca Lejzorka Rojtszwańca, która nie kopie dołów i nie bije w twarz, ani nie szuka okazji, by z pogardą warknąć: „parchu”. A przecież Lejzorkowi i wszystkim bohaterom powieści Kanowicza należy się przede wszystkim requiem. I kadisz.

Ktoś zapyta, po co nam ta pamięć? Bo nas odróżnia od zwierząt, bo jest naszym ludzkim prawem i obowiązkiem, bo sublimuje kulturę i nie pozwala jej wyjałowić się w stereotypach i banałach, w schematach i w ignorancji. Bo poskramia złą wolę czy głupotę tych, co chcieliby pisać historię na nowo, albo wykoślawić ją na swoją korzyść. Dlatego lubię te strofy Słonimskiego:

„Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek, W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.

Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany, Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto, I wapnem sinym czysto wybielono ściany, Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.

/…/

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem, Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa, Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa Dwa narody tym samym karmione cierpieniem”.

Nie ma już tych miasteczek. A nie wiem, czy pozostanie pamięć.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie