Miłe ulice, ulice Miłe. Miasto Łódź

Nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy gniew i wielkość Łodzi umarły? Czy tylko czekają swego czasu?

Domy, domy, domy surowe, / trzypiętrowe, czteropiętrowe, / idą, suną, ciągną się prosto, / napęczniałe bólem i troską. / W każdym domu cuchnie podwórko, / w każdym domu jazgot i turkot, / błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica – to Broniewski, „Ulica Miła” z tomu „Krzyk ostateczny”, wydanego w roku 1938.

Mroczna brama, stary pies, młoda dziewczyna, umalowana  wyzywająco lub nieudolnie, smród alkoholowego moczu, pełzający po murze liszaj, refleks światła, przypadkowy, groteskowy w tym ciemnym miejscu. Jakieś krzyki z głębi, wulgarne, ochrypłe, bełkotliwe. To już Łódź, tu i teraz.

To się nie skończyło, nędza i krzywda, beznadzieja. Polska codzienność niechciana, nie pokazywana w folderach turystycznych. Banalność szpetoty, banalność brudu, pozorów życia, zwykłość melancholii. Jeśli miejsca mogą chorować na depresję, nieuleczalną, śmiertelną, to właśnie trafiłem na jeden z jej przytułków. Niedaleko ulicy Piotrkowskiej, w centrum dużego miasta w środku Polski.

Uliczki łódzkie, pejzaże nieretuszowanej Polski. To nawet nie słynne Bałuty. Ot, uliczki i ulice jakich tu nie brak. Na każdej spożywczak, na każdej sklep z alkoholem, mnóstwo warzywniaków, knajpy, „chińskie” „restauracje”, budki z kebabami, pierogarnie, naleśnikarnie, bary z domowym jedzeniem. Łódź je i pije, pije i je. Je albo pije. A te sklepy wciąż takie zwykłe, nie naznaczone markami znanych sieci. Jakby ulice chciały zachować swoją niezależność, swoją tożsamość, jakby nie chciały być częścią globalnego świata, natrętnego ometkowywania. Za to należy się im niekłamany szacunek.

Tak, to jest świat nieretuszowany i nieprzedstawiony, by nawiązać do Zagajewskiego. Z jednej strony straszny, z perspektywą tnącą jak „rzeźnickim nożem po oczach”, świat, którego chciałoby się nie widzieć i nie słyszeć, gdy znane są inne krajobrazy, inne widoki (na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość). Świat budzący zawstydzenie moralistów i estetów, bez przytulnej prowincjonalności z seriali ku pokrzepieniu polskich serc, w rodzaju „Ksiądz Mateusz”. Ale ksiądz Mateusz piłby tu denaturat i zakąszał „Magnusem śliwkowym”. Albo, lekko przygarbiony, osłaniając ciałem Najświętszy Sakrament, wracałby rankiem ze szpitala do bezpiecznego azylu na plebanii.

I to jest jedna Łódź, turpistyczna. Jest też inna, pełna ostentacyjnie obnoszonego bogactwa, któremu pieniądz daje uskrzydlającą „wolność miliona”, gwarantującą wyższość wobec mniej szczęsnych finansowo ziomków. Zadbane kobiety kontra kobiety zniszczone. Mężczyźni sukcesu kontra mężczyźni zdeklasowani, „ludzie, którym się udało”, obładowani na zakupach w Manufakturze, Łodzi-Port, sklepach przy Piotrkowskiej – drogimi rzeczami, drogimi żonami i kochankami, najdroższymi dziećmi. Prowincjonalizm a rebours, prowincjonalizm dostatni, który wczesnym rankiem zrywa się na pociąg do Warszawy, tam dosypia i wraca późnym popołudniem, wieczorem, w nocy do swojego miasta. Który woli jednak TLK od pierwszej klasy InterCity.

Ale jest jeszcze jeden, znacznie bardziej interesujący niż to proste, zawarte wyżej przeciwstawienie, obraz. Ukazał go czeski reżyser Pavel Štingl w niedawno pokazanym przez TVP Kultura dokumencie „Bałuckie getto”. Opowiadana przez ocalałych z łódzkiego getta czeskich Żydów historia miejsca, ludzkich losów w czasach pogardy. Nałożona na nią druga narracja z dzisiejszych Bałut, cierpka, bolesna, bo znów wypełniona kalectwem fizycznym, moralnym, duchowym, przenika się z historią Szoach. Przypomina o wielowymiarowości Łodzi, tak dobrze znanej z „Ziemi Obiecanej”.

Historia Łodzi, sama w sobie, jest gorzką pigułką ludzkiego dnia i ludzkich dziejów, które są opowieścią o niezdarnych próbach dopłynięcia do szczęśliwych brzegów historii. Fascynujące jest w Łodzi i to, że na jej ulicach, tak umęczonych, mieszczą się dumnie siedziby zadbanych teatrów, choćby Jaracza czy Powszechnego. A obok nor ludzkich rozpościerają się piękne parki, mnóstwo przyjaznej zieleni, ścieżki pełne spacerujących, odpoczywających zwykłych ludzi. Fascynujące jest, że łódzkie uliczki, tak smutne czasem, zdobią piękne kamienice, jak przebłysk innej rzeczywistości. Że od przaśnych kawiarni do mojego ulubionego sklepu muzycznego „Ale Jazz!” na Pomorskiej jest kilka kroków. Że gdy oprowadzałem po Łodzi swojego pierwszego gościa, jego zdumienie budziło i świetne Muzeum Kinematografii, i przykry zapach miasta w spiekocie. Nie ma w tym przejściu od kultury i świeżości przyrody do banalnej szpetoty i przygnębiającej degeneracji żadnych punktów pośrednich, jest krok w ciemność lub jasność. To właśnie stanowi o niezwykłości Łodzi, jej magnetyzmie, tragizmie i wspaniałości.

Od swych początków to miasto jest dla jednych szczęśliwym, dla drugich bolesnym miastem bogactwa i wysokiej kultury, przepychu, piękna i zbytku, a z drugiej strony – cierpienia rzesz wegetujących w nędzy, grozy mordowanych (nie tylko) w getcie, desperacji i dumy kobiet-włókniarek, uczestniczek marszu głodowego latem 1981 roku, gdy ulicą Piotrkowską, z ówczesnej siedziby „Solidarności” (przy numerze 260) na Plac Wolności przeszło blisko 50 tys. ludzi. Miasto mężczyzn (bez) pracy, a może bardziej jeszcze: miasto kobiet (bez) pracy.

Nic też dziwnego, że właśnie Łodzi Broniewski poświęcił jeden ze swych najpiękniejszych, przepełnionych pasją wierszy:  Ciąży sercu troska i pieśń, / troskę w sercu ukryj i nieś, / pieśń jak kamień podnieś i rzuć. / W dymach czarnych budzi się Łódź. /…/ Z ognia i ze krwi robi się złoto, / w kasach pękatych skaczą papiery, / warczą warsztaty prędką robotą, / tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery, / im – tylko radość z naszej niedoli, / nam – na ulicach końskie kopyta – / chmura gradowa ciągnie powoli, / stanie w piorunach Rzeczpospolita. / Ciąży sercu wola i moc, / rozpal iskrę, ciśnij ją w noc, / powiew gniewny wciągnij do płuc / jutro inna zbudzi się Łódź.

Ale dzisiejsza Łódź jest inna. Pieśń rzucać tu jak kamień? Kamieniem ciska wyrostek w pociąg dojeżdżający na dworzec Łódź Fabryczna. Ale nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy jego gniew i wielkość umarły? Czy tylko czekają swego czasu? Czy krzyk miasta wsiąkł w mury, czy zagłusza go dana stosunkowo nielicznym sytość Manufaktury? Czy w nazwach ulic tego miasta, w aktywności jego mieszkańców, młodych ludzi, czy w krzątaninie codziennej, czy w licznych łódzkich sklepikach, czy w malutkich targowiskach, czy w strasznym niektórym egalitaryzmie ulic, na czele z Piotrkowską, nie kryje się prawdziwe życie, któremu, owszem, podcięto skrzydła, ale nie wyrwano go przecież z korzeniami.

Ulice Miłe miasta Łódź. Miłe sercom ulice Łodzi. Prawdziwe życie jest tu obecne.

Krzysztof Wołodźko

(ur. 1977) – zastępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, członek krakowskiej Spółdzielni „Ogniwo”, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”.

Autorką fotografii Krzysztofa jest Katarzyna Derda.

4 odpowiedzi na „Miłe ulice, ulice Miłe. Miasto Łódź

  1. Dzieki Krzysiu. swietny tekst.

    Zawsze miałem kłopot żeby powiedzieć ludziom co mnie w Łodzi zafascynowało ze postanowiłem tu zostac. Co jest takiego magicznego w tym smutnym i szarym miescie gdzie nawet jak w biały dzień dostaniesz w ryj w srodku miasta to jakoś nie sposób mieć żalu do gościa który „musiał odreagowac”. Co sprawia ze mimo ze ciężko tu żyć, mimo że Warszawa kusi dobrymi pensjami, mimo ze Izery kuszą sielanką i spokojem to jakoś nie sposób wyobrazić sobie ze porzucę to dogorywające miasto.

    Zebrałeś to wszystko tak że nareszcie łatwiej mi zrozumieć co mnie tu trzyma. To miasto skrajnych kontrastów jest jak Polska w soczewce. Odkurzona z rzeczy które są „pomiędzy” i tylko zaciemniają obraz tego co stało się z naszym krajem w ciągu ostatnich dwudziestu lat. „Prowincjonalizm a rebours”, skrajna nędza, enklawy dziedziczonej biedy i rozrastające się przedmiescia pałaców.

    To miasto jest jak wyzwanie. Jak rękawica rzucona przez bezduszny system mnożenia zysków współczesnym siłaczkom i doktorom Judymom. Tego najbardziej potrzeba Łodzi. Ludzi którzy bedą odważnie chodzili między Wschodnią, Włókienniczą, Abramowskiego, Próchnika i pokazywali że można oderwać głowę od zaszczanego chodnika po to żeby zobaczyć nad głowa powiewające flagi ŁKS. Wejść pomiędzy ożywiające beton Widzewa i Olechowa jaskrawoczerwone murale „1910” i poczuć siłę zakorzenienia w swoim miejscu na Ziemi.

    Tam drzemie gniew, duma i poczucie lokalnej tożsamości. Lud, który jest od lat ogłupiany przez lokalnych „lewicowych” baronów, oszukiwany przez obietnice dotowanych przez miasto stref ekonomicznych, sprowadzany do porównywalnego z trzecim światem taniego „zasobu ludzkiego”, oduczany samodzielności i pozostawiany sam na sam z otwartymi 24h sklepami monopolowymi.

    Jedyny pomysł władz na niedawno prawie milionowe miasto to „przemysł” kreatywny – elitarna zabawa dla rozpuszczonych dzieci lewicujących w ekskluzywnych kawiarniach. „Lateizacja” to konsekwentnie do „przemyslu kreatywnego” jedyny pomysł na ożywienie Piotrkowskiej.

    Żadnej oferty dla masy, która przez dziesiątki lat swoją praca żywiła to miasto. Dziś przebąkuje się o rozwiązaniach a’la poznańskie pomysły osiedli kontenerowych. Wywieźć problem na przedmieścia i najlepiej odgrodzić murem i zasiekami.

    Od jakiegoś czasu coraz częściej ludzie pytają mnie czemu robię to co robię. Co mnie napędza, co nie pozwala wyjechać do Warszawy jak prowokował kiedyś na stronach KP Tomasz Piątek. Konsekwentnie odpowiadam że to Gniew. Jedyny z grzechów głównych o którym można powiedzieć że bywa święty. Teraz dam im Twój tekst i powiem Krzysiek to napisał. Lepiej niż sam bym miał to przez godzinę opowiadać.

    Nie można było znaleźć lepszego podsumowania Twojego tekstu. Zacytowany przez Ciebie Broniewski brzmi tu jak hymn. Jak bojowe zawołanie:

    / powiew gniewny wciągnij do płuc
    / jutro inna zbudzi się Łódź.

    Nawet jeśli inna Łódź to utopia to warto powalczyć, dać przykład, ożywić nadzieję, pobudzić wyobraźnię. Tylko frajerzy składają broń przed pierwszym wystrzałem.

    Jeszcze raz. Dzięki Krzysztofie. Nie tylko za tekst ale przede wszystkim za to, że tu przyjechałeś. W kupie zawsze raźniej ;-)

  2. Krzysztof Wołodźko pisze:

    :-)
    Dodam jeszcze: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.;-) I to: jeśli tu zrobisz biznes, to wszędzie zrobisz biznes.;-)

  3. Wielisław Marinow pisze:

    Ja także dziękuję. Wracam do tego tekstu, więc jest to jedna z lektur rzeczywiście przeze mnie wybranych. Artykuł pisany z perspektywy ulicy, z perspektywy życia, nie zza biurka. Pozwolę sobie wrzucić swój wierszyk sprzed jakichś dwóch lat, tak a propos. Też pełen Gniewu :)

    nie słucham Boba Marleja
    nie słucham Boba Frajera
    nie słucham Boba Fakera
    hipisa co zdradził ska
    i lud roboczy
    olewam prawa gejów
    lizusów kapitału
    bobosów pornoszików
    o moją zaś Kobietę
    zatroszczę się sam –
    bez parytetu
    bo to jest mój socjalizm
    co Orła ma w herbie
    i pracowniczą czerwień
    jak w 1905 w Łodzi
    na bruku i na sztandarze
    tu nie Krytyka Polytyczna
    tu jest rzeczywistość magiczna
    z kociego łba
    z łódzkiego bruku
    tu duchy żydowskiej
    duchy polskiej biedoty
    nie cierpią salonowej hołoty
    tu z ziemi dym się unosi
    i nikt cię tutaj nie prosił
    na podwórko-studnię
    żebyś się obnosił obłudnie
    uważaj!
    bo cię jeszcze pies jakiś skubnie
    proletariackim kłem
    żegnam cię
    Adieu!

    Pozdrawiam Cię, Krzyśku i p. Surmacza także. Szacunek za miłość do tego trudnego Miasta.

  4. sb pisze:

    (z góry przepraszam, że nie będzie zbyt górnolotnie i wielosylabowo)

    wow… Nie wiedziałam, że o Łodzi można pisać z taką fascynacją. Pewnie dlatego że spędziłam (spędzam?) tu całe dzieciństwo. A to w innych miastach dresy nie biją ludzi? Wychowałam się na Bałutach (co prawda „nowych”) i faktycznie szkolny korytarz był kaplicą nauk moralnych. Np empatia – jak widzisz dużo ludzi ubranych na biało to się nazywa Wpad, pochodzi najpewniej z Kozin, ośki po drugiej stronie Włókniarzy (Włókniarzy jest linią oddzielających fanów ŁKS – RTS). Jeśli w trakcie Wpadu widzisz samotnie idącego chłopca – nieważne czy ładnego, nieważne w ogóle czy go znasz – łap go za rękę! Tylko chłopaków z dziewczynami nie biją.

    Myślę, że gdyby zrobić ankietę wśród łodzian „Co najbardziej przeszkadza ci w twoim mieście?” najpewniej wskazaliby – nie alkoholików na ulicach, nie śmierdzące podwórka kamienic, nie strach przed chuliganami – tylko wciąż niepunktualne MPK.

    Tyle mojej spontanicznej osobistej refleksji. Przekazuję tekst dalej – niech jeszcze ktoś się zdziwi, że można się tym dziwić :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>