Własność kontra kapitalizm

Własność kontra kapitalizm

Dwugłowy potwór, a może raczej czteronożny, określony przez George’a Bernarda Shaw mianem Chesterbelloc – znów atakuje. W ubiegłym roku ukazały się niemal jednocześnie polskie przekłady dwóch fundamentalnych prac autorów składających się na ten tandem. O ile w przypadku Gilberta Keitha Chestertona mamy do czynienia z przybliżaniem polskiemu czytelnikowi kolejnych już dzieł tego autora, o tyle jeśli chodzi o Hilairego Belloca, choć nazwisko to nie jest polskiemu czytelnikowi całkowicie obce, można mówić o deficycie jego twórczości na naszym rynku. Dotychczas z bogatej spuścizny brytyjsko-francuskiego pisarza ukazała się znikoma ilość pozycji, w tym o tematyce społeczno-politycznej jedynie rozprawa „Lichwa: kryzys gospodarczy”.

Chesterton i Belloc wychodzą w swoich książkach od konstatacji na temat kiepskiej kondycji współczesnego świata i człowieka. Diagnoza to tyleż trafna, co banalna. Wszelako Chesterton od razu wskazuje na coś, co będzie stanowić rdzeń obydwu omawianych prac. Podkreśla bowiem, iż głównym złem jest to, że nie pytamy, co jest dobre. Zły jest lęk przed przeszłością przy jednoczesnym zapatrzeniu w przyszłość, obawa przed spojrzeniem wstecz, przekonanie, iż dawne ideały są już niemożliwe do realizacji. Podkreśla on, że wielkie ideały przeszłości poniosły porażkę nie dlatego, że się przeżyły, ale dlatego, że nie zostały w wystarczającym stopniu wprowadzone w życie. Ludzkość nie przeszła przez średniowiecze; raczej wycofała się ze średniowiecza w popłochu. Nie było tak, że ideał chrześcijański wypróbowano i uznano za nieodpowiedni. Uznano go za trudny i pozostawiono niewypróbowany (s. 51). Rozpoznany tutaj zostaje jeden z podstawowych lęków nowoczesnego człowieka: strach przed cofnięciem się, przed uznaniem dawnych prawd jako lepiej odpowiadającym naturze i potrzebom człowieka niż te, które propagowały nowożytne utopie. W związku z tym obaj autorzy postulują zwrócenie się w przeszłość. Nie po to jednak, żeby naśladować ślepo dawne rozwiązania – brak tutaj znamion retrospektywnej utopii. Kreślą oni raczej zadanie dokończenia dzieł architektów z dawnych czasów, nad którymi w pewnym momencie, z różnych powodów, przerwano pracę. Historia bowiem, to nie zbudowane domy, które popadły w ruinę; to raczej domy zbudowane do połowy; porzucone przez budowniczego-bankruta (Chesterton, s. 56). W związku z tym postulaty, z którymi występują, nie mają posmaku nowości, są raczej niegdysiejszymi, nigdy nieprzetestowanymi ideałami, które zostały zaniechane w wyniku zmęczenia daremnym oczekiwaniem na ich realizację.

Jednym z głównych tego rodzaju ideałów jest własność. Nie jest ona już, pisze Belloc, ogólną cechą naszego społeczeństwa określającą jego charakter. Z drugiej strony, nieobecność własności i zależność od niepewnego zarobku oraz woli innych jest właśnie ogólną cechą naszego społeczeństwa i determinuje z kolei jego charakter. Rodzina nie posiada, niestety, tej wolności, która jest konieczna dla jej pełnego zdrowia moralnego, a z tego powodu i państwo, którego jest częścią. Dlatego właśnie nasze społeczeństwo popadło w chorą kondycję znaną jako kapitalizm przemysłowy. W tym państwie bowiem kontrola środków produkcji została przekazana stosunkowo małej liczbie ludzi, a w konsekwencji wolność ekonomiczna przestała być postulatem nadającym ton społeczeństwu (Belloc, s. 15). Instytucja własności została zniszczona we współczesnym świecie, a sam termin zszargany za sprawą kapitalistów. Słysząc rozmowy ludzi – pisze Chesterton – można by pomyśleć, że Rothschildowie i Rockefellerowie są po stronie własności. Ale to oczywiste, że są wrogami własności, ponieważ są wrogami własnych ograniczeń. Nie chcą swojej ziemi, ale cudzą. Kiedy przesuwają granicę pola sąsiada, przesuwają też swoją. […] Byłoby zaprzeczeniem własności, gdyby książę Sutherland posiadał wszystkie pola w okolicy, tak jak byłoby zaprzeczeniem małżeństwa, gdyby trzymał nasze żony w swoim haremie (Chesterton, ss. 61–62).

Kapitalizm, zdaniem obydwu myślicieli, to właśnie system, w którym mniejszość całkowicie kontroluje środki produkcji. Na pastwę losu pozostawia natomiast wywłaszczone masy obywateli, zwane proletariatem. Stan proletaryzmu wiąże się nie tyle z ubóstwem, ile z poczuciem ciągłej niepewności, niepokoju, co przyniesie następny dzień. Proletariusze to bowiem ci, którzy nie posiadają nic oprócz proles (potomstwa). Brak jakiejkolwiek własności, mogącej stanowić zabezpieczenie w sytuacjach kryzysowych, choroby, bezrobocia itp., powoduje utratę przez całą tę klasę wolności oraz życie w stanie ciągłego niedoboru i niepewności, nieustanne balansowanie na krawędzi nędzy i bankructwa.

Własność jest przez Chestertona i Belloca ściśle wiązana z wolnością. Te dwie instytucje funkcjonują niejako w symbiozie. Nie ma mowy o wolności ekonomicznej bez jak najszerszego rozpowszechnienia własności. I na odwrót – własność może spełniać swoje funkcje w społeczeństwie tylko w przypadku istnienia prawdziwej wolności. Jak podkreśla Belloc, istnieją trzy podstawowe warunki, które muszą zostać spełnione, zanim podejmie się próby praktycznego rozwiązania problemów społeczno-ekonomicznych epoki kapitalizmu przemysłowego i zaprowadzenia ustroju rozpowszechnionej własności, czyli dystrybucjonistycznego. Podkreśla, że nie można marzyć o doskonałości – chodzi przede wszystkim o to, aby wytworzyć sprzyjającą atmosferę dla tego rodzaju rozwiązań, aby własność zaczęła być zwyczajnie obecną w społeczeństwie. Na tym należy się skupić, zamiast marzyć o jej pełnym upowszechnieniu.

Po drugie, nie ma sensu zabierać się do tego rodzaju reform, jeśli nie wytworzymy korzystnego klimatu umysłowego, który zapewniłby, iż przeprowadzone zmiany będą miały charakter trwały, że wspierane i kultywowane będą instytucje podtrzymujące własność prywatną. Należy więc zmienić, jak pisze, filozofię społeczeństwa, w którym żyjemy. Dysponując bowiem fałszywą i trującą filozofią, która wytworzyła przemysłowy kapitalizm z jego stadem najemnych pracowników, mając też zniszczoną zwyczajną ludzką wolność ekonomiczną, musimy na powrót ustanowić rozsądną filozofię lub raczej społeczną religię, kiedy to nieodzownie trzeba będzie się zabrać za tworzenie właściwych instytucji. Musimy wiec nawrócić Anglię na słuszną religię, zanim będziemy mogli uczynić Anglików wolnymi (Belloc, s. 49).

Warunkiem trzecim natomiast jest zaangażowanie się w całe to przedsięwzięcie władz państwowych. Zwracając uwagę na potrzebę silnego, aktywnego państwa w sferze społeczno-gospodarczej, Belloc jednak wzdragał się przed jego rozrostem. Stąd na przykład mocna krytyka u niego koncepcji welfare state, zabierającego jakoby zbyt wiele wolności obywatelom. Ubolewa on także, iż w dzisiejszych czasach ludzie rozmawiają tylko w kategoriach zatrudnienia i wynagrodzenia […]. Własność prywatna z pewnością nie jest, niestety, przedmiotem zainteresowania większości ludzi. Jeśli bowiem mogłaby nim się stać, to już dawno temu mógłby również pojawić zakończony sukcesem protest przeciwko systemowi pracy najemnej (Belloc, ss. 26–27).

Belloc jest przekonany, że lepsze rozwiązanie niż praca najemna stanowią choćby spółdzielnie, ponieważ ich członkowie partycypują w zyskach i stratach. Pomimo tego jednak wyraźnie podkreśla, iż nie można o choroby gospodarcze naszych czasów, jak czynią to liberałowie, obwiniać interwencjonizm państwowy, bowiem złem jest utrata wolności. Interwencjonizm jako taki może do niej prowadzić, ale nie musi, równie dobrze bowiem może przyczyniać się do jej przywrócenia. W państwie właściwie zorganizowanym, realizującym ideały wolności i upowszechnienia własności, koniecznością jest istnienie państwowych gwarancji dla siły cechów rzemieślniczych, procesu dziedziczenia oraz ograniczenia wobec nadmiernych obciążeń fiskalnych. Musi też istnieć system instytucji służących popieraniu rozwoju małej własności, tak jak dzisiaj istnieje niestety urzędowy system popierania zniszczenia małej i szeroko rozpowszechnionej własności poprzez rozległą warstwę właścicieli. Oczywiście, wysiłek przywrócenia własności nie powiedzie się, jeśli zostanie ograniczony przez przesąd sprzeciwiający się użyciu siły jako narzędzia sprawiedliwości. Wszystkie władze państwa zostały przecież wykorzystane przez kapitalizm, aby przywrócić niewolnicze warunki życia społecznego. My z kolei nie powinniśmy reagować przeciwko tym niewolniczym warunkom, o ile sami nie skorzystamy z tych metod (Belloc, ss. 28–29).

Nie ma więc co liczyć na to, że w społeczeństwie kapitalistycznym dojdzie do upowszechnienia własności prywatnej za sprawą jakichś naturalnych procesów. Nie, system taki należy dopiero stworzyć, a następnie cały czas o niego dbać. Naturalne procesy, niekontrolowane w żaden sposób, będą bowiem zmierzać w kierunku kontroli środków produkcji przez niewielką garstkę – w stronę kapitalizmu i rządów plutokracji. Belloc zwraca więc tutaj uwagę na to, co w późniejszych latach uczynili osią swych koncepcji ordoliberałowie. Jeden z czołowych przedstawicieli tej szkoły, Walter Eucken, pisał, iż wolny, naturalny ustrój […] nie powstaje po prostu w ten sposób, że polityka gospodarcza pozostawia jego ukształtowanie się biegowi wypadków, ale tylko wtedy, gdy ona o ten ustrój zabiega1. Państwo ma więc być aktywnym graczem w sferze społeczno-gospodarczej. Powinno przeciwdziałać tworzeniu się monopoli i oligopoli poprzez wprowadzenie odpowiedniego ustawodawstwa. Przyznaje mu się także prawo do dekoncentrowania karteli, do takiego oddziaływania na przedsiębiorców, aby nie tworzyli zbyt dużych zakładów pracy, do planowania przestrzennego kraju itp.

Belloc słusznie podkreśla bowiem, że przecież kapitalizm nie powstał samorzutnie, jako wynik naturalnych procesów, lecz pojawił się w momencie, gdy zabezpieczenia gwarantujące właściwie podzieloną własność zostały rozmyślnie zniszczone przez zło ekonomiczne, któremu przeciwstawiono się niewystarczająco. […] już po ich unicestwieniu, pojawiło się wolne pole dla wzrostu plutokracji w polityce i kapitalizmu w ekonomicznej strukturze państwa (Belloc, ss. 32–33).

Rzeczywiście, jak wskazywał na to chociażby Karl Polanyi, wolny rynek nigdy nie powstałby, gdyby nie celowe działania państwa w tym kierunku. To państwo tworzyło gospodarkę leseferystyczną w Anglii, umożliwiając grodzenia (enclosure),zwane rewolucją bogatych przeciw biednym, a także wprowadzając cła, premie eksportowe, ujednolicając rynki itp.2. Chesterton pisze wręcz, że bogaci po prostu wyrzucili biednych […] na drogę, mówiąc im krótko, że to droga postępu. Dosłownie narzucili im pracę w fabrykach i współczesny niewolniczy system płac, przez cały czas zapewniając, że to jedyna droga do bogactwa i cywilizacji. Tak jak zabrali wieśniakowi klasztorne jedzenie i piwo, mówiąc, że ulice w niebie są wybrukowane złotem, tak zabrali mu później wioskowe jedzenie i piwo, mówiąc, że wybrukowane złotem są ulice w Londynie (Chesterton, s. 91). Drugi z nich zaś stwierdza, że rozkwit kapitalizmu nastał po tym, jak cała ta zła robota została wykonana, co więcej, można to było uczynić tylko dzięki tej złej robocie (Belloc, s. 33).

Belloc wskazuje siedem dróg prowadzących do degeneracji społeczeństwa i systemu gospodarczego. Jego zdaniem sprzyja temu mniejsza proporcjonalnie kosztochłonność większego przedsiębiorstwa, jeżeli chodzi o zarządzanie, większa zdolność dużej grupy ekonomicznej do nabywania wszystkich bardziej kosztownych narzędzi produkcji, dystrybucji i wymiany oraz możliwości wykorzystania reklamy, łatwiejszy dostęp do kredytów i otrzymywanie ich na o wiele korzystniejszych warunkach, przewaga finansowa skutkująca możliwością wykupienia mniejszego, czyli de facto eliminacji go z rynku, czy też możliwością stosowania cen dumpingowych w tym samym celu. Dalej: łatwiejsze warunki gromadzenia kapitału, możliwość wpływania na działalność ustawodawczą, a tym samym tworzenie prawa służącego interesom plutokracji, wpływ na wymiar sprawiedliwości (Belloc, ss. 35–47). Nie są to jednak żadne spiżowe, nienaruszalne prawa ekonomiczne. Nie istnieje konieczność powstawania coraz to większych grup kapitałowo-gospodarczych, a mówienie o nieuchronności tego procesu, dokonującego się jakoby automatycznie, samorzutnie, to nic innego jak kapitalistyczne „mydlenie oczu”. Ma ono przekonać, że należy pogodzić się z istniejącym stanem rzeczy.

Tymczasem, jak pisze Belloc, jedyny determinizm, z jakim mamy tutaj do czynienia, to logiczna konieczność następstw pewnych ludzkich ustaleń i założeń. To konsekwencja funkcjonowania w określonym paradygmacie społeczno-gospodarczym, stworzonym jednak i przyjętym przez samych ludzi. Tam, gdzie masz już ustalone zasady gry, i to niezależnie od każdego konkretnego sposobu, tam z konieczności zaistnieją pewne wynikające z nich konsekwencje, ale konsekwencje te będą wynikały tylko do czasu, kiedy zmienisz reguły gry. […] Jeśli, na przykład zadeklarowałeś nietykalność dla tych, którzy kradną zegarki, to z tej możliwości, jako swoista konieczność, wyniknie niepomierny wzrost kradzieży zegarków […] W ten sam sposób, jeśli nie będzie ograniczenia konkurencji zarówno co do skali własności, jak też wielkości połączeń kapitałowych i kontroli w takich przypadkach, wówczas rzeczywiście pojawi się pewien rodzaj konieczności działającej na rzecz wzrostu grupy ekonomicznej. Ale jest to „konieczność”, która trwa wyłącznie tak długo, jak obowiązują reguły. Dlatego wraz ze zmianą reguł zniknie też konieczność (Belloc, s. 65–66).

Trzy główne człony reformy nieodzownej do przeprowadzenia to zdaniem Belloca: a) przywrócenie społeczeństwu drobnego rolnika, handlowca i rzemieślnika, jak też rodzin w roli zatrudniających w ludzkim, rodzinnym tego słowa znaczeniu, to znaczy zajmujących się niewieloma, ale za to znanymi osobiście pracownikami; b) podział własności w przedsiębiorstwach, obecnie, z konieczności większych, pomiędzy udziałowców w wystarczającej ilości; c) zastosowanie tego zdrowego podziału za pośrednictwem instytucji, które powinny utrzymywać ten stan rzeczy oraz zabezpieczać przed powrotem degradacji własności przez kapitalizm (Belloc, s. 52). Wszystkie one winny być zastosowane jednocześnie, aby mogły przynieść pożądany skutek.

Jeżeli chodzi o przywrócenie społeczeństwu instytucji drobnego handlu, Belloc nie waha się napisać, iż wymaga to dwóch kompatybilnych ze sobą działań. Po pierwsze należy wprowadzić ekonomiczną ochronę drobnego sprzedawcy. Po drugie trzeba utrudniać życie wielkiemu handlowcowi poprzez zróżnicowane opodatkowanie skierowane jednocześnie przeciwko sieciom sklepów niszczących drobny handel, ale również dzięki swojej potędze nierzadko kontrolujących ceny sprzedaży, dystrybucji, a nawet produkcji, a także przeciw sklepom wielobranżowym i wielkiemu obrotowi w sprzedaży detalicznej. Celem tego jest ustanowienie instytucji, które drobnemu handlarzowi czy rzemieślnikowi dadzą sztucznie wytworzoną przewagę przeciwko wielkiemu handlowcowi. […] Jest to, oczywiście, posunięcie „nieekonomiczne”. Innymi słowy, jest to koszt tego wysiłku. Ale czyż tymi luksusami nie cieszą się dzisiaj osobiście wyłącznie wielcy kapitaliści? (Belloc, s. 61).

W działach gospodarki, gdzie dekoncentracja nie jest możliwa i gdzie w efekcie mamy do czynienia z rzeczywistą koniecznością istnienia wielkiej grupy kapitałowej (koleje, poczta, system dróg państwowych), należy zaś wprowadzać formy własności wspólnej – cechowej lub państwowej – oraz podział tejże własności za pomocą akcji. Stanowi to co prawda rodzaj półśrodka, ale mimo wszystko poddaje się dzięki temu przedsiębiorstwo jakiejś kontroli ze strony społeczeństwa.

Dystrybucjonizm, jak widzimy, nie wyklucza innych form własności poza prywatną. Nie wymaga też, aby każdy proces gospodarczy był domeną mikroprzedsiębiorstw. Chodzi natomiast o to, aby małe i średnie firmy stanowiły fundament i normę gospodarki jako takiej. Wyraźnie widoczny jest w tej koncepcji również swoisty rustykalizm bliski projektom lansowanym przez agrarystów. Zdrowe społeczeństwo to mianowicie takie, w którym odbudowana zostanie warstwa chłopska. Jej istnienie stanowić ma warunek sine qua non rozwoju w człowieku pierwiastków kreatywnych i wolnościowych, a praca rolnika traktowana jest w tej wizji jako swoisty wzór i punkt odniesienia dla pracy w ogóle. Belloc przywiązuje do tej kwestii tak wielką wagę, iż godzi się nawet na poważne koszty dla społeczeństwa, jakie wiązałyby się z odbudową stanu chłopskiego. Przywracanie chłopstwa musi rozpocząć się jako pewnego rodzaju społeczny „luksus”, a kiedy będzie już ono pozostawało w tym stanie początkowego „luksusu”, tak jak wszelkie luksusy musi ono, niestety, przesadnie kosztować, jednak… powodzenie oraz moralność wspólnoty powinien właśnie zbudować ten ekonomiczny wysiłek (Belloc, s. 90–91).

Praca Belloca ma raczej postać programu, charakteryzuje ją w miarę systematyczny sposób przeprowadzania wywodu, autor przedstawia określone postulaty i zastanawia się nad możliwościami i sposobami ich realizacji. Belloc był pragmatykiem, jak pisał o nim Chesterton w swojej „Autobiografii”: Dlatego właśnie współcześni zupełnie nie zrozumieli Belloca, na przykład jego pracy historycznej „Państwo niewolnicze”. Ponieważ Anglicy, do których się zaliczam, są romantyczni i lubią myśleć, że Francuzi też są romantyczni i że – co jeszcze bardziej niedorzeczne – Belloc jest Francuzem, to w ogóle nie zauważają, kiedy pisze on naukowo. Jego praca na temat państwa niewolniczego jest ściśle naukowa, tak jak mapa wojskowa jest wojskowa. […] Przed przeczytaniem książki Belloca krytycy zaczęli krytykować to, co prawdopodobnie mógłby on napisać. Potem powiedzieli, że straszy nas przerażającym koszmarem zwanym „państwem niewolniczym”3. W przypadku Chestertona mamy natomiast do czynienia raczej z błyskotliwym esejem dotyczącym „nowoczesnych zabobonów”. Mniej tutaj konkretu, planu politycznego, kwestii związanych ze strategią realizacji pożądanych reform. Lektura ta pokazuje też specyfikę sojuszu i przyjaźni, z którymi mieliśmy do czynienia w przypadku tych dwóch wybitnych postaci. Duet ten niewątpliwie doskonale się uzupełniał, jeżeli chodzi o sposób przedstawiania i popularyzacji idei, którym obydwaj hołdowali.

Obaj pisarze, co warto podkreślić, nie należą do grona hurraoptymistów, którzy z łatwością rzucają obietnice na wiatr. Belloc niejednokrotnie na kartach swojej książki przypomina, iż zadanie, które stawia przed sobą i społeczeństwem, nie jest ukierunkowane na doskonałość. Chodzi jedynie o to, aby proces upowszechnienia własności zapoczątkować, zmienić obowiązujący paradygmat, zatrzymać procesy prowadzące w kierunku coraz większej centralizacji, rozwarstwienia i zniewolenia. Po drugie, wskazuje, że jeśli tego nie zrobimy, wolność nie będzie mogła istnieć – gdy pozostawimy sprawy swojemu biegowi, nieuniknioną konsekwencją będzie niewolnictwo.

Podobnie Chesterton zalecał metodę małych kroków, które prowadzić będą do wyznaczonego celu. Pisał o potrzebie takiego opodatkowania umów, aby zniechęcić do sprzedaży małej własności wielkim posiadaczom oraz stymulować rozdrobnienie wielkiej własności pomiędzy rzeszę właścicieli. Akcentował również potrzebę wprowadzenia prawa dla ubogich, chroniącego małą własność przed wielką, o dotacjach, wspomaganiu i inicjowaniu różnego rodzaju eksperymentów wspierających małą własność, pozwalających jej się rozwijać i upowszechniać4. Największym złem czasów współczesnych jest bowiem jego zdaniem to, że nieustannie przemy do przodu, ponieważ boimy się zawrócić. Socjalista twierdzi, że własność jest już skupiona w trustach i domach towarowych, jedyną nadzieją jest jeszcze bardziej skupić ją w państwie. Ja twierdzę, że jedyną nadzieją jest ją rozproszyć, to znaczy wyrazić skruchę i powrócić, jedynym krokiem naprzód jest krok wstecz (Chesterton, s. 319).


Hilaire Belloc, Esej o przywróceniu własności, Warszawa 2013; Gilbert Keith Chesterton, Co jest złe w świecie, Sandomierz 2013.

Przypisy:

  1. W. Eucken, Podstawy polityki gospodarczej, Poznań 2005, s. 95.
  2. K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, ss. 41–154.
  3. G. K. Chesterton, Autobiografia, Warszawa-Ząbki 2010, s. 218.
  4. G. K. Chesterton, The Outline of Sanity, http://www.chesterton.omne.pl/the_outline_of_sanity.html
Tematyka
komentarzy