Globalizm kontra lokalizm. Rolnictwo i żywność w dobie neoliberalizmu

Globalizm kontra lokalizm. Rolnictwo i żywność w dobie neoliberalizmu

Tuż po ostatnich wyborach prezydenckich można było w mediach społecznościowych obserwować dość groteskową „akcję” zainicjowaną przez część osób obrażonych na wynik głosowania. Otóż kiedy okazało się, że na Andrzeja Dudę głosowało ponad 63% mieszkańców wsi, część zwolenników innych kandydatów zaczęła wzywać do bojkotu polskich rolników i produkowanej przez nich żywności. Pojawiały się deklaracje o zaprzestaniu nabywania rodzimych produktów i o przerzuceniu się wyłącznie na „marokańskie ziemniaki i hiszpańskie truskawki”, skoro mieszkańcy wsi śmieli w ten sposób głosować i w dużej mierze ich głosy przechyliły szalę zwycięstwa. Oczywiście nie należy przykładać do tej „inicjatywy” specjalnej wagi, zapewne w większości przypadków skończyło się na internetowym pohukiwaniu, tudzież wszystko ograniczyło się do kilkudniowej obrazy skutkującej rzeczywiście tego rodzaju postawami. Warto jednak o tym wspomnieć, ponieważ przykład ten doskonale ilustruje obskurantyzm i kołtuństwo części osób uważających samych siebie za ultranowoczesnych, postępowych, „trendy”, otwartych na świat i mających misję cywilizowania polskiego społeczeństwa. Tymczasem zaś w imię dąsów i fochów zaczęto propagować rozwiązania, które w społeczeństwach zachodnich, a zwłaszcza wśród liberalno-lewicowych elit tych społeczeństw, już dość dawno zaczęły być traktowane jako passé.

Przeciw drobnym rolnikom

Próbując w ogóle zrozumieć charakter zmian, które dokonały się w dziedzinie rolno-spożywczej w ostatnich latach, trzeba sięgnąć wstecz. Procesy kapitalistycznego wywłaszczania chłopstwa i uprzemysłowienia rolnictwa rozpoczęły się już dawno. Można tutaj przywołać chociażby zjawisko grodzenia, z którym mamy do czynienia w Anglii począwszy od XIII w., a które przybrało na sile w XVIII i XIX w. w związku z dokonującą się rewolucją przemysłową. Przyczyniło się to do masowych migracji na kontynent amerykański czy australijski ludności rugowanej z ziemi. W nowych warunkach usiłowała ona odtwarzać znane sobie struktury samowystarczalności gospodarstw rolnych – co jednak wcale nie było takie proste. Sukcesywnie bowiem drobni rolnicy byli wypierani przez duże, dysponujące pokaźnym kapitałem gospodarstwa. Powstaje wówczas pierwszy „międzynarodowy reżim żywnościowy”, na który składało się skomercjalizowane rolnictwo osadnicze rozwijające się na terenie USA, Kanady, Australii czy Argentyny, wyspecjalizowane w produkcji pszenicy i inwentarza żywego dostarczanego gospodarkom europejskich metropolii, oraz system produkcji kolonialnej na obecnym Południu. Ten drugi wyspecjalizował się w wytwarzaniu cukru, kawy, kakao, tytoniu, herbaty oraz takich surowców dla przemysłu, jak kauczuk, bawełna, drewno, juta, miedź czy cyna1. Ich rozwój zazwyczaj wywierał negatywny wpływ na lokalną produkcję chłopską, przeznaczoną głównie na potrzeby miejscowej ludności. Najlepsze ziemie były po prostu przejmowane przez plantatorów, w związku z tym produkcja stawała się coraz bardziej praco- i kosztochłonna.

Kolejny reżim żywnościowy kształtuje się po II wojnie światowej w oparciu o porozumienia z Bretton Woods. Opierał się on na „systemie produkcji rolno-żywnościowej w krajach rozwiniętych, nacechowanym zasobnością kapitałową i postępującą industrializacją […] W kategoriach handlu globalnego, system z Bretton Woods cechowała konkurencja poszczególnych interesów rolnych, chronionych przez konkretne państwa. Wsparcie państwowe zyskało formę wysokich ceł i subsydiów, z których korzystali głównie więksi i bogatsi rolnicy. Opór wobec dominacji Stanów Zjednoczonych zaowocował programami protekcjonistycznymi, które złożyły się na Wspólną Politykę Rolną (CAP), za sprawą której Europa stała się supermocarstwem w dziedzinie rolnictwa2”. W okresie tym procesy wywłaszczania, osłabiania lokalnej produkcji i pozycji chłopstwa nabierają przyspieszenia. Kraje rozwijające się, prowadzące politykę industrializacji, potrzebowały taniej żywności, a tę oferowały głównie Stany Zjednoczone poszukujące rynków zbytu na powiększające się zapasy pszenicy, jako pomoc zagraniczną. Dumping pomocowy USA, skutkujący obniżką cen na rynkach światowych, prowadził do przewagi cenowej importowanego ziarna nad tym produkowanym w kraju.

Ostatni etap stanowi polityka dostosowania strukturalnego, czyli „galopującej liberalizacji gospodarczej”. W ramach programu dostosowania strukturalnego położono nacisk na takie kwestie, jak deregulacja rynków krajowych, cięcie subsydiów i wszelkich form wsparcia dla gospodarstw, szerokie wykorzystanie biotechnologii, standaryzacja i reprodukcja nasion, wzrastająca zależność od komponentów chemicznych, zwiększenie produkcji inwentarza żywego oraz dóbr luksusowych (rośliny ozdobne, świeże owoce, warzywa) na eksport. Jak wskazuje Farshad Araghi, dokonująca się na tym etapie prywatyzacja ukształtowanego w poprzednim okresie agrarnego welfare state, „była korzystna dla agrobiznesu Północy, korporacji transnarodowych i gospodarstw kapitalistycznych, a jednocześnie stworzyła warunki, za sprawą których ograniczone odchłopienie i wywłaszczenie doby powojennej mogło się przekształcić w dążenie do całkowitego odchłopienia i wywłaszczenia w warunkach postkolonialnej globalizacji neoliberalnej”3.

Głos mają bogaci

Efektem jest powstanie zindustrializowanego i globalnego systemu rolno-żywnościowego propagowanego przez Światową Organizację Handlu. Promuje ona zasady wolnego handlu i monopolistycznych praw własności intelektualnej, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się zintegrowanych globalnie łańcuchów produkcji. Ich ogniwa zaś stanowią „producenci komponentów, wielkie gospodarstwa oraz wielcy detaliści, służący globalnemu supermarketowi konsumentów elitarnych i wywodzących się z klas średnich. Obecną fazę cechuje też wykorzystanie biotechnologii, niosącej ze sobą groźbę całkowitego wydarcia kontroli nad fizycznym procesem produkcji z rąk rolników oraz ich ostatecznym wywłaszczeniem i zamianą w robotników rolnych. W swych wymiarach międzynarodowych reżim ten wypracował praktykę podwójnych standardów, oznaczających narzucenie zasad wolnego handlu Południu, przy jednoczesnym utrzymaniu potężnych subsydiów, zabezpieczających interesy wielkich gospodarstw na Północy”4.

Skutkiem polityki dostosowania strukturalnego było niszczenie rolnictwa w państwach rozwijających się. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy narzuciły wielu krajom, które znalazły się w sytuacji kryzysowej czy nie radziły sobie ze spłatą zaciągniętych kredytów, model reform oparty o zasady maksymalnej liberalizacji handlu i ograniczenia roli państwa. Na przykład Meksyk, stanowiący kolebkę uprawy kukurydzy, uzależnił się od jej importu z USA, które udzieliły temu krajowi pożyczek w wysokości 3 mld dolarów na zakup amerykańskiej kukurydzy, jednocześnie zaś wymuszono likwidację państwowej agencji handlu kukurydzą, co spowodowało zmonopolizowanie tej branży przez kilku transnarodowych potentatów. Podobnie Filipiny przemieniły się z eksportera w importera żywności netto, będąc dziś największym importerem ryżu na świecie. Analogiczne skutki pociągnęła za sobą polityka dostosowania strukturalnego w całym szeregu krajów afrykańskich. Jeszcze w drugiej połowie lat sześćdziesiątych Afryka eksportowała ponad 1 mln 300 tys. ton żywności rocznie, dziś 25% spożywanej tam żywności pochodzi z importu5. Wraz z tym procesem kraje wysokorozwinięte w coraz większym stopniu stają się eksporterami netto dóbr żywnościowych, wypracowując swoją nadwyżkę głównie na towarach wystandaryzowanych (zboża oraz produkty pochodzenia zwierzęcego), stosując przy tym politykę protekcjonistyczną, uzasadnianą koniecznością zapewniania odpowiedniej jakości i ochrony zdrowia obywateli.

Liberalizacja stosunków gospodarczych w świecie oraz powstanie struktur wspierających ten proces, w rodzaju wspominanej Światowej Organizacji Handlu, wielokrotnie zwiększyły dynamikę ogółu międzynarodowych przepływów towarowych, w tym żywności. O ile łączny eksport światowy w latach 1948–1963, a więc w ciągu 15 lat, wzrósł z 59 mld USD do 157 mld USD, to lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte charakteryzują się już olbrzymią akceleracją tego zjawiska. W latach 1983–1993 światowy eksport zwiększył się o 1850 mld USD, w kolejnym okresie lat 1993–2003 natomiast już o prawie 3700 mld USD, a w latach 2003–2016 o kolejne prawie 8100 mld USD – do kwoty 15 464 mld USD. Ogółem rzecz biorąc, w latach 1948–2016 światowy eksport zwiększył się więc ponad 260 razy6. Związane jest to oczywiście ze zmianami technologicznymi, a przede wszystkim z redukcją kosztów przewożenia towarów i komunikowania się. Efektem tego była natomiast redukcja lokalnej renty monopolowej, albowiem lokalny producent stanął w tej sytuacji wobec konkurencji teoretycznie nieograniczonej liczby firm z całego świata wytwarzających taki sam produkt.

Silni coraz silniejsi

Wskutek tego dochodzi do monopolizacji rolnictwa, co powoduje transfer zasobów od wytwórców do przetwórców/pośredników (korporacji transnarodowych). Wiąże się to niejednokrotnie z naciskami na zmianę wykorzystania gruntów w celu maksymalizacji zysków i odchodzeniem od produkcji dotychczas wytwarzanych podstawowych towarów żywnościowych lub lokalnych produktów na rzecz najbardziej dochodowych – w danym momencie – surowców służących zaspokojeniu globalnego zapotrzebowania przynoszącego większe profity (np. wzrost popytu na dobra luksusowe, uprawa roślin pod produkcję biopaliw). Wynikiem tego jest często sytuacja, gdy podstawowe produkty żywnościowe eksportuje się, ponieważ nie są produkowane w wystarczającej ilości w danym kraju, w którym uprawy są profilowane na potrzeby przemysłu i wielkich korporacji.

Coraz trudniej nawet na wsi nabyć lokalną żywność, sami rolnicy mają do niej utrudniony dostęp, o ile nie prowadzą niejako przy okazji działek na własne potrzeby. Co za tym idzie, zanikają również lokalne targowiska, na których sprzedawano owoce czy warzywa z regionu, wytwarzane tradycyjnymi metodami – zamiast tego handluje się w takich miejscach zazwyczaj tym samym towarem, który można kupić w dowolnej sieci handlowej. Coraz bardziej rozpowszechniona staje się produkcja kontraktowa, w przypadku której rolnik nie jest już gospodarzem, lecz jedynie producentem albo pracownikiem. W Stanach Zjednoczonych w zasadzie cała produkcja drobiu i trzody chlewnej prowadzona jest na tych zasadach. W takim systemie koncern produkujący mięso drobiowe lub wieprzowe dostarcza hodowcom odpłatnie kurczęta lub warchlaki oraz paszę, suplementy, leki, szczepionki. Rola hodowcy ogranicza się zaś wyłącznie do utuczenia inwentarza, a następnie odsprzedania go ubojni prowadzonej przez koncern. Rolnicy nie mają już wpływu na przebieg i warunki tego procesu, które są ściśle regulowane przez dany koncern, całkowicie uzależniający od siebie hodowcę.

Niszczą i marnują

Koszty rolnictwa przemysłowego w postaci zanieczyszczeń, erozji gleb, mutacji genetycznych, emisji gazów cieplarnianych itp. są ogromne i przewyższają ewentualne korzyści.

Pomijając już kwestię zanieczyszczeń, śladu węglowego itp., produkcja globalna, monokulturowa, niszczy różnorodność biologiczną. Badania przeprowadzone w Niemczech wykazały, że to właśnie rolnictwo przemysłowe w największym stopniu jest odpowiedzialne za straty w bioróżnorodności tego kraju. Na skutek takiej praktyki rolnej ponad 500 gatunków roślin jest zagrożonych lub znajduje się na granicy wyginięcia. Przyczyniają się do tego już podstawowe zasady tego systemu, czyli nastawienie na maksymalizację zysku i wydajności kosztem wszelkich innych kryteriów oraz związana z tym specjalizacja. W USA prawie trzy czwarte produkcji ziemniaków pochodzi tylko z czterech odmian, 76% krajowych zbiorów fasoli tworzą tylko trzy odmiany, a 96% grochu – dwie. W przypadku kukurydzy jej produkcja oparta jest przede wszystkim na ziarnach genetycznie zmodyfikowanych7.

Procesy globalizacji rolnictwa przynoszą ze sobą też ogromne straty żywnościowe i marnotrawstwo jedzenia we współczesnym świecie. Oczywiście samo zjawisko jest o wiele starsze. Doskonałym przykładem takiego marnotrawstwa może być słynny „kryzys kawowy” z lat międzywojennych, kiedy to w celu utrzymania ceny spalono lub wrzucono do oceanu 78 mln worków z kawą. W literaturze przedmiotu pojęcie „strat żywności” definiowane jest jako zmniejszenie masy jadalnej żywności wynikające z niegospodarności, błędów oraz nieprawidłowości w przebiegu takich procesów, jak produkcja rolnicza, zbiory, przetwórstwo, transport czy też magazynowanie. W definicji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia (FAO) wyraźnie odróżnia się od siebie straty i marnotrawstwo żywności. Te pierwsze występują na początkowych etapach łańcucha żywnościowego, natomiast na etapie dystrybucji i na poziomie konsumenta mamy do czynienia z marnotrawstwem jedzenia8. Według raportu tegoż FAO, każdego roku na świecie marnowane jest 1,3 mld ton żywności, co stanowi aż 1/3 ogółu światowej produkcji. W Europie marnowane jest rocznie ponad 100 mln ton jedzenia, natomiast w Polsce 9 mln ton9.

Przyczyn tego zjawiska jest oczywiście mnóstwo, a niewłaściwe praktyki występują na wszystkich etapach, począwszy od produkcji rolnej, a skończywszy na zachowaniach konsumentów. Generalnie jednak w krajach wysokorozwiniętych najwięcej jedzenia marnuje się w końcowych fazach łańcucha żywnościowego, co stanowi pokłosie nadprodukcji oraz braku poszanowania żywności. W Europie najwięcej żywności wyrzucają gospodarstwa domowe (42%), producenci (39%), co wynika z niewłaściwego szacowania wielkości produkcji oraz odpadu opakowań lub produktów w wyniku uszkodzeń, dostawcy żywności (14%), w tym restauracje i firmy pełniące usługi cateringowe oraz sprzedawcy (5%) z powodu nieumiejętnego zarządzania zapasami oraz nieodpowiedniego przechowywania żywności10. W państwach rozwijających się najwięcej strat ma miejsce w początkowych etapach produkcji, co wynika z braku odpowiednich technik rolnych i infrastruktury do przechowywania i transportu żywności.

Mogłoby się wydawać, że marnotrawstwo żywności to przede wszystkim problem etyczny, kwestia sumienia społeczeństw Zachodu, które nie szanują żywności w sytuacji, gdy na świecie setki milionów osób głodują. Tymczasem zagadnienie jest szersze i poważniejsze, zjawisko to bowiem ma również swoje poważne reperkusje ekologiczne czy ekonomiczne.

Chodzi rzecz jasna o nadmierne zużycie zasobów naturalnych, stąd marnotrawienie żywności stanowi jednocześnie marnotrawienie zasobów wody i energii. W skali światowej świeża woda zużywana jest w ilości 85% na potrzeby rolnictwa. Dzienny ślad wodny (Water footprint), czyli ilość wody potrzebna w procesie produkcji żywności, wynosi 4265 litrów na dzień/osobę. Najwięcej wody wymaga oczywiście wyprodukowanie białka pochodzenia zwierzę­cego (1 kg wołowiny – 5–10 tys. litrów wody, 1 kg wieprzowiny – 6 tys., 1 kg drobiu – 4 tys.). Dodatkowo dochodzi tutaj także kwestia zmian klimatycznych i tego, w jaki sposób marnotrawstwo żywności wspiera i przyspiesza ten proces. Jak się szacuje, ogniwa przetwórstwa oraz dystrybucji żywności odpowiedzialne są za powstawanie ok. 20% gazów cieplarnianych11. Ponadto mamy w tym przypadku do czynienia z ogromną ilością odpadów organicznych oraz nieorganicznych (opakowań), które trzeba w jakiś sposób zutylizować. To znów są konkretne koszty ekologiczne, ale i ekonomiczne.

Kłamią i fałszują

Należy również zwrócić uwagę, że globalizację w zakresie produkcji i konsumpcji żywności w coraz większym stopniu dotyka zjawisko fałszowania i braku autentyczności żywności, co też może wpływać na wielkość marnotrawionej żywności, gdyż zakupiona nieautentyczna żywność nie jest akceptowana przez konsumenta. W literaturze przedmiotu zwraca się uwagę, że mamy dziś na świecie do czynienia z tzw. drugą falą fałszerstw (oszustw) żywnościowych. Pierwsza fala miała miejsce w połowie XIX w., związana była z pojawieniem się masowego, anonimowego klienta12. Pomimo tego, że w dzisiejszych czasach, w przeciwieństwie do XIX w., mamy do czynienia z rozwiniętym systemem instytucji mających za zadanie kontrolowanie żywności, to sytuacja pod tym względem przedstawia się o wiele gorzej niż półtora wieku temu. Według Inscatech, amerykańskiej firmy zajmującej się bezpieczeństwem żywności oraz zwalczaniem fałszerstw żywnościowych, nawet około 50–60% wszystkich partii żywności na świecie jest w mniejszym lub większym stopniu zafałszowanych. Przykłady to chociażby horsemeat scandal, czyli fałszowanie burgerów wołowych mięsem końskim na rynku europejskim; połowa francuskiego wina sprzedawana w Chinach jest zafałszowana; prawie 70% oliwy z oliwek extra virgin na rynku amerykańskim jest zafałszowane; ponad 40% partii zimowego łososia na rynku amerykańskim jest zafałszowane itd.13 Efektem tego jest wzrost zachorowań będących następstwem spożycia skażonej żywności. W USA począwszy od lat siedemdziesiątych zanotowano ponad trzykrotny wzrost epidemii chorób przenoszonych drogą pokarmową.

Badacze problemu nie mają wątpliwości co do przyczyny nasilenia się incydentów żywnościowych i zjawiska fałszowania żywności. Jest nią postępująca globalizacja, która „zdecydowanie wydłuża łańcuchy dostaw, czyniąc rynek żywności coraz bardziej rozproszonym przestrzennie i jeszcze bardziej anonimowym. Sprawia to, że bezpieczeństwo żywności we współczesnym zglobalizowanym świecie jest szczególnie narażone na ryzyko jego znaczącego obniżenia, a to oznacza dla konsumentów zagrożenie ich zdrowia i zasobów finansowych14. Dziś za światową podaż żywności odpowiada w zasadzie kilka globalnych korporacji spożywczych. Logika rynkowa jednoznacznie zakłada, że korporacje powinny kierować się wyłącznie interesem akcjonariuszy, a nie innymi względami, jak chociażby społecznymi, ekologicznymi czy dobrem i bezpieczeństwem konsumentów. Siłą rzeczy oznaczać to musi niższy poziom bezpieczeństwa żywności. Dążenie do maksymalizacji zysku przez producentów skutkuje bowiem zawsze działaniami uderzającymi w interesy konsumentów, jak chociażby wykorzystywanie zanieczyszczonych surowców, fałszowanie, ograniczenie systemu kontrolnego itp.

Globalny nonsens

Oczywistością jest dla nas, że wszystkie warzywa i owoce są dostępne w supermarketach o każdej porze roku, a zakupienie truskawek zimą nie stanowi większego problemu. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą sprowadzania warzyw i owoców z przeciwległej półkuli. Jednak nie chodzi tutaj wyłącznie o owoce egzotyczne czy też niedostępne dla nas o danej porze roku. Wozimy również ziemniaki z Grecji, Hiszpanii, Egiptu czy Cypru, jabłka z Chile, Włoch, Izraela, śliwki z Mołdawii, pomidory z Hiszpanii, Holandii, Francji, ogórki z Grecji czy Albanii, podczas gdy krajowa produkcja tych warzyw i owoców zdołałaby bez większych problemów zaspokoić potrzeby rynku wewnętrznego. Paradoksem jest to, iż w tym samym momencie polskie warzywa i owoce wysyłane są do tych samych krajów, z których przywożone są takie produkty do nas lub do innych krajów, równie odległych.

Transport wymaga rzecz jasna zużycia paliw kopalnych, a więc mamy tutaj do czynienia z sytuacją, w której w zasadzie te same zestandaryzowane produkty wożone są z miejsca na miejsce po całym świecie. Jak widać, coś jest nie tak z tą optymalizacją i racjonalizacją, która ma być nieodłączną cechą obowiązującego systemu. Należy pamiętać również o tym, że nie dotyczy to wyłącznie owoców i warzyw, a im bardziej przetworzona jest żywność, tym większy jej ślad węglowy, co wynika ze zużycia energii w przemyśle przetwórczym, wielokrotnego transportu półproduktów z miejsca na miejsce oraz konieczności ich chłodzenia i mrożenia. Ponadto żywność przetworzona sprzedawana jest w opakowaniach, najczęściej plastikowych.

Kontrola nad talerzem

Koncepcja suwerenności żywnościowej pojawiła się w latach 90. XX wieku, a została spopularyzowana dzięki organizacjom rolniczym, takim jak Via Campesina. W świetle dokumentów programowych Via Campesina składową suwerenności żywnościowej powinna być samowystarczalność, a więc rolnicy danego kraju powinni produkować większość spożywanej w nim żywności. Zasada ta przeciwstawiana jest lansowanemu przez największych graczy na rynku rolno-spożywczym tzw. bezpieczeństwu żywnościowemu.

Suwerenność żywnościowa oznacza po prostu, że ludzie mają prawo do tego, aby samemu zaprojektować swój system żywnościowy w taki sposób, że mieszkańcy danego kraju, regionu czy miasta będą mieli dostęp do zdrowej, uprawianej ekologicznie żywności. Mamy więc tutaj do czynienia z położeniem nacisku zarówno na możliwość demokratycznego podejmowania decyzji w tej sprawie, jak i działania w zgodzie z przyrodą. Nie chodzi o możliwość wyboru w sklepie w kwestii tego, czy kupić jogurt ekologiczny, czy też złożony głównie z syropu glukozowo-fruktozowego i skrobi, ale o to, abyśmy mogli ustalić, iż cała żywność w regionie może być uprawiana wyłącznie metodami ekologicznymi lub że towary eksportowe mogą być sprowadzane jedynie na zasadach fair trade. Kluczowa dla tej idei jest więc możliwość stanowienia prawa w tych niezwykle przecież istotnych dla społeczeństwa kwestiach wyboru określonych rozwiązań. Stąd też opór przeciwko takim inicjatywom.

Wskazuje się również, że poszczególne narody powinny mieć prawo do określania własnych wzorców produkcji i konsumpcji żywności, które muszą być tak zorganizowane, aby służyć pomyślności rolników i konsumentów, a nie zyskom transnarodowych korporacji. Krajowe systemy żywnościowe powinny zapewniać zdrową, wysokiej jakości żywność, przeznaczoną głownie na rynek lokalny, prowadząc do eliminacji standaryzowanego junk food. Służyć temu ma również reforma rolna, likwidująca koncentrację ziemi w rękach dużych właścicieli ziemskich i korporacji ponadnarodowych, i rozpowszechniająca komunalne i kolektywne formy własności. Wiążą się z tym również postulaty zmiany struktury produkcji rolnej, która powinna wrócić do drobnych rolników, spółdzielni czy przedsiębiorstw państwowych. Wreszcie zaś wskazuje się na potrzebę powrotu do tradycyjnych technologii rolnych i odrzucenia opartego na inżynierii genetycznej rolnictwa przemysłowego15.

Odpierając zarzuty o utopijność, nieadekwatność do współczesnych czasów i liczebność populacji globu, działacze i myśliciele związani z organizacją Via Campesina dowodzą, że współcześnie obowiązujący paradygmat nie tylko nie służy zwiększeniu produkcji żywności, ale podporządkowuje ją wyłącznie logice zysku. Sprzyja wysiedleniu i wywłaszczeniu milionów osób, dopasowuje produkcję do potrzeb potężnych graczy rynkowych, w ten sposób doprowadzając do głodu, któremu rzekomo ma zapobiegać.

Wszelkie działania w kierunku suwerenności żywnościowej czy choćby zmniejszenia skali wpływów wielkich koncernów agrobiznesu i produkcji żywności, są torpedowane jako zagrażające interesom wielkiego kapitału i transnarodowym korporacjom branży rolno-spożywczej. Kilka amerykańskich miast w stanie Maine przyjęło w głosowaniu uchwałę o lokalnej żywności. Zgodnie z nią okoliczni farmerzy mogliby sprzedawać swoje produkty, takie jak niepasteryzowane mleko czy sery domowej roboty bezpośrednio konsumentom, z pominięciem stanowych i federalnych regulacji. Od razu spotkało się to z reakcją władz. Stanowy komisarz z departamentu rolnictwa zaprotestował przeciwko tego rodzaju regulacjom16.

Krócej!

Mimo takich i innych poczynań władz i biznesu podejmowane są próby odtwarzania lokalnych systemów żywnościowych i krótkich łańcuchów dostaw. Dziś bowiem w detalicznym handlu żywnością mamy do czynienia z upadkiem lokalnych i tradycyjnych formatów sklepów. Coraz większa część rynku zagarniana jest przez super- i hipermarkety czy dyskonty. Przykładowo, udział 10 największych przedsiębiorstw handlowych w sprzedaży żywności i artykułów codziennego użytku wynosił w Polsce w 2012 r. ok. 47%, z kolei na Węgrzech i w Hiszpanii – 83%, we Francji – 86%, a w Niemczech – 87%17. Jeżeli chodzi o łańcuchy dostaw, to w przypadku żywności rozciągane są na trzy główne sektory: rolnictwo, przetwórstwo spożywcze i handel, dotyczą zaś wzajemnych relacji między dostawcami, producentami rolnymi oraz podmiotami zajmującymi się skupem, przetwórstwem i dystrybucją, na końcu których znajduje się konsument. Wraz z globalizacją łańcuchy te coraz bardziej się wydłużały, obejmując jednocześnie coraz większą liczbę pośredników.

Jednym z celów tworzenia i funkcjonowania krótkich łańcuchów dostaw dla produktów spożywczych (Short food supply chain) jest wzmocnienie lokalnych sieci spożywczych. Dzięki temu producenci mogliby odzyskać aktywną rolę w tworzeniu wartości takiego łańcucha i samego produktu. Za sprawą tego znacząco zmniejszona zostałaby liczba powiązań i pośredników oraz skrócona droga, jaką żywność musi przebyć do konsumenta (food miles). W ten sposób krótkie łańcuchy dostaw stanowią istotny element budowania lokalnych systemów żywnościowych.

Zwraca się uwagę na to, że specyfika krótkich łańcuchów dostaw umożliwia bliski związek między producentem i konsumentem, obejmujący nie tylko wymianę produktu, ale i wiedzy na temat jego wartości, procesu produkcji czy sposobów konsumpcji18. Znaczenie to wykracza jednak poza dostarczanie żywności wytwarzanej lokalnie. Przynoszą one określone korzyści społeczne. Zrzeszanie się, współdziałanie, tworzenie wspólnoty – są to już wartości same w sobie. W lokalnych systemach żywnościowych widzi się właśnie narzędzia służące rozwojowi i wzmocnieniu spójności społecznej, wychodząc z założenia, że interakcje gospodarcze są zanurzone w relacjach społecznych, a obydwie te struktury wpływają na siebie. Dzięki temu niwelowane są różnice społeczne i następuje wzrost jakości życia lokalnych społeczności wiejskich. Dobre relacje wzmacniające lokalne sieci spożywcze pozwalają więc na zwiększanie wartości dodanej wszystkich stron. Sprzedaż produktów przez rolników w ramach lokalnych systemów żywnościowych powoduje, że w wyniku eliminowania niektórych ogniw w łańcuchu dostaw (pośredników), marża, którą w innych przypadkach przechwytują pośrednicy, pozostaje w gospodarstwie.

W związku z tym krótkie łańcuchy dostaw zostały podzielone na trzy rodzaje ze względu na liczbę pośredników, odległości fizyczne i powiązania organizacyjne: 1) sprzedaż bezpośrednia (face to face) – najprostszy i najbardziej bezpośredni rodzaj powiązań, w przypadku którego konsumenci kupują produkty bezpośrednio od producenta. Ważnym elementem tego modelu są właśnie osobiste interakcje budujące wiarygodność i zaufanie pomiędzy stronami; 2) zbiorowa (bliska) sprzedaż bezpośrednia – następuje tutaj rozszerzenie zasięgu poza bezpośrednią interakcję. Towary są produkowane i sprzedawane detalicznie w danym regionie (lub miejscu) produkcji. W tym przypadku istotne znaczenie mają rozwijane relacje pomiędzy producentami a lokalnymi pośrednikami (lub odbiorcami instytucjonalnymi, jak np. restauracje, stołówki). Innym rozwiązaniem w ramach tego modelu jest tworzenie małych grup producenckich lub spółdzielni, które pozwalają na promowanie lokalnej marki; 3) rozszerzony łańcuch – partnerstwo (spółdzielnie lub stowarzyszenia producentów). Dokonuje się tutaj dalsze zwiększenie zasięgu łańcucha, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, produkty sprzedawane są konsumentom znajdującym się poza regionem wytwarzania (niektóre obejmują swoim zasięgiem cały świat), którzy nie mają bezpośredniego i osobistego kontaktu z producentami. Za przykłady mogą posłużyć produkty fair trade (kawa, herbata). W tym przypadku nie odległość fizyczna odgrywa rolę, lecz informacja przekazywana z produktem i jego wartością, czyli dane o miejscu wytwarzania, obowiązujących zasadach, certyfikatach19.

Odzyskać żywność – i sens

Oczywiście nie można w lokalizmie upatrywać uniwersalnej recepty na rozwiązanie wszystkich problemów, z jakimi boryka się ludzkość. Byłoby to myślenie infantylne i utopijne. Problemy związane z kwestiami żywnościowymi mają charakter systemowy i globalny. Wymagają zatem zmian i działań o takim charakterze. Inicjatywy lokalne, same w sobie cenne i godne propagowania, nie są w stanie rozwiązać ich samodzielnie i całościowo. Takie kwestie jak zmiany klimatyczne, rosnące nierówności, wyzysk w skali globalnej, kolejne kryzysy kapitalizmu, jak słusznie zwracają uwagę Nick Srnicek i Alex Wiliams, „mają złożoną strukturę, są abstrakcyjne i trudne do umiejscowienia. Choć są one wszędzie odczuwane, nigdy nie manifestują się w pełni w konkretnym regionie. Zasadniczo są to problemy systemowe i abstrakcyjne, które wymagają systemowych i abstrakcyjnych rozwiązań”20.

Nie chodzi więc o to, aby proponować jakieś utopijne pomysły, lecz o zwrócenie uwagi na fakt, iż ten rzekomo najbardziej racjonalny i optymalny system wcale nie jest ani racjonalny, ani nie optymalizuje kwestii produkcji i spożycia. Wręcz przeciwnie, przyczynia się do marnotrawstwa na niespotykaną skalę, dodatkowo zaś pociąga za sobą niesłychanie szkodliwe konsekwencje dla ludzkiego zdrowia, dobrostanu oraz środowiska naturalnego. Jak pisał Ernst F. Schumacher, w uprawach rolniczych jest coś więcej poza wypracowaniem dochodu i obniżką kosztów. „To »coś« zawiera w sobie wzajemny stosunek człowieka i przyrody, cały styl życia społeczeństwa, zdrowie, szczęście i harmonię człowieka oraz piękno jego otoczenia. Jeśli eksperci nie biorą tego pod uwagę, to znaczy, że zapominają o człowieku, […] a świat żywej materii liczy się tylko o tyle, o ile nadaje się do eksploatacji. Jeśli jednak stać nas na szersze spojrzenie, ujrzymy ziemię jako bezcenny dar, którego »uprawa i doglądanie« jest szczęściem i obowiązkiem człowieka. Człowiek uprawiając ziemię musi mieć na uwadze przede wszystkim trzy cele – zdrowie, piękno i trwałość. Czwarty cel – jedyny jaki uznają eksperci – wydajność, zostanie osiągnięty wtedy niemalże jako produkt uboczny. Prymitywny materialista widzi rolnictwo jako »zasadniczo nastawione na produkcję«. Spojrzenie szersze stawia przed rolnictwem co najmniej trzy zadania.

  • podtrzymanie więzi człowieka z przyrodą, której człowiek jest i musi pozostać integralną częścią;
  • humanizacja i uszlachetnienie szeroko pojętego środowiska człowieka;
  • dostarczenie człowiekowi żywności i innych surowców potrzebnych do godziwego życia.

Nie wierzę, by mogła długo istnieć cywilizacja, która uznaje tylko trzeci z wymienionych tu celów i dążąca do niego tak bezwzględnie i gwałtownie, że pozostałe dwa cele są nie tylko zaniedbywane, lecz po prostu bojkotowane”

Przypisy:

  1. W. Bello, Wojny żywnościowe, Warszawa 2011, s. 41.
  2. Ibidem, ss. 44–45.
  3. F. Araghi, The invisible hand and the visible foot: peasants, dispossession and globalization [w:] Peasants and Globalization: Political Economy, Rural Transformation and the Agrarian Question, ed. by A. H. Akram-Lodhi, C. Kay. New York: Routledge. 2009, s. 133.
  4. W. Bello, op. cit., ss. 63–64.
  5. Zob. Ibidem, s. 65 i n., s. 87 i n., s. 107 i n.
  6. S. Kowalczyk, Wolny rynek a bezpieczeństwo żywności w epoce globalizacji, „Roczniki Naukowe Ekonomii Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich” 2017 z. 4, s. 17; „World Trade Statistical Review 2017”, https://www.wto.org/english/res_e/statis_e/wts2017_e/WTO_Chapter_02_e.pdf, ss. 10–15.
  7. H. Norberg-Hodge, T. Merrifield, S. Gorelick, Lokalna żywność. Lokalne alternatywy dla globalnych korporacji rolnych, Kraków 2007, s. 29.
  8. Global food losses and food waste. Extent, causes and prevention, Rome 2011, http://www.fao.org/3/mb060e/mb060e00.pdf, s. 2.
  9. A. Dąbrowska, M. Janoś-Kresło, Marnowanie żywności jako problem społeczny, „Handel Wewnętrzny”, 2013 nr 4.
  10. M. Śmiechowska, Zrównoważona konsumpcja a marnotrawstwo żywności, „Annales Academiae Medicae Gedanensis” 2015 nr 45, s. 91.
  11. S. S. A. Bernstad, T. Andersson, Food waste minimization from a life – cycle perspective, „Journal of Environmental Management”, 2015, Vol. 147, s. 225.
  12. S. Kowalczyk, Wolny rynek..., s. 19.
  13. Ibidem, s. 20.
  14. Ibidem.
  15. W. Bello, op. cit., ss. 197–199.
  16. M. Gerwin, Żywność i demokracja. Wprowadzenie do suwerenności żywnościowej, Kraków 2011, ss. 9–10.
  17. P. Chechelski, Wpływ korporacji handlowych na polski rynek spożywczy, „Zagadnienia Ekonomiki Rolnej”, 2015 nr 2, s. 4.
  18. B. Ilbery, D. Maye, Alternative (Shorter) Food Supply Chains and Specialist LivestockProducts in the Scottish and English Border, „Environment and Planning A”, 2005 No. 37, s. 823–844.
  19. B. Tundys, Krótki łańcuch dostaw produktów spożywczych (SFSC) – ujęcie teoretyczne i praktyczne, „Studia Ekonomiczne. Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach” 2015 nr 249, s. 98.
  20. N. Srnicek, A. Wiliams, Wymyślając przyszłość. Postkapitalizm i świat bez pracy, Toruń 2019, s. 74.
  21. E. F. Schumacher, Małe jest piękne. Spojrzenie na gospodarkę świata z założeniem, że człowiek coś znaczy, Warszawa 1981, ss. 128–130.
Z numeru
Nowy Obywatel 34(85) / Zima 2020 " alt="">
komentarzy