Skończmy z Europą dwóch prędkości

·

Skończmy z Europą dwóch prędkości

·

Wybór Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej w naturalny sposób skłania do spojrzenia na sprawy polskie w szerszym kontekście. Nie tylko dlatego, iż pozycja Polski i polska „optyka” prawdopodobnie odgrywać będą w przyszłych europejskich decyzjach większą rolę niż dotychczas. Również z tego względu, że kierunek zmian nadawany na poziomie unijnym dociera do Polski, czego dowodem jest chociażby obecny spadek przeciętnych cen w naszym kraju.

Od początku kryzysu dyskusje polityczne państw unijnych ogniskowały się wokół kwestii gospodarczych. Nie były to jednak zwyczajowe seminaryjne pogadanki o „strategii lizbońskiej”, do których w przedkryzysowej rzeczywistości zdążyliśmy się przyzwyczaić. Od 2010 r. polityka gospodarcza Unii w coraz większym stopniu polegała na dyktacie wobec państw zmagających się z kryzysem finansów publicznych, przede wszystkim z problemami ze sfinansowaniem długu. Centrum decyzyjnym tej polityki, obok państw strukturalnie silniejszych, stał się natomiast Europejski Bank Centralny (EBC).

Jaka była to polityka? Trafnie skomentował ją noblista Peter Diamond: „Historycy wytarzają w smole i pierzu europejskich bankierów centralnych”. Poza zbawienną deklaracją z połowy 2012 r. o gotowości skupu obligacji państw peryferyjnych Unii, EBC nie wykorzystał swoich możliwości i nie stał się narzędziem stymulacji inwestycyjnych, lecz jedynie kołem ratunkowym banków. Na domiar złego, będąc pod presją Niemiec, zbyt zachowawczo podchodził do konieczności obniżenia stóp procentowych, mimo stagnacji wzrostu w Unii.

W rezultacie tej polityki, podczas gdy Stany Zjednoczone powoli wydobywają się z dołka, Unia Europejska porusza się w zwolnionym tempie, nie potrafiąc trwale zwiększyć tempa wzrostu, zmagając się z wysokim bezrobociem. Powrotu do dawnej „normalności” nie widać, nie ma też krytycznej refleksji i sprzeciwu wobec „nowej normy”. W rezultacie nadal dominuje konsensus elit dotyczący konieczności zaciskania pasa przez społeczeństwo, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Brak stymulowanego impulsu inwestycyjnego powoduje, iż sektor prywatny obawia się o przyszłość koniunktury. Europejscy przedsiębiorcy nie podejmują inwestycji, które w czasach stabilnego wzrostu byłyby mniej ryzykowne, gdyż przy niepewnej koniunkturze apetyt na ryzyko maleje.

Naturalnym (akceptowanym również przez liberałów-monetarystów) remedium w tego typu sytuacjach jest znaczna obniżka stóp procentowych, podejmowana z intencją „wygonienia” przedsiębiorców z depozytów bankowych poprzez uczynienie ich nieopłacalnymi i tracącymi na wartości. W takiej sytuacji przedsiębiorca staje się bardziej skłonny podjąć ryzyko inwestycyjne, gdyż nic nie robiąc również traci. Mało tego: niskie stopy procentowe mogą go skłonić nie tylko do uruchomienia swoich rezerw, ale również do zaciągnięcia korzystnie oprocentowanego kredytu, dzięki czemu zwiększają się ilość pieniądza w obiegu i całkowita aktywność gospodarcza. To z kolei przekłada się na bardziej wypchane kieszenie zwykłych obywateli.

Swoim „jastrzębim” nastawieniem EBC zmarnował szansę rozgrzania silników europejskich gospodarek, co w połączeniu ze spadkiem cen ropy naftowej oraz uspokojeniem na rynkach żywności i towarów zaowocowało wpadnięciem wielu europejskich krajów w niewielką deflację. Podobnie konserwatywna polska Rada Polityki Pieniężnej, mimo spóźnionych cięć nadal utrzymywała stopę procentową dużo powyżej inflacji. I chociaż spadek cen w naszym kraju nie będzie długotrwały, to niskie poziomy ich przyrostów są jednym z symptomów powolnego zatrzymywania się dynamiki polskiego wzrostu PKB. Dlatego konieczne są w najbliższym czasie cięcia stóp procentowych o kolejne pół procenta. Co prawda stabilność oczekiwań co do kosztu pieniądza ma swoje zalety, ale jak uczy historia wpadek EBC, na sytuację gospodarczą trzeba reagować na bieżąco, nie czekając do „świętego nigdy” (obniżki stóp są już zresztą oczekiwane przez część rynku).

Zagrożenie dla dynamiki polskiego wzrostu płynie nie tylko ze wschodu, ale i z eurostrefy, której problemy pozostają nierozwiązane. Wciąż nie widać końca terapii odchudzającej aplikowanej krajom strukturalnie zapóźnionym. Jednocześnie, jak wskazuje powolny wzrost Niemiec, takie ustawienie reguł gry kończy się „wyścigiem w dół”, gdzie największy beneficjent przewag strukturalnych nie musi podejmować wysiłków na rzecz unowocześnienia gospodarki – wystarczy mu konserwowanie zastanych przewag.

Tego stanu rzeczy nie może zmienić sama polityka pieniężna. Musi iść z nią w parze celowa polityka zmian strukturalnych, których zaczątkiem może być choćby nieśmiała koncepcja euro-obligacji, wykorzystywanych jednak nie (tylko) w celu redukcji ryzyka ataków spekulacyjnych, lecz (przede wszystkim) do podniesienia poziomu zaawansowania krajów peryferyjnych UE. W dobie formowania się wielkich ekonomicznych bloków regionalnych utrzymywanie modelu Europy dwóch prędkości byłoby dla całej Unii bardzo kosztowne.

Dziś, w sytuacji, gdy Polska ma szansę na uzyskanie większego wpływu na politykę Unii Europejskiej, warto domagać się zmiany ekonomicznego eurokonsensusu – z polityki „równania w dół” na politykę „równania w górę”. Kraje bogatsze powinny zdać sobie sprawę jak wiele na niewykorzystywaniu potencjału drzemiącego w jej peryferyjnych częściach traci cała Europa.

Potrzebujemy Unii Europejskiej w nowym kształcie: nieeksperymentującej na żywych organizmach społeczeństw, niewzniecającej niepotrzebnych konfliktów światopoglądowych, zjednoczonej nie tylko strachem przed populizmem. Potrzebujemy Europy solidarnej z tymi, którzy tej solidarności oczekują, a zarazem pragmatycznej w osiąganiu długofalowych celów. Europy zjednoczonej wobec zagrożenia asymetrii sił różnych grup interesów, która podminowuje sens kapitalizmu jako efektywnego ustroju gospodarczego opartego na konkurencji.

W praktyce oznaczać to musi odejście od modelu wykorzystującego nierównowagi strukturalne między państwami jako kapitał rozwojowy, na rzecz modelu konwergencji. Taka konwergencja winna być oparta na tanim kredycie oraz paneuropejskim programie inwestycji strukturalnych – chociażby takim, jaki zaproponował na początku miesiąca minister Szczurek. W takiej właśnie zmianie tkwi szansa na efekt pozytywnej synergii rosnących dochodów, akumulacji oszczędności, a w końcu wzrost nakładów na środki trwałe i większą wydajność przedsiębiorstw.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie