Koniec liberalnego świata

·

Koniec liberalnego świata

·

Drogie liberałki i szanowni postępowcy – odłóżcie szampana. Wygrana Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA tylko pozornie przypominać może powrót na utarte tory prezydentury Baracka Obamy. Czteroletnia prezydentura Trumpa miała być wzięta w nawias i uznana za niestosowny psikus wyrządzony przez historię naturalnemu porządkowi rzeczy. Ale kolejne cztery lata prawdopodobnie będą w amerykańskiej i światowej polityce bardziej historycznie znaczące niż poprzednie cztery. Przypieczętowany zostanie koniec świata liberalnego.

Jednym z owoców kadencji Bidena będzie powstanie w najsilniejszym państwie świata Zachodu „superestablishmentu” poprzez zrośnięcie się politycznego establishmentu władzy z prywatnym establishmentem cenzury. Platformy technologiczne, media, rząd, instytucje, organizacje pozarządowe, wielkie korporacje, opiniotwórczy intelektualiści, uniwersytety – wszystkie ośrodki władzy grać będą do jednej bramki, odgrywając niewiarygodną scenkę oporu wobec bliskiej faszyzacji. Rosnący sprzeciw wobec superestablishmentu, nie mającego nic wspólnego z politycznym liberalizmem, spowoduje, iż prawicowy populizm zamiast zasłużenie zniknąć, przeżywać będzie renesans.

Joe Biden, w przeciwieństwie do Baracka Obamy i Hillary Clinton, nie jest neoliberałem z przekonań. W swojej pięćdziesięcioletniej karierze politycznej kierował się niemal wyłącznie interesem własnej politycznej przyszłości. Był jako senator w latach 90. współautorem prawicowej ustawy, która doprowadziła do wzrostu liczby osób (szczególnie czarnoskórych) osadzonych w więzieniach. Jako senator ze stanu Delaware (będącego rajem podatkowym) promował interesy sektora finansowego, np. w zakresie niemożności ogłoszenia bankructwa długu studenckiego. Jednak nigdy nie był ideologiem, a pomoc korporacji w finansowaniu własnych kampanii wyborczych traktował transakcyjnie. Pomimo iż wielomilionowe rachunki za leczenie chorego na nowotwór syna niemal doprowadziły rodzinę Bidenów do bankructwa, ten nadal popiera sektor prywatnej służby zdrowia.

W przeciwieństwie jednak do większości polityków Biden nie miałby nic przeciwko prowadzeniu polityki bardziej postępowej – o ile korzyści dla jego kariery byłyby większe niż koszty. Prawa ręka Bidena, Ted Kauffman, nominowany do senatu po objęciu przez Bidena wiceprezydentury, był współautorem projektu ustawy o przywróceniu regulacji Glass-Steagall, czego niestety nie udało się uchwalić. Na tle układającego skład rządu pod dyktando prywatnego banku Baracka Obamy, Biden może się wydawać wręcz neutralnym wyborem.

Zresztą, również lepsza część posunięć zagranicznych Baracka Obamy – umowy z Iranem i Kubą, prawdopodobnie celowe przeciąganie decyzji o ataku na Syrię celem wzmocnienia oporu opinii publicznej wobec interwencji – cieszyła się poparciem Bidena, przy bardziej agresywnej postawie szefów dyplomacji USA.

Dobiegający za kilka lat osiemdziesiątki Biden nie kontroluje jednak procesów, które uruchomiła opozycja względem Donalda Trumpa. Tworzący się superestablishment całkowicie porzucił nawet wyrywkowe traktowanie serio liberalnych wartości. Trump uruchomił w dawniej liberalnej amerykańskiej burżuazji pokłady „religijności” wyrażającej się w świętym oburzeniu wobec „heretyków”. W związku z tym cenzura wypowiedzi Trumpa, jego urzędników i sprzyjających mu gazet przez stacje telewizyjne i media społecznościowe spotkały się nie z oburzeniem wobec ataku na wolność słowa, lecz z wiwatami postliberałów. Nawiasem mówiąc, problem „fake newsów” jest realny i przyczynia się do rozpadu wspólnot. Sposobem na walkę z nim nie jest jednak coraz bardziej prewencyjna cenzura, lecz rozbicie i uregulowanie oligopoli mediów społecznościowych. Należy uniemożliwić sprzedawanie czasu uwagi użytkowników oraz algorytmizowanie ich preferencji.

Amerykańska prawica podczas czteroletniego polowania na czarownice dostanie drugie życie. Niezasłużenie. Kontrolowany przez Partię Republikańską senat będzie się starał torpedować jakiekolwiek progresywne posunięcia Bidena, wpływając na przedłużenie się światowej dekoniunktury. Prawica będzie jednak mogła przedstawić się jako atrakcyjna alternatywa. Jak przewidywano na tych łamach, Trump uzyskał w tych wyborach bezprecedensowo wysokie jak na kandydata prawicy poparcie wśród mniejszości etnicznych. Wszystko dzięki coraz mocniej uwypuklającemu się konfliktowi klasowemu między wykształconą a mniej wykształconą częścią społeczeństwa.

O konflikcie klasowym między górnymi 10-15% najbogatszych (z wyłączeniem multimilionerów i miliarderów) a resztą społeczeństwa pisało w ostatnim czasie wielu autorów. Obyczajowo liberalna burżuazja przeciwstawiana jest klasie ludowej. Konflikt ten ma potencjał ograniczania praw ekonomicznych i obywatelskich klasie ludowej uznanej za „niegodną” pod względem moralnym. W kontekście międzynarodowym warto zauważyć potencjał imperialistyczny takiej narracji. Za oczywiste uznaje się, przykładowo, iż ogólnoświatowe standardy co do właściwego przedstawiania i traktowania osób czarnoskórych wypracowywane są nie na kontynencie afrykańskim, lecz w Stanach Zjednoczonych.

Dawną kolonialną „misję cywilizacyjną” wobec tubylców oraz późniejsze „polityki rozwojowe” pod dyktando technokratów z cywilizacyjnego Centrum, mogą zastąpić sankcje nakładane na kraje i korporacje dowolnie uznane za naruszające imperialny standard w jakimś kulturowym zakresie. Efektem takiej polityki mogłoby być wzmocnienie siły największych ponadnarodowych korporacji, wypracowanie elementów protekcyjnych wobec nich oraz narzędzi dyscyplinowania i unieszkodliwiania potencjalnej nieimperialnej konkurencji.

W istocie test nowego systemu widzieliśmy już podczas głosowania 3 listopada. Równocześnie z wyborami prezydenckimi stan Kalifornia przeprowadził głosowanie nad „propozycją 22”, nadającą prawa kierowcom Ubera i Lyfta. Giganty technologiczne wydały 200 milionów dolarów na kupienie progresywnych organizacji i przedstawienie propozycji jako aktu rasistowskiego i skierowanego przeciw mniejszościom (co jest dokładną odwrotnością samej propozycji). Liberalni Kalifornijczycy zagłosowali zgodnie z umoralniającymi nawoływaniami progresywnych liderów i odrzucili propozycję – co spowodowało wielki oddech ulgi u korporacji. Postliberalne radio NPR nazwało ten rezultat „zwycięstwem sprawiedliwości społecznej”.

Nadejście ery superestablishmentu spowoduje więc ponowne wejście do gry prawicowych populistów, dzięki cenzorskim zapędom postliberałów wiarygodnie przedstawiających się w przebraniu obrońców klasy ludowej. Jednak hegemoniczna ofensywa postliberalnej burżuazji, poza irytującą wyższościową manierą i wzmacnianiem prawicowych ściemniaczy, ma jeszcze jeden istotny minus. Konflikt postliberalnej burżuazji i klasy ludowej zaciemnia kwestię oligarchiczną, to jest istnienie wąziutkiej warstwy beneficjentów hiperakumulacji kapitałowej ze wszystkimi tego zgubnymi skutkami.

Górne 15% społeczeństwa bierze na siebie, chętnie co prawda, odgrywanie roli złych, kierujących się resentymentem autokratów. Sedno sytuacji jest jednak nieco inne. W 2011 roku koncern VW wyemitował telewizyjną reklamę volkswagena passata, która dobrze ilustruje istotę tych relacji. W reklamie kilkuletnie dziecko przebrane za Lorda Vadera z „Gwiezdnych Wojen” próbuje siłą woli przemieszczać przedmioty. W końcu udaje się: VW passat zareagował na komendę małego Vadera. Widz reklamy dowiaduje się, iż wszystko za sprawą mającego kluczyki ojca małego Vadera. Dziecko, niczym postliberalna burżuazja, ma dzięki temu poczucie sprawczości i satysfakcję. W istocie jednak działają tylko te komendy, które aprobuje właściciel. Pozostaje pytanie, czy Amerykanie skupią się na przebranym „Lordzie Vaderze”, czy może zorientują się, kto trzyma kluczyki?

Krzysztof Mroczkowski

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie