Bezdroża polskiej prywatyzacji

Z prof. Jackiem Tittenbrunem rozmawia ·

Bezdroża polskiej prywatyzacji

Z prof. Jackiem Tittenbrunem rozmawia ·

Żegnamy prof. Jacka Tittenbruna i przypominamy naszą rozmowę z Nim z roku 2008:

***

Powszechnie za początek transformacji ustrojowej uważa się rok 1989. Właśnie ukazała się Pana monumentalna praca pt. „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”. Przypomina w niej Pan, że większość fundamentalnych przekształceń gospodarczych, jak prywatyzacja, „kuchennymi drzwiami” wprowadzano jeszcze przed formalną zmianą systemu.

Jacek Tittenbrun: Faktycznej prywatyzacji dokonującej się już w czasach PRL sprzyjały zarówno prawne rozwiązania tworzone na poziomie makro, jak i układy istniejące na szczeblu mikro, tzn. przedsiębiorstw oraz stosunków między nimi a innymi częściami i instytucjami systemu społecznego.

Na podstawie rozporządzenia Rady Ministrów z 8 lutego 1988 r. powstała możliwość tworzenia prywatnych spółek na bazie majątku przedsiębiorstw państwowych w celu lepszego wykorzystania i zwiększenia produktywności tego majątku, które później zostały nazwane spółkami nomenklaturowymi. Spółki „pączkujące” na przedsiębiorstwie przejmowały z reguły newralgiczne (i przynoszące największe zyski) części aktywów, nie podlegające rygorom podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń. Zwykle spółki te zakładali i kierowali nimi członkowie kadry kierowniczej przedsiębiorstw publicznych oraz członkowie aparatu partyjnego i inni przedstawiciele partyjnej nomenklatury. Typowa spółka nomenklaturowa monopolizowała zaopatrzenie przedsiębiorstwa państwowego w surowce, materiały i energię, a także – sprzedaż wyrobów gotowych, przechwytując tym sposobem od obu stron cały zysk przedsiębiorstwa. Ułatwiał to fakt, że dyrektor przedsiębiorstwa mógł zawierać z samym sobą, jako prezesem spółki nomenklaturowej, odpowiednie umowy. W ten sposób nomenklatura, w ramach przygotowań do powitania nowego ustroju, przeprowadzała „pierwotną akumulację kapitału”, która mogła dokonać się wyłącznie przez rozkradanie majątku państwowego, bo innego w zasadzie nie było.

Uchwalenie pod koniec 1988 r. ustawy o działalności gospodarczej, która uchylała najważniejszy filar socjalizmu realnego w postaci wprowadzonej w 1947 r. przez Hilarego Minca zasady, że na działalność gospodarczą musi pozwolić państwo, było logicznym zwieńczeniem uwłaszczenia nomenklatury, potrzebującej na nowym etapie wolności gospodarczej.

monopoly-capitalist

Zanim pozwolono obywatelom wypowiedzieć się w wolnych wyborach, przezornie zadbano o kształt nowej rzeczywistości gospodarczej. Społeczeństwo zostało postawione przed faktami dokonanymi…

J. T.: W lutym 1989 r. peerelowski Sejm przyjął ustawę „o niektórych warunkach konsolidacji gospodarki narodowej”. Była ona podstawą prawną do masowego przejmowania przez wspomniane spółki nomenklaturowe majątku przedsiębiorstw państwowych. Mniej więcej w tym samym czasie został rozwiązany wydział przestępstw gospodarczych Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej!

Ale zasadnicza zmiana ustroju gospodarczego, w praktyce oznaczająca pożegnanie się z realsocjalistycznymi pryncypiami, przyszła wcześniej. Była nią wspomniana ustawa „o wolności i równości gospodarczej” z grudnia 1988 r., potocznie zwana „ustawą Rakowskiego”. Stanowiła ona, że każdy obywatel ma prawo prowadzić działalność gospodarczą z prawem do zatrudniania nieograniczonej liczby osób, a jedynym wymogiem formalnym jest wpisanie tej działalności do ewidencji.

Ustawa ta zawierała pewien haczyk – wprowadzając nowe możliwości dla nowo zakładanych firm prywatnych, a nie ruszając starych rygorów dotyczących jednostek gospodarki uspołecznionej, upośledzała te drugie względem tych pierwszych. W ten sposób zmuszano przedsiębiorstwa państwowe do korzystania z pośrednictwa spółek nomenklaturowych!

Wystarczy wspomnieć, że pod koniec 1989 r. w sferze produkcji materialnej istniało niemal 3500 spółek prawa handlowego z udziałem przedsiębiorstw państwowych.

Opisywanie prywatyzacji przy użyciu terminu „uwłaszczenie nomenklatury”, tj. kadr kierowniczych przedsiębiorstw państwowych oraz funkcjonariuszy aparatu partyjnego, bywa traktowane jako zabieg ideologiczny, mający służyć dyskredytacji całości reform. Czy są wymierne dowody świadczące o tym, że zjawisko wzbogacania się PRL-owskiego establishmentu na państwowym majątku rzeczywiście wystąpiło na masową skalę?

J. T.: Posługuję się pojęciem nomenklatury jako kategorią naukową, nie ideologiczną. A o realności i nagminności zjawiska zwanego uwłaszczaniem się nomenklatury świadczyć może liczba spółek między osobami prywatnymi i przedsiębiorstwami uspołecznionymi. Od stycznia do września 1989 r. powstało 12,6 tys. takich spółek. Dodajmy, że nomenklatura, czyli wykaz stanowisk, których obsadzenie wymagało akceptacji odpowiedniej instancji partyjnej, obejmowała w 1988 r. ok. 30 tys. kluczowych stanowisk, a jeśli dodać do tego stanowiska objęte rekomendacjami partyjnymi, które tylko formalnie nie miały mocy wiążącej – 360 tys.

Partykularne interesy tej grupy społecznej bez wątpienia miały ogromny wpływ na wiele decyzji podejmowanych u progu transformacji. A jaką rolę odegrała ideologia, wolnorynkowy dogmatyzm reformatorów?

J. T.: O roli ideologii wspartej na dogmacie wyższości własności prywatnej nad publiczną, można mówić przede wszystkim w odniesieniu do ekipy – a także jej następczyń – która odpowiadała za wyznaczanie polityki ekonomicznej po 1989 r. Dla części elit PRL-owskich ten mit również mógł być elementem świadomości (nie mając tam konkurencji ze strony dawno zapomnianej teorii marksistowskiej), ale w ich postępowaniu główną rolę odegrał bez wątpienia własny interes. Grupy te albo rozumiały, że koniec socjalizmu jest już bliski, albo – zamierzając się wygodnie urządzić w ramach starego ustroju – przyspieszały ów kres swoimi działaniami, co wychodziło na jedno.

Pańskie analizy pokazują, że w nadużycia prywatyzacyjne uwikłana była większość partii i środowisk politycznych w Polsce, nie tylko formacja określana ogólnie jako postkomunistyczna.

J. T.: Jakkolwiek by nie nazwać SdRP czy SLD (jako zasadniczych, choć nie jedynych post-PRL-owskich partii), pozostaje faktem, że zarówno te – określające się mianem lewicowych – partie, jak i ich prawicowe konkurentki ochoczo patronowały, a ich członkowie angażowali się w przekształcenia własnościowe po 1989 r. Patrząc z tego punktu widzenia, można mówić o poza- czy ponadpartyjnym uwikłaniu w stosunki charakterystyczne dla tego, co określam jako kapitalizm patrymonialny, system korupcjogenny i patologiczny, którego charakter wyznaczany jest przez styk gospodarki i państwa. Z tego względu uwikłanie partii w przemiany własnościowe jest niemal proporcjonalne do stopnia ich udziału w mechanizmach władzy, wpływającej na owe przemiany.

A społeczeństwo? Było zbyt słabe, aby się temu przeciwstawić?

J. T.: Lęk przed utratą podstawy utrzymania dostarcza jednej z dwóch odpowiedzi na pytanie o powody niesprawdzenia się obaw, o jakich mówił Andrzej Olechowski: „W opinii Zachodu w 1990 roku Polska była najbardziej niestabilnym krajem Europy Środkowej. Tu oczekiwano demonstracji i niepokojów… Polska miała być czerwoną latarnią”. Druga przyczyna leży w – wywołanych przez prywatyzację – wewnętrznych podziałach, które osłabiły ongiś  potężną i zdolną do jednolitego działania klasę robotniczą a szerzej – pracowniczą. Niektórzy pracownicy prywatyzowanych firm odbierali udziały wartości 15 zł, a inni o wartości kilkadziesiąt tysięcy złotych. Konflikty na tle podziału akcji występowały zarówno między branżami, jak i wewnątrz załóg poszczególnych przedsiębiorstw. W KGHM główne linie podziałów przebiegały wzdłuż branż. Górnicy dołowi uznali, że powinni dostać najwięcej akcji, bo pracują najciężej, hutnicy, że pracują równie ciężko, a przynoszą Polskiej Miedzi większe zyski, więc wniosek jest oczywisty. Konflikty na tle rozdziału akcji oraz bezrobocie splotły się w prywatyzacji TP SA. W 1998 r. „ostre strajki” zapowiedziały związki zawodowe Telekomunikacji Polskiej S.A. i Poczty Polskiej. Pracownicy pierwszej firmy, jeśli nieodpłatne akcje prywatyzowanej Telekomunikacji Polskiej S.A. dostaną pocztowcy, natomiast pracownicy drugiej, jeśli nie dostaną akcji TP S.A. Podłoże konfliktu stanowił fakt, iż Telekomunikacja Polska S.A. i Poczta Polska były do 31 grudnia 1990 r. jednym przedsiębiorstwem. Każde poszerzenie zbioru uprawnionych do odbioru akcji oznaczało odpowiednie obniżenie wartości przydziału.

Z punktu widzenia promotorów polityki prywatyzacji, akcje dla pracowników, w szczególności robotników, były nie tylko próbą kupienia ich przynajmniej neutralności wobec tej polityki, lecz okazały się pełnić, mówiąc językiem R. Mertona, pewną nader użyteczną funkcję ukrytą – mianowicie czynnika wewnętrznych podziałów i rozsadnika konfliktów. Na strukturalne różnice klasowe nałożyły się nowe, będące konsekwencją przekształceń własnościowych w ekonomiczno-socjologicznym położeniu robotników.

Jak wielkie były wśród pracowników różnice w zyskach z prywatyzacji?

J. T.: Wartość nominalna akcji i udziałów nabytych przez poszczególnych uprawnionych była bardzo zróżnicowana, zawierając się w 53 przebadanych przez NIK przypadkach w przedziale od 2 zł do 1570 zł (w najniższej grupie uprawnionych) oraz od 250 zł do 28950 zł (w VII grupie uprawnionych). Stosunek największej wartości akcji/udziałów otrzymanych przez uprawnionych danej grupy do wartości najmniejszej wynosił odpowiednio: dla grupy najniższej – 785:1, dla grupy najwyższej – 116:1. Spółki, których akcje były nieodpłatnie udostępniane na podstawie ustawy o NFI, miały swobodę w ustalaniu kryteriów warunkujących ilość otrzymywanych akcji, co zwiększyło możliwość dysproporcji w liczbie nabywanych akcji.

Wszystkie te rozpiętości, powtórzmy raz jeszcze, oznaczają pogłębianie podziałów i dezintegrację, a tym samym dodatkową siłę sprawczą osłabienia zdziesiątkowanej klasy robotniczej, której 2,5 mln przedstawicieli po dziesięciu latach przemian trafiło na mniej lub bardziej trwałe bezrobocie. Ponieważ zarówno te podziały, jak i bezrobocie są następstwami prokapitalistycznych przemian, oznacza to, iż w owe przemiany został wmontowany mechanizm korzystny z punktu widzenia ich sukcesu, bo nadwątlający pracowniczy opór.

Polskie przedsiębiorstwa prywatyzowano jednak na różne sposoby, m.in. drogą leasingu pracowniczego.

J. T.: Główni beneficjenci i autorzy rewolucji prywatyzacyjnej, o której wspomniałem, znaleźli bardziej cywilizowany sposób zaspokojenia apetytów własnościowych. Była to tzw. prywatyzacja leasingowa, której kluczową zaletą była mniejsza – dzięki włączeniu załóg przedsiębiorstw – konfliktowość. O tym, że klasowy i społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji nomenklaturowej groził zablokowaniem całego procesu transformacji ustrojowej, świadczy fakt, że rząd Mazowieckiego został zmuszony do wstrzymania wszystkich postępowań prywatyzacyjnych do chwili uchwalenia nowej ustawy, wskutek czego 70 wniosków o sprywatyzowanie przedsiębiorstw państwowych przeleżało w szufladach co najmniej pół roku.

Interes klas menedżerskich, aspirujących do klasy właścicieli kapitału, zbiegł się tutaj z celami rządowych budowniczych kapitalizmu, m.in. dlatego, że przedmiotem prywatyzacji leasingowej było – w odróżnieniu od jej poprzedniczki – przedsiębiorstwo jako całość. Argument przyśpieszenia i uefektywnienia w ten sposób decydującego składnika prokapitalistycznej zmiany ustrojowej, pozwolił przezwyciężyć powszechną wśród rządzących niechęć do wszystkiego, co pachniało samorządem pracowniczym, władzą robotników, z czym przez dłuższy czas kojarzono tę formę prywatyzacji. To przez pewien czas przechylało szalę na niekorzyść konkurencyjnej tzw. prywatyzacji obywatelskiej, rozważanej przez decydentów jako pomysł na wyprowadzenie prywatyzacji ze ślepej uliczki przyjętego wcześniej jako dominujący, jeśli nie wyłączny, tzw. modelu brytyjskiego: sprzedaż akcji w drodze oferty publicznej. Decydujące znaczenie dla zwycięstwa opcji zwanej do dziś pracowniczą, miał fakt, że interes w jej wprowadzeniu miała klasa menedżerska, podczas gdy za opcją obywatelską stały rozproszone interesy niezorganizowanej masy podatników.

Znaczną część majątku narodowego przejęli także przedsiębiorcy z Zachodu.

J. T.: Gdy tylko, w ciągle jeszcze nieco egzotycznym kraju, oddzielonym do niedawna od reszty cywilizowanego świata „żelazną kurtyną”, pojawili się zachodni inwestorzy, to również rodzimi dyrektorzy byli tymi, którzy przywitali ich z otwartymi ramionami. Prywatyzacja z udziałem inwestora zagranicznego była przeprowadzana – w większości – z inicjatywy kierownictwa przedsiębiorstwa, które podejmowało działania zmierzające do znalezienia inwestora zagranicznego i wstępnego uzgodnienia warunków przekształcenia. Z przeprowadzonych badań jednoznacznie wynika, że kierownictwo przedsiębiorstwa lub spółki wykazało zaangażowanie i inicjatywę w przynajmniej połowie przypadków prywatyzacji. Zaangażowanie organów założycielskich, Ministerstwa Przekształceń Własnościowych oraz firm doradczych, było zdecydowanie mniejsze. Według informacji udzielonych w spółkach, które powstały w wyniku prywatyzacji kapitałowej, głównie kadra kierownicza (89,2%) i rada pracownicza (78,6%) były najbardziej aktywne i wspierały działania przekształceniowe.

Czy istnieją istotne różnice między sprzedażą przedsiębiorstw właścicielom polskim i zagranicznym? Część środowisk przeciwnych prywatyzacji posługiwała się hasłami „obrony interesu narodowego”, ale czy na poziomie mikro, np. rozwoju firm, traktowania pracowników itp., polscy prywatni właściciele odróżniali się in plus od swoich zagranicznych odpowiedników?

J. T.: Biorąc pod uwagę rozróżnienie na prywatyzację na rzecz, z jednej strony rodzimych, a z drugiej – zagranicznych przedsiębiorstw, hasła „wyższości” polskiego kapitału nie bronią się w zestawieniu z faktami.

Jeśli już, to wśród obcych właścicieli można znaleźć takich, z wejścia których do przedsiębiorstwa ono samo i jego załoga odnosili określone korzyści, np. w postaci lepszej formy organizacji pracy. Choć tu także występują poważne różnice między dbającymi jako tako o swoją markę dużymi tzw. odpowiedzialnymi społecznie koncernami, a całą chmarą często szemranych „przedsiębiorców”, zwabionych do Polski okazjami robienia pieniędzy w sposób, na jaki w ich ojczyźnie by im nie pozwolono. Co nie znaczy, by ekscesów i ostrych konfliktów nie brakowało zarówno w jednym, jak i drugim przypadku.

A jak kwestia własności i pochodzenia kapitału wygląda z punktu widzenia interesów państwa i możliwości podejmowania przezeń rozmaitych działań?

J. T.: Narodowa przynależność podmiotu, na rzecz którego dokonuje się denacjonalizacja, ma oczywiste znaczenie z punktu widzenia szerszych interesów gospodarczych.

Z podobną beztroską, z jaką wyrzeczono się możliwości sterowania kierunkami zagranicznych inwestycji w interesie kraju jako całości, lekką ręką wyzbywano się zakładów o strategicznym znaczeniu, bez uwzględniania roli odgrywanej przez nie w powiązaniach kooperacyjnych, rynkowej pozycji itp. Dotyczy to choćby największej w kraju fabryki celulozy w Kwidzynie, która wytwarzając połowę krajowej produkcji papieru gazetowego i duże ilości innych gatunków papierów oraz celulozy, zdolna była do dyktowania cen zarówno papieru, jak i celulozy dostarczanej do innych zakładów papierniczych. Po przejęciu przez amerykański koncern International Paper, w ciągu dwóch lat – od stycznia 1993 r. do kwietnia 1995 r. – zakłady w Kwidzyniu podniosły cenę kilograma papieru gazetowego z 7000 do 18500 zł – tzn. do poziomu cen światowych, choć koszty produkcji w Polsce są niższe.

Równie wymowny jest przykład kombinatu „Kujawy”, największego producenta kamienia wapiennego, trzeciego co do wielkości producenta wyrobów wapienniczych i największego producenta cementu w Polsce, którego 75% akcji kupiła francuska firma „Lafarge”. Wicewojewoda bydgoski, Eugeniusz Kłopotek, uznał, iż decyzja o sprzedaży kombinatu jest zła z punktu widzenia interesów regionu. Niekorzystne może się okazać zwłaszcza oddanie Francuzom kopalni kamienia wapiennego, głównego surowca dla pobliskich zakładów „Soda-Mątwy” i „Janikosoda”.

Zbliżony jest przypadek kopalni i huty szkła w Osiecznicy, jedynego w kraju producenta piasku I klasy i głównego dostawcy tego surowca dla polskich hut szkła. Resort skarbu sprzedał za 3,02 mln dolarów 75% udziałów kopalni niemieckiej firmie Quartzwerke GmbH. O „Osiecznicę” starało się również polskie konsorcjum, w skład którego wchodziły centrala eksportowo-importowa „Minex”, huta „Irena”, huta „Krosno” i Polski Bank Rozwoju. Jednak według ministra prywatyzacji, Wiesława Kaczmarka, nie miało ono udokumentowanych środków na zakup firmy i nie przedstawiło szczegółowego planu inwestycyjnego. Minister przekonywał, że ponieważ w Polsce jest tylko jedna taka kopalnia, to „niezależnie od tego, czy kopalnię kupi inwestor zagraniczny czy polski, to i tak będzie monopolistą”. Słabość tego argumentu polega na nieuwzględnieniu jakościowej różnicy między możliwościami wpływu krajowych organów regulacyjnych – oraz samych krajowych kontrahentów – na zachowanie rynkowe firmy krajowej i należącej do obcych właścicieli.

Czarny scenariusz się sprawdził?

J. T.: Efekty pochopnej prywatyzacji widać świetnie na przykładzie Polskich Hut Stali. Skutki tej decyzji rozciągnęły się na przedsiębiorstwa branży okołostoczniowej, na czele z poznańskimi Zakładami im. Hipolita Cegielskiego. Polskie Huty Stali po przejęciu przez hinduskiego inwestora, pod pretekstem boomu inwestycyjnego w Chinach, podniosły ceny na swoje wyroby. Poznańska firma, która wkroczyła już na rynki unijne, miała wykonać 19 silników okrętowych. Gdyby udało się rozpocząć realizację zamówienia, można byłoby zwiększyć zatrudnienie. Wygórowane ceny stali – a koszty materiałów stanowiły w tym przypadku ok. 55% ceny wyrobów – zagroziły jednak nieopłacalnością produkcji silników i części okrętowych. Tadeusz Pytlak, szef zakładowej „Solidarności”, tłumaczył: „Sytuacja w zakładzie wygląda tak: mamy fachowców, mamy zamówienia, nie mamy pieniędzy, żeby je realizować. A dlaczego? Bo po sprzedaży Polskich Hut Stali bardzo podrożały materiały przez nie wytwarzane, a dla nas niezbędne. Efekt jest taki, że znowu w »Cegielskim« mamy przestoje, w niektórych działach ludzie idą na urlopy, bo nie ma produkcji, nie ma płynności finansowej, żeby ją uruchomić”.

Inne skutki prywatyzacji widać było w sektorze bankowym. Minister skarbu W. Kaczmarek zwrócił uwagę na przypadek BZ WBK, który po podporządkowaniu irlandzkiemu Allied Irish Banks wycofał się z kredytowania górnictwa, choć działalność ta nie przynosiła mu strat. Wojciech Kwiatkowski, wiceprezes PKO BP, mówił, że „banki zagraniczne preferują finansowanie zagranicznych firm, którym dają lepsze warunki”. Także Mariusz Zygierewicz, ekonomista Związku Banków Polskich, przyznał, że „z punktu widzenia rządu wadą banków z przewagą inwestora zagranicznego jest to, że dużo trudniej je zmusić do finansowania projektów, które mają małe szanse na zwrot w krótkim okresie. Banki z przewagą kapitału zagranicznego często specjalizują się w określonych sektorach i nie są zainteresowane finansowaniem innych”.

Wiadomo o istnieniu w omawianej grupie banków tak zwanego traffic light system, czyli wytycznych odnośnie do podstawowych zasad polityki kredytowej. System ten dotyczyć może branż lub krajów. Pod semaforem stoją te sektory gospodarki, które nie mają szans na uzyskanie kredytu, i te kraje, w których bank nie zamierza kredytować żadnych projektów. Wnioski kredytowe płynące z firm należących do sektorów zakazanych, nie są na ogół w ogóle badane. Z uzyskanych przez „Gazetę Bankową” informacji wynika, że w przypadku Polski do sektorów, dla których pali się czerwone światło, należą górnictwo węgla kamiennego i hutnictwo. Ponadto zagraniczni właściciele banków niechętnym okiem patrzą także na chemię ciężką i przemysł stoczniowy, co potwierdziły problemy z uzyskaniem kredytowania przez Stocznię Szczecińską.

Pozbywając się naszych banków, znacznie zawęziliśmy zatem możliwość kreowania polityki gospodarczej.

J. T.: Wytyczne co do podstawowych zasad polityki kredytowej płyną ze spółek macierzystych, czyli zza granicy. Tam zapadają decyzje, w jakie branże bank działający w Polsce nie powinien się angażować, tam też wyznacza się dopuszczalne limity branżowego zaangażowania kredytowego. W grupach bankowych powszechnie obowiązującą zasadą jest zasada konsolidacji zarządzania ryzykiem kredytowym. Oznacza to, że nawet firma z branży, dla której akurat nie pali się czerwone światło, może nie dostać kredytu, bo przewidziany limit branżowy został już wykorzystany przez inne podmioty grupy, działające gdzieś poza naszymi granicami.

Inwestorzy przejmujący państwowe przedsiębiorstwa podejmowali różne zobowiązania, np. związane z utrzymaniem zatrudnienia czy poziomem przyszłych inwestycji. Co z tego wynikło?

J. T.: Kontrakty zawierane w latach 1991-1992 pomiędzy inwestorem a Skarbem Państwa przy sprzedaży jednoosobowych spółek Skarbu Państwa, z reguły nie zawierały zobowiązań inwestycyjnych ani też zobowiązań socjalnych. Zobowiązania inwestycyjne mają postać bądź podwyższenia kapitału akcyjnego spółki, bądź przeznaczenia określonych kwot na określone inwestycje, w określonym czasie. Mogą też oznaczać udostępnienie nowych technologii, patentów, licencji, rozwiązań, organizacji produkcji itp.

To, że w umowach zaczęły pojawiać się klauzule bezpośrednio dotyczące warunków pracy i egzystencji załóg, należy zawdzięczać ich nieustępliwej, mimo wszystkich trudności, walce o swoje prawa. Rezultaty tej walki wydają się tym bardziej godne uwagi, jeśli pamięta się o nierównej pozycji przetargowej obu stron stosunku kapitał – praca najemna.

Załogi przedsiębiorstw nie miały jednak sprzymierzeńca w państwie, teoretycznie powołanym do reprezentowania ich interesów. Zgodnie z ustaleniami NIK, delegatury Ministerstwa Skarbu Państwa prowadziły nadzór nad realizacją zobowiązań inwestorów sprzecznie z zasadami określonymi przez ministra oraz nie wykorzystywały możliwości prowadzenia kontroli stanu realizacji tych zobowiązań. Ale niedociągnięcia występują nie tylko na terenowym szczeblu. Dziurawy okazał się również, działający w Ministerstwie Skarbu Państwa, Zintegrowany System Informatyczny, zawierający dane o zobowiązaniach pozacenowych. W przypadku 30 na 111 zbadanych przez NIK umów stwierdzono nieprawidłowości we wprowadzaniu danych do tego systemu. Skutkiem tego sporządzane na podstawie danych zawartych w ZSI raporty o stanie realizacji zobowiązań pozacenowych, wynikających z umów prywatyzacyjnych, nie odzwierciedlały stanu faktycznego. W 35 przypadkach na 111 skontrolowanych umów delegatury ograniczyły się do przyjmowania oświadczeń nabywców o stanie realizacji zobowiązań, nie weryfikując ich w oparciu o dokumentację źródłową. A mówi się, że ginie wiara w człowieka – nasi urzędnicy od prywatyzacji swoim postępowaniem zadają kłam takim twierdzeniom…

Delegatura Ministerstwa Skarbu Państwa we Wrocławiu w latach 1998-2001 (do 30 czerwca) nie dokonała żadnej kontroli w tym zakresie. Delegatura Ministerstwa Skarbu Państwa w Katowicach w dwóch przypadkach przeprowadziła kontrolę w niepełnym zakresie (pomijając sprawdzenie stanu realizacji zobowiązań socjalnych). Nic dziwnego zatem, że 11% spółek nie wywiązuje się ze zobowiązań dotyczących zatrudnienia.

Ponadto w Ministerstwie Skarbu Państwa nierzetelnie uzgadniano tryb postępowania i podejmowano decyzje dotyczące egzekwowania od inwestorów wykonania zobowiązań oraz płacenia kar umownych, bowiem podejmowano je z opóźnieniami i naruszaniem procedur określonych w decyzjach Ministra Skarbu Państwa. Należy odnotować istnienie luk prawnych, często pojawiających się w umowach.

Podpisywano umowy, z góry wiedząc, że nie będzie można wyegzekwować ich pełnej realizacji?

J. T.: W umowach, w których stroną jest inwestor zagraniczny, zapisy gwarantujące ich realizację zostały uwzględnione, najczęściej w postaci kar umownych (w sumie w 45% umów), przy czym wśród przedsiębiorstw sprywatyzowanych metodą kapitałową ten sposób zastosowano w prawie 61%. Jest to korzystne, gdyż ewentualna egzekucja z reguły jest stosunkowo prosta do przeprowadzenia. Zastanawiające jest jednak, że w ponad 30% zawartych umów nie zamieszczono żadnych zabezpieczeń na wypadek niewywiązania się inwestorów z umowy!

Zgodnie z badaniami zespołu Instytutu Studiów Politycznych PAN, na reprezentatywnej próbie przedsiębiorstw sprywatyzowanych z udziałem kapitału zagranicznego, w niemal co czwartej spółce na inwestora strategicznego nie nałożono jakichkolwiek zobowiązań, zaś prawie w co drugiej spółce inwestor nie miał zobowiązań inwestycyjnych.

I tak jednak rząd rozporządza wieloma środkami mogącymi skłonić zagranicznych inwestorów do wywiązywania się z kontraktowych ustaleń, takimi jak odpowiednie zapisy w umowach sprzedaży, skuteczne egzekwowanie wynegocjowanych zobowiązań inwestycyjnych kontrahentów itp. Istnienie takich instrumentów nie musi się jednak przekładać na ich skuteczne stosowanie. Na podstawie kontroli odnoszących się do 2004 r. NIK stwierdziła, że pogorszyła się skuteczność windykacji należności prywatyzacyjnych. W porównaniu z 2003 r. zwiększyła się liczba dłużników, a kwota zaległości wzrosła o 62,3 mln zł, czyli o 19,8%. Brak windykowania należności przez funkcjonariuszy resortu skarbu stał się notoryczną praktyką. Od jednego z nierzetelnych inwestorów ściągnięto w ciągu ponad sześciu lat od daty podpisania umowy prywatyzacyjnej zaledwie 150 tys. zł z ponad 23 mln zaległości. Ministerstwo, mimo że inwestor wykazywał spory majątek, nie prowadziło zbyt skutecznej windykacji. W dodatku, gdy składał swoją ofertę przy okazji innych prywatyzacji, pracownicy Ministerstwa Skarbu wystawiali mu opinię, że jest rzetelnym inwestorem! Niespłacone zobowiązania wynoszą w sumie ponad 700 mln zł. Niemal 360 inwestorów ma obecnie przedawnione zobowiązania prywatyzacyjne, a łącznie 600 podmiotów nie realizuje zobowiązań prywatyzacyjnych.

W swoich książkach opisuje Pan dziesiątki nadużyć związanych z prywatyzacją. Jak wielu sprawców udało się ukarać, jak dużą część społecznego majątku – odzyskać?

J. T.: Nie ma żadnych statystyk rejestrujących procent, czy to ukaranych przestępców, czy odzyskanej własności, ale gdyby istniały, na pewno nie byłyby to przesadnie długie kolumny liczb czy nazwisk. Trzeba pamiętać, że żyjemy w systemie, w którym, mówiąc w uproszczeniu, pieniądz jest królem. W tym kontekście oznacza to możliwość kupowania sobie przez lumpenburżuazję najlepszych adwokatów, przekupywania funkcjonariuszy aparatu sprawiedliwości itp. Ilość kruczków prawnych, stosowanych przez prywatyzacyjnych aferzystów, jest ogromna.

A do tego rodzaju czynników dołączają się inne, dostosowujące charakter systemu prawnego do dominujących stosunków własnościowo-klasowych. Dobrym przykładem jest to, co stało się w Białostockiej Fabryce Dywanów „Agnella”. Krzysztof Niezgoda, główny udziałowiec przedsiębiorstwa, został skazany na 2 lata więzienia i grzywnę za zagarnięcie ponad 3,4 mln zł na szkodę fabryki. Niezgoda jest współwłaścicielem Fabryki Dywanów „Agnella” S.A. w Białymstoku jako główny udziałowiec najpierw spółki cywilnej „Agnella Plus”, a następnie Poznańskiej Grupy Kapitałowej, w której ma on 95% udziałów. Białostocka prokuratura uznała za nielegalne kilka czynności prawnych podjętych przez Niezgodę. Chodziło o wpłatę przez przedsiębiorcę w lipcu 1994 r. wspomnianych 3,4 mln zł na konto białostockiej fabryki. Dokonano jej bez podania tytułu prawnego, tj. nie wskazując przeznaczenia pieniędzy. Jak twierdził przed sądem Niezgoda, była ona przeznaczona na podniesienie kapitału akcyjnego spółki, która miała wejść na giełdę. Jednocześnie, na podstawie zawartej wówczas umowy na dostawę surowców, fabryka przelała 3,4 mln zł na konto „Agnelli Plus”. Potem biznesmen pieniądze wypłacił i przelał na konto Poznańskiej Grupy Kapitałowej, której był udziałowcem. Po tej operacji spółka mogła dostać kredyt, za który kupiła akcje innej spółki – „Drumetu”. Rozliczenie lipcowej wpłaty Niezgody na konto fabryki nastąpiło po pół roku, należącymi do fabryki akcjami Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Hestia” S.A., wartymi 2 mln zł i przez przeniesienie do spółki „Agnella Plus” wierzytelności fabryki, wynikającej z umowy surowcowej (1 mln zł). Zdaniem prokuratury, uzyskując akcje i wierzytelność, Niezgoda dokonał zagarnięcia na szkodę współnależącej do niego białostockiej spółki. Służyć temu miała m.in. umowa surowcowa, zdaniem oskarżenia spisana tylko po to, by pieniądze wpłacone przez przedsiębiorcę mogły zostać natychmiast przekazane na konto „Agnelli”. W kolejnym roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu uniewinnił jednak Krzysztofa Niezgodę od zarzutu wyłudzenia 3,4 mln zł. Sąd uznał – wykazując zaiste głębokie poczucie relatywizmu historycznego – że wszystkie operacje przeprowadzane pomiędzy fabryką dywanów „Agnella”, a innymi firmami należącymi do K. Niezgody były zgodne z ówcześnie obowiązującym prawem. Sędzia podkreślił, że samo zdarzenie miało miejsce w czasie przemian gospodarczych w Polsce, kiedy obowiązywała zasada: co nie jest zabronione, jest dozwolone.

Tu dochodzimy zatem do kwestii pośredniego wpływu złodziejskiego charakteru polskiej prywatyzacji – bo chyba można to tak określić – na kształt naszego kapitalizmu, instytucji, jakości życia publicznego itp.

J. T.: Proces prywatyzacji, w tym szczególnym charakterze, jakiego nabrał w naszym kraju (choć nie tylko, bo podobny charakter miał on w całej Europie Wschodniej), stał się jednym z zasadniczych czynników kształtujących oblicze tej odmiany kapitalizmu, którą określam mianem kapitalizmu patrymonialnego. Jeden tylko przykład wpływu prywatyzacji na korumpowanie naszego życia publicznego stanowi niejawny lobbing uprawiany przez urzędników państwowych i byłych ministrów czy wiceministrów. Firma zachodnia ubiegająca się o jakąś koncesję czy kupno danego zakładu wynajmuje taką osobę do pilotowania projektu, a w istocie — do załatwienia sprawy. Wiceminister ma znajomości i przeciera szlaki. To zjawisko jest powszechne. Półoficjalnie mówi się, że daną firmę zachodnią pilotuje wiceminister X, inną firmę — były minister Y… I tu padają powszechnie znane nazwiska. Działania takie są zaś praktycznie poza kontrolą.

Dlaczego nie wybuchł na większą skalę bunt, gdy skala „przekrętów” była już dobrze widoczna, a klasa pracownicza nie była jeszcze tak zatomizowana jak teraz?

J. T.: Odgórne wprowadzanie kapitalizmu w Polsce w formie prywatyzacji przedsiębiorstw sektora publicznego napotykało na opór i na różnorodne formy i przejawy tej klasowej walki, zarówno spontanicznej, jak i organizowanej przez związki zawodowe. Faktem jednak jest, że nie była to rebelia na miarę tej, jakiej spodziewali się niektórzy obserwatorzy. Oprócz wielu szczegółowych przyczyn tłumaczących przewagę kapitału stosunkach z pracą najemną, dwie generalne – które już wspomniałem – wydają się najbardziej znaczące. Są nimi możliwość sięgania po straszak w postaci istnienia rezerwowej armii pracy, czyli bezrobotnych oraz, paradoksalnie, sama prywatyzacja, której autorzy uciekli się do mechanizmu, z jakiego skorzystała M. Thatcher w swej skutecznej walce z brytyjską klasą pracowniczą.

Dokonuje Pan bezlitosnej diagnozy polskich przemian. W naturalny sposób pojawia się pytanie o alternatywy. Zdaniem skrajnych liberałów, uwłaszczenie nomenklatury, a nawet spora liczba „przekrętów”, były nieuniknionymi czy wręcz niezbędnymi efektami procesu dochodzenia do wolnorynkowego kapitalizmu, a więc – ich zdaniem – systemu najbardziej sprawiedliwego i efektywnego. Co im Pan odpowiada?

J. T.: Mówiąc o alternatywie, należy sprecyzować, o jaką alternatywę chodzi. Czy zakładamy ten sam cel, tzn. kapitalizm, a zastanawiamy się jedynie nad drogą doń? Nawet i ów cel wymaga precyzacji, np. jako kapitalizm w jego odmianie kontynentalnej, którą zaliczam – wraz z modelem azjatyckim – do tzw. kapitalizmu interesariuszy, w odróżnieniu od angloamerykańskiego kapitalizmu akcjonariuszy. Droga do takiego systemu mogła być oczywiście inna, łącznie z innym sposobem przeprowadzenia przekształceń własnościowych, nie pociągającym za sobą tak olbrzymich kosztów społecznych, np. zakładającym oparcie się na demokratycznie pojmowanej własności pracowniczej.

Możemy jednak mówić o generalnej alternatywie wobec kapitalizmu; ja osobiście opowiadam się za ustrojem opartym na demokracji uczestniczącej i własności społecznej.

Nawet wśród tych, którzy wskazują na kryminalny charakter polskiej prywatyzacji, rzadko można znaleźć zwolenników znaczącego udziału własności społecznej w gospodarce, poza sektorami o znaczeniu strategicznym. Wyższość własności prywatnej, np. w sensie efektywności ekonomicznej, przedstawiana jest powszechnie jako aksjomat.

J. T.: O tym, że własność społeczna nie stoi na przegranych pozycjach, nawet w warunkach systemu rynkowego, świadczą jednoznacznie zarówno argumenty teoretyczne, jak i dane empiryczne, które zgromadziłem w swojej książce „Ekonomiczny sens prywatyzacji” (wyd. ang.: „Private versus Public Enterprise: In Search of the Economic Rationale of Privatisation”). Dane, które pojawiły się od czasu wydania książki jedynie potwierdzają moje tezy o braku genetycznego upośledzenia przedsiębiorstw publicznych. Krytyczny ogląd argumentów przedstawianych przez trzy główne teorie dostarczające argumentów na rzecz własności prywatnej i na niekorzyść własności społecznej, ujawnił ich liczne ułomności. Podsumowując rezultaty tej analizy w najbardziej syntetyczny, nieomal hasłowy sposób, z punktu widzenia stosunków między kierującymi przedsiębiorstwem a pretendentami do nadwyżki, nie ma jakościowej różnicy między prywatną korporacją o kilku milionach akcjonariuszy a przedsiębiorstwem publicznym. Podobnie, prywatyzacja nie kładzie kresu mieszaniu się polityki w gospodarkę, mającemu stanowić organiczne schorzenie sektora publicznego. Dokładniejsza analiza poglądów szkoły austriackiej przekonuje natomiast, iż zawierają one pochwałę nie tyle własności prywatnej, jako takiej, co konkurencji – tymczasem przedsiębiorstwa publiczne są zdolne do działania w warunkach konkurencyjnej gospodarki rynkowej. Jakkolwiek większość badań przytoczonych we wspomnianej książce potwierdza tezę o własności prywatnej jako bardziej efektywnej ekonomicznie, to pozostaje pewna liczba przypadków, w których lepsze wyniki osiągają przedsiębiorstwa publiczne. Można zatem stwierdzić, że nagromadzone świadectwa empiryczne nie wystarczają dla poparcia tezy, zgodnie z którą własność prywatna miałaby być z natury bardziej efektywna niż własność społeczna. Np. najnowsze badania pokazały, że przedsiębiorstwa te w porównaniu z grupą sprywatyzowanych brytyjskich przedsiębiorstw prezentowały się korzystnie pod względem wzrostu wydajności.

Obecnie sporo mówi się o tworzeniu spółek na styku sektora publicznego i prywatnego, np. w służbie zdrowia czy różnego rodzaju usługach publicznych. Pan w swej książce opisuje również liczne przypadki tej mniej znanej prywatyzacji, mianowicie przejmowanie mienia komunalnego – przedsiębiorstw energetycznych, ciepłowniczych, wodociągowych itp. Czy powinniśmy obawiać się „drugiej fali prywatyzacji”?

J. T.: Prywatyzacja własności wspólnej może być realizowana różnymi drogami, co starałem się pokazać w swojej książce. Z dziką prywatyzacją w służbie zdrowia mamy do czynienia od dawna, bo czymże innym jest używanie przez indywidualnych lekarzy, spółki, fundacje itp. środków publicznej służby zdrowia dla prywatnego zarobku. Cichą prywatyzację stanowi też z reguły popularne na Zachodzie partnerstwo publiczno-prywatne, nader często będące – w czym właśnie przejawia się jego własnościowy charakter – uspołecznieniem strat i prywatyzacją zysków. U nas, m.in. na poziomie samorządów, ze zrozumiałych względów (możliwość korupcyjnych interesów) rośnie liczba zwolenników tego typu prywatyzacji. Natomiast sama tzw. komercjalizacja, czyli przekształcenie szpitala w spółkę, nie stanowi prywatyzacji, choć na pewno znacznie ją ułatwia.

Na koniec chcieliśmy zadać pytanie nieco osobiste. W Polsce mówienie o „uwłaszczeniu nomenklatury” i wskazywanie na partyjno-establishmentowe korzenie prywatyzacji, niejako od razu nasuwa skojarzenia z prawicą, tą najbardziej antykomunistyczną. Pan natomiast jest konsekwentnie od lat człowiekiem lewicy, bliskim marksizmowi. Skąd zatem wzięło się Pańskie, oryginalne w polskich realiach, stanowisko definicyjno-krytyczne?

J. T.: To, że pojęcie uwłaszczenia nomenklatury może być czy nawet zostało, nomen omen, zawłaszczone przez prawicę, to jedna sprawa, a jego naukowa prawomocność – a ta w pierwszym rzędzie mnie interesowała – to zupełnie inna kwestia. O zburżuazyjnieniu funkcjonariuszy aparatu partyjno-państwowego jako zasadniczej przyczynie buntów robotniczych w PRL pisałem wielokrotnie, także za czasów dawnego ustroju. Teksty te pisane były z pozycji lewicowych i tak też były odczytywane.

Mogę jedynie na zakończenie zachęcić do przeczytania całej książki, która, jak myślę, jednoznacznie wyraża moje lewicowe, antykapitalistyczne, prorobotnicze i propracownicze stanowisko. Stanowisko to przejawia się przede wszystkim w opisie i badaniu wydarzeń i procesów istotnych dla warunków egzystencji tej klasy czy klas. A znaczeniu prywatyzacji dla warunków życia mas robotniczych i pracowniczych w ostatnich dwóch dekadach trudno zaprzeczyć.

Dziękujemy za rozmowę.

Poznań, 13 maja 2008 r.

rozmawiali Michał Sobczyk i Remigiusz Okraska

Powyższy wywiad pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 42, w roku 2008.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie