Czego uczy nas koronawirus

·

Czego uczy nas koronawirus

·

Jeśli choroba może nauczyć nas mądrości wykraczającej poza konstatację, jak niepewne i cenne jest życie, to koronawirus zaoferował nam aż dwie lekcje.

Po pierwsze, w zglobalizowanym świecie nasze życia są ze sobą tak splecione, że ideę postrzegania siebie jako wysp – zarówno jako jednostek, społeczności, narodów, jak i wyjątkowo uprzywilejowanych gatunków – należy rozumieć jako dowód fałszywej świadomości. Prawdę mówiąc byliśmy zawsze powiązani, stanowiliśmy część cudownej sieci życia na naszej planecie, a poza nią – gwiezdny pył w niezgłębionym, wielkim i złożonym wszechświecie.

Arogancja pielęgnowana w nas przez narcyzów, którzy doszli do władzy dzięki własnemu niszczycielskiemu egoizmowi oślepiła nas na niezbędną mieszankę pokory i podziwu, jaką powinniśmy odczuwać, gdy patrzymy na kroplę deszczu na liściu, dziecko uczące się chodzić czy na nocne niebo ujawniające się w całej swej nieskończonej okazałości z dala od świateł miasta.

A teraz, gdy zaczynamy wkraczać w okres kwarantanny i izolacji, jako narody, społeczności i jednostki, wszystko to powinno być o wiele bardziej wyraźne. Wirus pokazał nam, że tylko razem jesteśmy silniejsi, żywi i ludzcy.

Pozbawieni z powodu zagrożenia zarażeniem tego, czego najbardziej potrzebujemy, przypominamy sobie, jak bardzo wzięliśmy społeczność za coś oczywistego, nadużywaliśmy jej, wydrążyliśmy ją. Obawiamy się, ponieważ usługi, których potrzebujemy w czasach zbiorowej trudności i traumy, zostały zamienione w towary wymagające zapłaty lub traktowane jako przywileje, do których dostęp jest obecnie utrudniony, racjonowany lub po prostu zniknął.

Kiedy prześladuje nas śmierć, nie zwracamy się do bankierów, dyrektorów korporacyjnych lub zarządzających funduszami hedgingowymi. A mimo to właśnie takich ludzi nasze społeczeństwa wynagradzają najlepiej. Jeśli pensje są główną miarą wartości, to siłą rzeczy właśnie oni są najbardziej cenieni. Ale to nie są ludzie, których potrzebujemy jako jednostki, jako społeczeństwa, narody. To raczej lekarze, pielęgniarki, pracownicy służby zdrowia, opiekunowie i pracownicy socjalni będą walczyć o ocalenie naszego życia, ryzykując własne.

Podczas kryzysu zdrowotnego rzeczywiście możemy zauważyć, kto i co jest najważniejsze. Ale czy będziemy pamiętać czyjeś poświęcenie, jego wartość po tym, jak wirus zniknie z pierwszych stron gazet? Czy raczej wrócimy do zwykłej codzienności – aż do następnego kryzysu – i hojnego nagradzania producentów broni, miliarderów, właścicieli mediów, szefów firm zajmujących się paliwami kopalnymi i pasożytów z branży finansowej, żywiących się pieniędzmi innych ludzi?

„Weźmy to na klatę”

Druga lekcja wynika z pierwszej. Pomimo wszystkiego, co mówiono nam od czterech dekad lub dłużej, zachodnie społeczeństwa kapitalistyczne są dalekie od najbardziej efektywnych sposobów samoorganizacji. Odkryjemy to, gdy kryzys związany z koronawirusem pogłębi się.

Nadal jesteśmy bardzo głęboko zanurzeni w ideologicznym świecie thatcheryzmu i reaganizmu, gdzie powiedziano nam dosłownie: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”. Jak ta mantra polityczna wytrzyma próbę nadchodzących tygodni i miesięcy? Ile możemy przetrwać jako jednostki, nawet w kwarantannie, a nie jako część społeczności, która troszczy się o nas wszystkich?

Zachodni przywódcy, którzy opowiadają się za neoliberalizmem, tak jak muszą to robić obecnie, mają dwie możliwości radzenia sobie z koronawirusem – i obie z nich mogą nas zwieść, jeśli nie przejrzymy ich hipokryzji i oszustwa.

Nasi przywódcy mogą pozwolić nam „wziąć to na klatę”, jak to określił brytyjski premier Boris Johnson. W praktyce będzie to oznaczać przyzwolenie na faktyczną selekcję naturalną wielu osób ubogich i starszych. Uwolni ono rządy od ponoszenia ciężaru finansowego niedofinansowanych programów emerytalnych i świadczeń socjalnych.

Tacy liderzy twierdzą, że są zbyt bezsilni, aby interweniować lub łagodzić kryzys. W obliczu sprzeczności nieodłącznie związanych z ich światopoglądem nagle stają się fatalistami, porzucając wiarę w skuteczność i adekwatność wolnego rynku. Powiedzą, że wirus był zbyt zaraźliwy, aby go powstrzymać, zbyt silny, aby poradziła sobie z nim służba zdrowia i za bardzo śmiertelny, żeby ratować życie. Unikną wszelkiej winy za dziesięciolecia cięć w systemie opieki zdrowotnej i jego prywatyzacji, które spowodowały, że usługi te stały się nieskuteczne, nieodpowiednie, niewygodne do wdrażania i mało elastyczne w obliczu próby.

Lub odwrotnie: politycy wykorzystają swoich spin-doktorów i sojuszników w korporacyjnych mediach, żeby ukryć fakt, iż po cichu i tymczasowo stają się socjalistami, by poradzić sobie z sytuacją kryzysową. Zmienią zasady państwa dobrobytu, aby wszyscy ci, którzy musieli brać udział w stworzonej przez nich gig economy – np. zatrudnieni na podstawie umów śmieciowych – nie rozprzestrzeniali wirusa, ponieważ nie mogą sobie pozwolić na kwarantannę lub dni wolne od pracy.

Ale najprawdopodobniej nasi liderzy skorzystają z obu tych opcji.

Kryzys bez końca

Wniosek, który należy wyciągnąć z kryzysu – że wszyscy mamy takie samo znaczenie, że musimy się troszczyć o siebie nawzajem, że utoniemy lub popłyniemy razem – jeśli w ogóle zostanie wzięty pod uwagę, będzie potraktowany jako odosobniona, przelotna lekcja charakterystyczna dla czasów tego konkretnego kryzysu. Nasi przywódcy odmówią wyciągnięcia bardziej ogólnych wniosków – takich, które mogą uwypuklić ich własną winę – na temat tego, jak zdrowe społeczeństwo powinno funkcjonować przez cały czas.

W rzeczywistości nie ma nic wyjątkowego w kryzysie spowodowanym przez koronawirus. To po prostu udoskonalona wersja mniej widocznego kryzysu, w którym jesteśmy pogrążeni na stałe. W miarę jak Wielka Brytania tonie pod powodzią każdej zimy, Australia płonie każdego lata, a południowe stany USA są niszczone przez huragany, a ich wielkie równiny stają się pyłem, w miarę jak kryzys klimatyczny staje się coraz bardziej namacalny, poznajemy tę prawdę powoli i boleśnie.

Ci, którzy wymiernie korzystają na obecnym systemie, a także ci, którzy zostali poddani praniu mózgu i nie widzą jego wad – będą bronić go do samego końca. Niczego się nie nauczą z czasów wirusa. Wskażą na państwa autorytarne i ostrzegą, że może być znacznie gorzej.

Wskażą na wysoką liczbę ofiar śmiertelnych w Iranie jako potwierdzenie, że nasze społeczeństwa nastawione na zysk są lepsze, ignorując straszne szkody, jakie wyrządziliśmy irańskim służbom zdrowia po latach sabotowania jego gospodarki za pomocą okrutnych sankcji. Zostawiliśmy Iran jeszcze bardziej narażony na koronawirusa, ponieważ chcieliśmy nadzorować tam „zmianę reżimu”, aby móc ingerować w nią pod pozorem „humanitarnej” troski – tak, jak to zrobiliśmy w innych krajach, których zasoby chcieliśmy kontrolować, od Iraku po Syrię i Libię.

Iran zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za kryzys, którego to my chcieliśmy, by nasi politycy mogli obalić tamtejszych przywódców. Niepowodzenia Iranu zostaną przytoczone jako dowód skuteczności europejskiego stylu życia. Będziemy lamentować z oburzeniem z powodu „rosyjskiej ingerencji”, której zarysy ledwo potrafimy wyartykułować.

Docenianie wspólnego dobra

Ci, którzy bronią naszego systemu, nawet gdy jego wewnętrzna logika załamuje się w obliczu koronawirusa i zagrożenia klimatycznego, powiedzą nam, jakie mamy szczęście, ponieważ żyjemy w wolnych społeczeństwach, gdzie niektórzy – dyrektorzy Amazona, usługodawcy dostaw do domu, apteki, producenci papieru toaletowego – wciąż mogą szybko zarobić na naszej panice i strachu. Tak długo, jak ktoś nas wykorzystuje, tak długo, jak ktoś się na nas pasie i staje się bogaty, dowiadujemy się, że system działa – i że działa lepiej niż jakikolwiek inny system, który można by sobie wyobrazić.

Ale w rzeczywistości społeczeństwa kapitalistyczne późnego etapu, takie jak USA i Wielka Brytania, będą walczyć o osiągnięcie nawet niewielkich sukcesów w walce z koronawirusem i będą one mniejsze od sukcesów autorytarnych rządów. Czy Trump w USA lub Johnson w Wielkiej Brytanii – przykłady kapitalizmu pod hasłem „rynek wie najlepiej” – poradzą sobie z tym wirusem skuteczniej niż Chiny?

Ale ta lekcja nie dotyczy społeczeństw autorytarnych w porównaniu z „wolnymi”. Chodzi o społeczeństwa, które cenią wspólne bogactwo, dobro wspólne ponad prywatną chciwość i zysk, ponad ochronę przywilejów elity bogaczy.

W 2008 r., po dziesięcioleciach oferowania bankom tego, czego chciały – swobodnego zarabiania pieniędzy – gospodarki zachodnie niemal wybuchły jak napompowana bańka. Banki i usługi finansowe zostały uratowane tylko dzięki publicznym bailoutom – za pieniądze podatników. Nie dano nam wyboru: banki, jak powiedziano, były „zbyt duże, by upaść”.

Wykupiliśmy je za nasze wspólne pieniądze. Ponieważ jednak prywatne bogactwo jest złotym cielcem naszej epoki, publika nie mogła posiadać banków, które kupiła. Zatem kiedy banki zostały przez nas uratowane – co za przewrotny socjalizm dla bogatych! – wróciły do robienia prywatnych pieniędzy, wzbogacając niewielką elitę, aż do następnego krachu.

Nie ma dokąd lecieć

Naiwni mogą myśleć, że to jednorazowy przypadek. Ale wady kapitalizmu są od niego nieodłączne i strukturalne, a wirus już demonstruje, że kryzys klimatyczny pojawi się u nas w nadchodzących latach z niepokojącą zaciekłością.

Zamknięcie granic oznacza, że linie lotnicze szybko wypadają z biznesu. Oczywiście nie odkładały pieniędzy na czarną godzinę. Nie oszczędzały, nie były rozważne. Operują w świecie, gdzie podrzyna się sobie nawzajem gardła, muszą konkurować z rywalami, wyrugować ich z biznesu i zarobić jak najwięcej pieniędzy dla akcjonariuszy.

Teraz nagle nie mają dokąd lecieć – i nie będą miały widocznych możliwości zarobienia pieniędzy przez wiele miesięcy. Podobnie jak banki, są „zbyt duże, aby upaść” – i podobnie jak banki żądają, aby pieniądze publiczne zostały przeznaczone na ich przetrwanie, dopóki nie będą w stanie ponownie łupieżczo osiągać zysków dla swoich akcjonariuszy. Za liniami lotniczymi ustawi się w kolejce po pomoc wiele innych korporacji.

Wcześniej czy później społeczeństwo znowu zdobędzie się na wysiłek, aby ratować te korporacje nastawione jedynie na zysk, choć ich jedyną działalnością jest centralna rola, jaką odgrywają w napędzaniu globalnej zmiany klimatycznej i eliminacji życia na planecie. Linie lotnicze będą reanimowane aż do nadejścia kolejnego nieuniknionego kryzysu – takiego, w którym są kluczowymi graczami.

But kopiący w twarz

Kapitalizm jest systemem wydajnym tylko dla niewielkiej elity, której pozwala zarabiać pieniądze straszliwym kosztem – ponoszonym przez innych. Jest zatem systemem coraz bardziej niemożliwym do utrzymania dla szerokiego społeczeństwa – a działa tylko dopóki nie okaże się, że jest już nieskuteczny. Następnie społeczeństwo musi się dorzucić i pomóc elicie bogaczy, aby ten cykl można było rozpocząć od nowa. To jak but kopiący nas w twarz – na zawsze, jak ostrzegał dawno temu George Orwell.

Ale nie chodzi tylko o to, że kapitalizm jest ekonomicznie samoniszczący – jest także pusty moralnie. Naprawdę, powinniśmy przestudiować przykłady neoliberalnej ortodoksji: Wielką Brytanię i USA. W Wielkiej Brytanii krajowa służba zdrowia – niegdyś przedmiot zazdrości świata – przechodzi gwałtowny upadek po dziesięcioleciach prywatyzacji i outsourcingu swoich usług. Teraz ta sama partia konserwatystów, która rozpoczęła kanibalizację NHS, zwraca się do firm takich jak producenci samochodów o rozwiązanie problemu poważnego niedoboru respiratorów, które wkrótce będą potrzebne, aby pomóc pacjentom z koronawirusem.

Kiedyś w nagłych przypadkach zachodnie rządy byłyby w stanie skierować zasoby, zarówno publiczne, jak i prywatne, na ratowanie życia. Fabryki mogły zostać przekształcone dla wspólnego dobra w inne podmioty. Dzisiaj rząd zachowuje się tak, jakby wszystko, co mógł zrobić, to zachęcać do prowadzenia działalności gospodarczej, pokładając nadzieję w motywowanym zyskiem samolubstwie, które skłania firmy do wejścia na rynek produkcji respiratorów lub do dostarczenia łóżek w sposób korzystny dla podtrzymania zdrowia publicznego. Wady tego podejścia powinny być rażące, jeśli dostrzeżemy, jak producent samochodów może odpowiedzieć na prośbę o dostosowanie swoich fabryk do produkcji respiratorów. Jeśli nie zostanie przekonany, że można na tym zarobić łatwe pieniądze lub jeśli sądzi, że może osiągnąć szybsze lub większe zyski kontynuując produkcję samochodów w czasach, gdy społeczeństwo obawia się korzystania z transportu publicznego, pacjenci umrą. Jeśli wstrzyma się, obserwując, czy będzie wystarczający popyt na respiratory, aby uzasadnić dostosowanie swoich fabryk do ich produkcji – pacjenci umrą. Jeśli opóźni to w nadziei, że niedobory respiratorów spowodują wzrost dotacji od rządu obawiającego się publicznego oburzenia – pacjenci umrą. A jeśli wyprodukuje najtańsze respiratory, aby zwiększyć zyski, bez upewnienia się, że personel medyczny nadzoruje kontrolę jakości – pacjenci także umrą.

Wskaźniki przeżywalności nie będą zależeć od wspólnego dobra, od naszej pomocy potrzebującym czy od planowania najlepszego rezultatu, lecz od kaprysów rynku. I to nie tyle od rynku, co od błędnego ludzkiego postrzegania tego, co stanowi siły rynkowe.

Przetrwają najsilniejsi

Gdyby to nie wystarczyło, Trump – w całej swojej nadmuchanej próżności – pokazuje, w jaki sposób tę motywację zysku można przenieść ze świata biznesu, który tak dobrze zna, na cynizm polityczny, który stopniowo opanowuje. Według różnych raportów, dyskretnie poszukuje on szybkiego rozwiązania problemu wirusa. Rozmawia z międzynarodowymi firmami farmaceutycznymi i chce znaleźć osobę, która jest bliska opracowania szczepionki, tak by Stany Zjednoczone mogły kupić do niej wyłączne prawa.

Raporty sugerują, że chce zaoferować szczepionkę wyłącznie obywatelom USA, co sprawiłoby, że zdecydowanie wygrałby reelekcję. Oznaczałoby to triumf wpajanej nam od ponad czterech dziesięcioleci filozofii „po trupach do celu” – przetrwają tylko najsilniejsi, a zadecyduje o tym rynek. Tak zachowują się ludzie, gdy odmawia im się udziału w szerszej zbiorowości, za którą są odpowiedzialni i która jest za nich odpowiedzialna.

Ale nawet jeśli Trump w końcu raczy pozwolić innym krajom cieszyć się korzyściami ze sprywatyzowanej szczepionki, nie będzie to polegało na pomaganiu ludzkości w ramach czynienia większego dobra. Będzie mowa o Trumpie biznesmenie-prezydencie, który osiąga porządny zysk dla USA na fali desperacji i cierpienia innych, a także przedstawia siebie jako politycznego bohatera na arenie światowej. Lub, co bardziej prawdopodobne, będzie to kolejna szansa dla Stanów Zjednoczonych, by wykazać swoje „humanitarne” kwalifikacje nagradzając „dobre” kraje i dając im dostęp do szczepionki, a jednocześnie odmawiając „złym” krajom, takim jak Rosja, prawa do ochrony swoich obywateli.

Nieprzyzwoicie skarłowaciały światopogląd

Będzie to idealna ilustracja na scenie globalnej – i to w kolorze – tego, jak działa amerykański pomysł na służbę zdrowia. Oto, co się dzieje, gdy opieka zdrowotna nie jest traktowana jako dobro publiczne, lecz jako towar do kupienia, jako przywilej zachęcający siłę roboczą do pracy, jako miara tego, kto odnosi sukces, a kto nie.

USA, zdecydowanie najbogatszy kraj na świecie, ma dysfunkcyjny system opieki zdrowotnej nie dlatego, że nie stać go na dobry, lecz dlatego, że jego polityczny światopogląd jest tak nieprzyzwoicie zatruty kultem bogactwa, iż odmawia uznania istnienia dobra wspólnego i uszanowania wartości, jaką stanowi zdrowe społeczeństwo.

Amerykański system opieki zdrowotnej jest zdecydowanie najdroższy na świecie, ale także najbardziej nieefektywny. Ogromna część „wydatków na zdrowie” nie przyczynia się do leczenia chorych, lecz wzbogaca kieszeń korporacji farmaceutycznych i firm ubezpieczeniowych. Analitycy opisują jedną trzecią wszystkich wydatków na zdrowie w USA – 765 miliardów dolarów rocznie – jako „zmarnowane”. Ale „marnotrawstwo” to eufemizm. W rzeczywistości są to pieniądze wpychane do kieszeni korporacji, które nazywają siebie branżą zdrowia, okradając wspólny budżet obywateli USA. Oszustwo jest tym większe, że pomimo tak ogromnych wydatków więcej niż jeden na 10 obywateli USA nie ma właściwie żadnej opieki zdrowotnej.

Koronawirus bezprecedensowo uwypukli zdeprawowaną nieefektywność tego systemu – model opieki zdrowotnej nastawionej na zysk, siły rynkowe, które zwracają uwagę na krótkoterminowe interesy biznesu, a nie długoterminowe interesy nas wszystkich.

Istnieją alternatywy. W tej chwili Amerykanom oferuje się wybór między demokratycznym socjalistą Berniem Sandersem, który broni opieki zdrowotnej jako prawa, ponieważ jest to dobro wspólne, a szefem partii demokratycznej, Joe Bidenem, popierającym lobby biznesowe, od którego zależy w kwestii finansowania swojej politycznej kariery. Jeden z nich jest marginalizowany i oczerniany jako zagrożenie dla amerykańskiego stylu życia przez garstkę korporacji, które są właścicielami amerykańskich mediów, podczas gdy drugi jest wspierany przez te same korporacje w drodze do otrzymania nominacji Demokratów.

Koronawirus ma dla nas ważną, pilną lekcję do odrobienia. Pytanie – czy jesteśmy już gotowi jej wysłuchać?

Jonathan Cook

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na lewicowym amerykańskim portalu Counterpunch 19 marca 2020.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie