Wielka gra o Białoruś

·

Wielka gra o Białoruś

·

 

Rozpoczęta w 2014 r. rosyjska hybrydowa agresja na Ukrainę przyniosła przewartościowania w stosunkach Moskwy z Białorusią. Zmieniła również postrzeganie roli tej ostatniej oraz jej władz przez kraje szeroko pojętego Zachodu. Obecne intensywne działania Rosji sprawiły, że suwerenność Mińska nawet w ramach rozlicznych powiązań z wielkim sąsiadem stanęła pod znakiem zapytania. W sytuacji zmienionej wskutek łańcucha zdarzeń zapoczątkowanego inwazją na Krym zaktywizowały się jednak ośrodki pragnące przeciwdziałać rosyjskiej ekspansji w kolejnym kierunku.

Uwarunkowania strategiczne dla Polski

Truizm stanowi stwierdzenie, że Białoruś stanowi bufor zabezpieczający Polskę przed Rosją. Rozciągłość równoleżnikowa tego kraju, wynosząca 670 kilometrów, nie stanowi co prawda istotnej przeszkody dla strategicznych środków rażenia, którymi dysponuje Rosja, pozostaje jednak istotna dla działań lotnictwa taktycznego oraz przede wszystkim sił lądowych. Dla tych ostatnich różnica między pozycjami wyjściowymi w zachodniej Rosji i na Białorusi oznacza kilka dni marszu oraz konieczność podciągania tyłów nawet przy założeniu braku oporu ze strony niewspółdziałających Białorusinów. Pozostawia to Polsce i jej spodziewanym sojusznikom z NATO dłuższy czas na reakcję, a także umożliwia przeciwdziałanie w postaci uderzeń na przemieszczające się siły. Słowem, dopóki Białoruś pozostaje krajem prowadzącym własną politykę, w której realnym interesie nie będzie leżał udział w cudzej wojnie, bezpośrednim i natychmiastowym zagrożeniem dla Polski pozostaje, oprócz uderzeń z powietrza i morza, tylko Obwód Kaliningradzki.

Niezależność Białorusi utrudnia znakomicie również prowadzenie działań hybrydowych w sposób wypróbowany na Ukrainie, polegający na wsparciu „separatystów” przez oddziały przekraczające granicę czy, jak artyleria, pozostające poza nią. Oczywiście kaliningradzka enklawa jest potężną bazą wojskową, jednak jej izolacja od macierzystego terytorium i mała głębia ograniczają możliwości bezkarnego prowadzenia agresywnych działań, choć z uwagi na złożoność uwarunkowań wojskowo-politycznych nie wykluczają ich. Niemniej jednak można stwierdzić, że o ile Obwód Kaliningradzki jest w sytuacji dopatrywania się zagrożenia ze strony Rosji poważnym problemem, o tyle nieskrępowana rosyjska obecność na Białorusi (w obecnej chwili ograniczona do stacji radiolokacyjnej w Hancewiczach i punktu łączności marynarki wojennej w okolicy Wilejki, a także regularnych wspólnych ćwiczeń) byłaby dramatem.

W kontekście polskim nie sposób oczywiście abstrahować od rozpoczętego uniami polsko-litewskimi długiego okresu wspólnej państwowości Polski i Białorusi. Wydaje się jednak, że po klęsce Polski w rywalizacji z Rosją o dominację nad terytoriami ruskimi, której ukoronowanie stanowiły rozbiory, a ostateczne przypieczętowanie (po krótkim powrocie zagadnienia w latach 1918–20) niedobrowolne przesunięcie państwa polskiego na zachód w wyniku II wojny światowej, zdecydowanie przedwczesne i pozbawione realnych podstaw są koncepcje rewizji doktryny Mieroszewskiego i Giedroycia zakładającej bezwzględne poparcie dla niepodległości „państw buforowych” jako takiej. Polska jako postkolonialny kraj peryferyjny nie ma szczególnie wiele do zaoferowania wschodnim sąsiadom w aspektach politycznym, gospodarczym, kulturalnym oraz militarnym i nie jest w stanie pełnić roli regionalnego centrum, wokół którego mogłaby grupować się jakaś większa struktura rugująca oddziaływanie Moskwy. Transformacje zmieniające ten stan rzeczy i prowadzące do odrodzenia projektu jagiellońskiego byłyby oczywiście pożądane, wychodzą jednak poza możliwości rozsądnego prognozowania oraz, niestety, obecny polski potencjał sprawczy wynikający ze stanu kraju w 1989 r. oraz kierunków jego ewolucji przez kolejne trzy dekady.

Łukaszenka – od ostatniego sowieciarza do ostatniej nadziei

Alaksandr Ryhorawicz Łukaszenka, który w 1994 r. został pierwszym prezydentem Białorusi, wygrywając z ogromną przewagą drugą turę wyborów, a w pierwszej pokonując m.in. jednego z likwidatorów ZSRS, Stanisława Szuszkiewicza, od początku nie miał w Polsce dobrej prasy. Postrzegano go jako kustosza dziedzictwa sowieckiego, poczynając od sfery symbolicznej, w której już na początku jego rządów flagę wprowadzoną po uzyskaniu niepodległości zastąpiono bazującą na obowiązującej w czasach Białoruskiej SRR. W sferze równie symbolicznej, ale bardziej namacalnej, w 1995 r. nadano rosyjskiemu status równoległego języka urzędowego. Nowemu prezydentowi, który objął władzę pod hasłami zacieśnienia związków z Rosją, wytykano uprzednie piastowanie stanowisk kierowniczych w kołchozach i sowchozach, które miało rzekomo skutkować prowincjonalnymi, ciasnymi horyzontami myślowymi, w domniemanym kontraście wobec np. prezydenta Ukrainy Łeonida Kuczmy, który był wcześniej dyrektorem zakładów przemysłu kosmicznego. Zwolenników nie przysparzał nawet niewspółczesny wygląd, znamionowany przez wąs w połączeniu z łysiną.

Oczywiście krytyka Łukaszenki nie miała tylko błahych podstaw. Zacieśnienie związków z Rosją stało się faktem potwierdzonym utworzeniem w 1996 r. Związku Białorusi i Rosji (od 1999 r. – Państwo Związkowe Białorusi i Rosji). Język rosyjski stał się nie tylko równouprawnionym, ale w istocie uprzywilejowanym, preferowanym przez władze i dominującym w szkolnictwie – między rokiem 1994 a 2014 odsetek uczniów uczących się w języku białoruskim spadł z 75% do 14%. Łukaszenka konsekwentnie rugował z życia politycznego opozycjonistów odwołujących się do białoruskiej tożsamości i postulujących europejską orientację, posuwając się do prześladowań obejmujących aresztowania, a nawet, według przedstawicieli opozycji, pojedyncze zabójstwa. System polityczny został przebudowany w kierunku fasadowej demokracji, w której pewnikiem były kolejne wygrane Łukaszenki i popieranych przez niego sił parlamentarnych. W 2004 r. zniesiono formalne ograniczenie liczby kadencji prezydenta.

Łukaszenkę, który z jednej strony korzystał ze starych wzorców, może nie tyle sowieckich z obowiązującą aż do końca monopartyjnością, co wzorców państw satelickich z ich formalną wielopartyjnością, a z drugiej – stał się prekursorem hybrydowego autorytaryzmu elekcyjnego, określano ostatnim dyktatorem Europy. Złe wrażenie robił nawet na tle Rosji, w odniesieniu do której wciąż wierzono w możliwość realnej demokratyzacji. Tło zniknęło jednak po objęciu władzy przez Władimira Putina, koncentracji jej oraz wykluczeniu okcydentalizacji Rosji.

Koniec jelcynowskiej smuty i rozmemłania przyniósł też pierwsze poważne wyzwania dla Łukaszenki w relacjach z Moskwą. Oto latem 2002 r. nowy prezydent Rosji zaproponował swojemu białoruskiemu odpowiednikowi dokonanie połączenia krajów na podstawie konstytucji Federacji Rosyjskiej, wskutek czego Białoruś stałaby się jednym z regionów Rosji. Łukaszenka podsumował zagadnienie następująco, wyrażając jednocześnie swoje polityczne credo: „Proponują nam federacyjny ustrój naszego związku. Innymi słowy: mamy zostać 90. gubernią Federacji Rosyjskiej. Wyraźnie na to opowiadamy: żadnym Krajem Północno-Zachodnim czy Północno-Wschodnim innego państwa nie będziemy. Jesteśmy suwerennym, niepodległym państwem ze wszystkimi cechami państwa. Jesteśmy gotowi budować związek, ale jedynie na równoprawnych zasadach”.

Rosjanie naciskali również w kwestiach gospodarczych. Opór Mińska wobec utworzenia wspólnego z Gazpromem przedsiębiorstwa na bazie Biełtransgazu spowodował w 2004 r. poważny konflikt między państwami i ograniczenie dostaw gazu dla Białorusi, która w rewanżu zaczęła pobierać surowiec transferowany do innych odbiorców, a Łukaszenka zagroził m.in. opuszczeniem państwa związkowego. Ten spór wygrał, jednak zagadnienie surowców, w szczególności preferencyjnych cen dla Białorusi, owocowało spięciami w kolejnych latach.

Niewątpliwie prorosyjska orientacja polityczno-gospodarcza Łukaszenkowskiej Białorusi nie owocowała też poparciem dla podejmowanych przez Moskwę działań mających na celu „porządkowanie” przestrzeni postsowieckiej. Mińsk pozostawał w dobrych relacjach z Gruzją Micheila Saakaszwilego i mimo nacisków Rosji nie uznał niepodległości Abchazji oraz Osetii Południowej. W najmniejszej mierze nie poparł działań prowadzonych przeciwko Ukrainie od 2014 r. i mimo daleko idącej ekwilibrystyki, wynikającej z dążenia do balansowania nieantagonizującego Moskwy, w wypowiedziach samego Łukaszenki na ten temat stoi on na stanowisku konieczności respektowania integralności terytorialnej południowego sąsiada.

Casus Ukrainy wzbudził poważne zaniepokojenie na Białorusi. Autorzy opracowania Ośrodka Studiów Wschodnich, zatytułowanego „Koniec mitu bratniej Białorusi? Uwarunkowania i przejawy rosyjskiego soft power na Białorusi po 2014 roku”, ujęli to zagadnienie następująco: „Tak jednoznaczna (choć bez wypowiedzenia wojny) ingerencja w integralność terytorialną Ukrainy wzbudziła poważne obawy na Białorusi, gdzie w ciągu minionych lat zdążyły się ukształtować elity władzy, przyzwyczajone do funkcjonowania w ramach własnego niepodległego państwa. Alaksandr Łukaszenka, pomimo dużej bliskości kulturowej pomiędzy Rosją i Białorusią, długiej tradycji funkcjonowania w ramach jednego państwa oraz przede wszystkim rozbudowanej współpracy polityczno-gospodarczej na wielu poziomach, poczuł się zagrożony. Stworzony został bowiem precedens, otwierający teoretycznie możliwość kwestionowania granic pozostałych republik postsowieckich”.

Władze białoruskie podjęły wskutek tego kroki zmierzające do wzmocnienia niezależnej od Rosji tożsamości kraju. Przejawiają się one w dążeniach do odwrócenia procesu rusyfikacji szkolnictwa przez wsparcie w jego ramach pozycji języka białoruskiego. W polityce historycznej władz uwydatnieniu uległy tendencje do nawiązywania również do nierosyjskiego czy wręcz antyrosyjskiego dziedzictwa, w tym związanego z państwem polsko-litewsko-ruskim, również w jego historii porozbiorowej, vide eksponowanie w duchu walki o suwerenność postaci Konstantego Kalinowskiego, przywódcy powstania styczniowego na Białorusi. Dowartościowaniu w oficjalnej historiografii uległa – wcześniej jednoznacznie krytykowana – utworzona po I wojnie światowej efemeryczna Białoruska Republika Ludowa. W 2018 r., przy okazji setnej rocznicy jej powstania, władze po raz pierwszy za rządów Łukaszenki zezwoliły na zorganizowanie legalnych obchodów, mimo dotychczas wyraźnie opozycyjnego ich charakteru. Mimo równoległej obecności wyrazistych nawiązań do historii sowieckiej, w październiku 2019 r. Łukaszenka stwierdził, że „wielka wojna ojczyźniana była jedną z »cudzych« wojen, które przez wieki przetaczały się przez terytorium Białorusi, powodując ogromne straty i cierpienia narodu białoruskiego” (streszczenie za publikacją OSW). W obliczu promowania przez putinowską Moskwę mitu tej wojny jako wydarzenia mającego uzasadniać moralnie rosyjską politykę (co było widoczne w niedawnej rosyjsko-polskiej dyskusji na temat genezy II wojny światowej), takie stawianie sprawy przez władze białoruskie, stanowiące wyłom we wcześniejszym kulcie „wojny ojczyźnianej”, należy uznać za jednoznacznie polemiczne, jeżeli nie wręcz konfrontacyjne.

Cel tych przesunięć i przewartościowań wydaje się jednoznaczny: władze białoruskie dążą obecnie do wzmocnienia podstaw utrzymania suwerenności poprzez utwierdzenie świadomości narodowej Białorusinów oraz neutralizację wpływu mediów rosyjskich na nich. Nawet jeżeli Łukaszenka zdobył władzę jako reprezentant orientacji zdecydowanie prorosyjskiej realnie i symbolicznie oraz nie dąży również obecnie do zerwania czy tym bardziej do dalej idącego konfliktu z Moskwą, to jednak, jak się wydaje, dorósł, również przez trzeźwą analizę osobistego interesu jako władcy kraju, do przeświadczenia o konieczności wspierania poczucia odrębności, bez którego Białorusini rozpuszczą się w rosyjskiej masie, a władza niebędąca po prostu emanacją Kremla stanie się zbędna.

Być może zajęło to niemało czasu, warto jednak przypomnieć ewangeliczną przypowieść o robotnikach ostatniej godziny. Również własny interes trudno uznawać za coś zdrożnego; prowadzenie polityki wbrew interesom rzadko przynosi oczekiwane skutki. Z pewnością prezydent Białorusi okazał się niezwykle zręcznym technikiem i taktykiem władzy. Zbudował system, w ramach którego, dzięki zapewnieniu sobie stabilności rządzenia i lojalności struktur siłowych, a także wyraźnego poparcia w większości społeczeństwa, pozostaje dla Moskwy wymagającym partnerem. Na podstawie doświadczeń innych krajów postsowieckich trudno przypuszczać, aby demokracja, tak czy inaczej zoligarchizowana i kleptokratyczna, a przy tym niestabilna i podatna na wpływy, miała większe zdolności przeciwstawienia się rosyjskiej presji. Najpewniej byłoby dokładnie przeciwnie.

Integracja z Rosją i spór o nią

Białoruś i Rosja są partnerami bardzo nierównoważnymi. Pierwszy kraj liczy niecałe 9,5 miliona mieszkańców, drugi – niemal 146 milionów. PKB Rosji to 4,35 biliona dolarów, Białorusi – 196 miliardów. Rosja jest znacznie zamożniejsza również w przeliczeniu na jednego obywatela (29 642 dolary w porównaniu z 20 644). Interesy obu krajów w stosunkach bilateralnych są zatem odmienne. Białoruś korzysta na preferencyjnych warunkach z rosyjskiego rynku zbytu, otrzymuje kredyty, wsparcie polityczne szczególnie istotne podczas budowy przez Łukaszenkę autokracji, a także niezwykle istotne dostawy surowców po specjalnych cenach.

Dzięki tym czynnikom władzom Białorusi udało się zachować w dużej mierze posowiecką strukturę gospodarki. Uniknięto szoku transformacyjnego, przy jednoczesnym stabilnym wzroście PKB przez niemal dwie dekady, aż do 2015 r., kiedy po raz pierwszy odnotowano recesję. Sytuacja jest tam znacznie lepsza niż na Ukrainie, której PKB per capita jest ponad dwukrotnie niższe. Rosjan subwencjonowanie białoruskiej gospodarki kosztowało w szczytowych latach około 10 miliardów dolarów. Zyski dla Moskwy z bliskiej współpracy zaakcentowanej stworzeniem państw związkowych eksperci OSW charakteryzują następująco: „Dla Rosji miał to być modelowy, gotowy do zastosowania wobec innych państw, przykład rekonstrukcji stanu posiadania na obszarze postsowieckim, utraconego po rozpadzie ZSRR. W sferze obronnej integracja z Białorusią zapewniała Rosji naturalną osłonę na tzw. zachodniej flance, na pograniczu z kilkoma państwami członkowskimi NATO, czyli z Polską, Litwą i Łotwą. Ponadto współpraca z Mińskiem stanowi dla Moskwy jedyną możliwość przybliżenia się do strategicznie ważnego militarnie obwodu kaliningradzkiego. Przez białoruskie terytorium przebiegają również: gazociąg jamalski oraz ropociąg Drużba, będące istotną częścią rosyjskiego systemu transportu surowców energetycznych do odbiorców w UE”.

Umowę o powołaniu Państwa Związkowego podpisali 8 grudnia 1999 r. w Moskwie Łukaszenka i Borys Jelcyn. Przewidywała ona powołanie Wysokiej Rady Państwowej, wspólnego parlamentu, rządu, sądu i Izby Obrachunkowej. Wspólne miały być również waluta, bank emisyjny oraz konstytucja. Jako cele określono prowadzenie wspólnej polityki zagranicznej i obronnej oraz utworzenie zintegrowanego systemu prawnego i obszaru ekonomicznego. Porozumienie było jednak bezterminowe i struktury pozostały deklaratywne. Rosja skierowała energię na budowę Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, w skład której weszła również Białoruś. Jednak z końcem 2018 r., w związku z obawami o emancypację Białorusi, projekt został przez Rosjan odmrożony. Przy okazji posiedzenia rad ministrów obu państw premier Rosji Dmitrij Miedwiediew ogłosił, że Białoruś będzie otrzymywała od Rosji wsparcie gospodarcze wyłącznie pod warunkiem realizacji umowy o utworzeniu Państwa Związkowego.

Według nieoficjalnych informacji forsowane przez Rosję warunki obejmowały rozpoczęcie integracji w 2020 r. i zakończenie jej w styczniu 2021 r. Jej treść miałoby stanowić wdrożenie ponadnarodowych organów, w tym prezydenta państwa związkowego, wspólnych kodeksów podatkowego i cywilnego, ujednolicenie zasad współpracy gospodarczej z zagranicą, harmonizacja polityk makroekonomicznej, przemysłowej, rolnej, handlowej, transportowej oraz kontroli walutowej. Ponadto miałaby zostać utworzona wspólna instytucja regulująca rynek ropy, gazu i energii elektrycznej oraz integracja nadzoru bankowego przy zachowaniu dwóch banków centralnych. Wspólne waluta i bank emisyjny nie byłyby na razie planowane, tak jak i integracja w zakresach obrony i bezpieczeństwa. Władze Białorusi, choć oficjalnie wyrażają poparcie dla dalszej integracji, wydają się realnie sabotować prace, obawiając się utraty suwerenności. Widomym objawem tego było fiasko szczytu obu prezydentów w Soczi 7 grudnia 2019 r. Jego efektem nie stało się, wbrew oczekiwaniom Rosjan, podpisanie dokumentów mających choćby wartość propagandową. Mińsk, który, co warto podkreślić, neguje również sens rosyjskich dążeń do rozbudowy rosyjskiej obecności wojskowej w postaci dużej bazy lotniczej, zaplanowanej w Bobrujsku, mającej pomieścić pułk lotnictwa taktycznego, sabotując skutecznie to przedsięwzięcie, znajduje się jednak pod stałą presją.

Jej istotnym elementem są naciski gospodarcze polegające na podwyżkach cen rosyjskiej ropy, kluczowej dla białoruskiej gospodarki – petrochemia zapewnia Białorusi 10% PKB, 25% eksportu i 20% dochodów budżetowych. Pierwszego dnia bieżącego roku nastąpiło znaczące ograniczenie dostaw surowca. Rosjanie dążą do wymuszenia stanowiącej sukces propagandowy na użytek wewnętrzny integracji w krótkim horyzoncie czasowym wyznaczanym przez wybory parlamentarne zaplanowane na wrzesień 2021 r.. Dalszym horyzontem jest rok 2024 i koniec ostatniej dozwolonej przez konstytucję kadencji prezydenckiej Władimira Putina. Jedną z opcji wymienianych w tym kontekście jest objęcie przez niego stanowiska prezydenta Państwa Związkowego Białorusi i Rosji, aczkolwiek w świetle najnowszych doniesień o planach zmian rosyjskiej konstytucji w kwestii liczby kadencji prezydenta może ona stać się zbędna.

Mińsk podjął działania mające na celu uniknięcie zduszenia i poprawę pozycji negocjacyjnej. Należy do nich poszukiwanie możliwości dywersyfikacji importu ropy naftowej, w tym przez rewersowe wykorzystanie polskiego odcinka ropociągu Drużba za pośrednictwem portu w Gdańsku, dostawy przez ukraiński ropociąg Odessa–Brody z portu w Odessie oraz drogą kolejową, z portów łotewskich i litewskich. Białoruś nabywa ropę norweską oraz odkupuje surowiec rosyjski od pośredników. Bieżące finanse państwa wspomogła wynosząca pół miliarda dolarów pożyczka chińska udzielona pod koniec 2019 r. Według doniesień prasowych Łukaszenka naciska również na władze w Kijowie w celu znaczącej poprawy możliwości transportu wodnego przez Dniepr. Inwestorem strategicznym w tym zakresie miałaby być… Turcja.

Większość tych działań ma charakter albo doraźny, albo efekty przyniesie dopiero za wiele lat, jak wspomniane udrożnienie Dniepru. Podstawowym problemem pozostaje cena ropy pozyskiwanej z rynków światowych – znacznie wyższa niż dostarczanej na preferencyjnych warunkach przez Rosję. Paradoksalnie pewną ulgę białoruskiej gospodarce może przynieść spadek cen surowca spowodowany zmniejszeniem ogólnoświatowego zapotrzebowania w wyniku epidemii koronawirusa oraz kolejną wojną naftową między Rosją a Arabią Saudyjską. W perspektywie stałej presji rosyjskiej zapewnienie Białorusi możliwości skutecznego oporu wobec rosyjskich planów wymagałoby jednak równie konsekwentnego działania innego ośrodka, dysponującego co najmniej porównywalnymi możliwościami.

Krótkie résumé polityki białoruskiej Polski i Zachodu

Relacje polsko-białoruskie po czasie niedookreślenia w pierwszej połowie lat 90., kiedy próbom zbliżenia i integracji regionalnej, takim jak trójkąt brzeski (z udziałem również Ukrainy), towarzyszyły daleko idące różnice strategii politycznej, w szczególności w odniesieniu do polskich dążeń do członkostwa w NATO, po objęciu władzy przez Łukaszenkę uległy zdecydowanemu pogorszeniu. Głównymi kośćmi niezgody były odmienne wektory polityki, prozachodni z jednej i prorosyjski z drugiej oraz daleko idący krytycyzm Warszawy wobec wewnętrznej ewolucji Białorusi. Wśród polskich czynników decyzyjnych dominował pogląd o konieczności wspierania białoruskiej opozycji i prowadzenia polityki misyjnej, której wyrazem było „Posłanie Sejmu do Narodu Białoruskiego” z 1999 r. Do problemów w relacjach bilateralnych doszło zagadnienie mniejszości polskiej na Białorusi, postrzeganej w Warszawie jako czynnik mający przyczyniać się do demokratyzacji kraju zamieszkania, a w Mińsku jako potencjalny element wywrotowy. Stosunki względnie normalne, choć o niskiej temperaturze i prowadzone przeważnie na niskim poziomie, od roku 1996 bez spotkań głów państw, w latach 2005–08 zakłócił głęboki kryzys związany z polityką Mińska wobec lokalnej społeczności polskiej, który spowodował aż odwołanie polskiego ambasadora. Późniejsze dążenia do normalizacji nie przyniosły nigdy spektakularnych efektów, relacje pozostały chłodne. Witold Jurasz, w latach 2010–11 pełniący funkcję chargé d’affaires na Białorusi, podsumował politykę Warszawy następująco: „Gdy Łukaszenka stał się de facto dyktatorem, Polska bezskutecznie go zwalczała, robiąc przy tym dostatecznie dużo, aby przekonać go, iż celem Polski jest jego obalenie, ale nigdy realnie nie mając takiej możliwości. Winnych tej nieskuteczności nigdy nie rozliczono, a próby porozumienia były przez lata aktywnie sabotowane”.

Stosunki z Polską były jednak i tak lepsze niż z krajami UE i Stanami Zjednoczonymi, które z uwagi na politykę wewnętrzną nakładały na przedstawicieli władz białoruskich, z prezydentem na czele, daleko idące sankcje, obejmujące w przypadku Unii zamrożenie posiadanych na jej terytorium funduszy, a w przypadku USA zakazy wjazdu. Wyraźniejsze, mimo wcześniejszych białoruskich prób pewnego balansowania między Rosją a Zachodem, ocieplenie przyniosła dopiero rosyjska inwazja na Krym i Ukrainę. Na Zachodzie dostrzeżono niechęć Łukaszenki wobec polityki Moskwy. Z uwagi na niezmienną politykę wewnętrzną Mińska ocieplenie relacji nie jest pełne. Uprawniony wydaje się jednak wniosek, że kraje zachodnie de facto zaakceptowały rządy białoruskiego prezydenta, odkładając do lamusa działania na rzecz zastąpienia go inną opcją. Precedensowy charakter miała wizyta, jaką 1 lutego bieżącego roku złożył w Mińsku amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo, który spotkał się z samym Łukaszenką. Były to pierwsze od 26 lat odwiedziny przedstawiciela Waszyngtonu tak wysokiego szczebla. Pompeo przywiózł m.in. deklarację gotowości zapewniania pełnych dostaw ropy naftowej dla białoruskich rafinerii.

Niepewne perspektywy

Jeżeli Rosji nie dotknie jakiś kataklizm ograniczający radykalnie jej możliwości, obalający władzę elity zgrupowanej wokół Władimira Putina lub skutkujący koniecznością koncentracji polityki na pilniejszych potrzebach, Białoruś będzie nieuchronnie poddawana przez wielkiego sąsiada ogromnej presji. Powodzenie tych usiłowań, zakończone wchłonięciem jej przez Rosję, będzie miało dla Polski fatalne konsekwencje strategiczne, odczuwalne również przez sojuszników z Zachodu, którzy wszak po agresji na Ukrainę nolens volens zwiększyli swe zaangażowanie na wschodniej flance. Jedyną nadzieję na sabotowanie rosyjskich planów daje Aleksandr Łukaszenka, a w późniejszej perspektywie – następca wywodzący się ze stworzonej przezeń ścisłej elity władzy. Stąd zapewnienie maksymalnego możliwego wsparcia mińskiej autokracji leży w najlepiej pojętym interesie Zachodu. Należy przy tym mieć na uwadze, że jego efektem nie będzie „odwrócenie” Białorusi. Rozluźnienie więzi z bliskim kulturowo największym partnerem gospodarczym byłoby trudne do przeprowadzenia, a dla białoruskiej ekonomii, przyzwyczajonej od 250 lat do funkcjonowania w symbiozie z Rosją, stanowiłoby ogromny szok, który mógłby łatwo doprowadzić do rychłego upadku władzy nawet najszczerzej pragnącej okcydentalizacji. Doświadczenia z czasów transformacji krajów byłego bloku wschodniego, w tym Polski, są wystarczająco wymowne.

Ostatecznym argumentem Moskwy mogłyby być roszczenia terytorialne do przyłączonych w latach 1924–26 do Białorusi obwodów witebskiego, mohylewskiego oraz homelskiego, dające rosyjskim ideologom asumpt do snucia groźnych analogii z Krymem. Do niemożliwego do przewidzenia czasu radykalnego odwrócenia koniunktur Białoruś musiałaby zatem pozostać krajem blisko związanym z Rosją – i w tym sensie polityka prowadzona przez Łukaszenkę od samego początku była w istocie słuszna. Stawką jest jednak zachowanie przez Mińsk oddechu i swobody manewru w niedźwiedzim uścisku. Jest ona ze strony Zachodu warta dużych nakładów. Czy odpowiednie kroki zostaną podjęte, pokaże nieodległa przyszłość.

Jan Przybylski (ur. 1976) – doktor chemii (ale to było dawno i nieprawda). Militarysta od kołyski, jak to zwykle w takich przypadkach bywa – w stopniu szeregowego podchorążego rezerwy. Z zawodu tłumacz. Mieszka we Wrocławiu, co bardzo sobie chwali. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

komentarzy