Dajcie nam odpocząć!

·

Dajcie nam odpocząć!

·

Godziwa emerytura, osiągnięta w dobrym stanie zdrowia, jest dla wielu polskich pracowników ekskluzywnym przywilejem. Polscy pracownicy pracują rocznie po 1900-2200 godzin, a rekordziści przekraczają i te nieludzkie normy. Europejska norma to ok. 1500 godzin, przy czym najwyższe wyniki krajowe rzadko przekraczają 1700 godzin, poza Grecją, w której pracuje się dłużej i, jak się okazało po kryzysie greckim, niepotrzebnie. Z tego wynika, że w 40-letnim okresie składkowym wyrabiamy ekstra 10 lat pracy w stosunku do naszych europejskich kolegów. Wiek emerytalny mamy podobny, ale brak emerytury stażowej w Polsce, w świetle powyższych danych, jest czymś nieludzkim. Nawet wyroki karne są określone w czasie. Wychodzi na to, że kariera zawodowa wielu z nas to dożywotni obóz wyniszczającej pracy bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

Rekordy tygodniowego i rocznego czasu pracy biją lekarze i może byłoby to godne uznania za heroizm, gdyby nie było niebezpieczne dla pacjentów. Kto chciałby być operowany przez lekarza po kilkudobowym dyżurze? Pewnie świadomie nikt, ale pacjent nie bardzo ma wybór. Lekarze znani są też z tego, że pracują znacznie dłużej niż do 65. roku życia. Zresztą większość ludzi nauki osiąga szczyt kariery zawodowej późno, bo wiedza i doświadczenie przychodzą latami. Ponadto zawody te wiążą się z prestiżem, samorealizacją w pracy i spełnieniem życiowym i każdy, kto ma na to szanse, chce pracować na tyle, na ile pozwolą mu siły. Nie tylko naukowcy czy twórcy.

Niestety samorealizacja zawodowa dotyczy znikomego, elitarnego grona pracowników. Dlatego argument, że są ludzie, którzy chcą pracować do późnej starości, należy odrzucić na wstępie, jako w żaden sposób nieodnoszący się do rzeczywistych warunków pracy najemnej. Sposobem na wydłużenie aktywności zawodowej wszystkich pracowników może być jedynie poprawa warunków pracy, skracanie krótkookresowego czasu pracy (dziennego, tygodniowego, rocznego) i stwarzanie możliwości samorealizacji zawodowej. Zmuszanie ludzi do pracy jak najdłużej nie działa. Kończy się skrajnym wyczerpaniem i utratą zdrowia.

Emerytury stażowe są konieczne jako zabezpieczenie na wypadek utraty sił i zdrowia. Absolutnie nie załatwiają tego renty. Dotyczą one bowiem konkretnych chorób i niepełnosprawności, wypadków losowych, są orzekane arbitralnie. Chodzi o to, że, mówiąc potocznie, pracownik wprawdzie ma obie ręce i nogi, ale nie ma siły nimi władać na tyle, by nie wyniszczać kompletnie organizmu. Najwyraźniej widać to na przykładach prac zaliczanych do kategorii stanowisk robotniczych, czyli w dawnym nazewnictwie pracy fizycznej. Nie każdy sześćdziesięcioletni budowlaniec będzie zdolny do tej ciężkiej pracy, do dźwigania, wspinania się po rusztowaniach, pracy w pozycji wymuszonej. Wielu to robi, bo musi, koszty zdrowotne są więc ogromne, bo ludzie ci pracują resztkami sił. Kpiną jest wymagać od górnika, żeby po 60. roku życia zjeżdżał na dół. Wyjątki, owszem, są, ale na podstawie wyjątków nie tworzy się norm, choć czasami można odnieść wrażenie, że argumentacja zwolenników podnoszenia wieku emerytalnego opiera się wyłącznie na wyjątkach i wybranych grupach zawodowych.

Skompromitowane porady w stylu „zmień pracę, weź kredyt, przekwalifikuj się” nie zasługują na kontrargumentację. Jak można wymagać od pielęgniarki, żeby pracowała więcej niż 40 lat, skoro mimo wybitnych kwalifikacji intelektualnych, jej praca jest i fizycznie ciężka, i bywa monotonna, i jest obciążona dużą odpowiedzialnością. Dodatkowo pielęgniarki czy salowe pracują zwykle w warunkach niedoboru kadr i ich tygodniowe czy miesięczne wymiary czasu pracy należą do najwyższych i urągają wszelkim standardom. Jak można wymagać pracy dłuższej niż przez 40 lat od pracowników ruchu ciągłego, wykonujących ciężką fizyczną pracę, monotonną, zmianową, co jeszcze dodatkowo wiąże się z zaburzeniami rytmu dobowego, powodującymi ogólne rozstrojenie organizmu, związaną jeszcze z tzw. warunkowaniem, bo taki pracownik znajduje się w stanie ciągłej gotowości, by reagować natychmiast na to, co się dzieje na linii produkcyjnej.

Większość pracowników energetyki i górnictwa pracuje rocznie 2100 godzin. Kto jeździ po kraju i widzi budowy dróg ekspresowych i autostrad, z pewnością zauważy, że prace trwają tam bez ustanku, łącznie z niedzielami. Wynika to także z wymogów technologicznych, bo np. czas betonowania, polewania przeciw pękaniu w czasie tzw. dojrzewania betonu, wykonywania dylatacji i konserwacji – jest ściśle określony, nie mówiąc już o terminach, które to wszystko jeszcze bardziej wymuszają. Hutnicy nie wygaszą pieca, energetycy nie zatrzymają turbogeneratorów i nie opuszczą stacji rozdzielczo-transformatorowych.

Łatwo powiedzieć: zmień pracę, ale ktoś to musi robić, żeby czcigodni mędrcy w ciepłych i czystych gabinetach, posprzątanych przez sprzątaczki, skanalizowanych przez pracowników służb komunalnych i zaopatrzeni w catering przez kucharzy i piekarzy, którzy zaczynali pracę o 3.00 nad ranem, mogli pouczać innych, że dłuższa aktywność zawodowa służy zdrowiu i długiemu życiu. Czyjemu? Chyba ich, bo gdy postawimy obok siebie spawacza po 40 latach pracy i menedżera z takim samym stażem, to każdy pozna kto jest kto, jeśli nawet ubierzemy ich w takie same drogie garnitury.

30 lat kapitalistycznego raju stworzonego przez Balcerowicza i spółkę doprowadziło do tego, że nawet okresy pozostawania na bezrobociu wyniszczały ciało i duszę. Wymagania postawione osobom pozbawionym pracy, starającym się o pomoc społeczną, były i są tak absorbujące, warunkujące i, używając ostatnio modnego określenia, triggerujące, czyli uruchamiające do ciągłej walki o byt bezrobotnego, że wyszło na to, iż bezrobocie to nieustanna harówa.

Warto tu przytoczyć pewien króciutki tekst sprzed lat, pisany na podstawie rozmów z osobami korzystającymi z pomocy społecznej: Przebywanie na bezrobociu i życie z zasiłków z pomocy społecznej wymaga bycia dyspozycyjnym, niesłychanego nakładu starań, chodzenia, dorabiania i kombinowania. Czyli jak to w pracy. Praca polega na graniu społecznej roli ofiary losu, którą kreuje polski system zabezpieczenia społecznego, uzależniając od siebie ludzi i utwierdzając ich w wykluczeniu, zamiast pomagać włączać się aktywnie w życie społeczne. I nie polega to na tym jak głosi prymitywny liberalny slogan, że gdy ludzie dostają pieniądze za darmo, to się uzależniają i nie chcą pracować. Podwójna bzdura. Jakie pieniądze i jakie za darmo? Walka o te parę groszy i nędzne świadczenia trwa przez cały czas i kosztuje więcej zdrowia niż dwunastogodzinna dniówka. Po pierwsze należy wziąć pod uwagę, że podopieczny pomocy społecznej, którym staje się każdy bezrobotny po utracie prawa do zasiłku, musi być do ciągłej dyspozycji pracownika socjalnego. Pracownik taki przeprowadza wywiady środowiskowe, wzywa podopiecznego do siebie co jakiś czas, wymaga wykonywania pewnych czynności formalnych po to, by sprawdzić, czy biedak prawidłowo korzysta z pańskich pieniędzy, które, proszę Czytelnika o wybaczenie za ten obrzydliwy, wypominkowy, wytarty cytat, „przecież idą z naszych podatków”. Nie jest to na pewno wymysł pracownika socjalnego, on tak musi robić, bo tak prawdopodobnie działa system, żeby naznaczone role społeczne były zachowane, to z kolei pozwala zachować status quo. Ludzie pozbawiani godności nie są skłonni do buntu i żądania zmian. Innego wytłumaczenia nie znajduję. Po drugie dzień wypełniają starania o zapewnienie opału, odebranie jedzenia z banku żywności, załatwianie darmowych obiadów w szkole, wizyta w PUP. Czasami łapie się robotę przy sprzątaniu, albo tam gdzie od ręki zapłacą. Żyje się z dnia na dzień. Czemu oni nie szukają pracy? – zapyta ktoś zdziwiony. A dlatego, że nie ma czasu. A nawet jak znajdzie czas i pójdzie do pracy, to wypłatę dostanie za miesiąc, a dzieci nie będą miesiąc czekać na jedzenie. Trzeba kombinować na dziś i jutro. To jest potrzask, szczególnie dla osób samotnie wychowujących dzieci. Żeby było śmieszniej i straszniej to bezrobotni i wykluczeni na jawie robią to, co w swoich szalonych snach widzą tacy Balcerowicze, Korwinowie-Mikke czy Winieccy. Pokazują prawdziwe podstawy przedsiębiorczości. W poszukiwaniu zarobku, jak pionierzy wchodzą w dziewiczy biznes segregacji i recyklingu odpadów. Tam, gdzie nikt inny się nie zapuszcza, organizują rynek, kiedy trzeba, jak pierwsi biznesmeni, stawiają czoło przyrodzie. Bez biurokracji, interwencji państwa, podatków i odgórnych regulacji. Wygrywają najszybsi, najwytrwalsi i najodporniejsi. Przeszukując śmietniki. To nie jest szyderstwo, to nazywanie po imieniu tego, co wolnorynkowi fundamentaliści ubierają w okrągłe frazesy, żeby nie wystraszyć wolnym rynkiem ludzi. A na śmietnikach jest prawdziwy wolny rynek. Trzeba wstać o 4 rano, żeby coś wartościowego znaleźć, coś, co da się sprzedać na złomie albo przerobić. To nie robota dla śpiochów. Też nie dla tchórzy. Kto się boi szczurów, niech nie zaczyna. Kto nie ma serca do walki, niech śpi dalej. Ci, którzy pierwsi wchodzą na śmietnik, solidnymi pałkami walą w kontenery, żeby przepłoszyć dziką zwierzynę – szczury, miejskie koty, lisy, które przyłażą z pobliskich lasów. Objuczeni zdobyczami, z wielkim wysiłkiem na wózkach i rowerach taszczą to wszystko na skupy. Inni z kolei walczą o możliwość prawdziwego wolnego rynku. Przy warszawskim metrze na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskich kilku gości sprzedawało jakieś kwiatki. Ładne, naturalne, rwane na łąkach gdzieś pod miastem i pachnące, nie tak bezwonne jak szklarniowe. Oni walczą na co dzień ze strażą miejską o przestrzeń do handlu. Na widok samochodu straży czy ochrony metra wykonują nieprawdopodobne manewry, uciekając z naręczami kwiatów w wiaderkach z wodą, nie uszkadzając przy tym ani płatka (http://lewica.pl/blog/niemiec/24692/).

Cóż to ma do rzeczy? Ma o tyle, że chociaż ci ludzie nie świadczyli pracy na czyjąś rzecz, nie opłacali składek, to jako rezerwowa armia pracy służyli zatrudniającym jako straszak. „Patrzcie na nich, za bramą czeka setka na wasze miejsce, wiec cicho bądźcie i róbcie co wam się każe”, „nie podoba się praca po dwanaście godzin, to idź na zasiłek”. Ma to do rzeczy tyle, że warunki pracy jeszcze bardzie pogarszała presja, która wywierała ogólna, beznadziejna sytuacja świata pracy, coraz bardzie degradowanego przez neoliberalną gospodarkę. Czy zatem sam fakt przeżycia tego obozu pracy zgotowanego przez kolejne neoliberalne rządy nie jest wystarczającym argumentem do zadośćuczynienia polskim pracownikom, choćby w formie emerytur stażowych? Bo dla rynku pracy to już stracone pokolenie.

Prawdą jest, że demografia nie sprzyja obniżaniu wieku emerytalnego, prawdą jest, że to obciążenie dla budżetu, ale czy to wina pracowników, że kolejne rządy zamiast starań o zwiększanie wpływów do budżetu coraz hojniej udzielały kolejnych ulg najbogatszym, zwalniając ich z podatków? Oczywiste jest, że żaden porządny system zabezpieczenia społecznego, którego częścią jest system emerytalny, nie ma prawa funkcjonować dobrze, bez odpowiedniej progresji podatkowej opartej o zasady solidaryzmu społecznego, według których najwięksi beneficjenci PKB płacą wyższe daniny publiczne, bo za luksus się płaci. Nakładająca się na to sytuacja demograficzna postawiła polski system emerytalny pod ścianą. Albo, jak do tej pory, będzie to nieustanna walka o to, by zmusić coraz starsze społeczeństwo do coraz dłuższej pracy z perspektywą głodowej emerytury, albo radykalnie trzeba zmienić myślenie o funkcjach państwa. Jedyną humanitarną drogą do zapewnienia stabilności gospodarczej, za którą ludzie nie będą płacić życiem i zdrowiem, jest sprawiedliwa dystrybucja płac i dochodu narodowego oraz poprawa warunków pracy tak, aby ludzie chcieli, a nie musieli pracować dłużej.

Polscy pracownicy chcą wreszcie odpocząć. Pracując po kilkanaście godzin dziennie, w soboty, niedziele i święta, nie mamy możliwości w pełni być obywatelami, małżonkami czy rodzicami, bo nie mamy na to czasu. Dajcie nam choć kilka lat, żebyśmy mogli przynajmniej pobyć dziadkami i babciami dla naszych wnuków.

Jarosław Niemiec

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie