Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

·

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

·

Istnienie gigantycznych problemów mieszkaniowych w społeczeństwie tak zamożnym jak nasze, to niewątpliwie wielki i oburzający paradoks. Wiele lat temu, jak wszyscy pewnie pamiętamy, usłyszeliśmy z ust największego autorytetu politycznego, że nigdy nie było nam tak dobrze [1]. Od tamtego czasu, według statystyk, gospodarka znacząco urosła. Ale problem mieszkaniowy czy raczej problem bezdomności, zamiast zmaleć – zwiększył się. Dziwne, prawda? W dzisiejszych czasach budowa domu zajmuje mniej czasu i wysiłku, niż kiedykolwiek wcześniej. Co w takim razie stoi na przeszkodzie? Czy niedobór gruntów? Na pewno nie. Brak pieniędzy? Mamy ich obecnie w obiegu więcej, niż śniłoby się to poprzednim pokoleniom – i ciągle ich przybywa. Mówią nam przecież, że dochód narodowy rośnie o 5% w skali roku.

Te dodatkowe 5% dochodu narodowego rocznie to dwa miliardy funtów. Cóż, tak na pierwszy rzut oka, powinno starczyć na wiele domów. Tylko że to tak nie działa. Wszystkie pieniądze generowane przez tzw. postęp są już „zaklepane” i nie idą na mieszkalnictwo. Idą – sami zresztą Państwo wiedzą, na co idą – na najprzeróżniejsze rzeczy, na przemysł samochodowy, transport lotniczy, podbijanie wskaźnika rocznych przepraw przez Kanał La Manche. A niedobór mieszkań jak był, tak jest. Potrafiliśmy skonstruować Concorde’a. Kosztowało nas to znacznie więcej, niż pierwotnie sądziliśmy, ale się udało. Planujemy budowę lotniska Maplin i tunelu pod Kanałem La Manche [2]. I oczywiście obydwa te projekty leżą w zasięgu naszych możliwości. Co to jest miliard? Jak to możliwe, że potrafimy dokonać takich rzeczy, a nie potrafimy rozwiązać problemu mieszkaniowego?

Powiedzą nam: „Tamto się robi, bo jest na to popyt”. Popyt? Skąd wiemy, że „jest popyt”? Maplin i tunel to projekty obliczone na wiele lat do przodu. Jak możemy przewidzieć, na co będzie popyt wiele lat do przodu? Ach, oczywiście, możemy, bo możemy, drodzy Państwo, mamy metody, mamy obliczenia. Obecne trendy wskazują, że liczba ludzi przekraczających rocznie Kanał La Manche wzrośnie nieomylnie z 23,7 miliona w roku 1970 do 49,7 miliona w 1980 i 97,7 miliona w 90. Naprawdę nie znali Państwo tych oczywistych faktów?

Mogę również podać Państwu liczbę przekraczających rocznie Kanał podróżnych-zmotoryzowanych: 1970 – 4,1 mln, 1980 – 9,6 mln, 90 – 20,1 mln. I istotnie, wobec tych szacunków jedyną racjonalną reakcją jest ta, na którą się zdecydowaliśmy. Jeśli chcemy być konsekwentni w naszej zabawie w „wiedzę”, zwyczajnie musimy zbudować nowe lotnisko i kanał podmorski. Nie musimy jednak, jak wszystko na to wskazuje, budować domów. Czy znajdzie się ekonomista, który narysowałby nam wykres pokazujący, ilu ludzi w Wielkiej Brytanii nie będzie miało dachu nad głową w 1980 i 1990?

Ilu ludzi bezdomnych będzie żyć w naszym kraju, gdy kolejni turyści przyjdą i odejdą? Nikt nie zaprzeczy, że istnieje popyt na mieszkania – na domy. W znacznej swojej części wszakże nie jest on, jak to się mówi w ekonomii, „efektywny”, ponieważ tych, którzy mieszkań najbardziej potrzebują, zwyczajnie nie stać na nie.

Na to możemy powiedzieć, że społeczeństwa nie interesuje popyt, który nie może zostać zaspokojony. Ale czy to faktycznie kwestia społeczeństwa? Ludzie nie pozostają obojętni – spójrzcie choćby na ustawodawstwo ostatnich dekad. Jak wiele wydano ustaw mających ulżyć bezdomnym i poprawić warunki bytowe w slumsach. Ale żadna nie rozwiązała problemu. Niemal bez wyjątku dzięki nim bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze bardziej zdesperowani, choćby ich liczba jako taka się zmniejszyła. Mówiąc wprost: większość legislacji, zamiast rozwiązaniem problemu, okazała się częścią problemu; w związku z czym jasne stało się, że ten problem istnieje i ma jakieś źródła, i dopóki do tych źródeł nie dotrzemy, reszta na nic się nie przyda.

Co leży jednak u źródeł problemu? Cóż, nie zgrywam bynajmniej eksperta z dziedziny polityki mieszkaniowej, ale poświęciłem sprawie sporo namysłu; przeczytałem te wszystkie niezliczone raporty, jakie o niej napisano; i doszedłem do wniosku, że kwestią zasadniczą jest tutaj system prywatnego posiadania ziemi.

To, rzecz jasna, mało oryginalna konkluzja. W ciągu wieków wielu ludzi domagało się zniesienia indywidualnej własności ziemskiej – nie tylko Karol Marks – i nic z tego nie wynikało. Bo jedynym możliwym rozwiązaniem wydawała się nacjonalizacja.

Według jednej teorii, jedyną możliwą metodą nacjonalizacji ziemi jest wykup. Ale jak uzasadnić ogólnonarodową kampanię wykupu prywatnych nieruchomości? Inni, oczywiście, powiedzą na to: „Właśnie – dlatego potrzeba rozwiązań radykalnych: zakwestionowania istniejącego porządku i dokonania konfiskaty”.

Ale, pytajmy dalej, kto mógłby na serio bronić konfiskaty? Wracając zaś do wykupu: skąd rząd miałby wyczarować tak ogromną sumę pieniędzy, jaka byłaby potrzebna do jego przeprowadzenia? W tym martwym punkcie debata o nacjonalizacji ziemi się zatrzymuje. Po pierwsze, abolicja indywidualnej własności ziemi jest możliwa wyłącznie na drodze wykupu (tak się uważa), co wymagałoby gigantycznych funduszy, których nie ma skąd wziąć; po drugie wszakże, i ważniejsze, publiczna własność ziemi wiązałaby się, jak nam mówią, w sposób konieczny z jakąś formą centralnego planowania – i obydwie te perspektywy są nieakceptowalne i niebezpieczne.

Pytanie zasadnicze brzmi jednak: dlaczego w ogóle chcemy zmienić system własności ziemskiej? Odpowiedź zaś mnie przynajmniej wydaje się oczywista: aby zakończyć proceder spekulacji gruntem, proceder wykorzystywania dla prywatnych zysków tak znacznego w przypadku ziemi czynnika wartości dóbr rzadkich, zatrzymać, jak moglibyśmy powiedzieć, „cornering” rynku gruntowego – wiedzą Państwo, co to znaczy „cornering”, to praktyka polegająca na wykupie, na przykład, całego zasobu jakiegoś dobra, którego ludzie potrzebują niezbędnie do życia i którego podaż nie może zwiększać się w miarę wzrostu cen. To właśnie „cornering”. I grunty stanowią idealny wprost przedmiot „corneringu”. Pewna „baza” gruntowa to rzecz niezbędna do życia. Wraz ze wzrostem wskaźników – wzrostem mobilności, produkcji, wymiany – wartość gruntów (niezależnie od inflacji) to, że tak powiem, ulica jednokierunkowa. Posiadacz monopolu ziemskiego musi tylko chwilę poczekać, aby stał się zawrotnie bogaty. Stawiam następującą tezę: że ten typ własności indywidualnej, który może być dobrym rozwiązaniem w wypadku dóbr wytworzonych przez człowieka – bo podaż ich może zwiększać się względnie swobodnie dzięki ludzkiej pracy i inwencji – kompletnie nie sprawdza się w przypadku dobra takiego, jak grunt.

Jakie mamy zatem alternatywy, skoro nacjonalizacja, jak się ją zazwyczaj rozumie, nie wchodzi w grę? Poszukajmy drogi środka, jakiegoś nowego rozwiązania, które pozwoliłoby nam uniknąć pułapek zarówno indywidualnej własności ziemi, jak i jej nacjonalizacji. Czy uda nam się opracować model własności gruntów (a być może i innych nieruchomości), który po pierwsze i przede wszystkim wyeliminuje element spekulacyjny; po drugie – położy tamę nieproporcjonalnym, niesprawiedliwym zyskom, jakie przynosi w naszych czasach posiadanie ziemi i jakie wzrastają jeszcze w przypadkach zastosowania „corneringu”; rozwiązanie, po trzecie, które nie spowoduje strat obecnych posiadaczy, a zatem nie będzie oznaczać konieczności ich wynagradzania; które, po czwarte, nie przysporzy obecnym właścicielom ziemskim trudności, pod warunkiem, rzecz jasna, że ich działania mieszczą się w granicach prawa?

Powiedzą pewnie Państwo, że to jakieś szaleństwo, ale zastanówmy się chwilę. Dotrzymajcie mi towarzystwa na ścieżkach mego rozumowania. Każdy dziś skrawek ziemi w Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, ma jakąś konkretną wartość czy cenę. Każdy właściciel, gdyby chciał sprzedać, co jego, mógłby zyskać przynajmniej ogólne pojęcie, być może po konsultacjach z profesjonalistą, ile może zarobić. Przyjmijmy więc, że udało nam się określić wartość ogółu gruntów Wielkiej Brytanii – zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Oczywiście, wartość ta uwzględniałyby choćby obecne plany gospodarowania przestrzennego oraz inne podobne czynniki. Wartości w ten sposób uzyskane nazywam wartościami rejestrowymi gruntów brytyjskich na lipiec 1973. Szacowano by je w funtach szterlingach według obecnej mocy nabywczej tej waluty. Aby uprzedzić problem inflacji, rząd mógłby opublikować specjalny aneks określający zasady przeliczania funta z 1973 do funta z dowolnego momentu w przyszłości. Dzięki temu naszą wartość rejestrową można by z łatwością dostosować do warunków, gdyby zachodziła taka konieczność. Zmierzam do tego, że właściciel danej działki, gdyby chciał ją sprzedać, powinien dostać za nią nie więcej niż wynosi wartość rejestrowa wyrażona w funtach szterlingach z uwzględnieniem inflacji. Transakcja musiałaby być zapośredniczona przez samorząd lokalny, odgrywający w całym przedsięwzięciu rolę czysto bierną, o ile rzecz jasna sam nie zamierzałby wejść w rolę nabywcy. Jeśli nie, prywatny – jak powiadam – kupiec mógłby zapłacić prywatnemu sprzedawcy najwyżej równowartość ceny rejestrowej – i ani pensa więcej.

Ale co jeśli, na przykład ze względu na zmiany w gospodarowaniu przestrzennym, wartość tych lub innych gruntów znacząco wzrosła? W takim przypadku będzie wielu potencjalnych nabywców – zorganizuje się aukcję i wygra ten, kto da najwięcej, ale – uwaga – właściciel otrzyma tylko wartość rejestrową, nadwyżka zaś trafi na, jak to nazywam, lokalny fundusz gruntowy. Co zaś z wartością rejestrową? Jeśli w sposób opisany wyżej cena działki faktycznie została podbita, ta nowa najwyższa cena staje się zarazem nową wartością rejestrową. A co jeśli działka jest na sprzedaż, ale nie znajdzie się nikt, kto zaoferowałby za nią przynajmniej cenę równą wartości rejestrowej? Właściciel może sprzedać ją za mniej – i wartość rejestrowa spadnie do poziomu tej nowej, niższej ceny.

Krótko mówiąc: koniec niesprawiedliwych zysków z ziemi teraz i w przyszłości. Nadwyżki trafiają nie do prywatnej, a publicznej kieszeni – zasilają lokalny fundusz gruntowy. W tych wyjątkowych przypadkach, w których cena jakiejś działki spadła, właściciel faktycznie może nie odzyskać włożonych w nią pieniędzy, ale to przecież ryzyko, które ponosi każdy, kto kupuje kawałek gruntu, albo – jak kto woli – cena, jaką płaci się za ów nadzwyczajny przywilej, jakim jest bycie właścicielem ziemskim.

Zachęcam Państwa do zastanowienia się nad tą propozycją. Uważam, że stanowiłaby ona rzeczywiście złoty środek, „złote” rozwiązanie problemu własności ziemskiej. Nie utrudni w żaden sposób legalnej aktywności obecnych właścicieli. Ich sytuacja pozostanie jak obecnie, nie doświadczą żadnych kłopotów. Obecność nowych regulacji odczują dopiero, jeśli zdecydują się swoją działkę sprzedać – w przypadku, gdy jakiś właściciel ziemski zapragnie przestać być właścicielem ziemskim.

Uważam, że mój plan znacząco ułatwiłby władzom lokalnym kupowanie gruntów na cele publiczne po uczciwych cenach i pozwolił przekierowywać do wspólnej puli niesprawiedliwe nadwyżki generowane przez stale rosnące zapotrzebowanie na ziemię; ale tylko, jeśli pochodziłyby one z dobrowolnej transakcji między kupującym i sprzedającym. Krótko mówiąc, pozwalamy prawom rynku działać swobodnie, jeśli chodzi o wolną wymianę między prywatnymi obywatelami; niemniej, upewniamy się także, by ta wolna wymiana nie prowadziła do kumulacji fortun; sfera publiczna zaś, w tym wypadku samorząd lokalny, zyskuje dobre zabezpieczenie przed spekulacją.

Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły; wszystkie je można ustalić już po wprowadzeniu mojego planu w życie. Nie twierdzę również wcale, że wraz z rozwiązaniem problemu własności gruntów problem mieszkaniowy rozwiąże się samoczynnie. Wydaje mi się jednak, że poszłoby nam z nim znacznie łatwiej.

Pozwolą teraz Państwo, że przejdę do innej myśli. Od dość długiego czasu interesuje mnie kwestia właściwych rozmiarów, właściwej miary rzeczy. Wydaje mi się, że to temat bodaj najbardziej zaniedbany we współczesnym społeczeństwie. „Państwo”, napisał Arystoteles dwadzieścia trzy wieki temu, „nie powinno być większe lub mniejsze ponad pewną miarę, podobnie jak inne rzeczy: rośliny, zwierzęta, czy narzędzia, bo żadne z tych nie może działać właściwie, jeśli jest za duże lub za małe, ale traci swoją naturę albo ulega zepsuciu”. Trudno doścignąć język starożytnych. Wyobraźmy sobie małą wyspę z – powiedzmy – dwoma tysiącami mieszkańców. Pewnego dnia do brzegów naszej wyspy przybija łódka i wysiada z niej człowiek, którego właśnie zwolniono z więzienia na kontynencie. Były więzień wraca do domu. Czy ta hipotetyczna wspólnota doświadczy jakichkolwiek trudności, aby się nim zająć, zapewnić mu minimum ludzkich kontaktów, znaleźć dla niego pracę i rozpocząć proces ponownego włączenia go do społeczeństwa? Nie sądzę. A teraz wyobraźmy sobie wyspę z populacją dwadzieścia pięć tysięcy razy większą, wynoszącą jakieś pięćdziesiąt milionów ludzi; i że co roku wraca na nią nie jeden, a dwadzieścia pięć tysięcy więźniów. Automatycznie jak gdyby, wdrożenie tych tysięcy do normalnego życia staje się zadaniem ogromnie trudnym, zadaniem, do rozwiązania którego potrzeba armii ministrów i przepracowanych, zestresowanych kuratorów sądowych. Jakiż gigantyczny problem! Problem, istotnie, którego nikt nie zdołał jeszcze w satysfakcjonujący sposób rozwiązać.

Mniemam, że już coś, jak to mówią, „dzwoni”, że mamy przynajmniej sporo materiału do przemyśleń. Albo wyobraźmy sobie na przykład, że zamiast jednego więźnia pojawia się na naszej małej wyspie z dwutysięczną populacją bezdomna rodzina licząca pięć osób, a nawet dwie takie rodziny (razem dziesięć osób). Dach nad głową dla dziesięciu osób znajdzie się od ręki. Ale zwiększmy skalę razy dwadzieścia pięć tysięcy i wyobraźmy sobie, że wspólnota licząca pięć milionów ludzi ma coś zrobić z dwustu pięćdziesięcioma tysiącami bezdomnych. Udręka. Znów: ministerstwa, urzędy, prawa, regulacje, przesyły finansowe, ogromne trudności i ogromne wysiłki – i znów (na ile nam doświadczenie podpowiada) żadnych realnych rozwiązań.

Opublikowałem dopiero co niewielką rozprawę zatytułowaną „Małe jest piękne” i otrzymałem list od czytelnika, w którym wyjaśnia on ów dziwny i wymagający problem skali z matematycznego punktu widzenia. Cytuję: „Kluczowe znaczenie ma fakt, że gdy jakaś jednolita organizacja zwiększa swój rozmiar, ilość problemów komunikacyjnych zachodzących między jej częściami składowymi rośnie wykładniczo. Generalnie przyjmuje się, że maksymalna liczebność produktywnej grupy badawczej wynosi dwanaście. Jeśli się ją przekroczy, badacze, zamiast badać, tracą czas na ustalaniu, co kto powiedział i co robi reszta”.

Przed około dwudziestu laty, pracując dla National Coal Board [3] zainteresowałem się kwestią bezpieczeństwa pracy w kopalniach. W tamtym czasie mieliśmy dwieście pięćdziesiąt tysięcy wypadków rocznie. Ktoś zwrócił wtedy moją uwagę na inną kopalnię, nie węgla, ale jakiegoś chyba minerału, w każdym razie korzystającą z dokładnie takich samych metod wydobycia, jak my. Wskaźnik wypadków był początkowo w owej kopalni taki sam, jak w „naszych”. Pewnego dnia jednak zarząd postanowił podjąć kroki – i wypadki zupełnie niemal się skończyły. Przyjrzeliśmy się tamtym rozwiązaniom, bardzo zresztą logicznym, i powiedzieliśmy sobie: „Udało się im, uda się i nam!”. Co prawda to była jedna kopalnia, a naszych było sześćset, ale przecież jeśli chodzi o ilość zaopatrzenia, pracowników i tak dalej musiały zachodzić tutaj podobne proporcje. NBC powiedziało sobie: „Ochrona życia i zdrowia ludzkiego to kwestia niecierpiąca zwłoki. Zastosujmy te metody we wszystkich sześciuset kopalniach od razu”. I – nic. Żadnych efektów. Choć, rzecz jasna, przez te dwadzieścia lat, jakie minęły od tamtego czasu, poziom bezpieczeństwa w kopalniach podniósł się niepomiernie. W tamtym jednak wypadku to, co udało się w tej jednej kopalni, w „naszych” sześciuset się nie udało.

Wiele czasu zajęło mi zrozumienie tych osobliwych i paradoksalnych wydarzeń. Jeśli jeden kompetentny inspektor bezpieczeństwa z zespołem potrafi zrobić porządek w jednej kopalni, dlaczego sześciuset inspektorów w sześciuset kopalniach – nie? Odpowiedź brzmi: ponieważ jeden inspektor nie potrzebuje do wykonywania swojej pracy potężnej „nadbudowy” o charakterze administracyjnym; on sam, jako szef zespołu, jest tą „nadbudową”. Ale sześciuset szefów sześciuset zespołów już takiej „nadbudowy”, takiego koordynującego nadzoru wymaga (a przynajmniej wszyscy myślą, że tak jest).

Pozwolą Państwo, że zwrócę teraz uwagę na jedną rzecz: administracja, jeśli ma być skuteczna, to przedsięwzięcie nadzwyczajnie trudne, wymagające nieprzeciętnej inteligencji. Znacznie trudniejsze, niż zapobieganie wypadkom pod ziemią. Wynika stąd, że do pracy w administracji nadają się tylko ludzie wyjątkowo utalentowani; i jeśli chcemy stworzyć administracyjną superstrukturę odpowiednią do skali przedsięwzięcia (sześćset kopalni, przypominam), to wtedy naturalnym biegiem rzeczy najlepsi pracownicy muszą wziąć na siebie właśnie funkcje administracyjne, wykonanie właściwych zadań powierzyć trzeba zaś pracownikom drugiego i trzeciego rzędu.

Podkreślam to tutaj bardzo mocno, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Owszem, potrzebujemy rozbudowanych struktur, ale przecież nie biurokracji!”. Tylko że jeśli nie chcemy, aby nasza administracja była biurokratyczna, musimy – powtarzam – przekierować do niej naszych najlepszych ludzi. A i to nie wszystko. Bo jeśli w ogóle zachodzi potrzeba wytworzenia dla jakiejś operacji „nadbudowy” administracyjnej, w naturalny sposób pion wykonawczy (bez niczyjej winy) nie może rozwinąć skrzydeł, podlegając nadzorowi urzędników, z którymi nie ma (choćby ze względu na dystans przestrzenny) bezpośredniego kontaktu i których nigdy ani nawet nie spotkał, chyba że na krótkich, oficjalnych „konferencjach”.

To doświadczenie, wespół z wieloma innymi, jakie uzbierały się przez te dziwne dwadzieścia lat, przekonało mnie ostatecznie, że małe jest piękne – przy czym mówiąc „małe” mam na myśli nie coś groteskowo czy nieskończenie małego, ale miarę, którą można w pełni objąć umysłem – i że najlepiej radzić sobie bez rozbudowanych struktur administracyjnych.

Dobra administracja, powtórzę, wymaga nieprzeciętnego talentu i inteligencji; zła administracja zaś to chyba najgorsza rzecz, jaka może istnieć. Dlatego też, jak powiedziałem, kwestię miary, rozmiaru, uważam za naraz najważniejszą i najbardziej zaniedbaną w obecnej debacie publicznej. Cytowałem już Arystotelesa i zacytuję go jeszcze raz: „Gdy rzeczy stają się za duże lub za małe, tracą swoją naturę lub ulegają zepsuciu” albo, jak mawiała moja babcia: „Wszystko, co »za« jest, od złego pochodzi”.

Na koniec, pozwólcie, że podsunę Państwu jeszcze inną myśl. Zacząłem od tego, że to istotnie bardzo dziwne, że my, żyjący w społeczeństwie tak bardzo bogatym, nie umiemy poradzić sobie z rozwiązaniem problemu mieszkaniowego. I istotnie, nie da się naszych niepowodzeń w tej materii nijak usprawiedliwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wobec nich cała nasza gadanina o sprawiedliwości społecznej zaczyna brzmieć po prostu śmiesznie. Podobnie jak i wszelkie nasze pretensje do ekonomicznej racjonalności, bo kosztów społecznych niedoboru mieszkań – takich jak na przykład rosnący wskaźnik przestępczości, problemy ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, trwałe bezrobocie – tych kosztów społecznych zwyczajnie nie da się zrekompensować; i nie mam żadnych wątpliwości, że są one dużo większe, niż potencjalne koszty realnej polityki mieszkaniowej.

Jak by z tym jednak było, nie chcę zostawiać Państwa z przekonaniem, że obecne bogactwo Wielkiej Brytanii, czy całej w ogóle Europy Zachodniej, to osiągnięcie trwałe, niezagrożone z wewnątrz czy zewnątrz. Owo tak zwane „osiągnięcie” stanowi bowiem skutek pewnych konkretnych i przygodnych praktyk oraz okoliczności, będących dzisiaj – by to ująć kolokwialnie, ale prawdziwie – „na końcówce”. Gdy mówię „praktyki”, mam na myśli życie z kapitału raczej, niż z pracy. Dzisiaj bowiem znaczną część naszego kapitału stanowi ropa – surowiec nieodnawialny, nad wydobyciem i dystrybucją którego my tutaj w Europie Zachodniej nie mamy właściwie żadnej kontroli. „Okoliczności” zaś to po prostu system pozwalający nam swobodnie ową ropę kupować – układ sił, który dynamicznie się zmienia. Gospodarka światowa (termin ten oznacza rzecz jasna przede wszystkim zamożne dwadzieścia procent ludzkości) potrzebuje siedmioprocentowego wzrostu dostaw ropy w skali roku, podczas gdy znaczna liczba producentów tego surowca, myśląc w perspektywie długoterminowej stabilności, podjęła decyzję o utrzymaniu produkcji na poziomie z roku 1971. Uczyniły to już Wenezuela, Libia i Kuwejt; i te trzy kraje odpowiadają za wydobycie więcej niż jednej trzeciej (trzydziestu pięciu procent, dokładnie) zapasów ropy naftowej trafiającej na rynek międzynarodowy. Czym okazują się wszystkie owe projekty, o których mówiłem, projekty mające rozkręcić transport zmotoryzowanych i niezmotoryzowanych turystów przez Kanał La Manche, w perspektywie realnych trudności – zaburzeń dostaw czy nagłego wzrostu cen, na przykład – na rynku ropy naftowej?

Jeżeli dalej będziemy żyć w przeświadczeniu, że możemy jeść, pić i popuszczać pasa, bo nasze dzieci i tak będą bogatsze od nas, to – może powiem w ten sposób: jeśli ktoś tak myśli, to najwyraźniej nie zapytał o zdanie ludzi, dzięki którym tak ogromny wzrost poziomu bogactwa, jaki miał miejsce w Europie Zachodniej, w ogóle stał się możliwy. Czy to wszystko nie wskazuje na konieczność fundamentalnej przemiany tego, co zwykło nazywać się naszym „sposobem bycia”? Ta zaś implikuje coś, co wielu z moich politycznych przyjaciół określa mianem „reformy systemowej” – zwrot w kierunku daleko posuniętej decentralizacji i samowystarczalności małych wspólnot oraz, przede wszystkim, znacznie bardziej elastycznego, sprawiedliwego i racjonalnego systemu własności ziemi, oprócz – rzecz jasna – wielu innych rzeczy.

Ernst Friedrich Schumacher

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to zapis wykładu wygłoszonego na spotkaniu Katolickiego Towarzystwa Pomocy Mieszkaniowej w 1973 roku, a następnie opublikowany przez tę organizację.

Przypisy:

1. Chodzi o wypowiedź premiera Harolda Macmillana (1894-1986), konserwatysty, z 1957 roku. W tym samym przemówieniu zaatakował także „doktrynerstwo” socjaldemokratów i przestrzegał przed zbyt dynamicznym wzrostem pensji.

2. Lotnisko Maplin, właściwie lotnisko Ujście Tamizy czy u ujścia Tamizy. Obydwa przedsięwzięcia stanowiły ówcześnie „oczko w głowie” rządów brytyjskich. Tunel powstał w latach 90. jako tzw. Eurotunel, lotnisko do dziś pozostaje w fazie projektu.

3. Krajowa Rada Węglowa, instytucja powołana w 1946 do nadzoru nad znacjonalizowanym przemysłem węglowym Wielkiej Brytanii.

Ernst Friedrich Schumacher (1911-1977) – niemieckiego pochodzenia ekonomista i statystyk, który już w okresie studiów związał się z kulturą anglojęzyczną. Studiował w Wielkiej Brytanii i USA, gdzie następnie pracował w biznesie. Po objęciu władzy przez nazistów pozostał w Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny był jako obywatel niemiecki internowany, został uwolniony po interwencji Johna Maynarda Keynesa. Po wojnie brał udział w pracach związanych z planem Marshalla. Od roku 1950 do 1970 związany zawodowo z publicznym sektorem górniczym w Wielkiej Brytanii. Brał także udział w pracach organizacji i instytucji pomocowych dla krajów rozwijających się. Pod wpływem wizyt w Birmie i Indiach związał się z inicjatywami ekologicznymi, m.in. był szefem Soil Association – brytyjskiej organizacji działającej na rzecz rolnictwa ekologicznego, drobnego, nieprzemysłowego. W roku 1973 ukazał się zbiór jego esejów – książka „Małe jest piękne”, która przyniosła mu światową sławę i stała się „biblią” ruchu ekologicznego. W swoich poglądach łączył wątki socjalizmu (szczególnie nieetatystycznego). niemieckiego ordoliberalizmu, dystrybucjonizmu, katolickiej nauki społecznej i refleksji ekologicznej. Publikowaliśmy już jego inny tekst: Koniec balu 

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie