Wszyscy jesteśmy uchodźcami dla sytych salonów, czyli o hipokryzji liberałów

·

Wszyscy jesteśmy uchodźcami dla sytych salonów, czyli o hipokryzji liberałów

·

Fryderyk Engels w roku 1872 dokonał analizy kryzysu mieszkaniowego w powojennych Niemczech. Głównym powodem tego, co filozof określał jako głód mieszkaniowy, był napływ mas robotników rolnych do miast. Europa po roku 2015 musiała stawić czoło podobnemu wyzwaniu, czyli tak zwanemu kryzysowi migracyjnemu. Naukowcy podkreślali, że w roku 2015 Unia Europejska została postawiona przed największym od czasów II wojny światowej wyzwaniem, związanym z napływem ludności. Thomas Nail, amerykański profesor filozofii, stwierdził, że wiek XXI jest wiekiem uchodźcy. Masy ludowe nadal są dziś straszone sofizmatami dotyczącymi groźnych uchodźców-terrorystów. A co, jeśli w obrębie polityki neoliberalnej każdy reprezentant klas niższych jest takim „innym”, „terrorystą” rozbijającym skrzętnie broniony ład społeczny? Czy to właśnie nie teraz – gdy debata o uchodźcach znowu wraca do łask – powinniśmy odpowiedzieć sobie na to pytanie?

Migranci są dziś ciałem, które jest niejako oderwane od polityki. Nie mogą decydować o swoim losie i zdani są na dyrektywy UE czy państw członkowskich. Retoryka „odpolitycznienia” migrantów widoczna jest choćby w wypowiedziach Donalda Tuska, tego samego Tuska, który znany jest z odpolityczniania biedoty: „Nawet przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk opisał niedawnych uchodźców tymi samymi […] militarnymi metaforami, których Rzymianie używali do odpolitycznienia barbarzyńców: uchodźcy to »wielka fala; która zalała Europę; powodując chaos; który należy powstrzymać i którym należy zarządzać«. »Powoli stajemy się świadkami narodzin nowej formy nacisku politycznego«, twierdzi Tusk, »a niektórzy nazywają to wręcz rodzajem nowej wojny hybrydowej, w której fale migracyjne stały się narzędziem, bronią przeciwko sąsiadom«” – pisał Thomas Nail.

Symptomatyczna jest niedawna wypowiedź Tuska ws. sytuacji na granicy z Białorusią: „Polskie granice muszą być szczelne i dobrze chronione. Kto to kwestionuje, nie rozumie, czym jest państwo”. Jego język się zmienił, bo sam autor cytatu podkreślał, że na granicy znajdują się już „biedni ludzie” zamiast „złych migrantów”. Jak jednak widać, sama zmiana semantyczna nie doprowadziła do realnej zmiany poglądów politycznych.

Kwestia odpolitycznienia migrantów i grodzenia się przed nimi nie jest niczym nowym. Aktualna forma polityki migracyjnej jest tylko rozwinięciem tego, co na świecie dzieje się jeszcze od czasów neolitu, bo to wtedy budowano pierwsze zasieki przed obcymi. Dziś kraje europejskie „grodzą się” przed migrantami, np. przy pomocy instytucji takich jak Frontex czy poprzez druty kolczaste widoczne choćby na granicy polsko-białoruskiej. Ale te same kraje grodzą się również przed własnymi obywatelami – za pomocą praw uderzających w klasę niższą i pompowania pieniędzy w wybryki klas średniej i wyższej.

Inność jest zagrożeniem dla już wręcz sakralnej hierarchii społecznej. To właśnie w obrębie różnicy wobec stylu życia klasy średniej klaruje się argumenty przeciwne wobec władzy i kapitału. Przestrzeń fortyfikowana przez klasę średnią, gentryfikacja czy eksperymenty społeczne na biedocie, w stylu osiedla na Dudziarskiej, są formą dodatkowych grodzeń wewnątrz już odciętego państwa. Dziwnym zdaje się więc, że najwięcej o etycznym rozwiązaniu sprawy uchodźczej mówią te same osoby, które niczym Frontex wprowadzają dynamikę my-obcy w strukturze społecznej wewnątrz kraju.

Istnieją dwa rodzaje liberała „obrońcy” migrantów.

Pierwszym jest Tusko-europejczyk. Ten rodzaj podejścia do problematyki migracyjnej odznacza się świątobliwym oburzeniem wobec „faszystowskiej” polityki partii będącej obecnie u władzy, przy jednoczesnym nawoływaniu do obrony granic i przestrzegania wyznaczonych linii przeciw-uchodźczych. Jest to osobnik, który zdaje sobie sprawę z tego, że na Zachodzie mówi się o estetycznej kryminalizacji migrantów, dlatego stara się kontrolować swój język i semantycznie wzbogaca wypowiedzi, wspominając już o „biednych migrantach” zamiast o „nieludziach”, jak faktycznie uważa. Najlepiej określa go wewnętrzna dychotomia, bo z jednej strony wyznacza schmittański podział na my (liberałowie) – oni (faszyści) wobec partii rządzącej i jej prawicowej polityki, a z drugiej strony poglądami od niej (przynajmniej w sprawach migracji) zbytnio nie odbiega, poza estetycznym unormowaniem swojego języka. Jego kluczowym mechanizmem obronnym jest to, żebyś nie uwierzył w potrzebę walki o prawa migrantów – walka powinna zacząć i zatrzymać się na poziomie języka i nic ponadto.

Drugim jest liberał faryzeusz. Znasz go z tego, że średnio raz na miesiąc zmienia nakładkę na swoim facebookowym zdjęciu profilowym – od Black Lives Matter przez tęczę, a skończywszy na wsparciu uchodźców z Afganistanu. Takie kompasy moralne klasy średniej. Z boku wygląda nawet dość radykalnie robiąc sobie zdjęcia telefonem kosztującym tyle, co trzy twoje wypłaty. Przy tych wszystkich wzniosłych aktach politycznej agitacji ciężko jednak dostrzec powody, dla których ten twój kolega o cokolwiek walczy. Po chwili namysłu przypominasz sobie jednak, że to właśnie on promował sklep z tęczowymi ciuchami szytymi przez dzieci w Bangladeszu, później przypomina ci się, że to właśnie on co dwa dni wstawia na swojego instagrama fotki z „egzotycznych” lunchów w jakiejś warszawskiej knajpie. Zawsze jednak łatwo mogłeś dostrzec, że przy jego towarzyskiej licytacji na facebookową progresywność, jest ci on obcy. Może dlatego, że to ta sama osoba, która uwielbia swoje życie w osiedlu za grubymi murami osłaniającymi go przed, jak sam mówi, śmierdzącymi menelami z ulicy, czy może dlatego, że to ta sama osoba, która nie przeżyłaby dnia bez obiadu zrobionego przez migrantkę zatrudnioną na umowie śmieciowej. Ten typ liberała jest groźniejszy od pierwszej opisanej figury, gdyż ma on zdolności kamuflowania się – niczym kameleon. Kryje się w lewicowych partiach, gdzie odrzuca progresję podatkową, koczuje on w niektórych kolektywach anarchistycznych, które propagują prymat walki o tożsamość nad walką z marginalizacją ekonomiczną, stając się kolejnym Stop Bzdurom zamiast inicjatywą wyrażającą radykalizm społeczny.

Dużo bardziej niebezpieczne od brutalnej antyimigranckiej retoryki jest fałszywy liberalny dyskurs udający wsparcie wobec osób znajdujących się na granicach państw. Bo to właśnie przez ten dyskurs zwraca się na problem migracji uwagę wyłącznie wtedy, gdy mowa o „kolejnych falach” lub gdy na granicy rzeczywiście umierają ludzie. Z jednej strony źródłem migracji są imperialistyczne praktyki światowych elit, z drugiej strony sama polityka wewnętrzna krajów, do których migranci przemierzają – o tym fałszywe liberalne głosy nie będą wspominały, bo uderza to w stosunki produkcji i światowych hegemonów. Łatwiej jest sprowadzić cały problem do „faszystowskich rządów” i ciał znajdujących się na granicy, dużo trudniej natomiast przeprowadzić rachunek sumienia, by wreszcie zdać sobie sprawę, że:

a) w obrębie samego państwa istnieją formalnie pełnoprawni obywatele, których sytuacja faktyczna sprawia, że bliżej im do statusu migranta;

b) polityka krajów Zachodu wznieca zarówno migracje do jakiegoś kraju, jak i wewnątrz kraju tworzy obywateli statusie podobnym do migrantów.

Najłatwiej będzie to wszystko wytłumaczyć na podstawie fałszywej dychotomii, która operuje wizją uchodźców zabierających „pełnoprawnym” obywatelom mieszkania. W skrócie: albo mieszkania, albo uchodźcy. Tyle że w takim modelu faktycznym uchodźcą wewnątrz państwa są każda uboga osoba i cała klasa ludowa – grupy nie wpasowujące się w schemat i wizję klasy średniej. Czy klasośrednie oburzenie wobec powstania nowego osiedla socjalnego, które wywoła spadek cen nieruchomości, nie jest tym samym, co strach przed „grabieżą mieszkań”, których i tak nie ma, przez „złych” migrantów? Schemat jest ten sam: salony odbierają komuś prawo do dachu nad głową ze względu na własny interes i kategorie „inności”, bo przecież wszyscy w mieszkaniach socjalnych to groźni przestępcy, a każdy uchodźca to terrorysta. Znamy to bardzo dobrze, np. ostatnia sprawa wokół warszawskiego centrum ReStart w pobliżu stacji metra Dworzec Wileński, gdzie politycy związani z lokalną oligarchią byli przeciwni wybudowaniu ośrodka pomocy społecznej.

Dlatego właśnie ci wszyscy, którzy korzystając ze swojego klasowego przywileju marginalizują innych, sami działają w modelu Frontexu. Wszystkie realnie wrażliwe społecznie osoby wiedzą przecież, że liberałowie pragną się grodzić przed biednymi, wypędzać ich z zajętego przez siebie terenu czy wreszcie budować im getta, jak na wspomnianej wcześniej Dudziarskiej. Ci wszyscy, którzy sprzeciwiają się progresji podatkowej (z Lewicą uśmiechającą się do Tuska na czele), rozbudowie usług publicznych i walce o prawa lokatorów, sami prowadzą do powstawania coraz większej grupy „migrantów” wewnątrz samego państwa.

Wrogowie nie przybywają w zatłoczonych łodziach, lecz w wygodnych limuzynach.

Szymon Gams

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie