Polexit i inne drobnomieszczańskie histerie

·

Polexit i inne drobnomieszczańskie histerie

·

Symboliczne znaczenie dnia 10 października 2021 roku w Polsce wydaje mi się być niedostrzegalne gołym okiem dla większości osób. Dla mnie jest ono jednak dosadne i stanowi ponury rodzaj symboliczności. Dnia tego miały bowiem miejsce dwa istotne wydarzenia. Pierwsze z nich było polityczne. Drugie było polityczne jeszcze bardziej, choć to, jak przywykliśmy wyobrażać sobie politykę, zupełnie do tej prawdy nie pasuje.

Teraz to już na serio będzie ten Polexit

Mieliśmy więc falę gigantycznych demonstracji w największych polskich miastach. Demonstracji przeciwko rzekomemu Polexitowi, do którego pierwszy krokiem ma być wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający wyższość konstytucji nad prawem unijnym. Choć obrona praworządności to domena raczej liberałów, widoczne było też zaangażowanie polskich środowisk lewicowych. Niespecjalnie dziwi obecność Roberta Biedronia na Placu Zamkowym w Warszawie – jednak w akcję #zostajemy (w Unii) zaangażowali się także politycy Partii Razem, której sam jestem niebezkrytycznym członkiem.

Aby zbadać prawdziwość tezy o zbliżającym się Polexicie przeanalizujmy kilka faktów. Po pierwsze Polexit „wydarza się” w Polsce już któryś raz. Spadkobiercy Komitetu Obrony Demokracji wieszczą go przy każdym sporze Polski z władzami Unii Europejskiej. O Polexicie pisał w 2017 roku Jan Hartman, w 2019 roku robili to Wojciech Sadurski oraz Jacek Kochanowski. „Tym razem to już na serio będzie ten Polexit” – zdają się sugerować nagłówki liberalnych mediów oraz politycy przemawiający na Placu Zamkowym.

Trudno te sugestie traktować całkiem poważnie. Etatystyczna partia Jarosława Kaczyńskiego zbyt mocno potrzebuje unijnych dotacji na politykę społeczną, by zdecydować się na tak radykalny krok. Jeśli chcecie przekonać się czy Wartości Wyższe okażą się ważniejsze od pieniędzy, spójrzcie na ostatnią sytuację z samorządami. Grzecznie wycofały się z uchwał AntyLGBT, kiedy przykręcono im kurek z pieniędzmi. Włączcie też TVP. Alarmowanie o Polexicie jest tam wyśmiewane. Akcentuje się natomiast prounijne postawy części polityków PiS jeszcze z czasów sprzed dołączenia do UE. Przytacza się też archiwalne antyunijne wypowiedzi dzisiejszych polityków PO. Chociażby Romana Giertycha, który był przeciwny akcesji Polski do Unii Europejskiej.

W tej sytuacji obecne zamieszanie zdaje się być obliczone na efekt wspierający partię rządzącą. Polexitowy rozgardiasz jest jej jak najbardziej na rękę. Tezę o realnym zagrożeniu wyjścia Polski z Unii Europejskiej naprawdę ciężko jest obronić w oczach elektoratu nieprzekonanego do tego, żeby zrezygnować z oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. To polityczna zagrywka obliczona na scementowanie zastanych elektoratów w stanie nienaruszonym. Prężenie muskułów przed wyborcami ceniącymi sobie pozowanie na suwerenność. Warto wziąć sobie do serca także słowa Łukasza Molla, który ostrzega, że straszenie Polexitem rykoszetem spowoduje co najwyżej falę przesadnego euroentuzjazmu i odbierze lewicy impuls do reformowania Unii w stronę bardziej prosocjalną, co jest przecież bardzo potrzebne.

Problemy realne

W tej sytuacji warto byłoby się skupić na drugim wydarzeniu, które miało miejsce – jak co roku – 10 października. Był to Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego.

Jeśli na co dzień żyje się w lewicowej, emancypacyjnej bańce, zapewne przeczytało się kilka postów na ten temat w mediach społecznościowych. W skali całego kraju znaczenie tej daty pozostało jednak praktycznie niezauważone. „Zdrowie psychiczne” to bowiem termin, który w opinii społecznej wciąż kojarzy się „byciem wariatem”. I to jest – w odróżnieniu od jarmarku zorganizowanego przez Donalda Tuska – naprawdę realny problem.

Kilka danych dla rozjaśnienia sprawy. Szacuje się, że na jakąś formę zaburzenia psychicznego może cierpieć nawet 6 milionów Polaków. Do trzech milionów cierpi na zaburzenia nerwicowe. U prawie miliona występują zaś objawy zaburzeń depresyjnych. Polska to kraj, w którym dziennie życie odbiera sobie 15 osób. 12 z nich to mężczyźni.

Trudno o temat bardziej zespolony z codziennym życiem każdego z nas niż zdrowie psychiczne. Nawet ludziom, których można zdiagnozować jako „w pełni zdrowych”, przydaje się bowiem podstawowa wiedza związana chociażby z higieną umysłu czy umiejętnością odpoczywania. W naszym kraju wciąż nie jest to temat polityczny. A przecież nie jest tak, że nic nie możemy zrobić z obecnym status quo. Psychiatria, w tym psychiatria dziecięca, jest w Polsce niedofinansowana tak samo jak cała reszta usług zapewnianych przez NFZ. Brakuje też podstawowej edukacji psychologicznej i wykwalifikowanych do zajmowania się nią osób w polskich szkołach.

Zdrowie psychiczne powinno być jednak przede wszystkim tematem sztandarowym dla współczesnej lewicy. Przecież nie jest tak, że pogarszające się życie wewnętrzne Polaków nie ma związku z życiem w późnym kapitalizmie. Z elastycznymi warunkami zatrudnienia, z przepracowaniem, z mobbingiem, który trudno wykazać w relacjach dla parodystycznie działającej Państwowej Inspekcji Pracy. Z zadłużeniem i z marazmem wynikającym z zablokowania kanałów awansu społecznego. Z brakiem edukacji antydyskryminacyjnej w szkołach, które wolą kształcić nas na trybiki systemu niż zdrowych, świadomych i szczęśliwych obywateli.

Co z tego wynika?

Zestawienie tych dwóch wydarzeń – masowych, euroentuzjastycznych demonstracji oraz ukrytego gdzieś w cieniu Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego – daje bardzo pesymistyczną diagnozę stanu świadomości politycznej w naszym kraju. Tego, co w ogóle jest dla nas polityczne i ważne. Spieramy się o Wartości Wyższe, podczas gdy podstawowe potrzeby pozostają niezaspokojone. Piramidę Masłowa stawiamy na samym czubku. Przestrzeń społeczna to dla nas widowisko, w którym weteranka powstania warszawskiego krzyczy do Roberta Bąkiewicza wycierającego sobie usta Rotą. Arena do Sygnalizowania Cnoty. Niemal zapomina się o tym, że polityka powinna służyć budowaniu ludzkiego dobrobytu. Sytuacja taka ma miejsce nie pierwszy i nie ostatni raz. W „wolnych mediach” w zasadzie bez echa obił się fakt, że tej samej nocy, gdy w Sejmie głosowano Lex TVN a liberalna oligarchia wieszczyła koniec demokracji, przepchnięto ustawę o zwiększeniu nakładów na NFZ do 2023 roku. Nie jest moim celem bronienie ustawy, która ostatecznie zapewne nie wejdzie w życie. Jest nim wskazanie, że i tu mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której sprawa bardziej efektowna odbiła się o wiele szerszym echem niż sprawa istotnie dotykająca ludzi.

Mógłbyś odpowiedzieć, drogi Czytelniku, że przecież dziś każdy dzień jest dniem czegoś. O Światowym Dniu Maszynisty nie pisze się na pierwszych stronach gazet i trudno oczekiwać, że będzie tak z jakimkolwiek innym dniem. Fakt, że zupełnie nic nieznaczący karnawał odbył się akurat tego dnia, w którym choć na chwilę powinniśmy pochylić się nad czymś znacznie ważniejszym, ma jednak gorzki symboliczny smak.

Jeśli polska lewica chce utrzeć nosa PiS-owi, jej strategią powinno być zagospodarowywanie tych realnych ludzkich potrzeb, które nie zostają i nie mogą zostać przez niego zaspokojone.

Piotr Tomaszewski

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie