Migawka geostrategiczna z Ameryki Łacińskiej
Taka zmiana polityczna wybiłaby region z Globalnego Południa, zabezpieczając strategiczne „miękkie podbrzusze” Stanów Zjednoczonych.
Wolność jest jedną z najpiękniejszych idei kultury Zachodu – wyrasta z greckiego myślenia filozoficznego o samostanowieniu, rzymskiego prawa jednostki i judeochrześcijańskiej etyki odpowiedzialności za bliźniego. Ale czasem zachowujemy się tak, jakby wolność była zaklęciem, które ma nas wyręczyć z dorosłości i odpowiedzialności. Ten tekst jest o tym, co się dzieje, gdy wolność staje się szantażem – zamiast być przyczynkiem do dyskusji o tym, na jakich zasadach chcemy tutaj wspólnie żyć.
Wolnościowcy, o których piszę, to nie tyle spójny ruch polityczny, co raczej zestaw oczekiwań wobec świata. To przekonanie, że najlepsze rozwiązania pojawiają się tam, gdzie państwo się nie wtrąca, a człowiek może działać na własnych zasadach. Nieufność wobec instytucji, regulacji i wspólnych reguł bierze się stąd, że ostatecznie każda struktura wydaje się im ograniczeniem.
W ich rękach „wolność” działa jak zaklęcie. Jest obietnicą, której nikt nie odważy się zakwestionować. Wystarczy się na nią powołać, by każde ograniczenie, przepis czy nadzór zaczęły wyglądać jak zamach na porządek moralny. W narracji wolnościowców ma ona jednak charakter negatywny – polega nie tyle na umożliwieniu działania i tworzenia, ile na prawie do odrzucania. „Zostawcie nas w spokoju” brzmi jak program polityczny, ale częściej jest po prostu reakcją na złożoność świata, który przestał być zrozumiały.
Dlaczego kiedyś było więcej wolności
Wolnościowcy lubią odwoływać się do przykładów opartych na wizji samoistnego społecznego ładu i porządku z przeszłości. Ich opowieści są o tym, że kiedyś było dużo prościej, bo zasad było mniej, a wolności więcej. No i oczywiście o tym, że państwo nie wtrącało się do wszystkiego. Dlatego jeżeli miałbym pokusić się o zaproponowanie wyjaśnienia tego, dlaczego nasz świat jest tak uregulowany, to byłoby ono krótkie – bo jest duży i skomplikowany. A ponieważ jest duży i skomplikowany, to z tego samego powodu jest delikatny i kruchy.
Przed rewolucją przemysłową przeważająca większość z nas była rolnikami. Zasoby czy narzędzia, które mieliśmy do dyspozycji, nie pozwalały na to, żebyśmy mogli wyrządzić sobie nawzajem zbyt wielką krzywdę. Większość energii pochodziła z siły mięśni nas samych lub naszych zwierząt domowych. Ale, paradoksalnie, to że nieskrępowana wolność jednostki może być śmiertelnym zagrożeniem dla ogółu, zaczęliśmy rozumieć już wtedy.
Bolesną lekcją był Wielki Pożar Londynu w 1666 roku. Do tego momentu londyńczycy cieszyli się dużą swobodą: budowali, jak chcieli, zazwyczaj tanio, ciasno i z drewna. To była realizacja ich prawa własności. Ale gdy ogień w kilka dni strawił kilkanaście tysięcy domów i pozbawił dachu nad głową niemal wszystkich mieszkańców, zrozumiano, że prawo do budowania po swojemu nie może stać wyżej niż bezpieczeństwo miasta.
Wprowadzono wtedy pierwsze nowoczesne regulacje (Rebuilding of London Act), które nakazywały budowę z cegły i kamienia oraz poszerzenie ulic. Czy ograniczyło to wolność ówczesnych właścicieli działek? Oczywiście. Ale te przepisy nie powstały z chęci kontroli, lecz ze strachu przed powtórzeniem tego, co się stało. Większość regulacji, na które dziś narzekamy, ma właśnie taki rodowód – nie zostały wymyślone przy biurku przez znudzonego urzędnika, lecz spisane na zgliszczach i opłacone ludzkimi tragediami.
Jeśli te argumenty wydają się komuś niewystarczające, katalog historycznych ostrzeżeń pozostaje otwarty i warto do niego zajrzeć na własną rękę. Zachęcam do sprawdzenia, jaki był bezpośredni związek między liberum veto – czyli absolutną wolnością jednostki do paraliżowania ogółu – a upadkiem i rozbiorami Polski. Warto poczytać o Wojnach Opiumowych, w których pod szlachetnym hasłem „wolnego handlu” mocarstwa kolonialne siłą wymusiły na Chinach prawo do zalewania ich rynku narkotykami. Albo o przyczynach Wielkiego Kryzysu z 1929 roku, kiedy to brak regulacji giełdy doprowadził do globalnej nędzy, otwierając drogę totalitaryzmom. To nie są lewicowe teorie, lecz historyczne fakty – dowody na to, że w złożonych globalnych systemach wolność pozbawiona ram powoduje, że ludzkość zaczyna pożerać sama siebie.
Dzisiaj jest jeszcze trudniej
Nasz dzisiejszy świat różni się przede wszystkim skalą rażenia i gęstością powiązań. Dziś niemal każdy z nas, dzięki technologii, dysponuje siłą i zasięgiem, która w przeszłości była zarezerwowana dla żywiołów. Posłużmy się przykładem – przeciętny człowiek wsiadający do samochodu panuje nad energią kinetyczną zdolną zabić kilkanaście albo kilkadziesiąt osób. Jeśli popełni błąd, to nie skończy się na przewróceniu furmanki z sianem, lecz może zabić całą rodzinę albo doprowadzić do poważnej katastrofy w ruchu lądowym.
To samo dotyczy każdego innego aspektu życia. Młynarz w XVII wieku mógł co najwyżej zanieczyścić strumień przepływający przez jego wioskę. Dzisiejsza korporacja, w imię oszczędności, może wlać do rzeki toksyny, które zatrują ekosystem w połowie kraju. Bankier w średniowieczu mógł zrujnować co najwyżej swoich sąsiadów. Dzisiejsi finansiści, klikając w klawiatury w Nowym Jorku, mogą wywołać efekt domina, który pozbawi pracy i dachu nad głową miliony ludzi na całym świecie. Kiedyś przez całe życie spotykaliśmy maksymalnie kilkaset osób. Dzisiaj influencerzy, grając na emocjach i publikując treści nawołujące do przemocy – są w stanie wywołać ataki na wskazane jednostki lub całe grupy społeczne.
Ignorowanie tej dynamiki kończy się zazwyczaj tragicznie. Obie wojny światowe nie wybuchły wyłącznie z woli polityków, ale zostały napędzone gniewem grup społecznych, które czuły się właśnie okradzione, wykorzystane i systemowo poniżone. Gdy masa krytyczna ludzi uznaje, że kontrakt społeczny został zerwany na ich niekorzyść, stają się idealnym narzędziem w rękach każdego, kto wskaże winnych i obieca radykalne wyrównanie rachunków. Historia XX wieku dobitnie pokazała, że od poczucia ekonomicznej krzywdy do globalnej pożogi droga jest krótsza, niż nam się wydaje.
Praktyczne konsekwencje deregulacji
Historia najnowsza też jest pełna przykładów, gdy większa wolność przestała oznaczać przestrzeń odpowiedzialnego wyboru, a zaczęła służyć do uzasadniania deregulacji, prywatyzacji i unikania nadzoru. W imię wolności ograniczano nie przemoc, lecz kontrolę – a tam, gdzie nadzór jest niedostateczny, wcześniej czy później pojawiają się systemowe nadużycia.
Wystarczy przypomnieć działania „czyścicieli kamienic” w Warszawie, konsekwencje upadku Amber Gold czy skalę procederu oszustów na różne sposoby okradających osoby starsze i społecznie bezradne. Skoro ci wszyscy pokrzywdzeni też przecież byli wolni, mogli sami decydować, lepiej wybierać albo jakoś się bronić. Można powiedzieć, że skoro byli naiwni i głupi, to sami są sobie winni. Nie będę tego rozstrzygał z punktu widzenia odpowiedzialności jednostki, lecz posłużę się pragmatyczną analizą skutków.
W dzisiejszym zglobalizowanym świecie skutki niedostatecznej regulacji błyskawicznie eskalują i dotykają całych społeczeństw. Upadek piramid finansowych w Albanii w 1997 roku skończył się wojną domową i tysiącami ofiar. Wolność banków w tworzeniu nieregulowanych instrumentów pochodnych – największym od siedemdziesięciu pięciu lat kryzysem wywołanym upadkiem hipotek subprime w 2007 roku. Wolność koncernów paliwowych w zakresie bezpieczeństwa eksploatacji złóż ropy naftowej – katastrofą ekologiczną w Zatoce Meksykańskiej w 2010.
Bezpośrednie skutki tych zdarzeń dotknęły ludzi, którzy nie mieli z nimi żadnego związku, a koszty usuwania szkód ponieśli pośrednio wszyscy.
Zaklęcie świadomości
Wolnościowcy często podnoszą temat świadomości. Słyszy się od nich, że trzeba być „świadomym”, „obudzonym”, „czujnym”. Brzmi to jak wezwanie do refleksji, ale w praktyce to raczej hasło inicjacyjne niż zaproszenie do myślenia. W ich języku nie oznacza to poznania, lecz przynależność. To sposób na zbudowanie granicy między „nami, którzy widzimy prawdę”, a „nimi, którzy jeszcze śpią”. W ten sposób świadomość staje się nie narzędziem zrozumienia świata, lecz dowodem lojalności wobec jego uproszczonej wersji.
Trudno nie zauważyć, że to zjawisko jest kalką innego, dużo starszego. W XX wieku świadomość klasowa była jednym z filarów myślenia ruchu komunistycznego. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że i tamten, i dzisiejszy nurt miały charakter antysystemowy. Różnicą jest to, że komuniści na tej podstawie zbudowali cały swój plan zmiany świata na inny. Nasi dzisiejsi wolnościowcy pozostają przy antysystemowości jako celu samym w sobie.
Jest to widoczne, gdy spytamy wolnościowca, co konkretnie miałoby dać ludziom więcej tej czy innej wolności. Łatwo im wskazywać, co wolność ogranicza: przymus prawa, podatków i ubezpieczeń społecznych. Znacznie trudniej im odpowiedzieć, co miałoby się poprawić, gdybyśmy z tych regulacji zrezygnowali. Jak miałoby wyglądać nasze nowe życie codzienne i w czym miałoby być lepsze od poprzedniego? Dlatego po takim pytaniu rozmowa zwykle traci tempo albo milknie.
Mam hipotezę, że wolnościowcy działają z prostej chęci wcielenia w życie osobistych przekonań, a nie chęci ustalenia lepszej konfiguracji świata. Ta postulowana większa wolność najczęściej sprowadza się do prostego: „nikt mi nie będzie mówił, co mam robić”. Nawet jeśli to, co się stanie później, zaprowadzi nas prosto w chaos.
Brak wspólnych postulatów i dużo emocji
Opisywana narracja wolnościowa rozwija się w poprzek grup społecznych. Nie środowiskowo – wśród robotników, przedsiębiorców, klas średnich czy elit – lecz horyzontalnie. W ten sposób wolność przestaje być wartością definiowaną przez klasy społeczne i traci szansę na bycie przedmiotem dyskusji politycznych. Staje się hasłem, które każdy może dopasować do własnych emocji i interesów.
W praktyce narracja wolnościowa stała się uniwersalnym uzasadnieniem dla wszystkiego, co komuś akurat przeszkadza. Używają jej bandyci drogowi, gdy krytykują zaostrzanie przepisów ruchu drogowego i kolejne ograniczenia prędkości. Powołują się na nią nieuczciwi przedsiębiorcy, gdy omijają prawo podatkowe i zaniedbują ustawowe obowiązki wobec pracowników. W imię tej samej wolności protestują przeciwnicy ochrony środowiska, którzy palą w piecu odpadami i zasmradzają całą okolicę.
Każda z tych grup używa słowa „wolność” jak tarczy, za którą można ukryć własny interes. W ten sposób wolność przestaje być wartością wspólną, a staje się zbiorem prywatnych wyjątków od zasad. Dlatego właśnie tak łatwo ją dziś głosić, a tak trudno cokolwiek na jej podstawie zbudować.
Trudna polityka łatwych emocji
Wolnościowcami jest bardzo łatwo sterować, co stanowi pewien paradoks. Wystarczy dać im coś związanego z ograniczeniami i regulacją, przeciw czemu mogą się oburzyć. Reagują dziś na każdą nową polityczną prowokację tak, jak pies reaguje na rzucony patyk. Z entuzjazmem, ale bez refleksji, skąd się ten patyk wziął, po co czy przez kogo został rzucony. To reakcja instynktowna, karmiona emocją, nie myślą, dlatego tematy mogą być dowolne.
Tę bezrefleksyjność widać jaskrawo w podejściu do państwowego monopolu na przemoc. Ci sami ludzie, którzy w Polsce uznają mandat za przekroczenie prędkości za akt totalitaryzmu, komentując to, co się dzieje w USA – stają się nagle gorliwymi adwokatami policyjnej brutalności. Nie dostrzegają żadnego dysonansu w popieraniu bezwzględnych działań amerykańskiego ICE – nawet w obliczu tragedii takich, jak zastrzelenie przez funkcjonariusza matki trójki dzieci – przy jednoczesnym lamentowaniu nad rzekomym uciskiem przez wymiar sprawiedliwości i służby we własnym kraju.
Dlatego z takiego podejścia nie powstanie żadne jednolite ugrupowanie ani trwały nurt polityczny. Zwykłe naśladownictwo i emocjonalny odruch wystarczą, by zbudować chwilowy rozgłos, ale nie wspólny program. Mechanizm jest prosty – im łatwiej coś powtórzyć, tym szybciej znajdzie się ktoś, kto powtórzy to głośniej. Dlatego za chwilę w polityce będziemy mieli trzech różnych liderów rzucających swojemu elektoratowi trzy różne patyki.
To nie jest jednak wyłącznie problem wolnościowców. To raczej obraz całej współczesnej polityki, która coraz rzadziej operuje ideami, a coraz częściej emocjami. W takim świecie nie trzeba już przekonywać, wyjaśniać czy edukować – wystarczy poruszyć. Nie trzeba budować wspólnoty – wystarczy oburzyć. Wolność staje się więc nie tyle wartością, ile dźwignią do generowania kolejnej fali gniewu.
Bycie ofiarą przynosi ulgę
To elastyczna i pojemna narracja, pozwalająca każdemu, kto nie zgadza się z rzeczywistością, ogłosić się ofiarą. Nie chodzi o to, że systemowych nierówności wcale nie ma, lecz o to, że dziś status ofiary stał się uniwersalnym alibi, które doskonale rozładowuje frustrację i daje proste wyjaśnienie zatłoczonego, złożonego świata.
Bycie ofiarą jest dziś też jednym z najskuteczniejszych sposobów odzyskiwania znaczenia. W świecie, w którym coraz trudniej cokolwiek kontrolować, status ten daje namiastkę wpływu – prawo do emocji, gniewu i własnej prawdy. Wystarczy poczuć się skrzywdzonym, by zyskać moralną wyższość nad wszystkimi, którzy rzekomo mają się lepiej.
W ten sposób rodzi się nowa forma sprawczości – sprawczość przez bezsilność. Paradoksalna, ale niezwykle atrakcyjna, bo nie wymaga działania, tylko emocji. I może właśnie dlatego tak łatwo rozprzestrzenia się w świecie, w którym realne działanie i wpływ stały się trudniejsze i mniej dostępne niż kiedykolwiek.
Jak rozmawiać i włączać
Zasadniczo jestem zwolennikiem otwartego dialogu z wolnościowcami. Wychodzę z założenia, że milczenie czy ostracyzm to ostateczność, po którą należy sięgać tylko w skrajnych, granicznych sytuacjach. Zamykanie się we własnych bańkach nie buduje mostów, a jedynie utwardza podziały, dlatego co do zasady warto rozmawiać. Jednak sama chęć dialogu nie wystarczy – kluczowa jest jego płaszczyzna. Aby wymiana zdań nie zamieniła się w jałową przepychankę, musimy wiedzieć, które ścieżki prowadzą na manowce.
Nie ma specjalnego sensu rozmawiać z wolnościowcami o przeszłości. W ich narracji przeszłość nie jest faktem, lecz polem do reinterpretacji. Nie warto też rozmawiać o teoriach spiskowych, bo są one narzędziem obronnym – logicznym wehikułem emocji, nie analizą. Dyskutowanie o teoriach spiskowych, „deep state”, „plandemii” czy wyobrażonym zagrożeniu dla własności prywatnej tylko wzmacnia ich przekonanie, że należą do wtajemniczonych. Nie polecam również wdawać się w debaty o rzeczach zupełnie oderwanych od rzeczywistości – takich jak na przykład prymat „prawa naturalnego” nad obowiązującym. W tej przestrzeni logika w ogóle przestaje działać, a fakty są tylko dekoracją dla emocji.
Z mojego doświadczenia, jakikolwiek ideologiczny czy abstrakcyjny kierunek rozmowy z wolnościowcami nie pomaga. W takich dyskusjach staram się być pragmatyczny i sterować wymianą zdań w kierunku nowych rozwiązań. Zamiast debatować o abstrakcyjnej idei wolności i poczuciu zagrożenia lub krzywdy, rozmawiajmy konkretnie: jakie uregulowania chcemy zmienić, w jakim zakresie, kiedy, na czyją korzyść i czyim kosztem.
Dopiero wtedy wolność staje się czymś więcej niż emocją. Staje się odpowiedzialną decyzją – ze wszystkimi jej konsekwencjami. Bo jeśli wolność ma mieć nowy sens, musi istnieć nie tylko w wyobrażeniach i przekonaniach, ale też w rachunku skutków.
Jakub Wojtakajtis
Grafika w nagłówku tekstu: Hello Cdd20 from Pixabay
Taka zmiana polityczna wybiłaby region z Globalnego Południa, zabezpieczając strategiczne „miękkie podbrzusze” Stanów Zjednoczonych.
Niech żyje solidarność robotnicza! Niech żyje wolno-zjednoczona Polska! Niech żyje nasze polskie Zagłębie! Niech żyje Polska – od Ostrawicy aż po Wilno!