„Heweliusz” – antyukładowy Mayday
„Heweliusz” pokazuje, jakim koszmarem jest życie w kraju zdominowanym przez układ.
Miałem nie czytać „W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową” Dawida Kujawy. Od zainteresowania lewicą, przez poirytowanie nią, doszedłem do stanu, w którym mnie to głównie nudzi i męczy. Jednak sięgnąłem po książkę. Z tego jednego jedynego powodu, że zanim na dobre trafiła do odbiorców, została już obsrana w sposób typowy dla obsrywania wszelkiej świeżej i nieszablonowej myśli przez udających lewicę kamerdynerów liberałów. W ścieku pełnym bzdur i pomówień pod adresem książki i autora, wyprodukowanych przez pewnego wyjątkowo namolnego, tępego i podłego trolla, znalazło się to wszystko, co zawiera każdy donos i każda anatema autorstwa „antyfaszystów”. Dawid Kujawa, przez całe swoje publiczne życie związany z lewicą intelektualno-literacką, miał być niemalże drugim Hitlerem, zwolennikiem prześladowania gejów, sojusznikiem Ordo Iuris – i tak dalej, i temu podobne. Pomysłowość i subtelność tego rodzaju wywodów i ich autorów jest od dekad mniej więcej taka sama. I warta tyle samo, czyli zupełnie nic. Mnie wszakże zachęciła do lektury tej książki. A sama książka wywołała trochę refleksji, które tutaj spisałem. Nie jest to typowa recenzja, raczej uwagi a propos zawartości i wymowy książki.
Warto na wstępie podkreślić, że – i dlaczego – jest to rzadki w Polsce przykład książki lewicowej. Nie tylko z lewicą w tytule, nie tylko z lewicą jako tematem rozważań. Dawid Kujawa przede wszystkim stosuje lewicową metodę – tę, która odróżniała nowoczesną lewicę, a przynajmniej jej główny czy jeden z najważniejszych nurtów, od reszty opcji ideowopolitycznych. Autor idzie śladem dwóch brodatych klasyków – z jednej strony w dzisiejszej Polsce bardzo niemodnych i zohydzonych, z drugiej będących obiektem westchnień mikrolewicy, która umieszcza ich na memach i innych wirtualnych sztandarach, niewiele wszakże z ich rozpoznań rozumiejąc, a już na pewno nie stosując w analizie rzeczywistości. Tymczasem Kujawa na serio traktuje materializm historyczny, który mówił, że to przeobrażenia w sferze produkcji (i jej pochodnych) kształtują zarówno namacalną rzeczywistość, jak i świat idei. To nie ideały przekształcają materię. To materia przekształca idee, sposoby myślenia, nasz ogląd świata. Wszyscy znamy stwierdzenie, że byt (społeczny) określa świadomość (społeczną). Wbrew powszechnym potocznym skojarzeniom nie chodzi w nim o fakt, że grubość portfela determinuje sposób myślenia, choć ta ludowa mądrość też ma sens, ale na innej płaszczyźnie. Chodzi o to, jak na nasze postrzeganie świata wpływa struktura społeczno-gospodarcza: sposób produkcji i dystrybucji, posiadanie środków wytwarzania, możliwości generowania zysków i najbardziej lukratywne sposoby ich pomnażania, kluczowe formy zatrudnienia i zarobkowania, układ sił między posiadaczami środków produkcji a tymi, którzy są ich pozbawieni i tak dalej, i temu podobne. Oraz wynikające z tego wszystkiego sposoby bytowania, warunki życia, w tym i to, co jest na pierwszy rzut oka odległe od pracy i produkcji, ale stanowiące ich pochodną, nie wyłączając z tego zbioru nawet rozrywki, masowej i konsumpcji indywidualnej, wielu sfer „prywatności” itp. „Sposób produkcji życia materialnego warunkuje społeczny, polityczny i duchowy proces życia w ogólności”, pisał bardziej znany z brodaczy.
Dawid Kujawa jest uzbrojony w klawiaturę i w materializm historyczny – i oba te oręża kieruje w stronę współczesnej lewicy. Jest to książka wobec współczesnej lewicy i lewicowości jawnie krytyczna, a zarazem dość chłodno-analityczna. Autor ukazuje, jak w tej, owszem, marnej i zdegenerowanej lewicy zaledwie odbijają się realia współczesnych gospodarek, sposobów produkcji, rozwoju sił wytwórczych oraz pochodne tego wszystkiego. Jak, gdyby chcieć to oceniać w kategoriach moralnych, współsprawca jest tu zarazem ofiarą – ulega fatalnym tendencjom, ale owe tendencje są przemożne. Książka mówi przede wszystkim o obecnej fazie kapitalizmu i jej wpływie na wszystkich, niezależnie od deklarowanych poglądów. Owa faza polega na kolonizowaniu kolejnych sfer rzeczywistości. O ile jednak dotychczasowa ekspansja kapitału dotyczyła głównie dosłownie pojmowanej materii i terytoriów, stanowiących to, co Róża Luksemburg określała mianem „zewnętrza”, o tyle obecnie, jak przekonuje Kujawa, „zewnętrze pełne cennych surowców wcale nie musi mieć wymiaru geograficznego ani ekstensywnego. Może istnieć w szczelinach dnia powszedniego, w naszych ogniskach domowych, w gestach życzliwości, w uściskach dłoni, pocałunkach i modlitwach. W minionym stuleciu nawet najbardziej wnikliwi marksiści nie byli w stanie wyobrazić sobie rozmachu, z jakim kapitał nauczy się podporządkowywać sobie to, co do tej pory stanowiło niedostępną mu domenę intensywności – ludzkie wnętrze”.
Oczywiście teza o tym, że kapitał coraz bardziej próbuje i potrafi kolonizować następne i następne, w tym niematerialne i niewymierne obszary życia, nie jest nowa i odkrywcza. Przykładami można sypać z rękawa – czy będą to rozmaite przejawy „kontrkultury” i „buntu” ostatnich dekad, czy „nowoczesne” i „emancypacyjne” przeobrażenia w stylu życia, czy też, dla odmiany, westchnienia za „starymi dobrymi czasami” i rozmaite formy nostalgii i retromanii. Na pewno świeże jest natomiast opisanie pełni tego procesu przez Kujawę i dobitne wykazanie, jak nie tylko uwikłana, ale i turbodoładowująca to wszystko jest obecna lewica. Dawne zapędy kolonizatorskie miały na podorędziu nierzadko idee czy to wprost prawicowe czy przynajmniej elitarno-mainstreamowe – od imperializmu i nacjonalizmów po misję „cywilizowania” innych ludzi i obszarów. Natomiast dzisiejsza faza, kolonizowanie ludzkich myśli i „dusz”, dokonuje się w zgodzie z ideałami i przy współpracy obecnej lewicy. Tej, która chciała wyzwalać jednostkę z wszystkiego, szczególnie z tego, co rzekomo archaiczne, opresyjne, skostniałe, staroświeckie, dominujące czy po prostu większościowe. Jak pisze Kujawa, „Nawet najbardziej efemeryczne zjawiska w mgnieniu oka mogą się zmienić się w towar, gdy tylko pozwolą na to wciąż poszerzane i rozszczelniane normy kulturowe”.
Pobrzmiewa tu konserwatyzm? Być może. Tyle że, czego lewica odmawia przyjąć do wiadomości, dzisiejsze elity kapitału to już dawno nie są wiktoriańscy moralizatorzy, którzy może i lubili oddawać się rozmaitym „grzechom” i „zwyrodnieniom” w zaciszu willi i pałaców, ale na pokaz głosili ideały „prawa i porządku” oraz „tradycji”. Dziś „wyzwolenie” z wszelkich więzi, zobowiązań, schematów, uwikłań i czegokolwiek innego, co jakoby krępuje jednostki, głoszą wielkokapitalistyczne elity, to niemal oficjalna ideologia współczesnego systemu gospodarczego. Gdy jakiś Trump – bogacz i zarazem prawicowy moralista pomstujący na „woke” – spadnie dzisiejszym „radykałom” z nieba, pozwalając uwiarygodnić ich wywody, że trzeba walczyć z konserwatywnym i opresyjnym systemem, to w centralach gigantycznych koncernów i w liberalnej elicie władzy wszelakiej (polityka, forsa, media, kultura itd.) mało kto głosi pochwały „tradycyjnych wartości”, wręcz przeciwnie. Nawet tych kilku świeżego chowu „konserwatystów” (w rzeczywistości tandetno-nietzscheańskich zdziczalców) i zarazem miliarderów z otoczenia prezydenta USA, dałoby sobie z tym spokój, gdyby zupełnie hipotetyczne cokolwiek sprawiło, że zyski finansowych drapieżników przestaną się zgadzać, bo ludzie zaczną żyć wedle rzeczywiście konserwatywnego wzorca.
„Dyskurs emancypacyjny”, jak nazywa to dzisiejsza lewica, jest obecnie dyskursem elit posiadania i dyskursem hiperkapitalizmu. W przejmowaniu i monetyzowaniu rozmaitych sfer rzeczywistości przez kapitał nie byłoby niczego nowego, gdyby nie tak chętna kolaboracja lewicy w tym dziele. Obecny system, kuszący obietnicą racjonalności, wydajności i policzalności, napotyka tu lewicowość zakorzenioną w paradygmacie oświeceniowym i w bodaj najbardziej jałowej części dziedzictwa marksizmu, jaką był determinizm dziejowy sprzężony z niemal kultem postępu technologicznego i rozwoju sił wytwórczych oraz z przekonaniem, że nawet jeśli „racjonalne” i „produktywne” nowe nie jest z zasady lepsze niż stare, to przynajmniej może stanowić wehikuł postępu i emancypacji. Niszowym współczesnym wizjom mówiącym o „luksusowym zautomatyzowanym komunizmie” towarzyszy tymczasem coraz bardziej zautomatyzowany ultrakapitalizm, który oferuje luksusy jedynie przepotężnej elicie kapitału, a okruchy z tego stołu spadają ku kłębiącym się pod nim współczesnym „lewakom”. Bezlitośnie eksploatowanym masom nie zostaje z tego nic, bo dzisiaj, w trzeciej dekadzie XXI stulecia, trudno mówić o poprawie całokształtu sytuacji bytowej, skoro gadżety technologiczne czy dostęp do śmieciowej rozrywki są okupione brakiem szans np. na własne skromne mieszkanie w przystępnej cenie. Gdy przed laty Neil Postman pisał „Zabawić się na śmierć”, miał na myśli tylko bezprecedensową ekspansję masowej tandetnej rozrywki. Dzisiaj to natomiast rzeczywistość, w której każdego stać na nieustanne ćpanie streamingów muzyki, filmów, wydarzeń sportowych i wielu innych spraw, czy to z działki kultury masowej i mainstreamu, czy z wszelakich nisz – ale zarazem całe życie harujemy na kredyt na klitkę, a gdy go spłacimy, zacznie się spłata kredytu na leczenie wraka człowieka zamieszkującego w klitce; klitka będzie zabezpieczeniem owego kredytu.
Tu warto się zatrzymać i powiedzieć nieco o formie. Książka ma 160 stron, ale syntetycznie omawia wiele wątków. Nieprzegadany sposób opisu i analizy, momentami niemal aforystyczny styl, prawie brak rozwlekłych passusów, cytowania ograniczone do minimum. Dałoby się jeszcze trochę popracować nad (nie)obecnością ideowopolitycznego żargonu, aczkolwiek po takie pozycje raczej nie sięga ktoś, kto nie byłby choć trochę zaznajomiony z tematem i formą. To kulturalna, złagodzona i niejadowita wersja pamfletu. Kujawa prezentuje tok rozumowania i argumentację współczesnej lewicy, by następnie, czasem za pomocą logiki, czasem przykładem lub porównaniem, zwykle krótko i konkretnie, bywa że zaledwie kilkoma zdaniami – ukazać fałsz takiego stanowiska, jego uwikłania w interesy kapitału czy całkowite rozmijanie się z historycznymi ideałami lewicy.
Autor zamachnął się na wiele świętości współczesnej lewicy, czy raczej: środowisk postępowo-liberalno-lewicowych. Na przykład na „kulturę terapeutyczną” i powszechność (samo)diagnozowania czy farmakologicznego leczenia/łagodzenia rozmaitych zjawisk mentalnych. Albo na mindfulness, praktykowanie „uważności” i inne tego rodzaju trendy. Pokazuje on, jak za wieloma tego rodzaju postawami i problemami stoją narcyzm albo jak wiele z nich jest tylko skomercjalizowaną reakcją na rozpad więzi społecznych, w tym takich, które zostały zerwane przez ludzi skoncentrowanych na sobie tak bardzo, że właściwie w ich życiu nie ma miejscu na kogoś jeszcze i na cokolwiek trwałego i wymagającego choć drobnego powściągnięcia ego. Takie indywidua cechuje wręcz bezgraniczna delikatność, którą urazić może niemal wszystko. Przyczyną rozmaitych form narcyzmu jest m.in. uzależnienie od mediów społecznościowych i poklasku w nich.
Nie są to jednak narzekania dziadersa, który pomstuje, że kiedyś to były czasy, a dziś nie ma czasów, że dzisiejsza młodzież coś tam coś tam ple ple ple i że trzeba być twardym, a nie miękkim. Kujawa łączy owe zjawiska i epidemię takich cech osobowościowych z faktem, jak żyjemy i jak pracujemy w obecnej fazie kapitalizmu. W samotności, tkwiąc po uszy w kulturze nieustannej dostępności i oceniania, angażując wiele cech i sfer osobowości, które niegdyś były „poza tym wszystkim”. Każde kliknięcie, każde skrolowanie, każdy ruch oka to dzisiaj nierzadko jakaś forma pracy czy aktywności monetyzowalnej. Jednocześnie autor wskazuje, że kapitałowi wygodniej jest indywidualizować wszelkie wynikające stąd problemy i w ogóle wszelkie skutki owego systemu. Spychać na jednostki odpowiedzialność za przeżywanie negatywnych zjawisk społecznych. Od jednostek wymagać terapeutyzowania samych siebie i bycia wciąż produktywnymi. Lukratywne dla niego są także oferowane ofiarom środki farmaceutyczne czy terapie. Wiele naszych aktywności, choć są promowane pod szyldem samorozwoju, przypomina raczej wytresowanie do roli pieczołowitego autokonserwatora pojedynczego trybiku w maszynerii składającej się z milionów i miliardów tyrających, nieraz bezwiednie, na gigantyczne zyski garstki. Kultura terapeutyczna zastępuje zarówno „staroświecką” religię, jak i nowocześniejszy etos życia indywidualnego i zbiorowego w jego różnych formach (miłość, przyjaźń, koleżeństwo, współpraca, solidarności itd.), tyle że to zastępstwo ma formę skomercjalizowaną, a jego produkt stanowi człowiek w postaci skrajnie indywidualistycznej. Gotowy w imię swojego „ja” zerwać wszelkie więzi pod byle pretekstem w imię złudnej obietnicy osiągnięcia indywidualnego szczęścia i spełnienia. To trend szkodliwy społecznie, dewastujący wszelkie więzi i struktury (a zatem także potencjalne formy zbiorowego oporu), ale także jednostkowo. Lewica, zamiast zdemaskować ten cyniczny i szkodliwy proces i proceder, wręcz przyklaskuje takim tendencjom.
„Lewica przeciera szlaki, którymi podąża później kapitał, twierdząc przy tym, że działa na rzecz wyzwolenia uciśnionych. Często wręcz żąda utowarowienia nieskażonych jeszcze sfer życia, stawiając marksizm na głowie” – pisze Kujawa. Coraz trudniej odróżnić, kto tu jest kim – zwolennikiem ultrakapitalizmu czy krytykiem tego systemu. Lewica w imię jednostkowych swobód i zachcianek, traktując wszelkie ograniczenia czy wątpliwości w tej kwestii jako konserwatywne i opresyjne, stanowi w rozmaitych sferach wręcz awangardę utowarowienia i komercjalizacji. Choćby wtedy, gdy przyklaskuje kolejnym formom seks-biznesu, przedstawiając różne postaci prostytucji jako pracę taką, jak każda inna, a nawet domyślnie lepsza, gdy ogłasza, że to dobrowolny, świadomie wybrany i „samorealizacyjny” sposób zarobkowania; ba, wedle orędowników mają one jakoby uderzać w patriarchalny kapitalizm. Kujawa celnie zauważa, że w kapitalizmie żadna forma zarobkowania nie jest tak naprawdę dobrowolna, bo my wszyscy, ludzie bez kapitału, pracujemy pod przymusem zarobienia na chleb i inne podstawy bytowania. Tyle że w tym przypadku adeptki owego „zawodu” i ich stronnicy gardłują za sprzedażą tego, co dotychczas było dla utowarowienia i kapitału niedostępne, a przynajmniej nie w sposób formalny, oficjalny i wychwalany przez lewicę. Natomiast patriarchalny kapitalizm ucieszy dostawa kolejnego żywego towaru do przemielenia. Kiedyś mielił go w jawnych fabrykach i w pokątnych burdelach, a dzisiaj, nie rezygnując z tamtych pól eksploatacji, czyni to także w pornokamerkach, agencjach eskortek i only fansach. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że za dekadę czy dwie „wyzwolenie” wedle takiej lewicy obejmie sprzedaż własnych narządów. Bo pochwała wynajmu macic/surogacji to w tych kręgach kwestia raczej kilku lat.
Majakowski z emfazą i przesadą oraz niosąc w tych słowach zapowiedź złowieszczych czasów czystek i gułagów pisał, że jednostka zerem, jednostka niczym. Natomiast dzisiejsza lewica odrzuca wszelki (a właściwie niemal wszelki, jak zobaczymy za chwilę) zbiorowy wspólny mianownik, stanowiąc zaprzeczenie jednego z fundamentów historycznej lewicowości. Jednostka jest dla niej właściwie wszystkim. Każda swoboda, a właściwie każdy kaprys jednostki to wartość nadrzędna, gdy chodzi o coś robionego wbrew dotychczasowej normie społecznej – nowe jest w tej optyce niemal z zasady dobre, bo nie jest stare, gdyż stare jest z zasady zacofane i opresyjne. Nie padają tu pytania o społeczny wymiar jakichś postaw, o ich skutki zbiorowe. Zresztą o skutki jednostkowe też nie. Jest Stanisława Brzozowskiego spadkobiercą Dawid Kujawa, gdy wskazuje (a przynajmniej tak mi się wydaje), że – teraz przecież bardziej niż 130 lat temu w czasach „Płomieni” – tym, czego potrzebuje lewica w świecie, w którym można i należy niemal wszystko, bo niemal wszystko obraca się na potęgę kapitału, jest powrót do zbiorowej moralności, reguł, wymagań, oczekiwań, wartościowania rozmaitych postaw bez ciągłych obaw, że naruszy to czyjeś kruchutkie kapryśne ego. Pytanie, czy to jeszcze możliwe – na gruncie takich ideałów, takiej struktury społecznej lewicowców i w realiach gospodarczych dewastujących wiele spoiw życia zbiorowego.
Bez tego i w obliczu dewastacyjnego wpływu hiperkapitalizmu trudno się jednak dziwić, że w kwestii personalnej środowiska współczesnej lewicy są ponadprzeciętnie nasycone osobnikami zaburzonymi, toksycznymi, bardzo szybko „wypalonymi” i na różne sposoby samosponiewieranymi. Oczywiście częściowo dlatego, że lewica przyciąga tego typu osoby, oferując im safe spaces, jakich nie otrzymałyby gdzie indziej; wszakże również i dlatego, że specyficzna kultura i porządek normatywny takich środowisk wpędzają jednostki (zazwyczaj bardzo młode i mało doświadczone) w niekorzystne stany psychiczne lub pogłębiają u nich takie problemy i skłonności.
Jedyny „kolektywizm”, jaki zna i praktykuje ta lewica, powstaje na styku hiperkapitalistycznego sposobu produkcji i stylu życia (samotność, indywidualizm, spędzanie czasu niemal wyłącznie on line), korzystnych dla niego praktyk utowarowienia („kultura terapeutyczna” prowadząca do hiperwrażliwości, egocentryzmu, narcyzmu i zrywania wszelkich więzi subiektywnie krępujących) oraz pieczołowicie konstruowanych „polityk tożsamości”, przybierających, jak zauważa Kujawa, formy podziału, radykalizowania się i segregacji na coraz mniejsze i bardziej ortodoksyjne podgrupy w łonie tej, nielicznej i marginalnej przecież, lewicy. Co może utrzymać razem tak bez(w)ładnie dryfujące monady zapatrzone w siebie? Wspólny wróg. A najbardziej wróg wewnętrzny. Polowania na czarownice oraz jednoczesne kultywowanie statusu ofiary są w tym środowisku na porządku dziennym. Mamy więc stadne nagonki na nie dość ortodoksyjnych „towarzyszy”, którzy zawinili taką czy inną słowozbrodnią natury ponoć faszystowskiej (choć z historycznym faszyzmem pozostającą bez najmniejszego związku), zazwyczaj po prostu nie nadążając za kolejnymi tożsamościowymi modami i trendami, albo urażając czyjeś delikatne ego jakąś „mikroagresją”. Mechanizm podpalania wirtualnych stosów znowu jest zakorzeniony w postaci obecnego kapitalizmu i takich jego emanacjach, jak media społecznościowe. Ich całkowicie intencjonalnie stworzona i „udoskonalana” postać bazuje na podkręcaniu negatywnych emocji. Efekt tego procederu indywidualnie gratyfikuje podobne zachowania – zarówno satysfakcją psychiczną inkwizytorów, jak i budowaniem w oczach innych uczestników mikrośrodowiska wizerunku człowieka lepszego niż zaatakowani i potępieni przez niego. Skoro zwalcza faszyzm, patriarchat i transfobię, to przecież może być totalnym skurwysynem czy bananowym próżniakiem, a i tak dostanie poklask, lans i hajs – czyli to, co w indywidualistyczno-rynkowym społeczeństwie kluczowe.
To wszystko daje efekt koszmarny. Całkowite uwikłanie i utożsamienie się z hiperkapitalizmem, nawet jeśli dokonywane w sztafażu ultralewackich i radykalnych frazesów. W dodatku w wykonaniu osób, które, gdy mowa o szeregowych adeptach takich postaw, bywają ofiarami tegoż kapitalizmu, tyle że mniej świadomymi owego faktu nawet niż ma to miejsce w przypadku takich zwolenników Korwina, Mentzena i Brauna, którym nikt nie zaoferował etatu, lecz zmusił do założenia JDG, w efekcie tworząc zastępy gołodupców chcących jeszcze więcej rozwiązań czyniących z nich właśnie gołodupców. Socjalistyczne wartości na sztandarach, ale zaprzęgnięte w służbę ultrakapitalistycznego utowarowienia i komercyjnego traktowania niemal wszystkiego. Absolutny indywidualizm i egocentryzm maskowane przynależnością do grupy, której jedynym spoiwem są toksyczne sekciarstwo i nienawistne nagonki. Kultywowanie „różnic” i „tożsamości” coraz bardziej groteskowych, dziwacznych, antypatycznych i z pogranicza zaburzeń, co przekłada się nie tylko na werbalizowany dystans wobec „normików” jakoby nie dość świadomych w kwestii tego, co jest światłe i wyzwalające, ale i na obiektywną niemożliwość i niezdolność do jakiegokolwiek sojuszu z nimi.
Zresztą narcyzm pożeniony z klimatem sekciarskich mikrogrupek wytwarza tu samozwańczy elitaryzm i spoglądanie na „ciemniaków” z bardzo wysoka. I jeszcze struktura społeczna tego środowiska, która jest dość elitarna i stanowi syntezę niezłego kapitału finansowego ze znakomitym kapitałem kulturowym – poczynając od pracowników uniwersyteckich, przez ludzi z organizacji pozarządowych i sfery kultury, a kończąc na dobrze płatnych nowoczesnych profesjach, nierzadko „nerdowskich”, oraz na próżniaczych bananowych dzieciach, którym zamożni rodzice fundują „lewackie” wyszumienie się jako „samorealizację”. To jeszcze bardziej pogłębia przepaść między awangardą a maruderami „postępu”, tym mocniej pchając deklaratywnych ultralewicowców w objęcia świata kapitału. Gdy adeptami takiej lewicowości zostają – coraz rzadziej przecież – osoby z niższych klas społecznych, to zazwyczaj są to uciekinierzy z nich. Ludzie, którzy przyswajają, nierzadko w neofickim natężeniu, wartości, język i identyfikacje „awangardowych” odłamów klas wyższych, widząc szanse na indywidualny awans społeczny, karierę i środowiskowy splendor w wyrzeczeniu się czy wręcz potępianiu wartości świata „normików”.
Tych ostatnich zresztą chętnie oskarża się o to, że nie tylko kulturowo, ale i politycznie są jakoby marni i durni, gdy w kulturze hiperindywidualizmu i promowania jednostkowej sprawczości robią dokładnie to samo, co liberalni lewicowcy, tyle że czynią tak w sposób niemodny. Na przykład głosując na ugrupowania konserwatywno-wolnorynkowe i wierząc w przekaz, że więcej pieniędzy w kieszeni, a mniej podatków polepszy ich sytuację. Bo, w istocie, doraźnie polepszy, a ludzie żyjący z dnia na dzień prędzej najedzą się za to, co im zostanie w kieszeni, niż wykarmią siebie i rodziny ultralewackim frazesem, który w żadnej mierze nie narusza hegemonii i podłości hiperkapitalizmu. Gdy liberalni lewicowcy, zazwyczaj żyjący wygodnie i uzbrojeni w niezwykle ponoć mądre teorie (no, powiedzmy, zazwyczaj chodzi o memy z Marksem i Luksemburg, nie o uważną lekturę Marksa i Luksemburg) kolaborują z wielkim kapitałem i jego „wartościami”, gdy kultywują egoizm i indywidualizm, gdy rezygnują z ideałów braterstwa, z solidarności i z empatii wobec słabszych, a w najlepszym razie czynią z tego puste gesty – jest to właściwie niedyskutowalna postawa indywidualna i domyślny etos środowiska. Gdy w tym samym czasie najsłabsi szukają po omacku jakiejkolwiek nadziei, poddani dekadom prorynkowej narracji i nierzadko przymusowo przekształcani w „przedsiębiorców bez przedsiębiorstw”, głosując na rynkową prawicę czy na prawicę socjalną – są ciemniakami o „fałszywej świadomości”, niewartymi uwagi, wartymi pogardy, ludźmi zacofanymi, z którymi lepiej nie mieć nic wspólnego, a właściwie to nawet powinno się ich obrażać w ramach grupowych rytuałów cementujących mikrośrodowiska „czerwonych radykałów”.
No dobrze, a teraz odpowiedzmy na pytanie, czy autor „W myśl praw geometrii” jest kryptofaszystą. Odpowiedź brzmi: Dawid Kujawa nie jest kryptofaszystą. Nie jest nim ze względu na metodę analityczną, bowiem przyczyn problemów społecznych szuka on w materii i kapitalizmie, w procesach społecznych, nie zaś w spiskach, knowaniach jakichś „obcych” i w „zwyrodnieniu” postaw ludzkich. Nie jest nim z identyfikacji, bo Kujawa wprost i wielokrotnie stwierdza, iż nawet pewne punkty styczne jego analiz czy ocen z tymi formułowanymi przez prawicę są tyleż przypadkowe, ile mają zupełnie inne punkty wyjścia („Konserwatyści częstokroć widzą […] przyczynę problemu tam, gdzie mamy do czynienia ze skutkiem”). Tu zresztą warto dodać, że takie tropienie „podobieństw do prawicy” niezwykle porusza tropicieli i ich publikę, ale dziwnym, a raczej wcale nie dziwnym trafem nie zadziwia, nie oburza i nie emocjonuje ich własne podobieństwo do liberałów, w tym do hiperbogatych i ultrawyzyskowych postaci czy środowisk. Im bardziej jakiś „lewak” czy „socjalista” tropią kryptofaszyzm i kryptoprawicowość, tym chętniej i jawniej jedzą ultraliberałom z ręki lub wręcz są na ich tłustym payrollu.
Kujawa nie jest kryptofaszystą także z racji systemu wyznawanych wartości i wizji projektu politycznego. W zasadzie polityczna wymowa książki to wizja lewicowości nowoczesnej, ale sprzed jej najnowszej ewolucji, jaką jest całkowita akceptacja, a wręcz awangardyzm w kwestii głoszenia wartości hiperkapitalistycznych. Autor „W myśl praw geometrii” traktuje serio to, co jeszcze niedawno było na sztandarach lewicy i niejako domaga się, aby i ona potraktowała serio swoje hasła z ostatnich dekad. Akceptuje dziedzictwo roku ‘68. Dopomina się o postawę zwaną intersekcjonalizmem (zajmujmy się i robotnikami, i gejami, i walką z wyzyskiem i wspieraniem feminizmu itd.) i o to, aby nie porzucać jej na rzecz indywidualistycznej polityki tożsamości, za to wziąć się na poważnie za oba człony, także ten socjalno-pracowniczy.
W zasadzie można by tę książkę streścić hasłem: „nowa lewica tak, wypaczenia nie”. Gdyby wziąć poprawkę na inny kontekst czasowy i polityczny oraz inne punkty odniesienia, należałoby uznać, że Kujawa pisze w duchu podobnym do części myślicieli szkoły frankfurckiej i okolic. Nawet tam, gdzie jego wizje wydają się zbliżać do prawicy, jak w kwestiach wiary, romantyzmu, dystansowania się od płaskiego racjonalizmu i kultu ideałów oświeceniowych czy od czołobitności wobec rozwoju technologicznego, tylko toporny tłuk lub cyniczny propagandysta doszukają się prawicowości, faszyzmu, Ordo Iuris i czego tam jeszcze. W rzeczywistości wiele rozpoznań zawartych w książce jest podobnych do tego, co proponowali Erich Fromm (szczególnie właśnie on w swoich tekstach z lat mniej więcej 1965-1975), Herbert Marcuse czy Charles A. Reich, nie wspominając o mniej znanych nowolewicowych postaciach i środowiskach.
O co więc tyle hałasu? Książka Kujawy uderza nie tylko w rdzeń postaw „jeszcze nowszej lewicy”, ukazując jej bliskość i kolaborację z hiperkapitalizmem oraz zupełnie chybione diagnozy i recepty. W roku 2025 czy 2026 uderza ona także w świeżutką, za to nachalną modę na „lewicowanie”. Polska ostatniej dekady stała się krajem na tyle zamożnym i na tyle „zsieciowanym” z trendami globalnymi, że już istnieje tutaj rezerwuar sporych korzyści materialnych i symbolicznych z „lewakowania”. Przy czym z racji długofalowej słabości krajowej lewicy nie obejmuje to nawet takich resztek etosu socjalnego, jaki „jeszcze nowszej lewicy” z Francji czy USA dają szczątkowe relacje ze środowiskami pracowniczymi, związkowymi itp. W Polsce, gdzie hegemonia neoliberalizmu była silniejsza i dłuższa niż na Zachodzie, nakłada się na to jeszcze czynnik generacyjny. Przybiera postać konfliktu pokoleń zarówno wewnętrznego, gdy bananowe dzieci „lewakują” przeciwko balcerowiczowskim zamożnym rodzicom, jak i mającego wymiar publiczny, gdy pod hasłami „lewicowania”, a nawet „demokratycznego socjalizmu” młode i mniej młode wilki próbują zdetronizować balcerowiczowskich boomerów i zająć ich lukratywne miejsca w mediach, na uczelniach, w komentariacie, polityce, sektorze kultury i w okolicach tego wszystkiego. Kujawa tymczasem celnie pokazuje, iż jest to kłótnia w rodzinie współczesnego kapitalizmu, a faktyczne ofiary tego systemu nie mają dosłownie nic z takiej fali „lewakowania”, a nierzadko wręcz dostają nim, jak pałką, po głowie.
Czy oznacza to, że Dawid Kujawa ma rację? Autor „W myśl praw geometrii” precyzyjnie wskazuje, jak lewica się degenerowała, jak pewne jej obietnice z okolic 1968 roku okazywały się fałszywe czy naiwne oraz jak kapitalizm żywił się nimi na swój pożytek i na szkodę społeczeństwa. Widzi, że „intersekcjonalna” lewicowość okazywała się fikcją, bo jej adepci są na serio zainteresowani tylko sekcją „obyczajówki”, a sprawy socjalno-pracownicze albo lekceważyli, albo wręcz porzucili, opluwając przy tym „ciemnych roboli”. Dostrzega, że obecna faza kapitalizmu wytwarza takie ideologie, postawy i stany świadomości społecznej, w których nawet rachityczny i trudny dotychczas sojusz „ludu” i „awangardy” traci w zasadzie rację bytu, bo nie ma punktów stycznych między tymi grupami. A zarazem Dawid Kujawa nierzadko brzmi tak, jak gdyby chciał to wszystko odnowić i nadać werwę lewicowości sprzed niedawnej fali intelektualnego, moralnego i politycznego upadku. Robi to uczciwie, bez fanatyzmu, przemilczania słabości tej opcji, bez sekciarstwa i namolności typowych dla wielu dzisiejszych „lewaków”. Ale robi.
Są to słowa i życzenia przeciwko ogromnej sile nacisku materii i przeciwko współczesnemu podziałowi klasowemu, w którym pod szyldem lewicy gromadzą się ludzie odlegli o lata świetlne od „ludu”, jego wartości i sposobów bytowania. Nie sądzę też, aby diagnoza i propozycja niegdyś nowo-, a dzisiaj już dość starolewicowe, stanowiące pokłosie roku 1968, były kiedykolwiek naprawdę sensowne. Jakkolwiek „rewolta” ’68 nie miała nic wspólnego z wizją spisku rodem z prawicowej teorii o „lewackim zamachu na cywilizację”, to miała ona wątpliwe sens i podstawy już na starcie, zanim kapitał przemielił jej hasła na swoją korzyść.
Owszem, świat tamtej epoki mógł się jawić zbuntowanej młodzieży jako nudny, monotonny, jako świat dziadersów, ich rodziców (choć nie przesadzajmy z utożsamianiem ogółu uczestników „rewolty” z ludźmi z klasy pracującej), którzy w fabryce uciułali na domek podmiejski, telewizor, samochód i wczasy nad morzem – i to by było na tyle przez dekady powtarzalnej, żmudnej pracy. Świat ten był jednak osiągnięciem epokowym na tle dotychczasowego życia robotniczego. Jak celnie zauważał George Orwell już w latach trzydziestych, do realnych robotników nie trafia doktrynerska wizja socjalizmu jako zupełnie nowego i nowatorskiego ustroju rodem z utopijnych scenariuszy o obfitości, nieróbstwie i fanaberiach. Kusząca jest dla nich natomiast taka wizja socjalizmu, w której dotychczasowemu stylowi bytowania – życiu rodzinnemu, przesiadywaniu w pubie, chodzeniu na mecze itp. – towarzyszyłoby wyeliminowanie dotychczasowych bolączek: ubóstwa, złych warunków mieszkaniowych, groźby bezrobocia, wyzysku itd.
Co nawet ważniejsze: ten dawny świat powojennej „nudnej” stabilizacji jest nieosiągalny dla robotnika dzisiejszego, dla ludzi pracy w epoce neoliberalizmu. Tamten świat był rzecz jasna daleki od ideału z punktu widzenia rozmaitych grup pojmowanych nieklasowo: kobiet, mniejszości seksualnych czy etnicznych itp. Nie trzeba nawet być lewakiem, aby to dostrzec. Ale świat obecny, ten sam świat, który zaoferował najemnej sile roboczej restytucję piekła wyzysku, eksploatacji, kurczenia się praw pracowniczych, jest zarazem światem znacznego polepszenia sytuacji formalnoprawnej, kulturowej, symbolicznej itp. kobiet, mniejszości i innych grup niegdyś lekceważonych, marginalizowanych czy prześladowanych.
Można rzecz jasna argumentować, że jeśli jest się kobietą-robotnicą czy gejem-pracownikiem, to wciąż doświadcza się opresji. Tyle że w takich przypadkach jest to głównie opresja klasowa, a nie kulturowo-tożsamościowa, zatem na nic tu „intersekcjonalizm”. Paradoksalnie to właśnie dzisiaj, w epoce neoliberalizmu i dewastacji szeregu zdobyczy pracowniczych, znacznie bardziej potrzebujemy lewicy czy w ogóle opcji socjalnej działającej na rzecz świata pracy niż miało to miejsce w czasach powojennej „złotej trzydziestki”. A zarazem mówienie jednocześnie o prawach robotników, gejów, kobiet i ludzi innych ras miało(by) więcej sensu w czasach dzikiego kapitalizmu i jednoczesnych prześladowań Oscara Wilde’a czy braku praw wyborczych dla kobiet czy praw cywilnych dla Afroamerykanów. Jeszcze w okolicach roku 1968 można było wskazywać na wielorakość systemowej opresji, ale i wtedy był to głównie konstrukt intelektualny, nie zaś coś masowo przeżywanego. Z tej prostej przyczyny, że opresja klasowa ma inny wymiar, charakter i płaszczyzny niż pozostałe formy opresji. Jak obserwujemy właściwie na żywo, w tym nieustającym streamingu rzeczywistości, w systemie kapitalistycznym można z większą czy mniejszą trudnością i w rozmaitym tempie, ale jednak wywalczać prawa i swobody kulturowe właściwie na stałe czy długofalowo. A zarazem ów system nieustannie, uporczywie, tyleż zajadle, ile z precyzją szwajcarskiego zegarka dąży do przywrócenia wyzysku świata pracy i zdławienia jego choćby tylko cząstkowych zdobyczy. Bo sednem i sensem systemu kapitalistycznego jest właśnie wyzysk świata pracy, nie zaś opresja kobiet, mniejszości seksualnych czy etnicznych. Ten drugi rodzaj wyzysku może czasami iść w parze z kapitalizmem, jak w XIX wieku, a może też być mu całkowicie obojętny, a nawet niekompatybilny z maksymalizacją zysków, jak obecnie. Nie jest on w żadnej mierze warunkiem sine qua non istnienia tego systemu ekonomicznego. Nie ma natomiast kapitalizmu bez wyzysku świata pracy.
Sumowanie rozmaitych form opresji obiektywnej (czy tej subiektywnie odczuwanej) w imię rzekomego zsumowania rozmaitych form, płaszczyzn i potencjałów oporu nie jest poszerzaniem pola walki, lecz, mówiąc wprost, zawracaniem głowy i rozmywaniem sedna kapitalistycznej matni. Rozmywaniem, które prowadzi do sytuacji obecnej, w której gdzieś na marginesie myśli, a przede wszystkim praktyki lewicowej i rzeczywistych emocji tego środowiska ląduje problematyka świata pracy, a wręcz okazuje się, że na „roboli” można i należy się całkiem wypiąć, skoro nie są dość nowocześni i empatyczni wobec dowolnego i dowolnie marginalnego konstruktu tożsamościowego, jeśli tylko jest on obiektem zainteresowań i akceptacji współczesnych lewicowców.
Kolejne, coraz bardziej niszowe „proletariaty zastępcze”, posłużyły nie do poszerzenia skali i zakresu pracowniczego oporu, lecz do jego zmarginalizowania w priorytetach lewicy. Stéphane Beaud i Michel Pialoux świetnie opisali to w monumentalnej pracy „Powrót do kwestii robotniczej”, opartej na wieloletnich solidnych badaniach terenowych w dawnym czerwonym bastionie: fabryce Peugeota i robotniczej społeczności skupionej wokół niej w Sochaux. Im bardziej lewica była zainteresowana imigrantami, antyrasizmem, tolerancją itd., tym mniej zajmowali ją robotnicy; im bardziej postępowa elita nadawała ton mediom, przekazom kulturalnym, literaturze itp., tym mniej reprezentowani byli tymi kanałami robotnicy i ich problemy, tym bardziej egzotycznym zwierzęciem stawali się oni w debacie publicznej.
Lata i dekady „intersekcjonalizmu” nie przyniosły żadnych poważnych sojuszów. Kujawa przypomina w swej książce film „Pride” (pol. „Dumni i wściekli”), nawiązując do gremialnego na polskiej lewicy wiwatowania z powodu zwolnienia z pracy przez postępowy koncern Ikea jednego z pracowników za poglądy homofobiczne. Zostawmy ten wątek, bowiem znacznie ciekawszy i bardziej wymowny jest inny. Film, oparty na faktach, opowiada o tym, jak ekipa londyńskich gejów wsparła górnicze strajki przeciwko antyprzemysłowej i neoliberalnej polityce Thatcher; w ramach zwrotnej solidarności zastępy górników przyjechały do Londynu wesprzeć demonstrację mniejszości seksualnych. „Pride” był obiektem zachwytów polskiej lewicy jej obecnej fali. Pomijając już to, kto pierwszy przyjechał do kogo, ważniejsze jest, iż mamy rok 2026 i w imię pseudoekologicznej „zielonej terapii szokowej” właśnie dewastowane jest polskie górnictwo i związane z nim społeczności. Z użyciem mikroskopu nie dostrzeżemy akcji solidarnościowych polskich mniejszości seksualnych i polskich hardych lewaków pod kopalniami Silesia, pod zakładami Jastrzębskiej Spółki Węglowej itd. Nawiasem mówiąc prekursorką używania wywodów o ekologii i ochronie klimatu do uderzenia w przemysł, zorganizowaną klasę robotniczą i jej społeczności była właśnie Thatcher.
Jest w książce Kujawy kilka takich momentów, które zarazem dotykają tej kwestii, jak i nieco ją omijają. Na przykład gdy pisze on, iż „Nikt nie podejrzewał, że kulturowy libertarianizm dzieci kwiatów okaże się jakkolwiek kompatybilny z niezwykle drapieżnym systemem gospodarczym – z libertarianizmem ekonomicznym Ludwiga von Misesa i Friedricha Augusta von Hayeka”. Rzecz w tym, że niejeden podejrzewał, a nawet się z tą kompatybilnością nie kryto. To późniejsza lewicowa narracja skrzętnie skrywała takie fakty w imię idealizowania owej „rewolty” i uzasadniania sensu wizji sojuszu robotników z buntowniczą młodzieżą. Lata owej „rewolty” w USA to nie tylko fascynacje lewicowe czy „postępowo-wolnościowe”, lecz także okres nasilonego krążenia idei autorstwa Murraya Rothbarda czy Ayn Rand, anarchokapitalizmu, anarchoindywidualizmu itp., nierzadko opakowanych w kuszące i sugestywne wizje decentralistycznej i „wolnościowej” krytyki Big Business, Big Government, „sektora wojskowo-przemysłowego” itp. To z takiego ducha, a nie, jak chciałaby prawica, z wielbienia maoizmu wyrosło wielu późniejszych „nowoczesnych” i „wizjonerskich” kapitalistów, których innowacyjność szła zazwyczaj w parze z rozmontowaniem welfare state i zdewastowaniem zdobyczy pracowniczych. Nowe trendy gospodarcze spotkały się tu ze staro-nową antyspołeczną ideologią.
A co jeśli robotnicy mieli rację i wyczuli fałszywość owej „rewolty”? Jeśli uznali, że to nie jest ich rewolta? Jak w tej anegdocie, że gdy w Londynie „zrewoltowana” młodzież z dobrych domów maszerowała z okrzykami „Ho Ho Ho Chi Minh”, to młodzi skinheadzi – kibice Chelsea, wówczas jeszcze nie podlegający wpływom skrajnej prawicy, za to realnie wywodzący się ze środowisk robotniczych, odkrzykiwali: „Students, students – ha ha ha”. Kujawa w ciekawy sposób opisuje, jak wrzenie roku 1968 przeniosło się w USA także na środowiska robotnicze – te młodsze, „długowłose”, wielorasowe, zaprzęgnięte do może i już nieźle płatnej, ale monotonnej, ogłupiającej harówki. Tyle że, jak konstatuje, wkrótce wybory, w niemałej mierze głosami robotników, wygrał ultrakonserwatysta Nixon. Podobnie zresztą, dodajmy, było we Francji, gdzie romantyzowana i wyolbrzymiana do dzisiaj „rewolta” zakończyła się w ten sposób, że w jej apogeum reprezentujący „prawo i porządek” de Gaulle rozwiązał parlament i w nowych wyborach wygrał bez trudu, pokonując standardowe formacje lewicowe, a jeszcze mniej niż takimi konkurentami przejął się młodymi „buntownikami”. Kujawa, komentując triumf Nixona, który pogrywał między innymi pozą „obrońcy zwykłych ludzi” (w tym robotników) przed „dziwolągami”, pisze, iż „lewica z czasem rzeczywiście zdjęła z agendy problem klasy”. A co jeśli świat pracy już wtedy nie odnajdywał się ani w profilu klasowym „buntowników”, ani w ich „wyzwoleńczej” retoryce?
Nie jest, rzecz jasna, tak, iż w ocenie „dziedzictwa roku 1968” rację ma prawica. „Rewolta” tamtych lat nie była „lewackim spiskiem”, dziełem zwyrodnialców, zamachem na cywilizację i „tradycyjne wartości”. Była przede wszystkim skutkiem przeobrażeń materialnych – wydarzyła się w początkach trendu odchodzenia od gospodarki wielkoprzemysłowej, częściowo stanowiła skutek ciemnych stron tego modelu (kto dzisiaj pamięta i wie, że np. ruch ekologiczny lat 60. był protestem nierzadko „ludowych”, niezamożnych społeczności przeciwko spychaniu na nie skutków dewastacji środowiska przez wielki przemysł), współgrała z warunkowanymi przez rozwój technologiczny przeobrażeniami kulturowymi (np. upowszechnienie się telewizji, komercyjnej rozrywki, kultury masowej, ułatwienia komunikacyjne, rozwój konsumpcji dóbr symbolicznych itp.). U podstaw tego wszystkiego leżał nie lewacki wybryk, lecz kapitalizm w ówczesnej jego fazie rozwojowej. „Rewolta” była na to wszystko odpowiedzią niezbyt mądrą, wzmacniając swoimi ideałami i pomysłami „pole rażenia” kapitalizmu. Zamiast uderzyć w nowe i drapieżne, uderzyła w stare, niedoskonałe, ale bardziej prospołeczne. Kopała leżącego i słabszego. Pod „wywrotowymi” hasłami wspierała umocnienie się kapitału i jego dewastacyjną ekspansję w kolejnych dekadach. Tyle że prawicowcy widzą „lewacki” dodatek tego procesu, a zupełnie przegapiają – z głupoty lub cynizmu – jego kapitalistyczny rdzeń. W efekcie, jak ćwierć wieku po roku 1968 i trzydzieści lat temu zauważał John Gray, niegdyś bliski współpracownik Thatcher, a później zajadły krytyk skutków thatcheryzmu: „Skoro – co oczywiście jest prawdą – niczym nie skrępowane instytucje rynku globalnego w rezultacie niszczą na całym świecie tradycyjne wspólnoty, podważają stabilność rodzin, nakładając na ich członków wymóg nieustannej mobilności, i niweczą tradycyjne praktyki i instytucje przez zalew nowości, to neoliberalni konserwatyści muszą przypisać owe zmiany innym czynnikom niż niepoddane kontroli siły rynkowe. Szuka się więc wyjaśnienia w antynomicznych czy relatywistycznych doktrynach, które rzekomo propagują szkoły czy uniwersytety, w dziedzictwie libertarianizmu [kulturowego] lat sześćdziesiątych, w stronniczości mediów czy podobnie absurdalnych spekulacjach. Społeczne […] porażki fundamentalizmu rynkowego ukrywa czy przynajmniej maskuje się przez powrót do atawistycznych fantazji fundamentalizmu kulturowego”.
Lewica jest jednak coraz bardziej bezradna zarówno wobec hiperkapitalizmu, jak i wobec nawet najbardziej odlotowych wywodów prawicowych, które żywią się lękami niższych warstw w obliczu rozpadu świata jako tako stabilnego i przewidywalnego. Dziś nie ma śladu po „monotonii” i „sztywności” czasów welfare states. Żyjemy w dzikim kapitalizmie i tylko – obarczone wieloma kosztami społecznymi i ekologicznymi, spychanymi nierzadko na odległe terytoria i tamtejsze populacje – obfitość masowej tandety i nadmiarowa konsumpcja nawet w wykonaniu pariasów przesłaniają fakt wyzysku, dewastacji praw pracowniczych, braku dostępu do mieszkań, stabilnego zatrudnienia, porządnego nieprywatnego leczenia itd., itp. W odróżnieniu od XIX wieku świat pracy odrzuca jednak lewicę i kieruje się ku prawicy. Bo „wyzwoleńcza” i „zbuntowana” jest dzisiaj także elita kapitału i elita jego politycznego zaplecza liberalnego (chwilowy triumf Trumpa niewiele tu zmienia, choć niewątpliwie stanowi dobry pretekst i alibi dla jeszcze większego kolaborowania lewicy z liberałami), a świat pracy odrzuca chaos kulturowy. Nie dlatego przecież, że robotnicy są żywcem wyjęci z prawicowych wizji dobrego, bogobojnego, konserwatywnego ludku. Dlatego, że – pomijając „nowoczesny” etos antypracowniczych elit liberalnych, którym świat pracy ma pełne prawo nie ufać, cokolwiek one robią i głoszą, gdyż w walce klasowej lew nigdy nie spocznie obok baranka – w czasach nieustannej destabilizacji, „elastyczności” i „twórczej destrukcji” hiperkapitalizmu, dodatkowe „rozszczelnianie norm kulturowych” jawi się jako całościowa inwazja na „nasz świat”, na jego resztki. Zapewne „lud” czuje także, iż wiele z tego, co „postępowe”, wcale nie musi być korzystne w ogóle czy dla klas niższych. Gdy w dodatku podane jest to w sosie elitarnych pouczeń, pohukiwań, rozliczeń i foszków marginalnej awangardy, to już zupełnie szkoda tym sobie zawracać głowę, chyba że dając prztyczka w nos takim środowiskom. Gdy hiperkapitalizm głosi przekaz „postępowy”, a kolejne rodzaje „ekspresji” czy „wyzwolenia” zaprzęga do zwiększania zysków i rozwalania spójności społecznej, „konserwatywny ciemny lud” jest być może bardziej antykapitalistyczny, a przede wszystkim bardziej trzeźwokrytyczny niż dzieciarnia i starzy wykidajłowie bawiący się w „socjalizm” z pozycji uprzywilejowanej i mocno sprzęgniętej z liberalną elitą. Zresztą w efekcie owej „postępowej” orientacji współczesnych elit wojny kulturowe coraz bardziej są logicznym elementem walk klasowych, ale to temat na osobny tekst.
Współczesna lewica, parafrazując znany aforyzm Ciorana o Europie, to zgnilizna, która ładnie pachnie, uperfumowany trup. Czy książka Kujawy może coś w tej kwestii zmienić? Sądzę, że wątpię. Słowa nie oddziałują tak, jak czyni to materia. Ale warto ją przeczytać – rzecz jest odważna, świeża, niegłupia, dobrze napisana. I wkurwiająca wielu ludzi głupich, marnych i podłych, a chętnie dziś gromadzących się pod sztandarem lewicy.
Remigiusz Okraska
Dawid Kujawa, W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2025.
„Heweliusz” pokazuje, jakim koszmarem jest życie w kraju zdominowanym przez układ.
Każda z tych grup używa słowa „wolność” jak tarczy, za którą można ukryć własny interes.