Ludzka zbędność
Firmy stają się ekstremalnie wydajne, ale tracą klientów. Społeczeństwo pozbawione pensji nie jest w stanie kupować produktów wytwarzanych przez maszyny.
Bohaterem poniższych refleksji jest Michel Houellebecq.
Gdy zapisuję jego nazwisko, muszę rzucić okiem na leżącą obok mnie książkę „Poszerzenie pola walki”, aby sprawdzić, czy zrobiłem to poprawnie. Kilka razy próbowałem zapamiętać i nigdy mi się nie udaje. Poza tym i tak każdy wymawia je inaczej: „Helbek”, „Łelbek”, a Maciej Świetlicki proponuje ironicznie „Hujbek”. To zabawne odczytanie, które zasłyszałem niedawno, sprawiło, że katastroficzne ostrze pisarstwa Francuza nieco stępiało i przestałem o nim myśleć z powagą. Z kapłana stał się błaznem (nawet fizycznie nieco go przypomina), by użyć filozoficznego rozróżnienia Leszka Kołakowskiego. Skłoniło mnie to do namysłu, czy Houellebecq jest kapłanem czy błaznem. Czy dzisiaj w ogóle jeszcze można mówić o tych dwóch fantazmatach, które przecież wzajemnie siebie warunkują?
Gdy usłyszałem wspomniane odczytanie nazwiska francuskiego pisarza, zastanawiałem się, co on sam by na to powiedział. Pewnie odpaliłby kolejnego papierosa (choć podobno rzucił), wzruszył nonszalancko wątłymi ramionami i powiedział z lekkim uśmiechem: „Jeśli cię to bawi…”. Jeśli mnie to bawi, to jego rola pisarza jest spełniona, gdyż jedynym jej celem jest dotrzymanie towarzystwa w egzystencjalnej agonii czytelniczej publiczności. Jego literatura nie ma większych ambicji.
Zabawa nazwiskiem to jedyne, co jest w tym przypadku wesołe. Houellebecq to pisarz kulturowego rozpadu, podmiotowego deficytu Bycia oraz rozpaczy jako stanu ducha. O tym właśnie będzie mój tekst.
Rozpocząłem od kwestii pamięci, gdyż jest ona dobrym punktem wyjścia do refleksji nad twórczością francuskiego pisarza.
Czytałem jego książki, gdy był w Polsce modny, czyli jakieś piętnaście lat temu. Sięgnąłem po nie wtedy tylko dlatego, że udało mu się obrazić nieomal wszystkich. Był oskarżany o nihilizm, dekadencję, mizoginię, mizantropię, islamofobię, homofobię, rasizm. Jako że nie lubili go liberałowie, nie cierpiała lewica, a i prawica miała swoje „ale”, przeczuwałem, że będzie w jego książkach coś interesującego. To nie lada wyczyn, mówiąc pół żartem, pół serio, zniechęcić do siebie wszystkich i zupełnie nie przejmować się zdaniem krytyków. Jego twórczość jest jak toast z „Psów”: na pohybel wszystkim. Poza tym, gdy tylko zobaczyłem jego zdjęcie, od razu wiedziałem, że ktoś tak brzydki na pewno jest ciekawy. Piękni ludzie są raczej charakterologicznie dobrzy, pisze Houellebecq, ale nie czują zupełnie tragedii tej kultury, albowiem ona dotyczy brzydkich, gdyż odrzuconych przez logikę towarową (jak w „Poszerzeniu pola walki”).
Przeżyłem jednakże głębokie rozczarowanie. Nie mogłem pojąć zachwytu tym pisarzem, nie mogłem zrozumieć, co takiego jest w jego książkach interesującego i z jakich względów odnosi on sukcesy, a także jak można okrzyknąć go najwybitniejszym żyjącym francuskim pisarzem.
Literacko rzecz biorąc są to książki słabe albo w najlepszym razie ledwo poprawne. Akcja w nich żadna albo taka, którą można streścić jednym zadaniem. Przykładowo „Poszerzenie pola walki” to książka o nieudanym życiu pewnego Francuza, a właściwie dwóch, której punktem kulminacyjnym jest nieudana próba zabójstwa. Ciekawsza jest geneza podjęcia tej impulsywnej decyzji, jako konsekwencji tytułowego poszerzenia pola walki, ale nawet to nie jest zaskakujące.
Gdyby tę książkę, jako maszynopis, dał mi student ze specjalności „kreatywne pisanie”, to powiedziałbym, że poprawnie opisał człowieka późnej ponowoczesności na podstawie przeczytanych lektur ze szczególnym uwzględnieniem psychoanalizy i krytyki kultury konsumpcyjnej oraz w miarę zgrabnie stworzył bohatera i opisał jego codzienne funkcjonowanie. Może ewentualnie pod nosem dodałbym myśl o nostalgiczno-konserwatywnych utopiach oraz niepotrzebnym lamencie nad odwrotem od sacrum, bo emancypacja – wiadomo – jest zawsze dobra. Nuda. Banał. Kicz. Naczytał się i przepisał filozofię i krytykę kultury na literaturę. To tyle. Jeśli ktoś taką książką jak „Poszerzenie pola walki” odnosi tak niebywały sukces, to mamy do czynienia z końcem literatury jako sztuki.
Z powyższej opinii nie wycofuję się do dzisiaj, ale od kiedy ponownie, całkiem niedawno i w zasadzie przypadkowo, sięgnąłem po książki Houellebecqa, rozumiem dużo lepiej, dlaczego tak jest. Zarzut przestał być zarzutem, stał się logiczną konsekwencją świata „po końcu” – bo już jesteśmy po końcu, on się już zdarzył, w związku z tym i sztuka się skończyła i nie należy mieć wobec niej szczególnych oczekiwań.
Gdy brałem ponownie do ręki książki francuskiego pisarza, odkrywałem ze zdumieniem, że w ogóle nie pamiętam, o czym są, poza jakimś mglistym wspomnieniem na zasadzie: „Wojna i pokój” jest o Rosji”. Tym, co zapewniało mnie, że je w ogóle przeczytałem, były pozaznaczane fragmenty. Nieomal wszystkie dotyczyły ponowoczesnej kondycji ludzkiej.
Czytając ponownie te fragmenty doszedłem do wniosku, że nie umiem zapamiętać tych książek, gdyż kulturową diagnozę, jaką stawia Houellebecq, bardzo dobrze znam, podobnie jak wiele odczuć i emocji oraz stanów psychicznych bohaterów. Dlaczego zapamiętywać stany kogoś innego, jeśli samemu się je przeżywa? Czytając o kimś innym, czytasz o sobie, więc pamiętasz tylko siebie, albowiem nie ma tam nic nowego. W takim ujęciu twórczość francuskiego pisarza zdaje tylko relację, odwzorowuje, odbija, wypowiada głośno to, co w głębi duszy przeżywamy i, co bardzo istotne, wiemy, że to przeżywamy, gdyż dyskurs psychoterapeutyczny dostarczył użytecznej terminologii do nazwania tych przeżyć. One są dla nas jawne, niczego tutaj nie trzeba wydobywać z jakieś milczącej sfery naszej psychiki. Po prostu trzymamy je w środku, udając przed sobą oraz innymi, że jest inaczej, choć wszyscy czujemy to samo. Co to za sztuka, która mówi to, co wszyscy wiemy? Funkcją sztuki przestaje być zatem testowanie rzeczywistości, nowe metafory, a staje się psychoterapeutyczna komunikacja na linii pisarz – czytelnik, dotrzymywanie towarzystwa na skraju rozpaczy.
Ponadto, czytając Houellebecqa, można robić przypisy do wielu filozoficznych lektur: od etapu estetycznego Sorena Kierkegaarda opisanego w „Albo – Albo” przez „Mdłości” Jeana-Paula Sartre’a po „Mieć czy być” Ericha Fromma. Co więcej, Houellebecq to wie i nawet nie sili się na nic więcej, bo wie, że wszystko zostało powiedziane i nie ma już nic do dodania. Jesteśmy „po końcu”, nie ma zatem sensu podejmować wyrafinowanej literacko gry z czytelnikiem. Autor „Uległości” zwraca się wprost do czytelnika: wiem, że czujesz to samo, co bohater, co czuję ja-autor, jeśli uwzględnimy pakt autobiograficzny. Nie musisz się obawiać oceny, wstydzić, obwiniać, bo wszyscy mamy tak samo i w gruncie rzeczy nie jest to niczyja wina. W głębi duszy czujemy to wszyscy, wszystkich nas to spotkało. Wszyscy jesteśmy samotni, nieszczęśliwi, pogrążeni w rozpaczy, rozpadamy się na kawałki. Wyjaśnię ci, dlaczego tak jest, opowiadając o takim jak ty bohaterze, wrzucając od czasu do czasu filozoficzną refleksję z zakresu krytyki kultury – najczęściej w formie zapisu myśli bohatera lub pisanego przez niego jakiegoś utworu. Chwyt ten jest kompozycyjnie strasznie marny, pozbawiony literackiej subtelności, wszak z lektury powinien wynikać wniosek, który wyciąga czytelnik, a nie podany mu wprost. Tak jakby pisarz chciał się upewnić, że czytelnik na pewno nie przeoczy jego aforystycznej diagnozy. Ten literacki kicz to jednak wynik ulitowania się nad czytelnikiem, który w swojej rozpaczy i tak nie potrafi się skupić. Poza tym nikt nie ma czasu na trudne lektury.
W tym ujęciu Houellebecq to oczytany humanista, inteligent, który opowiada prostszym i literackim językiem to, co można przeczytać co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku w dziełach krytyków kultury. Nie jest to zarzut wobec niego, bo widać było to potrzebne, jeśli ktoś jego książki kupuje i czyta, nawet jeśli ich nie pamięta. Paradoksalnie ten brak pamięci świadczy o jego wielkości w świecie sztuki „po końcu”.
Jest kilka rzeczy, za które Houellebecqa lubię oraz cenię.
Lubię go za absolutną szczerość w pisaniu, oddawanie swoich myśli językiem, którym wielu (ilu?) z nas myśli, choć tego publicznie nie komunikuje ze względu na polityczną poprawność (i uważam, że to dobrze, bo mogłyby kogoś niepotrzebnie dotknąć). W tym sensie lektura Houellebecqa staje się wentylem bezpieczeństwa, ponieważ wszyscy wiemy co myślimy, ale nie możemy publicznie tych myśli ujawniać, gdyż postawilibyśmy siebie w niekorzystnym świetle. Wolni możemy być w środku, ale na zewnątrz, w sferze publicznej, trzeba kontrolować swój język. Na tej samej zasadzie działa dobry stand up: bawi, gdyż ujawnia to, co i jak myślimy, ale boimy się publicznie do tego przyznać ze strachu przed publiczną oceną przez tych, którzy i tak prawdopodobnie myślą podobnie.
Ogromnie też cenię Houellebecqa za jedną kwestię, która świadczy o jego dobrej diagnozie rzeczywistości społecznej: jest nią zdolność prognozowania. Dobrym przykładem, obok strajku rolników we Francji (tzw. żółtych kamizelek), jest zapowiedź fenomenu inceli, która wybrzmiewa w jego pierwszej książce, wydanej w 1994 roku, czyli wspomnianego już „Poszerzenia pola walki”.
Książka ta podejmuje wątki przewijające się także w późniejszej twórczości francuskiego pisarza, który w gruncie rzeczy pisze jedną książkę rozłożoną na kilka odsłon, różnie akcentujących podmiotowe funkcjonowanie w społeczeństwie. Należą do nich egzystencjalna pustka, brak sensu życia, samotność, absolutny brak więzów łączących jednostkę z innymi ludźmi (brak żony/partnerki, rodziny, przyjaciół), wyalienowanie ze świata, który jawi się jako obcy, co jest także wynikiem wysokiego poziomu refleksyjności, zanik życia duchowego oraz – co szczególnie istotne – utowarowienie każdej sfery życia, w tym miłości.
Bohater książek Houellebecqa chce czuć coś, co nie jest możliwe. Co więcej, nie potrafi wyegzorcyzmować z siebie określonego czucia świata, choć myśli o tym świecie już inaczej niż podpowiada mu owe czucie. Z tego m.in. względu pozostaje w drastycznym egzystencjalnym rozdarciu. Jedyne, co może robić, aby nie rozpaść się zbyt szybko, choć ten rozpad jest i tak nieunikniony, to wypełniać pustkę alkoholem, lekami (antydepresanty), porno, prostytutkami – choć to wszystko i tak tę pustkę tylko pogłębia. To tylko jedna ze strategii, inną mogą być podróże, estetyzacja i romantyzacja życia, zastępowanie ludzi rzeczami, dbanie o swoją urodę, formę fizyczną, zdrowie, odżywianie – słowem wszystko to, co sprawi, iż nie staniemy naprzeciwko świata, aby zobaczyć gruzy kultury i dymiące pogorzelisko wspólnoty, nie rozpoznać marności własnego istnienia, która nie tylko od nas nie zależy, ale z którą nie wiadomo co począć, by strawestować znaną maksymę Sartre’a.
Bohaterem „Poszerzenia pola walki” jest młody, trzydziestoletni analityk-programista pracujący w spółce informatycznej (zresztą wszyscy bohaterowie jego książek to mężczyźni habitusowo w zasadzie identyczni). Jest dobrze sytuowany, nie ma problemów finansowych, może liczyć na awans, „jest zadowolony ze swojej pozycji społecznej” – jak sam mówi. Jego samotność i poczucie nieszczęścia nie wynikają z zewnętrznych okoliczności: nie spotkał go żaden wypadek, fizyczne cierpienie, choroba, śmierć kogoś bliskiego. Cierpienie bohatera jest efektem konsekwentnego przyjęcia postawy zdystansowanej względem rzeczywistości, umiejętności pogłębionej analizy zarówno tej rzeczywistości, jak i siebie samego, w tym szczerości ze sobą. Bohater książki francuskiego pisarza to człowiek wykształcony, inteligentny, oczytany, rozumiejący procesy zachodzące w jego kulturowej formie życia. Jest wyalienowany z tkanki społecznej, od pracy i przyjaciół począwszy, a na rodzinie skończywszy, nie potrafi być w nią szczerze zaangażowany, ponieważ jest mu ona obca, jest wręcz szkodliwa psychicznie i patologiczna społecznie, bo uregulowana przez procesy, których bohater nie akceptuje, nie potrafi się w nich odnaleźć, gdyż musiałby udawać, czyli nie być sobą.
W tej perspektywie trzeba odnotować bardzo istotną kwestię: otóż bohater dysponuje bardzo dużym, a właściwie zbyt dużym poziomem refleksyjności. Samoświadomość zakłóca gładkość funkcjonowania w kulturze, z postawy zaangażowanej lokuje go w postawie zdystansowanej, w postawie obserwatora życia, a nie jego uczestnika. Nie chodzi jednak o samą relację przedmiotowo-podmiotową, rozdźwięk pomiędzy światem a człowiekiem, ale o fakt, że tę relację kształtuje logika towarowa (dzisiaj coraz bardziej stechnicyzowana, także w sferze miłosno-intymnej). Bohater widzi sztuczność kulturowych dekoracji i nie wierzy do końca tym, którzy wydają się je dobrze internalizować. W tym sensie świat społeczny jawi mu się jako spektakl, w którym aktorzy, przyjmując różne maski, nie tworzą z nimi jedności (choć mogą uważać inaczej, ze względu na mniejszy poziom refleksji), lecz odgrywają kogoś, kim nie są, przy czym nie bardzo wiadomo, kim są.
Łatwiej niż powiedzieć kim są, byłoby odpowiedzieć na pytanie, czego chcą. Chcą kochać i być kochanymi, ale to właśnie się w książkach Houellebecqa nie udaje. Dlaczego?
Dlatego, że pole relacji międzyludzkich, w tym relacji miłosno-intymnych, zaczęło być regulowane logiką towarową. Podmioty, mężczyźni i kobiety, patrzą na siebie z kapitalistycznym nastawieniem, co oznacza, że każdy staje się towarem na miłosnym rynku, musi spełniać pewne kryteria jakości i zawsze może być wymieniony na lepszy model. Jako że produkty rynku ciągle są lepsze, poszukiwania się nie kończą, co sprawia, że nikt nie czuje się bezpiecznie, gdyż musi nieustannie rywalizować z innymi ludźmi-towarami. Związek ma być dobrze zarządzanym mikroprzedsiębiorstwem przynoszącym zyski po uprzedniej opłacalnej inwestycji. Słowem, myślimy o rzeczywistości społecznej, w tym rzeczywistości ludzkiej, metaforami ekonomicznymi.
To jest właśnie tytułowe poszerzenie pola walki. Jak pisze Houellebecq: „Liberalizm ekonomiczny to poszerzenie pola walki, walki, która toczy się w każdym wieku i we wszystkich klasach społecznych. Podobnie liberalizm seksualny to poszerzenie pola walki, która toczy się w każdym wieku i we wszystkich klasach społecznych”. W planie ekonomicznym można należeć do wygranych, w planie seksualnym do przegranych. Można wygrywać na obu polach lub na obu przegrywać. Houellebecqa interesują przegrani na polu seksualnym, choć wygrani na polu ekonomicznym. Bohater jego książek to dobrze sytuowany intelektualista, pracownik klasy kreatywnej, lecz niezbyt atrakcyjny fizycznie i „pozbawiony wdzięku” – z tego powodu odnosi same porażki na polu miłości i doskonale wie, że stosunek z nim jest dla kobiet „złem koniecznym”. Im więcej pól regulowanych liberalną walką oraz stanem wojny wszystkich przeciwko wszystkim, tym wyższe prawdopodobieństwo, że na jakimś się przegra. Tak czy tak przegramy wszyscy – to tylko kwestia czasu, twierdzi pisarz. Najważniejszą ofiarą liberalnej kultury jest jednak miłość, skała, bez której istnienia nie da się niczego zbudować: ani związku, ani rodziny, ani społeczeństwa.
Kapitalizm to takie środowisko życia, w którym toczy się walka o podmiotowe przetrwanie. Aby żyć, musisz mieć władzę, siłę, zasoby do rządzenia innymi oraz „korzystania” z ich ciał i podmiotowości. Przekłada się to na relacje z ludźmi, którzy mają, analogicznie jak w darwinizmie społecznym, być jedynie narzędziem do zaspokajania moich potrzeb: finansowych, seksualnych, emocjonalnych. Podmiotowość innych interesuje mnie o tyle, o ile jest dla mnie korzystna, jeśli nie jest dla mnie opłacalna, nie realizuje tego, czego chcę ja, nie liczy się. Ludzie toczą ze sobą walkę nawet w związku: kto będzie nad kim panował, a kto się podporządkuje, kto będzie bardziej wylękniony porzuceniem, komu będzie zależało bardziej, a co zostanie brutalnie wykorzystane. Ja zamiast My. Narcyzm zamiast wspólnoty. Jeśli tak będziemy myśleli o związku dwojga ludzi, to jest oczywistym, że on się nie uda, gdyż każdy kompromis czy ustępstwo, to dyskomfort i krępowanie mojego Ja, każda ofiarność i poświęcenie to naruszanie dobrostanu psychicznego.
Słowem: po końcu chrześcijańskiego modelu miłości rozumianego jako mutacja metafizyczna (pojęcie Houellebecqa z początku „Cząstek elementarnych”), mamy do czynienia z nową: kapitalistyczno-psychoterapeutyczną.
Ten drugi człon jest istotny, gdyż jak pisze w swoim stylu Houellebecq: „Veronique [ostatnia partnerka bohatera książki – przyp. M. R.] była «na analizie», jak to się mówi, dzisiaj żałuję, że ją spotkałem. Ogólnie rzecz biorąc, nie ma czego się spodziewać po kobietach, które są na analizie. Kobieta, która wpada w ręce psychoanalityków, staje się całkowicie niezdatna do jakiegokolwiek użytku, przekonałem się o tym wielokrotnie. To zjawisko nie powinno być postrzegane jako efekt uboczny psychoanalizy, ale jako jej naczelny cel. Pod przykrywką odbudowy Ja psychoanalitycy dopuszczają się w rzeczywistości skandalicznej destrukcji ludzkiej jednostki. Niewinność, wspaniałomyślność, czystość… wszystko to jest natychmiast miażdżone w ich wulgarnych łapach. Psychoanalitycy, słono opłacani, pretensjonalni i głupi, definitywnie niweczą u swoich, jak to się mówi, pacjentów jakąkolwiek zdolność do miłości, zarówno psychicznej, jak i fizycznej; zachowują się faktycznie jak prawdziwi wrogowie ludzkości. Będąc bezwzględną szkołą egoizmu, psychoanaliza atakuje z największym cynizmem najlepsze, nieco zagubione dziewczyny, by przerobić je na nikczemne dziwki o rozpasanym egocentryzmie, które mogą wzbudzać jedynie uzasadniony wstręt. W żadnym wypadku nie należy pokładać żadnego zaufania w kobiecie, która wpadła w ręce psychoanalityków. Małostkowość, egoizm, arogancja, zupełny brak zmysłu moralnego, chroniczna niezdolność do miłości: oto wyczerpujący portret kobiety «analizowanej»”.
Poszerzenie pola walki odnosi się do metaforyki wojennej, przy czym, jak zaznaczyłem, na tym polu trwa walka każdego z każdym. Inny, nawet – paradoksalnie – jeśli ma zostać obiektem miłości, jest wrogiem, którego trzeba pokonać, czyli złamać jego podmiotowość, opór, jaki stawia jego Ja. Jeśli w kulturze indywidualizmu Ja jest najwyższą wartością, to związek nie jest możliwy, gdyż on to Ja chce uprzedmiotowić. Z tego względu łatwiej „budować relacje” z bytami pozaludzkimi, jak zwierzęta czy roboty, gdyż ich podmiotowość nie jest dla nas problemem: albo możemy ją stworzyć na naszą modłę, albo nie musimy się z nią liczyć. Zamiast trudzić się z czyjąś podmiotowością, wybieramy uprzedmiotowienie podmiotu albo upodmiotowienie przedmiotu (robota). W tym sensie nic tak światopoglądowo nie sankcjonuje kapitalizmu jak posthumanizm.
Całe pisarstwo Houellebecqa to radykalna, bezkompromisowa i absolutnie jednostronna krytyka kultury zachodniej opartej na liberalizmie. Opowieść o jej destrukcji i poniżeniu na własne życzenie w imię wolności jednostki nieskrępowanej żadnymi normami kulturowymi traktowanymi zawsze jako opresja i uwierający gorset.
Ta krytyka jest o tyle przenikliwa, że dobrze rozpoznaje pewne napięcia istotne dla kultury ponowoczesnej, które wybrzmiewają dlatego, że pisarz jest absolutnie szczery w opisach stanu ducha swoich bohaterów.
Czy unikamy miłości, bo jest cierpieniem i utratą kontroli? Czy jej nie chcemy? Czy ją przeżyliśmy i się nie udała i już nie chcemy jej „nigdy więcej”? Czy my naprawdę przestaliśmy umieć kochać? Czy kochamy, ale nie umiemy być razem? To byłoby jeszcze większym koszmarem i to tutaj lokuje problem francuski pisarz: zabijamy w sobie miłość, bo nie umiemy być razem, bo nie umiemy już myśleć My. Pozostało tylko Ja.
Owo Ja jest tak bardzo skupione na sobie, że poszukuje kogoś, kto będzie spełniał dokładne wyobrażenie przez siebie stworzone, rzecz jasna w celu zaspokojenia potrzeb owego Ja. To musi być fizyczny model i osobowy projekt już fabrycznie gotowy, gdyż nie ma ani energii, ani czasu na konstruowanie egzemplarza od nowa, co dodatkowo mogłoby skutkować zmianą mojego Ja. To pierwsza iluzja.
Druga to dyrektywa „pokochaj siebie”. Taki podmiot tkwi w iluzji, że gdy pokocha sam siebie, wtedy dopiero będzie zdolny do miłości innego. Nic bardziej mylnego, gdyż na innego nie będzie już miejsca ani czasu, albowiem proces miłości własnej nigdy się nie kończy, bo zawsze możesz siebie kochać bardziej. Żaden związek nie przetrwa wrogości, bo tylko tak może być traktowany inny człowiek – jako zagrożenie dla mojego Ja. Miłość jest przeciwieństwem Ja, bo tutaj, jak w rytuale, Ja trzeba zawiesić, rozpuścić ego w My. W ponowoczesno-narcystycznej kulturze to niemożliwe. W takim ujęciu Houellebecq jest ostatnim romantykiem w świecie po końcu miłości.
Houellebecq mówi wyraźnie: przestajemy umieć kochać. O wspomnianej już Veronique bohater-narrator „Poszerzenia pola walki” pisze: „Z miłosnego punktu widzenia Veronique, jak my wszyscy, należała do pokolenia spisanego na straty. Z pewnością była zdolna do miłości, chciała być jeszcze do niej zdolna, muszę jej to oddać; ale nie było to już możliwe. Jako zjawisko rzadkie, nienaturalne i powolne miłość może się rozwinąć tylko w szczególnych warunkach psychicznych, rzadko do pogodzenia, gdyż ze wszech miar pozostających w sprzeczności z wolnością obyczajową, która charakteryzuje współczesną epokę; taki sposób życia zubaża ludzką istotę, wyrządzając jej szkody niekiedy poważne i prawie zawsze nieodwracalne. Miłość jako niewinność i jako skłonność do iluzji, jako zdolność do redukcji ogółu płci przeciwnej do jednej kochanej istoty, rzadko jest w stanie przetrzymać rok seksualnych przygód, nigdy nie przetrwa dwóch. W rzeczywistości kolejne doświadczenia seksualne, nagromadzone w czasie okresu dorastania, podkopują i szybko unicestwiają jakąkolwiek możliwość sentymentalnej i romantycznej projekcji; stopniowo, lecz właściwie dosyć prędko, człowiek staje się nie bardziej zdolny do miłości niż stara szmata. I w konsekwencji prowadzi oczywiście życie szmaty”.
Ową niezdolność człowiek zauważa dopiero z czasem, lecz znowu, prędko, bo już w wieku lat trzydziestu – jak bohater książki, który jest raczej kulturowym suflerem niż kimś różnym od innych. Tragedia zaczyna się wtedy, gdy się starzejemy, stając się mniej pociągający i z tego powodu zgorzkniali. „Zazdrościmy młodym i z tego powodu ich nienawidzimy. Ta nienawiść, skazana na to, by nigdy nie zostać ujawniona, zaognia się i staje coraz bardziej gwałtowna; potem nieco słabnie i gaśnie, tak jak wszystko gaśnie. Nie zostaje nic poza goryczą, niesmakiem, chorobą i oczekiwaniem na śmierć”.
To ta nienawiść do młodości, piękna, wolności, także w wyborze partnera, czyli właśnie pięknego i młodego, sprawia, że bohater doradza swojemu nietracącemu nadziei na miłość (i seks) koledze Raphaelowi Tisserandowi jedyną możliwość: zabicie obserwowanej na dyskotece flirtującej pary, zabójstwo pięknej dziewczyny („była cudem”) i jej czarnego kochanka. Ma to być w istocie akt zemsty za upokorzenie, jakie go spotkało, na odrzucenie jego starań, gdyż nie spełnił wymagań „dobrego towaru” – jest skrajnie nieatrakcyjny. Nie posiada żadnego kapitału, aby skłonić dziewczynę, aby wybrała właśnie jego, musi zatem rywalizować z innymi i w efekcie przegrywa. Podjęcie decyzji o zabójstwie to doprowadzenie jego nienawiści oraz skazanych na porażkę starań do kresu wytrzymałości psychicznej. To koniec, jaki czeka nas wszystkich, mówi Houellebecq, wszystko jest przegrane od początku i od dawna. Ostatecznie Tisserand obserwuje czułości pary i popełnia samobójstwo: wjeżdża z impetem w ciężarówkę. Choć bohater nie cierpi jakoś szczególnie po śmierci kolegi, w czym nie ma nic dziwnego, gdyż nie był z nim blisko (nie jest z nikim), a i jego koniec był przewidywalny, to docenia jego walkę, którą prowadził do końca. Pomimo ciągłych porażek szukał miłości. Wolał się zabić, niż żyć bez niej. To jednak akt odwagi, wręcz heroizmu.
Po śmierci Tisseranda obserwujemy stopniowy, acz konsekwentny rozpad psychiczny bohatera. Trafiając do szpitala psychiatrycznego bohater „Poszerzenia pola walki” stwierdza, że „[…] wszyscy ci ludzie – mężczyźni czy kobiety – nie byli wcale obłąkani; brakowało im po prostu miłości. Ich gesty, ich zachowania, ich twarze zdradzały rozdzierające pragnienie kontaktu fizycznego i pieszczot; ale to, oczywiście, nie było możliwe. Więc jęczeli, krzyczeli ze wszystkich sił, rozdzierali sobie skórę paznokciami; w czasie mojego pobytu ktoś nawet podjął udaną próbę kastracji”.
Co ciekawe, opisując swoją mistyczną wizję, w której dotyka „najwyższej tajemnicy”, także pojawia się motyw kastracji, z tym, że dotyczy samego bohatera. Motyw uciętego członka współbrzmi ze śnionymi wieżami katedry Chartres – symbolem fallicznym. Czy tym opisem Houellebecq chce dać do zrozumienia, że zmiana „mutacji metafizycznej”, z chrześcijańskiej na kapitalistyczno-psychoterapeutyczną, zabiła miłość? Uczyniła bezpłodnymi, skazała nie tylko na impotencję emocjonalną, ale i fizyczną (bohaterowie Houellebecqa mają problemy seksualne)?
Bohater „Poszerzenia pola walki”, podobnie jak Tisserand, i my wszyscy, szuka miłości. „Próbowałem”, mówi na ostatniej stronie powieści. Do tego momentu wierzy jeszcze, że „Wbrew barbarzyństwu natury istoty ludzkie potrafią czasem (rzadko) stworzyć małe miejsca, opromienione miłością i ciepłem. Małe przestrzenie – zamknięte, strzeżone, gdzie królują intersubiektywność i miłość”. Nie zabijam się, jak Tisserand, mówi bohater, ale „To już skończone”, gdyż „Cel życia jest chybiony”. Dlaczego?
Bo jesteśmy wyalienowani ze świata, i to nie tylko ludzkiego – nie mamy z nim żadnego związku, co Houellebecq wielokrotnie w swoich książkach mówi wprost: „Wszystko, co mogłoby być źródłem uczestnictwa, przyjemności, niewinnej harmonii zmysłów, stało się źródłem cierpienia i nieszczęścia”. Dotyczy to nawet przyrody, gdyż leżąc w trawie, na słońcu, pośród przyjaznego i uspokajającego pejzażu, czuje jedynie głęboką z nim nieidentyczność – nie potrafi żyć w bliskiej z nim relacji. Jest zatem jak bohater czy bohaterka obrazów Edwarda Hoopera, podwójnie wyalienowany: nie tylko ze świata ludzkiej kultury i komunikacji, ale nie odczuwa związku nawet z naturą.
To jest właśnie świat po końcu. Pustka. Nie ma w nim karnawału, bo nie ma żadnego świata, który można by świętować „na opak”. Karnawału, który można by przeżywać naprawdę, oddać mu się z całym szaleństwem, aby po jego końcu powrócić do rzeczywistości. Pozostają tylko mniej lub bardziej ekstatyczna rozrywka, iluzja i pozór, symulakrum karnawału, który do niczego nie odsyła, bo rzeczywistość przestała być wypełniona sensem. W takim świecie nie można być błaznem, a kapłan, taki jak Houellebecq, nie jest pamiętany.
dr hab. Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Bianca Van Dijk from Pixabay
Firmy stają się ekstremalnie wydajne, ale tracą klientów. Społeczeństwo pozbawione pensji nie jest w stanie kupować produktów wytwarzanych przez maszyny.
Robotnik pozostanie niewolnikiem zmuszonym do sprzedawania swej siły roboczej nowym panom, którzy wyłonią się spośród „oświeconego społeczeństwa”, a więc z inteligencji.