Progresywna klasa średnia pochyla się nad ludem

·

Progresywna klasa średnia pochyla się nad ludem

·

To nie jest tak, że wywodząca się z klasy średniej lewica zawsze gardzi „ludem” i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Czasem próbuje się nad nim pochylać, ale i wtedy bolą ją od tego plecy i dostaje czkawki, bo okazuje się, że klasy ludowej wcale nie rozumie i nawet nie próbuje tego zrobić na serio. Niezwykle celną satyrą uderzył w to zjawisko serial „Klątwa” (The Curse), który dwa lata temu miał premierę w serwisie SkyShowtime.

Produkcja, która odbiła się szerokim echem i zebrała świetne recenzje, jest nietypowa z wielu powodów. I chodzi tu nie tylko o wszechobecną dziwaczność, „cringe” czy mnogość sytuacji zabarwionych niezręcznym humorem. Przytłaczająca większość amerykańskich filmów i seriali ostrze satyry wymierza w prawicę (np. „The Boys”, „Opowieść podręcznej”), a „Klątwa” to jeden wielki młot na progresywistów z klasy średniej i wyznawaną przez nich poprawność polityczną. Co ciekawe, nie tę dotyczącą różnego rodzaju mniejszości, lecz związaną z jej kłopotliwymi relacjami z „ludem”. Wszystkie te elementy serialu, którego twórcami są Benny Safdie i grający jedną z głównych ról Nathan Fielder, nawzajem się uzupełniają. Naprawdę warto wejść na chwilę do tego dziwacznego świata – tym bardziej, że produkcja liczy zaledwie 10 odcinków, a odwzajemnia się dużą ilością humoru i analizy socjologiczno-politycznej lepszej niż w dziesiątkach poważnych tekstów publicystycznych.

Ekologią i pańską szlachetnością w lud

Bohaterami „The Curse” jest małżeństwo (Asher i Whitney), które realizuje projekt budowy pasywnych domów ekologicznych w dzielnicy (głównie) latynoskiej biedoty, a wszystko to jest pokazane w ramach tandetnego reality show. Ona wywodzi się z bogatej klasy społecznej i za pieniądze rodziców-wyzyskiwaczy – też działających w branży mieszkaniowej, lecz na odcinku zdecydowanie mniej szlachetnym i niestwarzającym pozorów – jednocześnie odcinając się od ich „piętna”, próbuje wcielić w życie piękną utopijną wizję, gdzie zamożniejszy zamieszka obok biedniejszego i wszyscy złączą się w jedną idylliczną wspólnotę ideałów zrównoważonego rozwoju.

Oczywiście to nie może się udać, ponieważ jest to typowy przykład gentryfikacji, która wypiera biedotę z osiedli zaludnianych przez klasę średnią. Poza tym utopia boleśnie potyka się o realia, przy okazji unaoczniając hipokryzję małżeństwa, które próbuje pochylać się nad ludem, jednak w ogóle go nie rozumie, co prowadzi do wielu niezręcznych sytuacji. Mąż za swoje porażki poniesione w trakcie pracy nad tym projektem obwinia haitańską dziewczynkę, która miałaby na niego rzucić klątwę. Oskarżą ją też o szpiegowanie. Według niego „klątwa” odpowiada też za to, że jego związek Whitney przechodzi kryzys. Natomiast napływowa klasa średnia podchodzi nieufnie do tutejszych, uważając ich za złodziei. Żona udaje, że rozumie obecną tam również społeczność indiańską, jednak jej próby są tak pozerskie, że wzbudza tym jedynie śmiech i politowanie u samych zainteresowanych. Kupuje też sobie przychylność lokalnej artystki wywodzącej się z tej społeczności, ale ta wyczuwa jej nieszczerość, jednocześnie nie rezygnując ze współpracy. W jednym z odcinków dochodzi do kradzieży w sklepie, co wywołuje skrajne reakcje bohaterów. Asher i Whitney, zamiast standardowo zareagować, w specyficzny sposób (często nieporadny lub dający się wykorzystać) podchodzą do sprawców, co wpisuje się w satyryczny obraz ich prób bycia „dobrymi ludźmi” i działania w ramach zrównoważonego rozwoju.

Sygnalizowanie ideologicznej cnoty

W zamian za gentryfikację, a może wręcz w ramach dodatkowego bonusu do ekologicznych domów, małżeństwo obiecuje nowe miejsca pracy, ale nic z tego nie wychodzi. Ponadto nowi lokatorzy wcale nie są przychylnie nastawieni do idei ekologicznych domów, a objawia się to między innymi wyrzucaniem kuchenek indukcyjnych i instalowaniem gazowych, co para interpretuje jako niewdzięczność. Przy czym Asher w tej relacji jest jedynie dodatkiem do partnerki Whitney (w tej roli świetna Emma Stone), która gotowa jest go zdominować i upodlić dla realizacji „równościowej” i przy okazji nieco feministycznej utopii.

Cała ta gra pozorów trwa i zarazem maski obłudy coraz częściej zaczynają spadać. Czasem przybiera to wręcz postać makabrycznie groteskową. Nad całym przedsięwzięciem czuwa bowiem producent, który gotów jest sztucznie podkręcać fabułę reality show – np. każąc kobiecie chorej na raka wlewać sobie wodę do oczu, by uzyskać efekt płaczu – aby zaciekawić masowego widza. Ktoś w końcu musi zadbać o to, żeby ten tak naprawdę komercyjny projekt choć trochę się zwrócił. Przecież Whitney robi to tylko dla idei, a poza tym o pieniądze martwić się nie musi, skoro dostała je od rodziców-wyzyskiwaczy, którymi skrycie gardzi i zarazem próbuje wykorzystać ich pieniądze. Oni zresztą też dość chłodno przyjmują idealistyczne zapędy córki.

Prawdziwą perełką „Klątwy” jest specyficzna forma ukazania tego, że te dwa światy nie mogą się dogadać. Małżeństwo wciąż popełnia te same błędy w relacjach z lokalną społecznością, więc nad serialem ciągle unosi się duch niebywałego wręcz „cringe’u”. Ta niestosowność nieraz wzbudza w widzach zażenowanie, a nawet poczucie wstydu za zachowania pary, która nie sili się na zrozumienie realnych potrzeb lokalnej społeczności, a pragnie tylko pieścić swoje „aktywistyczne” ego. Przesłanie jest proste i oczywiste: najedzony nie zrozumie głodnego, choćby ten pierwszy miał usta pełne frazesów o tolerancji i walce z dyskryminacją, a już szczególnie wtedy, gdy zależy mu na sygnalizowaniu ideowej cnoty, a nie na ofiarach drapieżnego kapitalizmu. Nawet rodzice-wyzyskiwacze wydają się postaciami o wiele bardziej konsekwentnymi i spójnymi, przy całej ich upiorności. Co najlepsze, para głównych bohaterów do samego końca wydaje się nie domyślać, w czym jest problem i dlaczego tkwi on w nich samych. Otwarcie zwalić winy na beneficjentów projektu też nie mogą, więc zdecydowanie łatwiej jest na tytułową klątwę.

Na polskiej lewicy też ciąży „klątwa”

Zjawisko opisane w „Klątwie” ma wymiar globalny. Podczas oglądania serialu ciągle miałem déjà vu. Od lat obserwuję ciążącą na polskiej lewicy „klątwę” wzajemnego niezrozumienia się z klasą ludową. Dziwnym trafem lewica w godzinie próby zawsze stanie po stronie wyzyskującej liberalnej oligarchii, wejdzie z nimi w lokalną lub ogólnopolską koalicję, w drugiej turze zagłosuje „mimo wszystko” na Trzaskowskiego, „krytycznie” poprze rząd Tuska czy dołączy do Giertycha w ramach sojuszu antypisowskiego, choć najwięcej prospołecznych postulatów po 1989 roku zrealizowała Zjednoczona Prawica. Dziwne, prawda? Tajemnicze niczym klątwa. Przecież ma świetny socjaldemokratyczny program gospodarczy i mnóstwo szlachetnych postulatów. Ale zawsze jej tak jakoś nie wychodzi. Zawsze związki z liberalnymi „rodzicami” okazują się silniejsze niż poczucie chęci pomocy realnej klasie ludowej – jak u głównej bohaterki serialu.

I wtedy organizuje się debaty o tym, dlaczego lewica nie może odzyskać robotników. Albo zwala winę na jakąś klątwę – np. „hegemonię prawicy” – lub protekcjonalnie na „fake newsy”, które miałyby omotać nieświadomych swych interesów przedstawicieli klasy ludowej, o czym niedawno pisał Michał Rydlewski w artykule „Lewica z pół-Tuska. Jak reprezentować niezamożnych samemu będąc zamożnym?”. I właśnie w tytule tego tekstu zawiera się sedno niezrozumienia lewicy z klasą ludową. Nie jest to klątwa, tylko to, że wywodzi się ona z wyższej klasy średniej, często klasy menedżerów, a z klasą ludową dzieli ją niemal wszystko – od statusu materialnego po nawyki kulturowe, zainteresowania czy język komunikacji. Wywodzi się po prostu z zupełnie innego świata, ma odmienne polityczne i klasowe priorytety, dlatego instynktownie klasa ludowa wyczuwa fałsz, gdy okazjonalnie progresywna klasa średnia (lewica) próbuje się jej przypodobać. A zatem tak naprawdę klasa ludowa dobrze rozpoznaje swoje klasowe interesy.

Tak było między innymi, gdy partia Razem próbowała przypodobać się elektoratowi PiS w kampanii wyborczej w 2025 roku, powołując się na dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego i Beaty Szydło, a także przekonując, że nie ma sensu skupiać się na szufladkach ideologicznych i wyborca patriotyczny śmiało może na nich oddać głos. Kilka miesięcy później w obronie dobrego samopoczucia aktywu partyjnego i czystości ideologicznej wyrzucono z tej samej partii posłankę Matysiak za „prawicowo-pisowskie odchylenia”. Oczywiście te oskarżenia to były i są urojenia, ale Paulina Matysiak rzeczywiście posiada rzadką na lewicy umiejętność komunikowania się z wyborcami prawicy. Jednak mimo szumnych kampanijnych deklaracji pozbyto się jej bez żalu. Od kampanii „razemki” co prawda zaliczają okazjonalne zwyżki sondażowe, ale dzięki głosom wyborców wielkomiejskich i zamożniejszych, którzy w drugiej turze wyborów woleli poprzeć Trzaskowskiego niż kandydata populistycznej prawicy.

Sztandarowym przykładem owego niezrozumienia i znanego z serialu klasowego „cringe’u” jest zachowanie posłanki Magdaleny Biejat, wywodzącej się z partii Razem, a obecnie reprezentującej rządową Nową Lewicę. W teorii głosi ona słuszne postulaty, które na pewno pomogłyby zmniejszyć w Polsce wszelkie nierówności, a czasami nawet skrytykuje liberałów. A potem, ze względu na usytuowanie klasowe i silne związki z liberalnymi rodzicami, przyzna się do posyłania dzieci do prywatnych placówek edukacyjnych, stwierdzi, że trzynaste i czternaste emerytury to tylko ochłapy lub powie, że „skokowe” podwyższanie płacy minimalnej nie jest pożądane. I pewnie dopiero wtedy jest szczera – z jej perspektywy, byłej pracownicy stołecznych NGO-sów, tłumaczki, a potem posłanki i wicemarszałek Senatu, te pieniądze to jedynie ochłap, o który nie warto zabiegać. Zawsze można zastąpić to sygnalizowaniem cnoty poprzez słuszne postulaty głoszone w kampanii wyborczej czy zachwalanie tuskowego faktycznego ochłapu jako wielkiej socjalnej zmiany.

Kolejnym przykładem przenikania się rzeczywistości z serialową fabułą jest uwikłanie się lewicy we wspieranie „zielonej transformacji ekologicznej”, która przez polskich i europejskich eurokratów została wypaczona w duchu neoliberalnym. Obiecano ludziom nowe „zielone” miejsca pracy w zamian za włączenie się do „ratowania klimatu” i powstrzymanie się od nieekologicznych nawyków (np. niejeżdżenia starymi dieslami), a póki co dostają oni tylko wyższe rachunki i ubytek miejsc pracy na skutek restrykcyjnych regulacji uderzających w przemysł. Na pocieszenie mogą zjeść wołowinę sprowadzaną przez eurokratów z Argentyny w ramach umowy Mercosur. To jest dopiero działanie ekologiczne i niegenerujące śladu węglowego! W serialu także zamiast nowych miejsc pracy mieszkańcy osiedla otrzymali utopijną i niepraktyczną wizję ekologicznych domów połączoną z zestawem ekologicznie zabarwionych pouczeń dotyczących konsumpcji.

Pierwszym krokiem ku uzdrowieniu lewicy byłoby zatem uświadomienie sobie, że to nie „klątwa” czy „fake-newsy” oddalają ją od klasy ludowej. Długoletnia obserwacja każe mi powątpiewać, że kiedykolwiek tak się stanie.

Bartosz Oszczepalski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie