Składki ZUS jako problem społeczny
Dlaczego nie jest ona finansowana z budżetu państwa, lecz niemal wyłącznie z opodatkowania pracy
Jolanta Woźnicka, wieloletnia pracownica „trzeciego sektora”, napisała tekst dotyczący zmiany pokoleniowej czekającej polskie organizacje pozarządowe. Tekst ten jest perspektywą z wewnątrz sektora. Tymczasem warto zarysować szerszy kontekst zarówno funkcjonowania sektora NGO w Polsce, jak i tego, że znakomita większość organizacji jest lustrzanym odpowiednikiem najpowszechniejszego, a jednocześnie najsłabszego elementu drugiego sektora, czyli biznesu, a więc jednoosobowych działalności gospodarczych i mikroprzedsiębiorstw rodzinnych.
„Trzeci sektor” w Polsce stoi przede wszystkim niewielkimi organizacjami. Pełnią one funkcję służebną wobec administracji samorządowej, wyręczając ją w najbardziej niewdzięcznych zadaniach z zakresu opieki społecznej, edukacji czy kultury. Poza piątką czołowych miast w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto i Poznań) w zasadzie trudno mówić o istnieniu większych organizacji, w których aktywną, codzienną pracę zarobkową wykonuje więcej niż kilkanaście osób. Podobnie jak w „drugim sektorze” odróżnić należy prekarną drobnicę (odpowiednik JDG) od dobrze prosperujących firm rodzinnych (najczęściej różnego rodzaju fundacje) czy wręcz trzeciosektorowych „korporacji”, które co do zasady działają niemal wyłącznie w miastach TOP5.
Cechą wspólną tego typu organizacji jest brak istotnego majątku pozwalającego bezpiecznie przetrwać bez pozyskiwania grantów i realizowania projektów. Ustawia to je w pozycji czysto prekarnej, podobniejszej do losu wolnego najmity z zapomnianego wiersza Marii Konopnickiej, niż do niezależnego kowala własnego losu. Pozycja ta jest tożsama z pozycją uzależnionych od jednego kontrahenta jednoosobowych działalności gospodarczych czy „przedsiębiorców” na umowie B2B, którzy od etatowców różnią się głównie brakiem jakiejkolwiek siatki zabezpieczającej i jeszcze wyższym stopniem autowyzysku. Jednocześnie są to grupy tak samo dumne ze swojej niezależności, jak i ze swojej misji – i tu, i tu jak refren wraca poczucie bycia niezastąpionymi i fundamentem funkcjonowania życia społecznego w gminie, mieście czy wręcz w całym kraju.
Na tym podobieństwa się zresztą nie kończą. Zarówno jednoosobowe działalności gospodarcze czy mikrofiremki, zwane dla lepszego samopoczucia mikroprzesiębiorstwami czy sektorem MSP (małe i średnie przedsiębiorstwa), jak i organizacje pozarządowe powstałe w ostatnich dekadach były odpowiedzią na bezrobocie i fatalne realia rynku pracy. Znakomita większość stojących przed problemem sukcesji NGOsów powstała właśnie dlatego, że tworzące je pokolenie wyżu demograficznego i ogromnego bezrobocia wśród młodych po prostu coś musiało ze sobą zrobić, a „korporacyjnych” miejsc pracy i dróg awansu było wtedy bardzo niewiele i ograniczały się one w zasadzie do kilku wielkich miast. Szerzej pisałem o genezie tego typu organizacji w moim tekście „Ruchy antymiejskie” w 2021 roku, więc tutaj pokrótce tylko zauważę, że od tamtego czasu jeszcze bardziej rozwarła się przepaść pomiędzy organizacjami z TOP5 polskich miast a tymi z interioru. Te pierwsze radzą sobie zdecydowanie lepiej i mają skąd pozyskiwać nowych działaczy, te drugie stoją zaś przed ogromnym problemem systemowym, wynikającym nie tylko z demografii, ale również z tego, jak same działają.
Po pierwsze, w Polsce utarło się, że prezesura czy stanowisko kierownicze to ukoronowanie drogi zawodowej i konieczność, jeśli chce się zarabiać dobre pieniądze. Zupełnie nie ma znaczenia to, czy posiada się odpowiedni zestaw umiejętności i czy po prostu umie się zarządzać zespołem – każdy w końcu albo zostanie kierownikiem zespołu albo pozostanie na niższym, gorzej opłacanym stanowisku. Nadal nieliczne są stanowiska eksperckie tak samo czy lepiej płatne niż stanowiska kierownicze, poza tym często pojawia się ciśnienie wywierane właśnie przez ekspertów, że „co nam tu jakaś osoba będzie mówiła, co mamy robić, przecież jako specjaliści w danej dziedzinie wiemy lepiej” – a niejednokrotnie wcale nie wiemy, bo bycie ekspertem w dziedzinie X nie oznacza, że bycie ekspertem w dziedzinie zarządzania ludźmi magicznie dostaje się w paczce. W organizacjach pozarządowych jest to widoczne jeszcze bardziej. Wiele z nich jest statkiem jednego kapitana, który często wymienia załogę, poświęcając ją w imieniu misji i własnego celu. Trudno zresztą, aby było inaczej. Kapitanowie są często mistrzami autowyzysku i oczekują podobnego poświęcenia od swoich podwładnych, nie dając im jednocześnie perspektywy awansu czy rzeczywistej decyzyjności. Organizacji pozarządowych, w których kapitan-decydent otoczony jest wianuszkiem osób „od roboty” (często zresztą w układzie decydent-mężczyzna oraz kobiety od czarnej roboty) mamy nadal na pęczki i to pomimo chętnie deklarowanej postępowości i europejskości.
Po drugie i ważniejsze: NGO to bardzo często wehikuł zarobkowy prezesa czy zarządu. Zarobek ten jest zresztą niespecjalnie atrakcyjny i uwarunkowania finansowe sektora są takie, że zwyczajnie nie da się utrzymać więcej niż 2-3 osób na niepełnych etatach. Oddanie zarządu to oddanie dochodów i perspektywa szukania pracy poza sektorem, w zasadzie od zera budując pozycję zawodową w wieku 40 czy 50 lat. Tu ponownie wracamy do systemowego braku zabezpieczenia majątkowego i uzależnienia od grantów i projektów. W kieracie wiecznie doraźnych projektów i grantów niemal niemożliwy jest rozwój organizacji czy jej powiększenie, a każda przerwa w finansowaniu to realna perspektywa likwidacji całej organizacji.
Po trzecie wreszcie, nie ma się co dziwić młodym, że nie garną się do pracy w „trzecim sektorze”. Nie są tak zdesperowani (czy raczej „zmotywowani”, jak lubią mawiać mistrzowie autowyzysku), jak byliśmy my w ich wieku. A praca w NGO nie jest dla nich specjalnie atrakcyjnym sposobem na życie dłużej niż przez kilka sezonów. Nie wynika to z mitycznego lenistwa tzw. Generacji Z, o które zresztą też byli oskarżani tworzący trzon „trzeciego sektora” tzw. millenialsi, ale z prostej kalkulacji. Stabilność pracy, jej jakość, możliwości rozwoju, pewna łatwość w zmienianiu swojej sytuacji wynikająca z lepszego wykształcenia, ale też po prostu lepszej sytuacji na rynku pracy niż w latach 90. czy dwutysięcznych nie wskazują ani małych firm, ani organizacji pozarządowych jako miejsc pracy, z którymi można się bezpiecznie związać na lata.
Jak mówią młodzi – not gonna happen. Opisywane w tekście Jolanty Woźnickiej organizacje po prostu umrą wraz ze swoimi założycielami i wynika to wprost zarówno ze sposobu ich powstania i działania, zmian demograficznych i ekonomicznych w ostatnim dwudziestoleciu, jak również z faktu, że na dzisiejszym rynku pracy praca w NGO musi konkurować ze znacznie większą ofertą niż w 2006, i to z ofertą, która zapewnia znacznie więcej za znacznie mniej zaangażowania.
Zresztą nie jest to też jakaś specjalna tragedia – mimo tego, co się nam w sektorze wydaje bądź do niedawna wydawało, NGO nie zbawiły świata. Za to bardzo często uwiązały nas na lata w toksycznym kieracie pracy ponad siły i życia w ciągłym poczuciu winy (zawsze się nie dowiezie wystarczająco, prawda?). Dodatkowo „praca projektowa” i ogromne dziury w ubezpieczeniach społecznych wynikające z pracy na śmieciówkach (swojej pierwszej prawdziwej umowy o pracę doczekałem się w roku 2014, po prawie dekadzie działania w NGO – i oczywiście już poza tym sektorem) zostawiły nas z potężnym problemem zabezpieczenia na starość i z, delikatnie mówiąc, nie najlepszym stanem zdrowia. Ale to już osobna opowieść na kiedy indziej.
Jarosław Ogrodowski
Grafika w nagłówku tekstu: Olena from Pixabay
Dlaczego nie jest ona finansowana z budżetu państwa, lecz niemal wyłącznie z opodatkowania pracy
Należy ustawowo rozciągnąć paragrafy Kodeksu karnego na przypadki łamania praw pracowniczych.