Co za ludzie!

·

Co za ludzie!

·

Pomijam tu kwestię formy i treści (dez)informacji podawanych przez te portale. I tak najważniejsze są tam krzykliwe tytuły i obrazki. Zdumiało mnie co innego: poziom chamstwa, agresji i braku jakichkolwiek hamulców etycznych u tzw. komentatorów. O wulgarności i nagminnych problemach z ortografią – nie wspomnę. Tak sobie myślę: gdyby dziś Dante pisał „Boską komedię”, w którym kręgu piekielnym umieściłby internautów? I czy możliwe, byśmy mieli w sobie tak mało kindersztuby i zwykłej przyzwoitości?

Jak wyglądałby Polaków portret własny, któremu jako model służyłby tzw. przeciętny internauta. Byłaby to zapewne postać szpetna i wredna, z mordą swarliwą, ustami wykrzywionymi w butnym albo złośliwym uśmieszku, tępym wzrokiem ignoranta absolutnie przekonanego do swoich racji. Twarz durnia z pięścią zaciśniętą w kułak, gdy akurat nie wystukuje swoich złotych myśli na klawiaturze.

Oczywiście, przesadzam. Zdaję sobie sprawę, że wśród przeciętnych zjadaczy internetowych wieści są ludzie kulturalni, subtelni, życzliwi światu i bliźnim. Jak zwykle, nikną gdzieś w cieniu, są ledwo słyszalnym kontrapunktem pośród kakofonii sieciowych wrzasków. Chamowi zawsze jest łatwiej: swoją (ir)rację potrafi wyartykułować dosadnie i bez jakichkolwiek skrupułów. Jak powiada młodzież: taki lajf.

Zastanawia mnie najbardziej, skąd w nas tyle złości i agresji. Przecież ci ludzie, których ordynarność drażni mój zmysł estetyczny (i etyczny) w Internecie, są zapewne tymi samymi osobami, które mijam codziennie na ulicy, w tramwaju, w sklepach, na uczelni i w kościele. Tak, anonimowo łatwiej przychodzi wyładować złość, bez jakiegokolwiek skrępowania użyć słów i argumentów, które byłoby wstyd wypowiedzieć w obecności drugiego człowieka. Może więc Internet jest formą terapii (choć nie wiem, czy to dobre słowo), stwarzającą możliwość odreagowania codziennych kłopotów, stresów i zmartwień. Może ów tępy brutal, walący pięścią w stół jak niegdyś tow. Chruszczow w mównicę ONZ, jest małym, zalęknionym człowieczkiem, trzęsącym się ze strachu przed sobie podobnymi istotami. Może ma szefa skurczysyna, może nieprzyjemnego sąsiada, może dzieli łoże z Ksantypą, a jego dzieci są gorsze niż siedem egipskich plag. I gdy siada, biedny, przed komputerem, czuje się nagle jak pan i władca wirtualnej przestrzeni. Wszystko to być może, choć brzydko jest wdawać się w analizę bliźniego swego zapośredniczonego (via internet).

Możliwe, że Sieć ujawnia nasze prawdziwe oblicza, zaś na sądzie ostatecznym będziemy rozliczani z naszych nicków. I okaże się, żeśmy bardziej istnieli na niby, niźli faktycznie. Żeśmy cali byli nickami, słowami, emotikonami, linkami itp., itd. Żeśmy całe życie zmarnotrawili na wirtualną agresję, durnotę i chamstwo. W sumie głupio być sądzonym za wirtualny żywot, rzecz jednak w tym, że prawdziwe są nasze palce i myśli, którymi rzygamy na monitor.

Zresztą, pomijając eschatologię (wersja dla niewierzących): to jednak jakieś dziwne i straszne, marnować tyle czasu na internetowy zgiełk. Przecież można by w tym czasie popatrzeć na drzewo, niebo, na staruszka przechodzącego ulicą. Można by się (jak najbardziej bezproduktywnie) zamyślić, uciąć sobie drzemkę, popatrzeć, czy na półce nie stoi jakaś dawno nie czytana książka, napisać staromodny list do rodziców, wsadzić go do staromodnej koperty i pójść wysłać na równie staromodną (by nie powiedzieć: archaiczną) pocztę. Wszystko to można zrobić, miast sączyć jad bliźniemu swemu i zapluwać się wirtualną śliną.

Cóż, zostawiam drogich czytelników z tymi uwagami, pocieszając się myślą, że korzystający z Internetu czytelnicy „Obywatela” mają w życiu ważniejsze sprawy i większe ambicje, niźli żywot internetowego trolla.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie