Krzysztof Wołodźko

(ur. 1977) – zastępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, członek krakowskiej Spółdzielni „Ogniwo”, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”.

Autorką fotografii Krzysztofa jest Katarzyna Derda.

Teksty tego autora:

(Kontr)rewolucja w państwie PiS

Znana teza głosi, że PiS przejął od lewicy elektorat socjalny. Ale to o wiele bardziej skomplikowane. A to z tej prostej przyczyny, że ewentualny prosocjalny elektorat wcale nie oznacza z definicji elektoratu współczesnej lewicy, która w kwestiach emancypacyjnych znacznie wykracza poza postulaty sprzed stulecia. Nawet jeśli przyjmiemy, że lud w Polsce nie jest wcale tak konserwatywny, jak chciałaby prawica, to jest wystarczająco konserwatywny w sferze publicznej, by od dekad wybierać centroprawicę, albo co najwyżej mocno dwuznaczną w sprawach obyczajowych post-PRL-owską socjaldemokrację, a nie na przykład Zielonych. Co więcej, niestety, po kryzysie z przełomu dekad ujawniły się w polskim społeczeństwie głębokie pokłady frustracji, które uskrzydliły neoendeków na ambonach, stadionach i w politycznych gabinetach. Może był kiedyś moment, w którym dało się ulicę zdobyć dla lewicy (bezprzymiotnikowej), ale, jak się wydaje, niesprzyjających okoliczności było całkiem sporo. Zatem nawet socjalny elektorat nie będzie tak łatwy do pozyskania. Dlaczego? Bo jak dotąd, najprozaiczniej w świecie, na skrzyżowaniu między socjalnością a emancypacją kulturowo-polityczną rozchodzą się drogi przynajmniej części prosocjalnego elektoratu i lewicy. I także dlatego lewica, która nie może udawać, że nie słyszy chamskich uwag o emigrantach, wypowiadanych nierzadko wcale nie przy „budce z piwem”, ale w inteligentnych biurowcach przez modnie przystrzyżone korpoosoby, które po robocie kultywują nacjonalistyczne fobie, nie przywita z entuzjazmem wizji politycznego sojuszu z obecnym obozem władzy. Tym bardziej, o czym piszę ze smutkiem, że obrażanie lewicy i mocna dyskredytacja jej postulatów emancypacyjnych, nie tylko tych nazywanych obyczajowymi, ale np. antyprzemocowych i antyseksistowskich, jest po prostu częścią lajfstajlu niemałej części centroprawicy. Choć jest i odwrotnie: to niektórzy ludzie lewicy sądzą, że pogardą dla propisowskiego ludu i elity cokolwiek dla siebie wywalczą w przestrzeni społecznej. Tyle że siły wyborcze i możliwości instytucjonalne rozkładają się obecnie na zdecydowaną niekorzyść lewicy. Ten stan szybko się nie zmieni.
Czytaj więcej

dr Tomasz Luterek

Albo ustawa, albo bagno
(Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów)

W Warszawie oddajemy kamienice, które były zadłużone po same dachy, po cichu uznając, że brak im obciążeń hipotecznych. To bardzo wyrywkowe traktowanie reprywatyzacji. Nie może być tak, że ktoś wybudował kamienicę w 1938 roku, wziął na to mnóstwo kredytów, a obecnie jego spadkobiercy odzyskują w całości majątek dziadziusia. Wartość nieruchomości po wojnie na ziemiach polskich była bardzo niska. Przecież to wszystko w znacznej mierze leżało w gruzach. Czytaj więcej

Jan Śpiewak

Jeden wielki szwindel
(Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów)

Opłaca się to wąskiej elicie – zblatowanym środowiskom prawniczym, politycznym, urzędniczym, biznesowym. Można to porównać z uwłaszczeniem nomenklatury i dawnej opozycji z lat 90. XX wieku. Dziś nie ma już państwowych fabryk, ale w domenie publicznej pozostały jeszcze kamienice, place, działki, na których stoją szkoły. To wszystko jest objęte uwłaszczeniem nowej elity. Czytaj więcej

Ewa Andruszkiewicz

Oskarżam!

Jolę Brzeską wywieźli do lasu i tam spalili. Mnie nawet nie musieliby nigdzie wywozić, wystarczyłoby podpalić drewniany domek. Wyobraźnia pracowała non stop, całą dobę. A w nocy, co przymknęłam oczy, to blask bijący od kominka stawiał mnie na równe nogi. Widziałam przerażoną twarz Joli wyłaniającą się z płomieni. Byliśmy i nadal jesteśmy wściekli. I zdumieni. Jolka z nas wszystkich była najinteligentniejsza. Jak ona się dała osaczyć, że wyszła z nimi? Czytaj więcej

Walka klas, wojna pokoleń

Gdy poszliśmy do liceum, Polska się już solidnie przepoczwarzała, więc na jedną nóżkę Bóg, honor i ojczyzna, na drugą Róbta Co Chceta, zespół IRA, piwo 10,5 i pierwsze shake’i w MacDonaldzie. Wmówiono nam, że jesteśmy pokoleniem bez właściwości: za młodzi na opozycjonistów, za starzy na pełnoprawne dzieci III RP, ale w sam raz, żeby wydawać kieszonkowe w amerykańskim fast foodzie. W „Gazecie Wyborczej” w pierwszej połowie lat 90. XX w. chyba pisano o nas jako „X generation” i opisywano jako „niezaangażowanych”, „bez idei”, „nie potrzebujących tożsamości”. Kiedyś chyba w większości byliśmy „jurkoowsiakowi” i chętnie czytaliśmy „Gazetę Wyborczą” (krzywiąc się na „mohery”, bo to nas czyniło takimi liberalnymi), dziś wielu odkryło w sobie arcypatriotów i neoendeków. Nazywa się to ładnie „zmądrzeniem”, ale według mnie to efekt Zeliga, reakcja przystosowawcza roczników, które za młodu puszczono samopas, przykładem uczono albo transformacyjnego cynizmu, albo kruchcianego fanatyzmu (a czasem jednego i drugiego na raz). Do nas, jako pokolenia, nikt tak pięknie nie mówił. I nikt nam tak dobrego świadectwa nie dawał. Karcono nas za to często w mediach, byśmy nie byli podobni do „homo sovieticusów” ze starszych pokoleń, do bezbożników „z liberalnego Zachodu”, do „moherowych beretów”. Wszystkim nas straszono. Do niczego poza wolnym rynkiem, kruchtą albo libertynizmem nie chciano przekonać. I właściwie staliśmy się sumą tych strachów i takiej socjalizacji. Czytaj więcej

Pańska Polska (w ciągłej budowie)

Dwa, trzy lata temu, w rodzinnej wsi razem z sąsiadką wsiedliśmy do jednego z niewielu autobusów, który stamtąd wyjeżdżał. Sąsiadka jest po sześćdziesiątce, musiała coś załatwić w miejskim urzędzie oddalonym o kilkanaście kilometrów. Było około ósmej rano. Na miejscu byliśmy może pół godziny później. Autobus powrotny był po piętnastej. Spacerowałem po miasteczku, wpadłem do znajomych, do księgarni, wypiłem kawę, spacerowałem nad rzeką, poszedłem do lokalnej biblioteki z dostępem do internetu. Gdy wróciłem na dworzec autobusowy, sąsiadka już tam siedziała. Ponad sześćdziesięcioletnia kobieta spędziła na tym dworcu około pięciu godzin, czekając na powrotną komunikację. Na szczęście latem, na szczęście w bezpiecznej okolicy, na szczęście o własnych siłach. Dodam jeszcze, choć to niewiarygodne: tych parę lat temu komunikacja publiczna była tam nieco mniej zwinięta niż obecnie…Oto miara cywilizacji, miara realiów w państwie, w którym elity a to bronią wartości, a to demokracji – ale w swoim egoizmie warstwy uprzywilejowanej już dawno odwróciły się najmniej przyzwoitym otworem ciała do sporej części Polski. I co najwyżej potrafią się między sobą licytować, kto bardziej winien, kto zorganizował te urocze zawody w zwijaniu ładu instytucjonalnego i infrastruktury publicznej w ich różnych wymiarach. Ale przecież łatwo sprawdzić, choćby w Wikipedii, kto rządził pańską Polską w poszczególnych latach; łatwo sprawdzić, kto kiedy w jakiej był partii, na jakie hasła się powoływał i jakie to skutki miało w praktyce; łatwo też sprawdzić, jak opisywali rodzimą rzeczywistość i jakie podsuwali recepty wpływowi redaktorzy, publicyści, osoby opiniotwórcze, przeróżne autorytety, specjaliści od katolickich wartości i od europejskich standardów demokratycznych. Czytaj więcej

Postęp ze skutkiem śmiertelnym?
(Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów)

„Dobrobyt bez wzrostu. Ekonomia dla planety o ograniczonych możliwościach” Tima Jacksona to książka, która przywraca właściwy porządek myśleniu o relacji między człowiekiem/wspólnotami ludzkimi a teorią i praktyką globalnego kapitalizmu. Ta erudycyjna praca, mocno zakorzeniona w konkretnych i różnorodnych danych społeczno-gospodarczych, jest również etycznym świadectwem odpowiedzialności autora za los społeczeństw i tak chciwie eksploatowanego przez nas globu. Jej wymowa to zdecydowany głos sprzeciwu wobec paradygmatów nieodpowiedzialności, na jakich bazują potężne instytucje polityczne i gospodarcze, zainteresowane szybkim, olbrzymim zarobkiem kosztem wielkich społeczeństw i małych społeczności, kosztem fauny i flory, całej Ziemi. Czytaj więcej

Marta Dzido, Piotr Śliwowski

Niezabliźnione
(Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów)

Było kilka wyzwalaczy, sytuacji, które sprawiały, że chwytaliśmy się za głowy. Marta pewnego dnia wróciła do domu i opowiedziała mi historię, którą usłyszała podczas nagrywania Małgorzaty Tarasiewicz, gdańskiej działaczki ruchu Wolność i Pokój. To była opowieść o losach Sekcji Kobiet, która powstała w ramach struktur NSZZ „Solidarność” w początkach III RP. Przedstawicielki tej sekcji zabrały głos w sprawie przepychanej wówczas przez prawicę i Kościół ustawy antyaborcyjnej. Ich zdanie szło pod prąd oficjalnego stanowiska związku. Marian Krzaklewski, ówczesny szef „Solidarności”, doprowadził do tego, że Sekcja Kobiet została rozwiązana. Przyszedł 10 kwietnia 2010 r. i sprawa współpracy przy realizacji filmu została zawieszona. Wówczas wstrząsnęła nami krótka informacja na pasku jednej z telewizji, że w katastrofie zginęła również Anna Walentynowicz. Obok jej nazwiska zapisano: „osoba towarzysząca”. Uderzyło nas to. Mieliśmy wrażenie, że dla wielu ludzi to zupełnie anonimowa osoba. I że z czasem zostanie kompletnie zapomniana, wyrugowana z powszechnej historii. Czytaj więcej

Adriana Porowska

Samotni, zbędni, bezdomni

W Polsce w tego typu sytuacjach ludzie zostają na ogół sami ze sobą. Próbują na przykład łączyć na różne sposoby obciążającą opiekę nad chorym współmałżonkiem z pracą zarobkową. Zastanawiają się wtedy, na co właściwie wydawać pieniądze – na raty kredytu, na leki, na rehabilitację, „amortyzowanie” wszelkich możliwych kosztów choroby? A jeśli jeszcze jest dziecko? W dodatku sądzimy często, że bezdomność dotyka tylko ludzi źle wykształconych, wykonujących słabo opłacane prace fizyczne. Ale miałam u siebie również dwóch dziennikarzy. Jeden z nich właśnie się usamodzielnia, dostał mieszkanie. To przecież też zawód wykonywany obecnie najczęściej na umowę zlecenie. W sytuacji choroby zostali bez środków do życia, bo nie byli w stanie wykonywać swoich obowiązków. Nie zarabiali kokosów – w tej branży nie każdy ma dochody jak Kuba Wojewódzki. Czytaj więcej

Czyste ręce, brudne paznokcie

Myślę sobie, że właśnie po to powielacze powielały, solidaryce się solidaryzowały, szczekaczki wyszczekiwały, internaty internowały, po to kieliszki w Magdalence pociły się i fraternizowały, terapie szokowały, jedne gazety wyborczały, a drugie polszczały, żeby stare kobiety w tak pięknym kraju mogły wbijać lekko niepewny wzrok w resztki kolorowych napojów wielkich światowych kompanii spożywczych. Ale w sumie to krzepiące, jak po ludzku ciepłe i normalne jest wnętrze lokalnego baru mlecznego pełnego zwykłych ludzi, z których generałowie różnych armii chcieliby zrobić albo ciemną, niehigieniczną, propisowską tłuszczę, albo wmówić tym wszystkim Polkom i Polakom konsumującym mielone z ziemniakami i kapustą na ciepło, że najstraszliwsi są dla nich uchodźcy i francuskie problemy postkolonialne, a najlepszy – proruski straszny dziadunio Trump walczący z „homoterrorem”. Nie będę czcił żołnierzy wyklętych. Będę wspominał starego komunistę, który miał ule. Nie będę zachwycał się terapiami celebrytów, którzy czasem jeżdżą do Azji, by dowiedzieć się, jak smakuje biedne życie. Będę rzewnie myślał o płaczliwej staruszce z baru mlecznego na Bronowicach. 500+ przekona mnie tylko do 500+, a nie – na przykład – do polityki informacyjno-kulturalnej TVP po #dobrazmiana. Pogardzam ludźmi, którzy z domniemanych i realnych Polaków-biedaków zrobili chłopca do bicia w swojej wojence z rządzącą partią. Pogardzam ludźmi, którzy głosili hasełka o rodzinie na swoim, a równocześnie pozbawiali polskich rodzin infrastruktury publicznej, źródeł zarobkowania, wymuszając de facto na dzieciach tych ukochanych polskich rodzin trwałą emigrację zarobkową. To wszystko zrobili ludzie, których dziś znajdziemy i w PiS, i w KOD-owskiej opozycji. Patrzę na elity tego społeczeństwa: polityczne, kulturowe, biznesowe, są to elity i prawoskrętne, i lewoskrętne. Wszyscy mówią o sobie, że mają czyste ręce i zawsze dobrze chcieli. Tylko skąd mają tyle brudu za paznokciami? Czytaj więcej