Słaby puls biznesu

·

Słaby puls biznesu

·

Ponad połowa spośród 12 marek wskazanych przez czytelników „Pulsu Biznesu” jako powód do narodowej dumy należy do ponadnarodowych korporacji.

Sześciu laureatów plebiscytu to napoje alkoholowe, wiodące marki na rynku krajowym i/lub eksportowym; wszystkie przejęte przez międzynarodowe podmioty gospodarcze (jeden wytwarza swój produkt także w zakładach poza Polską). Dużym uznaniem cieszy się również marka E. Wedel, obecnie w posiadaniu… japońsko-koreańskim. Pierwsza firma, która szczyci się wyłącznie rodzimym (i rodzinnym) kapitałem, to producent autobusów z Bolechowa, Solaris, który zajął w rankingu 4. miejsce. Na pozycji 8. znalazł się Ludwik, płyn do mycia naczyń, którego wytwórca na swojej stronie internetowej również chwali się w pełni polskim właścicielstwem. Na liście znalazły się ponadto koszule Vistuli i Wólczanki, należące do polskiej grupy kapitałowej, i dwie firmy o własności rodzinnej (Melex i Dr Irena Eris).

Wyniki internetowej zabawy dziennika pozwalają uchwycić powszechny sposób postrzegania rzeczywistości: coś, co zawsze było wytwarzane w kraju – jest polskie, nawet jeśli producentem jest obcy podmiot, wyprowadzający wypracowany zysk za granicę (w dwudziestoleciu międzywojennym Austriacy stosowali podobne metody produkując na nasz rynek kosy „Kosynier”). Wielu rodaków kupując produkty opatrzone tradycyjnymi polskimi znakami towarowymi nawet nie wie, że przyczynia się do drenażu ekonomicznego własnego kraju. Inna rzecz, że często niełatwo o alternatywę, np. rynek napojów alkoholowych czy słodyczy zostały niemal w całości zdominowane przez obcy kapitał.

Jeśli spojrzymy na ranking z szerszej perspektywy, uderza fakt, że wśród marek, które wygrały „casting”, tylko trzy reprezentują innowacyjne, a więc perspektywiczne dziedziny przemysłu. Jak określił to na łamach „Obywatela” dr hab. Andrzej Karpiński, dominuje u nas przemysł „dymiący”, ustępujący z państw rozwiniętych, natomiast produkcja w branżach nowoczesnych stanowi 0,1-1,7% produkcji „starej” Unii, podczas gdy ludność Polski stanowi ponad 10% ludności Piętnastki. Sytuacja pod tym względem znacznie pogorszyła się w ciągu dwudziestu lat transformacji, zwłaszcza że powyższe, nikłe procenty w ogromnej części dotyczą montowni. To spuścizna przyjętego modelu prywatyzacji, ale i braku aktywnej polityki przemysłowej państwa. Wysokorozwinięte kraje zachodnie aktywnie wspierają swoje przemysły, pompując duże ilości pieniędzy w badania naukowe istotne dla rozwoju poszczególnych branż, podczas gdy u nas zdarzają się co najwyżej nakłady na „twardą” infrastrukturę. Skutki najlepiej obrazuje przykład przemysłu okrętowego. Niedozwolona pomoc publiczna okazała się gwoździem do trumny dla części naszych stoczni (choć rząd miał szersze pole manewru – pisaliśmy o tym w nr 46), podczas gdy Niemcy na swoje okrętownictwo przeznaczali znacznie większe kwoty, podnosząc jednocześnie jego konkurencyjność.

Dominujące w strukturze naszego przemysłu dziedziny opierają się o proste przetwórstwo i zaspokajają najbardziej podstawowe potrzeby. To samo dotyczy naszego eksportu, w którym królują produkty rolne i półfabrykaty. W medialnym szumie o rzekomej mocy polskiej gospodarki („odpornej na kryzys”) ginie alarmująca informacja, że udział importu w sprzedaży krajowej sięga 54%, podczas gdy udział produkcji wytworzonej w kraju (łącznie z firmami zagranicznymi) tylko 46%. Co gorsza, dominuje tendencja, by w ramach branż schyłkowych walczyć z zagraniczną konkurencją za pomocą niskich cen. Problem w tym, że wschodniej taniochy i tak nie przebijemy, a zbijanie kosztów przez obniżanie płac pomniejsza siłę nabywczą pracowników, będącą siłą napędową gospodarki, przez co wpadamy w błędne koło niedorozwoju.

Jeśli zrobimy solidny gospodarczy rachunek sumienia, okaże się, że de facto jesteśmy krajem półkolonialnym: sprzedajemy surowce i półprodukty, natomiast dobra wysokoprzetworzone i luksusowe sprowadzamy z zagranicy. Bezpośrednio po odzyskaniu niepodległości, choć kraj był w totalnej ruinie, inwestowano w rozwój rodzimej wytwórczości – początkowo na zagranicznych licencjach, a następnie we własne konstrukcje, co najlepiej widać na przykładzie przemysłu zbrojeniowego. Ostatnie przedwojenne polskie czołgi, samoloty czy karabiny były nowoczesne, bardzo dobrej jakości, a przy tym zaprojektowane i wykonane w kraju. Dziś, w bez porównania bardziej sprzyjających warunkach historycznych, gdy mowa o rozwoju przemysłu, najczęściej chodzi o żebraninę u zagranicznych inwestorów o wybudowanie u nas ich montowni. „Stymulowanie rozwoju gospodarki” ogranicza się do kolejnych zwolnień podatkowych dla najlepiej sytuowanych, liberalizacji prawa pracy i utrzymywania niskiej płacy minimalnej, natomiast rozwój nauki sprowadzono do zwiększania „produkcji” studentów, opuszczających akademickie mury z coraz mniejszą wiedzą.

Na „polską Nokię” będziemy musieli poczekać – na razie pozostaje nam prawie-piwo.

Konrad Malec

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie