Łagodna rewolucja

·

Łagodna rewolucja

·

Niezwykłe, że choć tak często porządek świata stoi na przemocy i ucisku, o treści cywilizacji stanowi jednak opór wobec nich, a zwycięstwo dobra rodzi się z „siły bezsilnych”.

Dziś także zacznę garścią cytatów.

W pierwszym tomie „Rzeczy minionych i rozmyślań” Aleksander Hercen wspomina: Pewien młody oficer opowiadał mi, że wysłano go w 1831 roku, by znalazł i ujął jakiegoś polskiego ziemianina, który ukrywał się w pobliżu swego majątku i był podejrzany o stosunki z emisariuszami. Po zebraniu informacji oficer udał się na miejsce, gdzie ukrywał się ziemianin; zjawił się tam z oddziałem, otoczył dom i wszedł do niego z dwoma żandarmami. Dom był pusty: przeszli przez wszystkie pokoje, poszperali – nie było nigdzie nikogo, a tymczasem niektóre drobiazgi wyraźnie świadczyły o tym, że w domu niedawno znajdowali się mieszkańcy. Pozostawiwszy żandarmów na dole, młody człowiek po raz drugi wszedł na strych; po uważnym obejrzeniu go zauważył niewielkie drzwi, prowadzące do alkierza lub do jakiejś komórki; drzwi były zamknięte od wewnątrz; pchnął je nogą; drzwi się otworzyły i stanęła przed nim piękna, wysoka kobieta; w milczeniu wskazała mu mężczyznę, trzymającego na rękach nieprzytomną dziewczynkę lat około dwunastu. Był to właśnie poszukiwany ziemianin ze swoją rodziną. Oficer się zmieszał. Wysoka kobieta spostrzegła to i zapytała: – „Czy będzie pan tak okrutny i zgubi ich?”. Oficer przepraszał mówiąc zwykłe banały o obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa, o powinności i wreszcie zrozpaczony, widząc, że słowa jego absolutnie nie działają, skończył swoją przemowę zapytaniem: – „Więc cóż mam począć?”. Kobieta dumnie spojrzała na niego i rzekła wskazując mu drzwi: – „Zejść na dół i oświadczyć, że tu nikogo nie ma”. – „Jak Boga kocham, nie wiem” – opowiadał oficer – „jak to się stało i co się wówczas ze mną działo, lecz zszedłem ze strychu i kazałem podoficerowi zwołać oddział. Po dwóch godzinach gorliwie szukaliśmy go w innym majątku”.

W swojej „Autobiografii” Gandhi opisuje podróż do Charlestown w Afryce Południowej: …do przedziału wszedł inny pasażer i zaczął mi się bacznie przyglądać. Widział, że jestem „kolorowym”. Najwidoczniej to sąsiedztwo nie odpowiadało mu. Wyszedł z przedziału, by wkrótce wrócić w towarzystwie jednego czy dwóch urzędników kolejowych. Zachowywali się spokojnie, gdy naraz zjawił się jeszcze jeden urzędnik kolejowy i zwrócił się do mnie ze słowami: „Wyjdź stąd, przesiądź się do bagażowego wagonu!”. – „Ależ ja mam bilet pierwszej klasy!” – odpowiedziałem. – „To nie ma znaczenia” – odparł tamten – „powiadam, że masz się przesiąść do bagażowego wagonu!”. – „A ja powiadam, że od Durbanu mam prawo jechać w tym właśnie przedziale i nie mam zamiaru rezygnować z tego prawa!”. – „Nie będziesz jechał w tym przedziale” – obstawał przy swoim urzędnik. – „Masz natychmiast go opuścić, inaczej zawołam policjanta, który cię stąd wyrzuci”. – „Możesz to zrobić, ale dobrowolnie nie wyjdę stąd”. Wkrótce zjawił się policjant. Wziął mnie za rękę i wypchnął z przedziału. Wyrzucono z niego również mój bagaż. Odmówiłem udania się do innego wagonu. Po chwili pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszedłem do poczekalni na dworcu, zabierając ze sobą ręczną walizkę i zostawiając bagaż tam, gdzie go rzucono. Władze kolejowe zaopiekowały się nim. Była to zima, a w górzystych prowincjach Południowej Afryki zazwyczaj o tej porze panują dotkliwe mrozy. Maritzburg był położony dość wysoko i mróz był duży. Mój płaszcz znajdował się wśród bagażu, nie miałem jednak odwagi zapytać o niego w obawie, że znów zostanę zelżony – siedziałem więc i dygotałem z zimna. /…/ Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak mam postąpić: walczyć o swoje prawa czy też raczej wrócić do Indii, a może udać się w dalszą podróż do Pretorii, nie robiąc sobie nic z doznanych obelg? /…/ Przykrości jakie na mnie spadły, były czymś ubocznym i świadczyły jedynie o ciężkiej chorobie przesądów rasowych. Moim obowiązkiem – myślałem w duchu – jest starać się w miarę swoich sił wyrwać korzenie tej choroby i ponosić przykre konsekwencje, jakie pociąga za sobą uzdrowienie z niej świata. Trzeba się temu przeciwstawić i jedynie zastanowić nad zakresem, jaki powinna objąć walka o zwalczanie tego przesądu.

1 grudnia 1955 r. Rosa Parks, czarnoskóra krawcowa, która miała wówczas dwadzieścia pięć lat, odmówiła białemu ustąpienia miejsca w autobusie, w Montgomery w stanie Alabama na południu USA. Nazwano ją „matką ruchu walki o prawa obywatelskie”. Martin Luther King rzucił wówczas hasło bojkotu autobusów, będących w posiadaniu tamtej spółki przewozowej. Kilka lat później, opisując ruch protestu 1963 r., pisał w książce „Dlaczego nie możemy czekać”: Dlaczego tysiąc miast zadrżało prawie jednocześnie i dlaczego cały świat – od lśniących stolic po wsie z lepianek – wstrzymał oddech w czasie tych miesięcy? Dlaczego właśnie w tym roku Murzyn amerykański, tak długo ignorowany i skreślany z kart podręczników historii, własnymi stopami wydeptał deklarację wolności na czołówkach gazet, pism i ekranów telewizyjnych? Sarah Turner zamknęła kredens kuchenny i wyszła na ulicę; John Wilkins zamknął windę i zapisał się do armii biernego oporu; Bill Griggs docisnął hamulec ciężarówki i podjechał do krawężnika; ksiądz Artur Jones wyprowadził swoją gromadkę na ulicę i odprawiał nabożeństwo w areszcie. Słowa i czyny parlamentów, mężów stanu, królów i premierów, gwiazd filmowych i atletów zostały zepchnięte z pierwszych stron dzienników, aby zrobić miejsce dla historycznych czynów kierowców, służących, windziarzy i duchownych. Dlaczego w 1963 roku? [pogrubienie – K.W.] /…/ Tradycja religijna Murzyna uczyła go, że bierny opór dawnych chrześcijan stanowił silną broń moralną, która wstrząsnęła imperium rzymskim. Historia Ameryki uczyła go, że bierny opór stosowany w obronie w formie bojkotów i protestów zaszachował monarchię brytyjską i przyczynił się do wyzwolenia kolonii spod niesprawiedliwego panowania. W obecnym stuleciu etyka biernego oporu Mahatmy Gandhiego i jego zwolenników pozwoliła obezwładnić artylerię imperium brytyjskiego w Indii i wyzwolić z kolonializmu ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Podobnie jak jego poprzednicy, Murzyn gotów był narażać się na ofiary, aby poruszyć sumienie społeczne swojego środowiska i narodu. Zamiast narażać się na ukryte okrucieństwo w tysiącach mrocznych cel i na niezliczonych rogach ciemnych ulic, zmusi swego ciemięzcę do jawnej brutalności – w świetle dnia – na oczach reszty świata. /…/ Nie jest rzeczą prostą przyjąć zasadę, że siła moralna ma taką samą moc i zalety, jak zdolność odparowania ciosu siłą, albo że powstrzymanie się przed odwzajemnieniem ciosu wymaga większej siły woli i odwagi niż automatyczny odruch obronny.

Na kartach „Anny Solidarność” Sławomir Cenckiewicz cytuje wspomnienia Andrzeja Gwiazdy z „Gwiazdozbioru w »Solidarności«”, dotyczące przystąpienia Anny Walentynowicz do Wolnych Związków Zawodowych: Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady. /…/ Ania to była firma – starsza od nas stateczna pani, świetny fachowiec, znana w Stoczni Gdańskiej z wielu poprzednich działań. Pracowała wówczas jako suwnicowa, ale wiele lat była utalentowanym spawaczem. Wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała tylko swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Wciąż szukała nowych wyzwań i wiedzieliśmy, że jeśli zaangażuje się w WZZ-y, to zyskamy niezawodnego, kompetentnego działacza.

Są to opowieści z różnych epok, miejsc, dotyczące przeróżnych ludzi i wydarzeń. Jest jednak kilka rzeczy, ważkich kwestii, które je łączą. Nicią przewodnią jest moralny opór, tematem: bunt wobec opresji – zadekretowanej, strukturalnej, często głęboko zakorzenionej, wspartej fizyczną i symboliczną przemocą. To opór, który słabych czyni silnymi, skazanym na porażkę daje jednak możliwość ocalenia, a nawet zwycięstwa. Jest to opór heroiczny, a jego bohaterstwo rodzi się stąd, że wcielają go w życie ludzie zwykli, właściwie przeciętni, którzy do stracenia mają wszystko, którym silniejsi mogą nie tylko uczynić życie gehenną, ale – ostatecznie – także je odebrać. A przecież odnajdują siłę i szansę, by to niewiele, co mają, postawić na jedną kartę – i wygrać. Czy jest to czarnoskóra, młoda Amerykanka, która ma odwagę nie wstać z miejsca, z którego ją wyrzucają, czy samotna Polka stająca w obronie mężczyzny, wroga caratu, to przecież te kobiety, którym grozi pobicie, pohańbienie, których racja ma charakter jedynie etyczny, bardzo kruchy wobec ludzi, którzy są dla nich zagrożeniem, zwyciężają. I trudno zaprzeczyć, że to zwycięstwo jest największą rzeczą, jaka może się przydarzyć na świecie.

Trudno jednoznacznie ocenić, co jest ostateczną przyczyną, że takie zwycięstwa są możliwe. Nie jest przecież tak, jak niejednokrotnie przekonywano, że świat sam z siebie zmierza ku moralnemu udoskonaleniu. Owszem, zdarzają się epoki, które z perspektywy czasu uznać można za bardziej etyczne, za bardziej prawe; bywa, że mądre rządy, sprzyjające warunki ekonomiczne, powszechny zmysł moralny, kultura społeczna czynią niektóre narody, państwa czy miejsca na świecie lepszymi, czy jak kto chce – sprawiedliwszymi, szczęśliwszymi. Nie jest to jednak dane na zawsze i nie jest powszechne. Nawet jeśli mówić o współczesnej Europie, która wydaje się miejscem spokojnym, to przecież – od handlu ludźmi, prostytucji nieletnich, korupcji władzy i dominacji nad handlem, społeczeństwami i państwami ze strony korporacji, tych współczesnych, utajonych Imperiów, przez niepokoje społeczne, hipertrofię konsumpcjonizmu, rządy mafii, do niedawna jeszcze obecny na Starym Kontynencie terroryzm, aż po wojny na Bałkanach – porządek etyczny jest czymś nader kruchym, a ład kulturowy sprawą niejasną i dyskusyjną, czymś, co ciągle wymaga odbudowywania, co zmusza do zachowania bacznej uwagi i ostrożności. I ostatecznie, znów wraca pytanie o możliwość tego buntu moralnego i o jego treść. W imię czego jest to bunt, co stanowi zło świata tu i teraz? Jak mu się sprzeciwić i jaką cenę można za to zapłacić?

Coraz częściej, jak pewien refren, słychać dziś myśl, że solidarnościowy bunt był sprzeciwem „roboli, którzy potrafili walczyć jedynie o kiełbasę”. I że na kiełbasie, w gruncie rzeczy, kończyły się żądania mas. Jest to pogląd równie pełen ignorancji, co arogancji. Słychać go często z ust ludzi młodych, o których poglądach społeczno-ekonomicznych nie chcę tu teraz pisać. Opinie takie i oni gdzieś zasłyszeli, myślę, że dawni decydenci, pretorianie i pomagierzy reżimu są z takich przekonań bardzo zadowoleni. Podobnie dzisiejsi menadżerowie firm. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie rzecz istotna. Walka o chleb, czy kiełbasę nie jest niczym zdrożnym, tak jak nie było nic „pomniejszego” w oporze czarnoskórej kobiety przeciw roszczeniu białego, by zeszła mu z drogi, ponieważ jest czarna. Bo człowiek jest istotą fizyczną i etyczną zarazem i te dwie rzeczy ściśle się ze sobą przenikają. Ten, kto walczy o chleb, walczy o godność, bo tym chlebem ma nakarmić swoje dzieci, bo godny zarobek pozwala jego rodzinie żyć w godziwych warunkach, bo pieniądze są sprawiedliwym oddaniem mu tego, co poświęcił, pracując. Ci, co walczyli o „kiełbasę”, co strajkowali i za „kiełbasę” byli prześladowani, bici i mordowani, tą kiełbasą karmili swoich bliskich, ten pokarm dawał im siły, by żyć, by mieć odwagę, by się sprzeciwić. Jeśli ktoś uważa, że etyka nie ma nic wspólnego z „kiełbasą”, czyli całą ludzką przyziemnością, z banałem życia, ten albo nigdy nie zaznał głodu i trudu życia, bądź jest zwykłym głupcem.

I zabawne, jak często przeciw „robolom walczącym o kiełbasę” występują ludzie, których aspiracje i spojrzenie na człowieka są czysto materialne, tyle że z wyższej półki. Ci, co prostytuują się mentalnie, wyzyskują swoich pracowników, intrygują w pracy, byle wygryźć z lepszego stanowiska swoich współpracowników, a wszystko to z czystymi rękoma, w białych kołnierzykach – ile w nich pogardy wobec „roboli” i „kiełbachy”. Bo rzeczywiście: oni walczą o lepsze samochody, egzotyczne wakacje, droższe mieszkania, snobistyczne gadżety, a swoje „wyższe potrzeby materialne”, w których grzęzną nieraz jak świnia w pomyjach, uważają za bardziej subtelne i kulturalne, niż „kiełbasa robola”. Takim ludziom kobieta tej miary co Anna Walentynowicz niegdyś stała solą w oku i dziś byłoby podobnie.

Bo i obecnie sprzeciw moralny słabych wobec silnych, prześladowanych wobec prześladowców – ma podstawę i sens. I ta pogardzana „walka o kiełbachę”, o miejsce w autobusie, przedziale pociągu, czy wreszcie w społeczeństwie, które jest czymś więcej niż zbiorowiskiem konsumujących jednostek – walka przeciw wykluczeniu ma sens. Nie zatraciła znaczenia walka o godne życie własne, bliskich, swojej społeczności; walka o miejsce w przestrzeni publicznej, przeciw skundleniu, przeciw przemożnym koniecznościom, jakie często głoszą ci, którzy sami robią wszystko (choćby przyznając sobie wysokie premie), by im nie podlegać. Wciąż jest czas łagodnej rewolucji. To rewolucja uniwersalna. Jej zwycięstwo jest możliwe. A to już bardzo dużo.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie